wtorek, 31 marca 2026

[Rachunek za] Marzec 2026

 Po dość żałosnym lutym przyszedł czas na całkiem znośny marzec. Czy to kwestia wiosny, czy doboru lektur czy może Palmy - nie wiem, ale się domyślam, że wszystkie te czynniki plus nadchodząca z oporami wiosna. Grunt, że wskoczyłam jakoś w normalny tryb czytania, tj. czytania dużo, zawsze i bez tracenia czasu na inne rozrywki. Wprawdzie ucierpiało to czy inne hobby, ale ja jestem bardzo zadowolona, przeczytałam grubo ponad 1000 stron, nadrabiając straty z lutego i jak tak dalej pójdzie to w ogóle wyjdę na prostą względem celu 15000 stron rocznie. Jeśli chodzi o 52 książki to wciąż jestem nieco w plecy, ale nadrabiam. Pozostaje mieć nadzieję, że książki na klub PIWu mnie nie dobiją (a są dwie z czarnej serii, więc może być różne). 


Książki

Ser i Robaki "żółte napisy ale to 1599"/10

Po raz kolejny sprawdziła się wypracowana przez kilka lat klubowania mądrość - starsze książki nadają się do czytania, nowe niekoniecznie. Rozprawa naukowa Carlo Ginzburga z 1976 roku to lektura niezwykle ciekawa. Na przykładzie jednego człowieka oraz akt z jego procesu w inkwizycji włoski historyk pokazuje nam, że wbrew pozorom możemy coś powiedzieć o klasach niższych oraz że ich życie intelektualne było naprawdę ciekawe. Menocchio, zwyczajny, zdawałoby się młynarz, naczytał się różnych publikacji i sam sobie usiadł i tak sobie pokombinował... aż wykombinował herezję. I to jaką!
Menocchio to cesarz chłopskiego rozumu, człowiek niezwykle dociekliwy, ale pozbawiony wyższego wykształcenia. Daje mu to wolność wnioskowania, którą prawdopodobnie zniszczyłaby w nim edukacja. Menocchio nie wie, jak świat został stworzony i jak funkcjonuje, więc tak sobie usiadł i tak sobie kombinował... jest to człowiek wręcz owładnięty obsesją zrozumienia, to tego stopnia, że nawet na przesłuchaniu w Świętym Oficjum nie potrafi zbyt długo powstrzymywać się przed głoszeniem wniosków, jakie wyciągnął. O tym, że świat na początku był chaosem, trochę jak ser, w którym samoistnie rodzą się robaki, że te robaki to aniołowie a największym z nich jest Bóg... Zaczynacie chyba rozumieć, że to nie mogło się spodobał Kościołowi, prawda? Jednocześnie jednak nie jest to historia o szybkim pojmaniu, torturach i egzekucji. Inkwizytorzy, którzy zainteresowali się sprawą na podstawie donosu osoby skonfliktowanej z Menocchiem, próbują dociec o co mu chodzi i ewidentnie widzą, że chłop jest zaburzony a nie że jest jakimś fałszywym prorokiem.

Ginzburg we wstępie mówi o tym, że chce przedstawić historię z perspektywy zwykłego człowieka, członka klasy podporządkowanej, co w ówczesnych (lata 70) realiach historiograficznych było uznane za niemożliwe i nieistotne. To mu się niewątpliwie udaje, odmalowuje przed nami (przy pomocy rozległych cytatów z akt) ciekawy i wieloaspektowy obraz nie tylko Menocchia, ale również jego otoczenia. Druga teza Ginzburga, jakoby wymiana intelektualna zachodziła w dwie strony przekonuje mnie znacznie mniej. Moim zdaniem autor nie daje na to żadnego dowodu. Menocchio niewątpliwie czyta modne książki, jest zaznajomiony z ogólnymi trendami epoki, ale nie widzę żadnego momentu, w którym realnie na nie wpływa. 

"Ser i robaki" to lektura interesująca, ale dość męcząca z powodu absurdalnej ilości absurdalnych przypisów, w tym długich cytatów w językach obcych, które nie zostały przetłumaczone. A to są takie filologiczne przypisy, gdzie autor dyskutuje nad znaczeniem użytego przez francuskiego autora słowa. W dodatku przypisy te są na końcu (co jednak nie dziwi biorąc pod uwagę, ze niektóre mają po kilka stron a jest ich więcej niż kartek w książce...), a w ebooku to w ogóle jakaś porażka. Tyle że mnie to zachęciło do ogarnięcia ReadEry na Palmie (to chyba jedyna aplikacja do czytania, która pokazuje przypisy na dole ekranu!) z czego jestem bardzo zadowolona. 

Zainteresowanym mentalnością szesnastowiecznych foliarzy polecam i nie zraźcie się bardzo gęstym wstępem, potem jest znacznie znośniej napisane. 



Wichrowe Wzgórza Heathcliff did plenty wrong but you deserved it/10


Premiera filmu (na który się nie wybrałam i którego raczej nie mam zamiaru oglądać) była dobrym pretekstem, żeby przeczytać tego klasyka. Zaskoczyła mnie ta książka - klasyki, chyba w ogóle tak mają. Przede wszystkim tym, jak rozkosznie okropni są wszyscy ci ludzie. Pierwsze pojawienie się Heathcliffa to scena naprawdę godna najwyższych pochwał. Jest wspaniale... niezręcznie, nieprzyjemnie, jakoś po gotyckiemu dziwnie i niepokojąco. Cała ta patologia odmalowana jest świetnie.

To książka krótka, szybka i właściwie dość przyjemna, bo chociaż porusza ciężkie tematy to jest jednak trochę na krawędzi śmieszności, jak to z romansami gotyckimi bywa. To nie wada, to po prostu jest tego typu literatura. Możemy oczywiście rozmawiać o tym, że Wichrowe poruszają kwestie rasizmu i jego konsekwencji, bo tak jest... ale wydaje mi się, że w tej materii napisano znacznie lepsze książki (porównanie ze "Światłością w sierpniu" nasuwa się samo). 

Jestem więc na etapie 2/6 z wyzwaniem "klasykowym", jak na razie idzie świetnie. Zobaczymy, jak mi się uda wcisnąć kolejne do planów czytelniczych. 


Psia Kalevala 10/10

Kalevala to fiński epos narodowy, ten sam, który tak mocno wpłynął na Tolkiena. Akseli Gallen Kallela to fiński malarz z przełomu XIX i XX wieku, który Kalevalę zilustrował w serii słynnych (i pięknych) obrazów. A pan Mauri Kunnas miał psa i postanowił połączyć to wszystko we wspaniałą książeczkę dla dzieci i dorosłych. Mamy tu więc historię z Kalevali przepisaną na psy, wilki a nawet jednego kota, wspaniale zilustrowaną. Wiele z obrazów Gallen Kalleli znalazło tu swoje odwzorowanie, a orka na żmijowym polu to jest wręcz lepsza niż oryginał. Jeśli macie pod ręką jakieś dziecko, któremu przyda się ładna i ciekawa książka, to biegnijcie kupić. Zresztą dla siebie też możecie, bo Kalevala jest zajebista a ta ma jeszcze na dodatek pieski.  



Faded Sun: Son'jir "if he dies he dies"/10

Drugi tom "Gasnącego słońca", 4 książka w wielkim rereadzie Unii/Sojuszu, straszliwie opóźniona. "Kesrith" czytałam już wcześniej, lata temu, z dalszą częścią tej historii zapoznałam się dopiero teraz. I jakież to było wspaniałe. Ciężar opowieści przenosi się na Duncana, ciężar opowieści i ciężar odpowiedzialności za wydarzenia, które rozpoczął i których w swojej naiwności nie przewidział. Ponownie, mri są mri, ludzie są ludźmi a regule to regule. Z jednej strony mamy małą skalę relacji między jednostkami, gdzie ponownie upór mri ściera się z ludzką elastycznością i nie do końca potrafi docenić jej poświęcenia. Z drugiej - skala wielkiej polityki obnaża cynizm i okrucieństwo nieznane szlachetnym wojownikom, których bezwzględność okazuje się tylko pozorna. 

Świetna to książka - choć inne niż "Kesrith" - i teraz, kiedy uporałam się z innymi zobowiązaniami, pędzę do "Shon'jir". 



Семьдесят два градуса ниже нуля (72 stopnie poniżej zera) 9/10

Władymir Sanin urodził się w roku 1928 i myślę sam ten fakt mówi wiele o tym, co w życiu przeżył. Był uczestnikiem kilku antarktycznych ekspedycji i to właśnie tej tematyce poświęcił większość swoich tekstów. Ponieważ czytałam już tę powieść w 2021 roku, dokonam bezczelnego autoplagiatu:

"72° poniżej zera" Władimir Sanin 9/10

Dzielni polarnicy, twardzi jak skała i mięciusi w środku jak małe pingwinki bohatersko zmagają się z przeciwnościami antarktycznej zimy. Paliwo gęstnieje na galaretę, ciągniki zawodzą, odmrożenia, głód i brak papierosów dręczą naszych bohaterów, ale kto jak kto, ale oni nie poddadzą się bez walki. I to wszystko w dodatku oparte na faktach, napisane przez najprawdziwszego polarnika. 

Powieść składa się w równym stopniu z akcji współczesnej co i retrospekcji przybliżających nam bohaterów. I jacy to są bohaterowie! Dzielny czołgista, co to go Niemcy zastrzelili a on uciekł, nieśmiały kucharz-sierota w szponach strasznej "cioteczki", były bokser, lekarz, kierowca, traktorzyści i mrukliwy obrońca sierot, słowem POLARNICY. Ach, uwielbiam. Natrafiłam na te książkę przypadkiem ale niewątpliwie jeszcze do niej wielokrotnie wrócę. 

Niestety to jedyny tekst Sanina wydany po polsku (za to na allegro chodzi po 2zł). Ale właśnie wychodzą dzieła zebrane po rosyjsku, więc trzeba znaleźć jakiś piniondz i zakupić... 

Moje zdanie się nie zmieniło, chociaż w związku z polityką niestety tych dzieł zebranych nie kupiłam, a ponieważ Sanin nie jest specjalnie znany w Polsce, to w księgarniach sprowadzających książki nie ma żadnych wydań. Na szczęście da się paypalem płacić w litres na stronie (w aplikacji jakoś nie, ale nie wiem, czy to sankcje, czy jakieś moje problemy techniczne)  - pomijając oczywiście nieskończone zasoby rosyjskiego Internetu, który zachował wiele cech starych dobrych czasów. 

To nie było moje pierwsze czytanie tej książki, tak samo, jak nie była to pierwsza książka po rosyjsku, którą przeczytałam, ale myślę, ze to był swego rodzaju kamień milowy w mojej nauce języka - czy może bardziej konkretnie: w czytaniu cyrylicy w tempie, które nie doprowadza mnie do szału. Jeszcze daleko jestem od perfekcji, ale pod koniec czytania złapałam się kilka razy na tym, że ten alfabet jest już dla mnie kompletnie przezroczysty, że myśli nie uciekają mi na boki, bo są znacznie szybsze od oczu. Żeby była jasność, jak pisałam na początku, to nawet nie jest pierwsza - ani podejrzewam najgrubsza - książka po rosyjsku, jaką przeczytałam, ale coś się zmieniło w moim mózgu. Alleluja. Podejrzewam, że pomogły dwa czynniki: termin, który wymuszał na mnie czytanie więcej niż pewnie bym zrobiła w innym wypadku oraz to, że od pewnego momentu czytałam wyłącznie tę książkę. Brak porównania do tego, jak szybko czytam po polsku czy po angielsku pomógł z pewnością trochę oswoić wolniejsze tempo. Chociaż, wydaje mi się, przyspieszyłam znacznie w ciągu trwania tej zabawy. 
Co jednak istotne: cieszę się, że to nie było moje pierwsze czytanie. Nie dlatego, że jakoś bardzo mocno mi to pomogło (od maja 2021 minęło jednak dużo czasu...), ale dlatego, że ta lektura przypominała mi mocno moje pierwsze książki czytane po angielsku. Coś mi tam jednak umykało a powolne tempo lektury też nieco przeszkadzało w poczuciu napięcia w jakim bohaterowie próbują przetrwać w ekstremalnych warunkach. Ale mnie to cieszy, bo to oznacza, że materia już mi nie przeszkadza i jesteśmy na etapie, gdzie wyłącznie muszę podszkolić się ze słownictwa. 





Targi Książki 

W marcu, jak co roku, odbyły się Poznańskie Targi Książki. Jak zwykle tłum straszliwy, na szczęcie znowu zrobiono osobną strefę autografow, więc przynajmniej częściowo rozładowano sytuację. Właściwie kupiłam niedużo książek, jakoś nie wpadłam w szał, zaraz na początku były niedaleko od siebie Znak i Vesper, więc plecak miałam ciężki od godziny 0. Chciałam się obkupić w PIWie, ale nie wzięli nic z tego, co sobie zaplanowałam kupić... może trochę żałuję, że nie wzięłam Kauri, ale jakoś nie było we mnie takiego szału zakupowego jak zwykle. Niestety nie zdążyłam wejść na strefę książek dla dzieci. 
Co do kwestii organizacyjnych - musiałam przejść przez pawilon targów edukacyjnych i co tam się działo to jakieś nieporozumienie. Panował tam potworny hałas (jakaś scena?), nie wyobrażam sobie wypytywania ludzi o swoją przyszłość w takich warunkach. Na samych targach książki niestety okropny chaos w ustawieniu stoisk. Ominęłam stoisko, które chciałam zobaczyć, bo się po prostu nie dało go znaleźć. Do innego trudno było trafić, bo z jednego miejsca było je widać, ale potem już w tym labiryncie trudno się było zorientować. W czym komu przeszkadzają równe rządki? Ja tam chcę obejść wszystko. Po to tam idę, chcę odkryć coś nowego, porozmawiać z jakimiś obcymi ludźmi. 




6 Nations 2026

Ach, co to był za turniej. Oglądałam głównie na telewizji francuskiej, więc z komentarza rozumiałam niewiele, ale pod koniec meczu już się darłam po francusku razem z komentatorami, no bo tak każe obyczaj. Do samego końca ważyły się losy turnieju, do tego Walia grała znacznie lepiej niż latach ubiegłych, a Włochy... ach, Włochy... Zacny to był turniej i szkoda mi, że pewnie z rok poczekam na następne rozgrywki rugby, które będę mogła śledzić z taką uwagą. 



Plany

Plany na kwiecień są zwięzłe: dokończyć rozgrzebane wątki i ogarnąć kluby czytelnicze. A więc:
- There Is No Antimemetics Division (jestem w połowie)
- Faded Sun: Kutath - ten reread miał się skończyć w lutym...
- Grzeszni chłopcy - na klub PIW
- Wędrowcy - na klub PIW w maju, książka gruba a czasu będzie mało (do tego, kto wie, jak się to będzie czytać...)

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia