Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 sierpnia 2026

[Rachunek za] Lipiec 2026

 Lipiec sponsorował głównie Szał Przedurlopowy, który objawiał się kończeniem projektów, które powinny być zrobione na miesiąc temu przez kogoś innego, bieganie po kantorach i szalone ilości ubrań na przemian wkładanych i wyjmowanych z walizki. Poza tym oczywiście - Tour de France. Wprawdzie oglądanie kolarstwa można pogodzić z pewnymi innymi pracami, ale i tak zajmuje sporo czasu, poza tym naprawdę potrzebuję od czasu do czasu nie łączyć wszystkiego ze wszystkim. Chociaż, wreszcie, zaczęłam w tym miesiącu siadać na rower spinningowy i pedałować razem z chłopakami na ekranie - wymagało to nie tylko mentalnej decyzji, ale też przemeblowania, więc to nie taka prosta sprawa. Ale się udało. Polecam. 

W związku z tym wszystkim jednak czasu na czytanie nie było wiele. 

Książki

Italczyk "Który jest synem kogo?"/10

Coś mnie tknęło w bibliotece, żeby zobaczyć czy na półce jest może jedna z najlepiej zatytułowanych powieści na świecie no i była. Italczyk czyli Konfesjonał Czarnych Pokutników. Nie ukrywam że zarówno tytuł jak i wcześniejsze bardzo pozytywne doświadczenia z panią Radcliffe sprawiły, że moje oczekiwania były wysokie. Być może zbyt wysokie. 

Pierwsza połowa książki to dość sentymentalna opowieść o zakazanej miłości. W Udolpho działo się więcej, a sentymentalizm był mocno kontrowany humorem. Tutaj nasi pozbawieni z grubsza cech charakterystycznych bohaterowie są właściwie bez skazy i my musimy na to patrzeć. W drugiej połowie do głosu dochodzi wreszcie antagonista, ojciec Schedoni i tenże Schedoni jest rewelacyjny. Jest to człowiek podły i samolubny, gnany wyłącznie swoimi namiętnościami, trochę nieogarnięty, bo wiecznie porażony w swoich (złowieszczych, a jakże) myślach, nerwowy, nie do końca sprawny kłamca, no naprawdę świetny. To wielowymiarowa postać, przebiegła i niezdarna jednocześnie, niesamowicie realistyczna, niecierpliwa, chciwa, niezwykle przekonująca. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że jest on poruszająco realistyczny, co w przypadku złoli wcale tak często się nie zdarza. 

Mamy tu również (dość łatwe do przewidzenia, ale może wcale takie nie były, kiedy Radcliffe to pisała) ukryte tożsamości, strzelaninę, gadatliwych (a jakże) służących, dobre dialogi. Trochę zawiodły mnie opisy, które były tak wielką siłą Udolpho, ale może też po prostu okoliczności akcji są tu inne. Schedoni wart jest lektury, ale generalnie bez szału. 


Miłość na linii 30 stron ruchania/10

Możecie zapytać, co to właściwie robi na mojej liście lektur i, cóż, taki los członków klubów czytelniczych. Wypadł romans, przeczytałam romans. 
Mam mieszane uczucia. Przede wszystkim cieszę się, że to przeczytałam, bo nigdy bym sama po taka książkę nie sięgnęła, a tak mam coś odhaczone. Ponieważ nie czytam takich książek ani nie oglądam takich filmów, to trudno mi jakoś to usadowić w kontekście gatunku, więc opiszę moje wrażenia jako osoba z zewnątrz. Kolejność raczej chaotyczna, bo tryb urlopowy w pełni, a nie chcę czekać aż mi wrażenia ulecą. 
- to jest sam fluff, bez treści. Pomijając końcówkę (o niej zaraz) nic mi w tym specjalnie nie przeszkadzało i zaakceptowałabym to jako przerywnik w innej książce, ale tu poza tym nic nie ma. Te postacie mnie nic nie odchodziły bo ja nic o nich nie wiem i one nic nie robią.
- absolutny brak stawek, nawet jak się pojawią jakieś nieporozumienie, konflikt to zwykle pół strony i już go rozwiązujemy (zdrowo, ale po co było o tym pisać). Poza tym ostatnim wielkim dramatem, który wydał mi się strasznie wymuszony, jakby go sobie zaplanowała, ale właściwie postacie za dobrze się dogadywały
- chłop taki zamknięty w sobie a pierdzielą o emocjach 24/7
- spodziewałam się że będzie znacznie gorzej, tymczasem czytało się bez bólu – poza końcówką. Od tzw. morenki (Jezusie, 30 stron o ruchaniu) szambo z cringe’em wybiło.

Gdyby nie końcówka wrażenia byłyby znacznie lepsze. (nie żebym jeszcze kiedykolwiek sięgnęła po coś podobnego, ale obyłoby się bez bólu). Totalnie kumam, że komuś może robić dobrze czytanie takich... pozytywnych treści, ale to zdecydowanie nie dla mnie.

Taka ogólna refleksja, to jak ta lektura nie wymagała żadnego, ale to żadnego wysiłku intelektualnego. Nie wydawało mi się nigdy, żeby czytanie jakiejkolwiek beletrystyki (poza może jakimiś bardzo artystycznymi lub starymi tekstami) wymagało jakiegoś wysiłku i "Miłość na linii" udowodniła mi, że się myliłam. Przeskok pomiędzy tą książką a nietrudnym przecież "Faraonem" mnie naprawdę, szczerze, zaskoczył. Trochę zrozumiałam, jak ludzie mogą czytać po trzy książki tygodniowo...


Seriale

L'Agence Nouvelles Destinations
Korzystając z tego, że jakiś Francuz nie wylogował się z netflixa na noclegu oraz wieczorów opanowanych przez robactwo, obejrzałam dwa odcinki nowej serii L'Agence. Dwa bo na kolejnych noclegach już nie było francuskiego netflixa... a że polskiego nie mam to i tak więcej nie zobaczę. 
Dostajemy to, czego można się było spodziewać, tym razem w formacie rywalizacji pomiędzy braćmi oraz dwoma luksusowymi lokalizacjami - są luksusowe domy, często dość okropne, jest ewidentna faworyzacja Martina zakrawająca o absurd... Jak widzieliście L'Agence, to wiecie o co chodzi. Tylko tu jest nieco mniej ciekawie. Choć może się mylę, bo oglądałam to po francusku za jedyną pomoc mając francuskie napisy. (nie znam francuskiego).
Czytaj dalej »

piątek, 3 lipca 2026

[Rachunek za] Pierwsze sześć miesięcy roku 2026

Na początku tego roku podjęłam decyzję o kilku wyzwaniach opartych na liczbie 6. Sądzę więc, że powinnam coś o nich napisać po 6 miesiącach roku. 

1. C.J. Cherryh - 3/6

  1. "Faded Sun: Kesrith"
  2. "Faded Sun: Shon'jir"
  3. "Faded Sun: Kutath"
  4. "Serpents Reach"
  5. "Downbelow Station"
  6. "Wave Without a Shore"

Ponieważ pierwsze trzy powieści z tej listy stanowią całość, to jestem całkiem zaawansowana w tym akurat wyzwaniu. Na "Serpent's Reach" umówiona jestem na drugą połowę sierpnia, co sprawia, że zupełnie realne jest przeczytanie "Downbelow Station" na jesieni. "Wave Without a Shore" jest jednak mniej prawdopodobne. Tutaj opóźnienie wynika głównie ze strony moje partnera (ale nie mam najmniejszych pretensji, po prostu tak się ułożyło żyćko). Generalnie - jestem zadowolona. 
 

2. Klasyki - 2/6

  1. "Anna Karenina" Lew Tołstoj
  2. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte
  3. "Faraon" Bolesław Prus
  4. "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltari
  5. "Ojciec i syn" Karol Bunsch
  6. "Droga donikąd" Józef Mackiewicz



Wyzwanie klasykowe zaczęło się z grubej rury od Anny Kareniny, która choć szybkoczytająca się to jednak zajęła mi duuużo czasu. Do tego zaraz potem połknęłam "Wichrowe wzgórza", potem jednak inne zobowiązania i lektury odciągnęły mnie od tej listy. Ale powracam! Któraś z egipskich powieści pojedzie ze mną na urlop (jeszcze nie wiem, która), kolejną chciałabym przeczytać w październiku. Być może zmieszczę gdzieś w międzyczasie Bunscha. Jeśli chodzi o Mackiewicza to nie bardzo widzę szanse, ale jeszcze go nie skreślam. 

3. Książki ze Styrty Zażenowania 

  1. "Faded Sun"
  2. "Wave Without a Shore"
  3. "Guns, Germs and Steel"
  4. "Zew nocnego ptaka"
  5. "Dzieci Czasu"
  6. "Gdy leżę konając"


Tutaj zażenowanie jednak się utrzymuje. Przeczytałam na razie jedną książkę ("Faded Sun"), kuszą mnie okazjonalnie to Faulkner, to Diamond (Cherryh jest czytana wspólnie, więc tutaj nie bardzo mam opcje) ale zawsze coś mnie odciągnie. Rozważam Dimonda na drugą połowę urlopu. Najgorzej ma się sprawa z cegłami od Vespera, trochę czuję presję z ich strony. Te książki oczywiście nie są tak długie, na jakie wyglądają, bo Vesper nie ma szacunku do miejsca na naszych półkach, ale to z kolei oznacza, że mamy do czynienia z dość nieporęcznymi tomiszczami. Realnie przewiduję lekturę raczej na jesień, już po zakończeniu sezonu rowerowego (nawet mimo rozmiarów tych tomiszcz). 

4. 15000 stron - 6989/15000

Jestem na górce, nawet jeśli w dwóch miesiącach (lutym i czerwcu) nie udało mi się doczytać do 1000 stron. Jest więc ok, ale nie można osiadać na laurach. Mam nadzieję, że wpadka lutowa już się nie powtórzy, chociaż wtedy odciągał mnie od książek sport i to samo totalnie wydarzy się w lipcu. O czerwiec obwiniam chorobę, bo chociaż i tak czytałam niewiele to w dwa tygodnie najgorszego samopoczucia przeczytałam poniżej 90 stron. 

5. 52 książki punkty 

Jeśli chodzi o przeczytane książki, to na koniec czerwca było ich 23 sztuki, ale to wlicza komiksy i audiobooki. Bez szału, ale też nie mam zamiaru się biczować. Poczytałam w tym roku trochę cegieł i to doceniam znacznie bardziej niż jakieś ilościowe rekordy, chociaż wolałabym zdecydowanie po prostu więcej czasu dziennie przeznaczać na czytanie. 
Punktowo wychodzi za to bardzo obiecująco! Uzbierałam już 32 punkty, głównie za sprawą objętości (książki powyżej 500 stron dostają 2 pkt) oraz własności (wciąż staram się czyścić półki). Swoje dołożyła też książka po rosyjsku. Na minus poszły audiobooki i komiksy. Generalnie jestem zadowolona i kolejny raz uważam, że ta punktacja dość dobrze odzwierciedla moje wrażenia z dotychczasowych lektur. 

6. Czytać po rosyjsku

  1. Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́
Może ta lista nie wygląda imponująco, ale jestem z siebie bardzo zadowolona. Poczyniłam wyraźne postępy i nauczyłam się sporo o samej nauce języka. Zdecydowanie dobrze podziałało to, że "Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́" były jedyną książką, którą w tym czasie czytałam. Nie było, ze boli, że się nie chce - to się czytało, więc się czytało. To bardzo pomogło moim oczom przyzwyczaić się do cyrylicy. Ponieważ po rosyjsku wciąż czytam dość wolno - ale dużo lepiej, niż kiedy zaczynałam powieść Sanina! - to nie wiem, czy w tym roku jeszcze coś przeczytam po rosyjsku, ale tę część wyzwania zaliczam na duży plus! 

Pozostałe

Anime

Jak na razie to obejrzałam "Ruchomy zamek Hauru", ale nie zaliczam go do tego wyzwania, bo chodziło o zapoznanie się z jakąś nową serią a nie odświeżeniem klasyka. Ogółem o tym planie przypomniałam sobie pisząc tego posta, więc sami widzicie, jak się sprawy mają. 

Filmy

  1. Avatar III
  2. Ruchomy zamek Hauru
  3. Salvatore Giuliano
Szału nie ma. Moja niemoc filmowa trwa. Z drugiej strony nie widzę sensu w zmuszaniu się do oglądania czegoś. Zobaczymy jak się sprawy potoczą. 


Seriale

Nie jestem pewna, czy oglądałam w tym roku cokolwiek, może jakiś jeden odcinek "Z Archiwum X". 



Tyle raportu, ale co z podsumowaniem? Chociaż generalnie jestem dość zadowolona z tego roku, to z wyzwaniami idzie już tak sobie. Z wymienionych z tytułu książek przeczytałam 6/18, czyli 1/3 a nie połowę. Oczywiście są też plusy - ilość przeczytanych stron, książka po rosyjsku czy wynik punktowy. Jest nieźle. 

Czytaj dalej »

niedziela, 1 lutego 2026

[Rachunek za] Styczeń 2026

Początek roku był dość obiecujący. Po pierwsze przeczytałam książkę, którą dostałam na święta, więc niejako prosto z księgarni, a już przeczytana. To mi się nie zdarza. 

Po drugie dołączyłam w grudniu do nowego klubu czytelniczego i w styczniu miałam czas w kalendarzu na zabranie się za wspólną lekturę. To książka na cały kwartał, a więc cegła - padło na "Annę Kareninę" Tołstoja - więc jest trochę czytania i nie wyrobiłam się w styczniu, natomiast jestem grubo za połową i wiele mnie w tej książce zaskoczyło. Więcej na ten temat będzie w rachunku za luty. 


Książki

Dług "kto by czytał tę umowę kredytową"/10

Książka jest nieźle skonstruowana i autorka stara się zwięźle przedstawić wieloaspektowy problem zadłużenia. Mamy tu różne przypadki - od ludzi, którzy biorą chwilówki, żeby przepierdolić na głupoty po takich, których choroba dziecka wpędza w długi, po drodze poznajemy osoby oszukane przez bliskich oraz dzieci dziedziczące milionowe długi z winy systemu. Są tu osoby, w przypadku których zadłużenie to wina niewydajnego prawa, ale większość to, nie oszukujmy się, osoby skrajnie niezaradne życiowo, jak pani, której nie przyszło do głowy, że umowę kredytową należy przeczytać. Prawdę mówiąc na tle wielu tych historii opowieść dziewczyny, której życie w wielkim mieście zawróciło w głowie i brała chwilówki, żeby stawiać znajomym obiady w restauracji brzmi jak naprawdę sensowna droga życiowa. 

"Dług" nie do końca spełnił moje oczekiwania - chciałam jakiegoś mocniejszego rage-baitu oraz czegoś bliżej bohaterów. Szczególnie to drugie jednak wynika myślę z jednej strony z delikatności tematu (bohaterowie wpuścili autorkę głęboko w swoje życie) oraz z faktu, że "Dług" to debiut. Czego faktycznie mi zabrakło, to większej analizy tego, jak dokładnie się w te długi popada. Przedstawione to jest dość pobieżnie, tu kredyt, tam kredyt, raz dwa, CO TERAS. Chciałabym poczytać więcej o samej matematyce odsetek, opłat dodatkowych i całej reszty tego zamieszania. Niemniej to jest dobra książka, przekrojowa, solidna. Polecam i będę z ciekawością obserwowała dalsze poczynania autorki. 


Pierwsze słowo "Nie wiem, ale się wypowiem"/10

Tak jak zaczęło się dobrze, tak potem spadliśmy w otchłań niekompetencji. 

Cześć językoznawcza karygodna, do stopnia, w którym redakcja zaczęła dawać przypisy bo tak chłop bredzi. W przypisach odniesienia do jego własnych książek. Autorowi nie po drodze nie tylko z wiedzą ale także z logiką, wielokrotnie wyciągane są tu wnioski z dupy. Cześć archeologiczna nieco mniej mnie triggerowała, ale podejrzewam, że głównie dlatego, że trudniej było z miejsca weryfikować (tu też pojawiły się przypisy redakcji prostujące interpretacje autora). Autor pisze z dużą pewnością siebie, chociaż nie ma pojęcia o czym. 

Całe "Pierwsze słowo" jest napisane w poetyce tekstu prasowego, uproszczone, pełne wniosków z dupy i błędnych interpretacji. Autor nie rozumie terminów, których używa a czasem w ogóle pisze mądrości w rodzaju "neandertalczyk nie pozostawił żadnego śladu w DNA człowieka". Typie, co? W dodatku, książka pierwotnie powstała w latach 90 i do nowego wydania nie chciało się nikomu nawet raz jej przeczytać i poprawić wszystkich "niedawnych badań" na określenie badań z lat 80. (brak też oczywiście odwołań do badań nowszych). Powoływanie się na źródła sprzed 50 czy nawet 100 lat to nic złego, one nie musiały się zdezaktualizować, ale wypadałoby mieć jakiś elementarny szacunek do czytelnika. Z drugiej strony wtedy ten gniot w ogóle by nie powstał. 

Nie rozumiem jakim cudem książka tak słaba znalazła się w serii Ceramowskiej, nawet biorąc poprawkę na to, jak spadła moja opinia o PIWie, od kiedy czytam po 10 ich książek rocznie. Ta książka w ogóle nie powinna się ukazać, kropka.  

Spotkania o tej książce jeszcze nie było, bo trochę pokonała nas inwentaryzacja w księgarni, która organizuje klub, będzie w lutym. 


Seriale: 

Z Archiwum X

Wróciłam do układania puzzli i wróciłam do oglądania "Z Archiwum X". Po raz kolejny uderza mnie, jak bardzo zmieniła się telewizja od lat 90. Na ten serial generalnie trzeba patrzeć (dlatego to zły wybór do puzzli, ale albo tak, albo wcale, chociaż może postaram się urządzić sobie kącik filmowy przed rowerem spinningowym) - bardzo wiele dzieje się bez dialogów i bez bardzo wyraźnych dźwięków, ot kroki, niepokojąca muzyka. I ponownie - miło jest patrzeć na znanych sobie z innych miejsc aktorów w różnych rolach, czasem zupełnie epizodycznych. 


Filmy

Avatar III "Quaritch did nothing wrong"/10

Miałam nie iść, bo nie było miejsc na pokazach w grudniu, potem były tylko bardzo późno (a nie wrócę z tego kina do domu w nocy zimą), ale jednak mnie namówili. No i co mogę powiedzieć? 

Wnioski są takie: 

- jak ja kurwa kocham IMAXa

- bawi mnie niesamowicie, że ten film opiera się na tym, że ma mnie obchodzić los postaci, których imion nie znam, które nie bardzo od siebie rozróżniam i których los jest mi kompletnie obojętny xD

- pani szamanka ognia mi się podobała i Quarrich w nowym malowaniu również (wciąż najciekawsza postać)

- ile trwają te naavskie ciąże xD

- ogółem to już na etapie części drugiej było jak fanfik do czyjegos niezłego anime pełen własnych postaci autora które są nudne jak flaki z olejem i nic nie wnoszą

- w mojej głowie Quarrich i Jake wychowują wspólnie syna chociaż są po rozwodzie i cały czas się kłócą (Quarrich ma rację)

- ogółem motyw szlachetnego dzikusa i to eko pieprzenie mnie irytują i ta seria bardzo obnaża jakie to jest słabe. Bo ci na'vi niczego sobą nie reprezentują. W pierwszym filmie jakoś to działało, bo tam jednak ciężar niesli na sobie ludzie, o na'vi mało wiedzieliśmy i git, jakoś się to toczyło. Ale jesteśmy 2 filmy dalej i oni nadal wrzeszczą bez powodu, przytulają się do drzewa i taka to jest ta ich cała kultura. Naprawdę nie można było im napisać czegokolwiek ciekawego w ramach zwyczajów, legend etc.?

- dialogi wielorybów wybitne, naprawdę napisy byly niezbędne

W ogóle to jak Spider nauczył się oddychać było tak głupio zrobione, że wciąż nie wierzę. Kumam, że to było potrzebne, żebyśmy mieli dalej o co się bić, ale naprawdę dało się to zrobić sensowniej. 

Co do mojej oceny, patrz punkt pierwszy, na kolejnego też pójdę xD


Bonus: 6 minut cierpienia z Krzysiem Nolanem

Przed Avatarem w ramach kary za bezmyślne wydanie 50zł na bilet do kina puszczają 6 minut prologu do "Odysei" Nolana. Jezu, jakie to było złe. Gorsze niż wam się wydaje, że będzie. A już sam finał, kiedy za progiem pojawia się ten Batman w plastikowej zbroi to jest ten moment, kiedy zażenowanie was zabija i słodkie objęcia śmierci dają nadzieję, że zapomnicie, czego doświadczyliście. 


Czytaj dalej »

środa, 30 kwietnia 2025

[Rachunek za] Kwiecień 2025

Nie wiem dokładnie jak to się stało, ale kwiecień, mimo tylu okoliczności obciążających, okazał się bardzo korzystny czytelniczo. 


Książki 

"Wyspa snów" nektar = absynt/10

 Kolejna książka na klub czytelniczy PIWu, tym razem z Finlandii. Rzecz trochę trudna do oceny. Śledzimy losy pewnej bardzo dziwnej rodziny, jako uzupełnienie do oficjalnej biografii znanego artysty. Narratorem jest biograf tegoż, który po opublikowaniu pierwszej, ułożonej, ugrzecznionej wersji czuje, że jednak powinien powiedzieć więcej. 

Zaczynamy od dziadka, Samuela, urodzonego jeszcze w XIX wieku i ta część jest zdecydowanie najlepsza. Wieje to trochę Dickensem, dobrze wyważony absurd pozwala nam z zainteresowaniem śledzić losy chłopaczka, który marzy o tym, by pojechać od Afryki i przypadkiem poznanego wynalazcy-oszusta, Jacquesa-Louisa Lenoira. Co tam się odwala, to słów braknie na opisanie, dość, że panowie eksperymentują zarówno z promieniowaniem X, jak i maszynami latającymi.  

Niestety ten przyjemny kawałek nie trwa do samego końca - następnie dostajemy losy rodziców Wernera (trochę, mówiąc profesjonalnie, posrane), a na koniec i jego samego, aż do momentu, kiedy wchodzimy w czas teraźniejszy. Werner jest tragicznie pretensjonalnym dupkiem i zbokiem, ezo-Januszem i ARTYSTOM, którego sztuka i styl życia fascynują narratora. Główna oś fabularna tego wątku to dzieło życia Wernera, megalomańska opera "Enneagram Wernera H. Bergera", swego rodzaju retelling powieści, którą czytamy. 

Wszystko to mgliście oparte jest na "Pierścieniu Nibelunga", aczkolwiek raczej na zasadzie luźnych skojarzeń, nazw, pewnych podobieństw wątków niż jakiejkolwiek próby retellingu. To generalnie miała być powieść o Wagnerze, tylko jakoś tak wydawca kazał autorowi tego Wagnera wyciąć, bo było ponoć drobiazgowo i raczej nudno. Dziwi jednak w tym kontekście pozostawienie dwóch kompletnie od czapy fragmentów o Wagnerze właśnie.   

Nie jest to książka zła, fragmentu humorystyczne ma na najwyższym poziomie i pierwszą część (o Samuelu) czyta się naprawdę świetnie. Problem z tym, że... to właściwie tyle. Powieść dostała prestiżową nagrodę Runeberga za to, jak różni się od typowej literatury fińskiej, co jest prawdą, rzecz w tym, że różni się poprzez doskonałą przynależność do literatury europejskiej (autor sam przyznaje się do fascynacji Mannem), więc wszystko to, co zachwyciło jury jest po prostu dla czytelnika polskiego pewnym standardem. 


"Inheritor"

Trzeci tom pierwszej trylogii "Przybysza". Budowa promu kosmicznego jest na ukończeniu, Jase świruje, a Bren znowu nie wie, o co chodzi. Pamiętałam z poprzednich lektur, że Jase mnie wkurza i to się nie zmieniło, nadal mnie irytuje. Jego sytuacja jest trudna i Bren mu jej nie ułatwia, ale mimo wszystko mój problem nie leży w tym, co Jase czuje, tylko w tym, że radośnie oznajmia to światu w jakiś najbardziej wkurzający sposób. 

W każdym razie - dowiadujemy się dlaczego tak naprawdę Phoenix postanowił wrócić na świat atevich i że nie powodowała nim wielka miłość do porzuconych rodaków... Ponownie zaskoczyło mnie ile tu jest akcji.

Jak i poprzednio dobrze było wrócić do starych przyjaciół, przypomnieć sobie, jak rodziły się pewne znajomości. 


Przypowieść o siewcy 

Jak do tej pory największe rozczarowanie tego roku. Sama jestem w szoku. To nie jest zła książka, po prostu pierwsze moje spotkanie z Butler to było "Blood Child" i oczekiwałam czegoś w tym stylu. "Przypowieść o siewcy" to postapokaliptyczna powieść drogi, której akcja zaczyna się w roku 2024... I dziwnie się to czytało, głównie dlatego, że wizja Butler wcale nie tak bardzo różni się od rzeczywistości. Może nie jest jeszcze aż tak źle, ale wiele rzeczy się sprawdziło i zmierzamy do czegoś podobnego. Zapewne powieść podobałaby mi się bardziej, gdybym miała inne oczekiwania co do autorki, chociaż nie ukrywam, że religijny aspekt spłynął po mnie jak po kaczce i absolutnie mnie to pierdololo nie zainteresowało. 


"Astronomia i księgi. Wokół „De revolutionibus” Mikołaja Kopernika"

Publikacja powstała na okoliczność wystawy o tym samym tytule. Zawiera solidny wygląd prof. Wnuka o historii atlasów nieba. Reszta to katalog, więc opisy bardzo skrótowe, myślę że dałoby się z tego wyciągnąć więcej interesujących treści i dać jednak nieco większe ilustracje. 


"Umierając, żyjemy"

Moje drugie spotkanie z Silverbergiem. Nasz główny bohater to powoli tracący swój dar telepata, dość nędzny człowieczek, któremu nadprzyrodzone umiejętności przysparzały zawsze więcej kłopotów niż radości, chociaż ich utrata jest przerażająca. Taka ta książka, ogółem ok, chociaż za dużo w niej było seksu, można by go w całości wyciąć. 


"Katedra"

Nie jest to najlepsze opowiadanie Dukaja, ale to opowiadanie Dukaja, on rzadko kiedy schodzi poniżej pewnego bardzo wysokiego poziomu a i to raczej w późniejszych tekstach. Mimo to, chyba wciąż (po 20 latach i kolejnej lekturze) nie rozumiem... legendy tego tekstu. On jest bardzo dobry, ale nie *aż tak* dobry.
Tak czy owak dobrze było wrócić do Dukaja, coś czuję że nadchodzi kolejna lektura "Innych pieśni" (to mi tak wydajcie!).

Wydanie ładne. Na oprawie nie poznała się nawet biblioteka, okleiła grzbiet taśmą dwustronna xD w każdym razie, jak szukacie prezentu, to można jak najbardziej.

Swoją drogą, n-te wydanie tego tekstu a na 123 stronie literówka jest, dywizu brakuje; 1632 zamiast 16-32.

Audiobooki 

"Głębia oceanu. Podróże do podwodnego świata" 8/10

Autorka ma pewna tendencje do przesady, ale ogółem jest to ciekawa książka, warta poświęconego czasu. Sprawnie przeplata się tu historią eksploracji głębin oceanów z sytuacją współczesna i doświadczeniami samej autorki. Dobrze zarysowane są tu problemy z ochroną dna morskiego jak skomplikowane relacje naukowców z firmami wydobywczymi - w skrócie tylko rafinerie mają forsę na badanie i te badania odbywają się że świadomością że badany obszar zostanie zniszczony. 

Co do samego audiobooka to sytuacja tragikomiczna - lektor nie wymówił poprawnie żadnego nie-polskiego słowa (w tym nazwisk i nazw miejsc) - kto do tego dopuścił? Czy ten audiobook nie miał redakcji a sam lektor rozumu i godności człowieka? Rozumiem że chłop czyta po polsku i nawet nie musi znać żadnego języka obcego ale wymowę można sprawdzić. Nie idzie mi o to, że chłop ma słaby akcent tylko naprawdę każde słowo jest przekręcone. 


"To był taki dobry chłopak" Tragedia, której można by uniknąć, gdyby debil przeczytał "Zbrodnię i karę"/10

Krótki ale treściwy reportaż o sprawie Kajetana Poznańskiego (znam dwie osoby, które znają jego lub jego najbliższą rodzinę... Poznań to dziura). Autorka skupia się na zrelacjonowaniu życia Poznańskiego, jego zbrodni, ucieczki, pojmania i procesu. 

Brakuje trochę refleksji nad tym wszystkim, ale przyjmuje że nie taki był taki cel autorki. Naprawdę chociażby to wmawianie uczniom Marynki że są elitą narodu wypadałoby jakoś skomentować. 

Co do samego Poznańskiego to jak czytaliście "Zbrodnię i karę" to wyobraźcie sobie takiego Raskolnikowa, którego mamy w domu. Brzydszy, głupszy i do tego grafoman erotoman-chałupnik. Jego motywacja jest dokładnie jak z Dostojewskiego: chciał sobie udowodnić że jest nadczłowiekiem. No debil. 


Seriale 

Z Archiwum X

Tak sobie postanowiłam przypomnieć klasyka... To jedna z tych produkcji, które trudno oceniać przez wzgląd na to, jak bardzo wpłynęły na wszystko, co pojawiło się po nich. I nawet trudno mi ocenić, jaki ten wpływ był, bo ja też jestem, pod wieloma względem, późniejsza... Bo czy on jest tak bardzo, komicznie wręcz, zgodny z ogólnym... Wajbem teorii spiskowych, wiary w kosmitów i ogólnego foliarstwa, czy jednak te rzeczy wyglądają tak jak wyglądają bo tak przedstawia je Archiwum...? Przecież my do diabła mamy w kraju dosłowne Archiwa X jako jednostki policji.

Mam bardzo mieszany stosunek do dialogów w tym serialu. Są straszliwie nienaturalne, zarówno co do warstwy treści (może bardziej stylu) jak I sposobu ich wypowiadania. To jest czasem naprawdę taki Chandler, którego mamy w domu, głównie za sprawą Duchovnego (Anderson nawet z tego co jej dają potrafi zrobić złoto).

Niektóre odcinki kompletnie nie mają sensu xD ot chociażby "3".

Miło spojrzeć na plejade aktorów doskonale znanych z innych seriali, gdzie często grali ważniejsze role (generał z SG-1, rudy dzieciak z Buffy, Caldwell z SG:Atlantis...). 

Czytaj dalej »

sobota, 4 stycznia 2025

[Rachunek za] Rok 2024 - seriale, gry i muzyka

 Podsumowania książkowe są tutaj, filmowe tutaj. 


Nie robiłam wcześniej podsumowań ilościowych w tym temacie, więc nie wiem, jak się to ma do lat ubiegłych, ale wydaje mi się, że nie oglądałam w tym roku zbyt dużo serial. Na 14 tytułów, połowa to dokumenty, druga seriale fabularne. 


Dokumenty

Spośród dokumentów na wyróżnienie zasługują:

Bad Surgeon, Farma Clarksona, Six Nations, Będziesz następna

Nie będę przyznawała nagrody dla najlepszego serialu, chociaż skłaniam się ku Farmie Clarksona, bo to rzecz, która - wbrew pozorom - robi bardzo dużo dobrego. Sytuacja rolników w Europie jest zła i Clarkson bardzo sprawnie pokazuje jak bardzo, dlaczego i jak trudno jest cokolwiek zrobić. Six Nations jest doskonale zrobiony, fajnie dobrani bohaterowie. Trochę brakowało mi więcej rugby, ale jaram się na nowy sezon. Pozostałe dwa to true crime. Pierwszy - Bad Surgeon - o lekarzu oszuście, bardzo ciekawy. Będziesz następna to polski dokument o gwałcicielu z Wrocławia. Mocna rzecz. Żaden z nich jednak nie ociera się o jakość dokumentów w rodzaju The Keepers czy Wild, Wild Country. 

Poza tym widziałam jeszcze bardzo solidne Tajemnice polskich morderstw, fascynujące Escaping Twin Flames (to jest poziom absurdu mierzący w stronę Tiger King) i taki sobie American Nightmare. Jest też prawdopodobieństwo, że widziałam jakieś inne trukrajmy, tylko ich nie napisałam - nie pamiętam, kiedy oglądałam Crime Scene: New York (i chyba jeszcze jeden tego typu z innego miasta) czy ten netflixowy o Małej Madzi (dobry, tak swoją drogą).

W 2025 będzie ich mniej, szczególnie takich przypadkowych trukrajmów odpalanych do obiadu, bo zrezygnowałam z netflixa. 


Fabularne

Tutaj jednak przyznam nagrody, ponieważ poziom był jednocześnie wyższy i niższy niż w przypadku dokumentów. 

Na plus:

Shogun, Tulsa King sezon 1, Mask Girl

Rok rozpoczęłam ponownym seansem Mask Girl i... to nie jest tak, że ten serial okazał się gorszy przy ponownym oglądaniu, ale on po prostu się nie nadaje do oglądania ponownie, bo opiera się na niewiarygodnej narracji. Niemniej jest to świetny serial, by nie powiedzieć doskonały. Tulsa King mnie absolutnie zachwycił, to jest dokładnie to, czego mi w życiu było potrzeba, serial jak napisany specjalnie dla mnie, w którym Stallone może pokazać wszystkie swoje umiejętności. No ale zwycięzca może być tylko jeden prawda? Nie będę oryginalna, Shogun podobał mi się szalenie. Nie jestem wobec tego serialu bezkrytyczna (ten angielski zamiast portugalskiego...), ale jest zrobiony świetnie. Natomiast wygrywa z Mask Girl właściwie wyłącznie tematem i powagą. 

Na uwagę zasługują też Briganti, serial kosmicznie durny ale z wizualnymi ambicjami. 

Nagroda specjalna za najlepszy opening

Tu kandydatów jest dwóch: Tulsa King i Mask Girl. Wygrywa Mask Girl, ale Tulsa King depcze jej po piętach. No ale spójrzcie na to cudo. 

A Tulsa King


Nicpan serialowy

Kandydatów jest dwoje:


Pozorna miłość zdołała mnie wkurzyć i zawieść, chociaż odpaliłam ją dla beki i spodziewałam się szrotu. Tu jakieś wyróżnienie za odsetek nieskończonych wątków się należy. Mimo to jednak jest to serial dość sprawnie zrobiony technicznie i póki wciąż sugerował, że jest o czymś to nawet był wciągający. Trudno jednak naleźć jakiekolwiek zalety w Hazbin Hotel. Skrótowy, debilny, zamiast rozwoju postaci mam co chwila piosenki, których nie sposób odróżnić jedna od drugiej. Tu był potencjał i Helluva Boss pokazuje, że autorka potrafi ten potencjał wykorzystać. Hazbin Hotel to jednak był zdecydowanie Nicpan 2024. 



Nie grałam dużo w 2024, ale bądźmy szczerzy, ja generalnie dużo nie gram. Zebrało się tego oszałamiające sześć tytułów. Na minus właściwie tylko Hollow Knight, ale to dlatego, że do mnie kompletnie nie przemawia ten klimat, sama gra jest zupełnie ok. Był to jednocześnie jeden z trzech nowych tytułów, w które zagrałam w tym roku (nowych dla mnie oczywiście), poza tym zapoznałam się z Blasphemous 2, który może trochę stracił na klimacie jedynki, ale dał mi wiele radości i bardzo polecam oraz moja najnowsza fascynacja Astral Ascent, który był bodaj za darmo (albo za grosze) na gogu - to rouglite od twórców Dead Cells, ale klimatem i rozgrywką jest bliżej anime i Hadesa. Vampire Survivors, wiadomo, wielka wieczna miłość. 



Muzycznie działo się może nieco więcej niż w grach, ale też nie jakoś bardzo wiele. 

Wydarzenia

Mieliśmy zaskakująco dobrą muzycznie Eurowizję (Estonia, Chorwacja, Finlandia, Austria, Litwa), która utonęła w kontrowersjach i skandalach paskudnych nawet jak na ten konkurs (dopuszczenie Izraela, dyskwalifikacja Holandii).

Poza tym wybrałam się na dwa koncerty, związane zresztą z tym festiwalem: Bambie Thug i Kääriję. Bambie nieco zawiodła, chociaż głównie problemem była publiczność, trochę z przypadku, chyba nie do końca w klimacie, nieznająca utworów. Käärijä za to dużo lepszy, ale też publiczność mnie zaskoczyła - znali słowa, byli dobrze przygotowani. I przede wszystkim aranżacja koncertowe podobały mi się dużo bardziej od studyjnych: są cięższe, dynamiczniejsze. 


Albumy

W 2024 wyszły dwie interesujące mnie płyty: Wake Up The Wicked i XII A gyönyörű álmok ezután jönnek. 


Nowy Powerwolf mnie zawiódł. To jest więcej tego samego ale chyba dotarliśmy do ściany. Większość tych utworów brzmi jakbym już gdzieś je słyszała - u tego samego zespołu na wcześniejszych płytach. Tak jak Call of the Wild dodawał nieco absurdalnego, tanecznego sznytu, tak tutaj nie ma nic nowego, nic ciekawego. Przesłuchałam to raz po zakupie i potem długo nawet nie pamiętałam, żeby wrzucić na telefon... ot, taka to była płyta. Nie jest zła. Jest nijaka i wtórna i to chyba jest najgorsze, bo zdanie co do złej płyty można ewentualnie zmienić, o tej trudno pamiętać. 

Thy Catafalque za to... Tomek nigdy nie zawodzi. Nawet poprzednia płyta, która jakoś mi się osobiście nie podobała była świetna w swoim gatunku. A to, to jest wszystko to, co kocham w Thy Catflaque. Gitary, elektronika, świetne wokale (skąd on bierze te kobiety). A przy tym jest to tak różnorodne i unikatowe, że można słuchać w kółko. Cały album jest do odsłuchania na kanale wydawcy:

(Jak wam się pierwszy utwór nie spodoba, to przeklikajcie pozostałe, bo to Thy Catafalque, tutaj każdy kawałek jest zupełnie inny)


Ufff, to tyle, jeśli chodzi o podsumowania. Trochę się tego zebrało, cieszę się że się zdecydowałam je podzielić na kawałki. Teraz jeszcze tylko bym chciała to ubrać w jakieś formy instagramowe, ranyboskie. 

Czytaj dalej »

wtorek, 31 grudnia 2024

[Rachunek za] Grudzień 2024

Jakoś tak wyszło, że grudzień upłynął mi pod znakiem... Filmów dla dzieci. 


Książki

Człowiek do wszystkiego 

Przedostatnia w tym sezonie pozycja na klub czytelniczy PIWu przekonała mnie, że jednak nie lubię się z modernizmem. Nie jest to jakaś wielka niechęć z mojej strony, ale po postu mi to nie podchodzi. Książka zła nie jest, ale mi się nie podobała, ot i tyle. Śledzimy losy młodego człowieka, który zostaje zatrudniony właśnie w charakterze "człowieka do wszystkiego" przez pewnego niezbyt udanego wynalazcę. Joseph trochę pomaga w biurze, trochę w domu, czasem jest domownikiem, czasem służącym... sytuacja jego jest niejasna i nie pomagają temu postacie gospodarzy - mamy tu bardzo typowych mieszczan tonących w długach niczym jakaś stara arystokracja, wyparcie miesza się z zadufaniem i zwyczajnym kretynizmem. 


Statek widmo

Ech. No przeczytałam. I jakbym nie przeczytała,to by moje życie nie było uboższe. Nie jest to jakiś dramat, da się to czytać, jest ogółem ok, chociaż jakaś specjalnie dobra literatura to to nie jest. 

To jest ten statek widmo, ten z Latającym Holendrem. Rzecz w tym, że Marryat sam na ten pomysł nie wpadł, oparł się na starszych marynarskich przesądach. I to jest taki trochę nieudany fanfik, bo tak właściwie to ten statek widmo jest autorowi potrzebny tylko do tego, żeby bohater miał jakiś pretekst to bycia tam gdzie jest. I pojawia się ze 3 czy 4 razy. Serio. 

A zakończenie, konkretnie ostatni akapit, jest straszliwie złe. 

Vesper, jak to ma w zwyczaju, uraczył nas posłowiem. I jak boga kocham autor tego posłowia chyba nie czytał książki, bo czego jak czego ale jakichś wspaniałych morskich przygód to tutaj nie ma za grosz. Plus, że jest trochę o autorze, który poza napisaniem tej marnej książki dokonał w życiu paru ciekawych rzeczy. 


Filmy

Kina i Yuk

Wygrałam wejściówki w rozdaniu na FB, no to co miałam nie pójść? Film reklamowany jako fabularyzowany dokument, ale to zdecydowanie film fabularny tylko bardziej w konwencji filmu przyrodniczego. Sympatyczny, zwierzątka ładne. Bardzo dla dzieci. 


Paddington

Paddingtona kojarzę bardzo ogólnie. Jakoś ominął mnie w dzieciństwie, chociaż musiałam o nim słyszeć. Film więc nigdy mnie nie interesował. Niedawno, przy okazji premiery trzeciej części, usłyszałam jednak mnóstwo pochwal na temat tej serii, więc postanowiłam się skusić (oba filmy dostępne na prime). 

Ludzie, jakie to było fajne. 

Zaskoczyło mnie jak wiele poważnych i dramatycznych elementów jest w tym filmie. Od pierwszego strzała dostajemy śmierć, katastrofę naturalną a główna intryga dotyczy tego, że ktoś chce naszego głównego bohatera wypchać. 

Bardzo podobał mi się zabieg (wykorzystany także w 2 filmie) używania modeli, domków dla lalek, przechodzenia bohaterów ze świata realnego do wspomnień/wyobraźni. Rewelacyjnie to działa. 

Najsłabiej wypada chyba Nicole Kidman w roli antagonistki - jakoś nie pasuje, wydaje się z zupełnie innej bajki. Poza tym obsada łogiń. 

Ach i jeszcze napisy były dziwne. Patrzyłam na nie tylko czasami, ale zwykle mocno odbiegały od tego, co było w oryginale, szczególnie dużo żartów padało na ryjek albo było pomijanych. 


Paddington 2 

To chyba rzadki przypadek, kiedy druga część jest lepsza od pierwszej i duża w tym zasług zmiany antagonisty - Hugh Grant musiał się doskonale bawić grając narcystycznego upadłego gwiazdora filmowego. Więźniowie (Paddington trafia do mamra) są też wspaniali. Do tego mamy znowu wykorzystanie modeli i animacji na świetnym poziomie. Polecam! 


Seriale 

Briganti

Włoski serial przygodowy w konwencji westernowo-komiksowej. A nawet trochę z zacięciem pirackim, bo jest mapa skarbów. Rozrywkowe i głupie, ogląda się świetnie, kostiumy komiczne ale rozrywkowe, operator bawił się doskonale, więc mamy sporo ciekawych ujęć. Naprawdę zdziwiło mnie, że to nie jest na podstawie komiksu. 

Obawiam się, że nie dostanie drugiego sezonu, bo chyba nie był za dobrze przyjęty (i się nie dziwię, bo jako głupoty w internecie sprawdza się świetnie, ale to ma być podobno serial historyczny no i tutaj pozostaje tylko śmiech przez łzy).


Pozorna miłość 

Ooo, to jest dopiero dzieło... Odpalone jakoś dla beki i dla beki obejrzane do końca, chyba jako serial muszę nazwać największym rozczarowaniem roku. Nie dlatego, że się wiele spodziewałam, bo się niczego nie spodziewałam, nie mając pojęcia że ten serial w ogóle istnieje, ale dlatego, że twórcy bardzo uparcie sugerują, że ten serial jest o czymś. 

Głupi jest od samego początku, natomiast zrobiony na tyle dobrze, że się to ze śmiechem, ale jednak ogląda. Fabuła: głupia bogata stara baba daje się owinąć wokół palca najgorszego oszusta świata, kolesia, który w pierwszym odcinku rozbiera się kilka razy zupełnie od czapy. Zupełnie serio sprawdzone sztuczki w rodzaju "było tylko jedno łóżko" to jest stanowczo zbyt wiele sensu jak na rozwój tego związku. Ach, poza tym Elia to człowiek-amfibia, kto wie, ten wie. 

I w gruncie rzeczy, gdyby to była tylko telenowela, to nie byłabym na nią zła. Natomiast "Pozorna miłość" uparcie stara się sprawiać wrażenie czegoś innego. Twórcy z uporem maniaka budują atmosferę zagrożenia. Piękny kochaś starej baby okazuje się uciekać przed długami oraz jakimiś złymi ludźmi, szuka go jakaś dziwna kobieta, on sam zaraz na wstępie przeszukuje mieszkanie bohaterki a potem namawia ją na bardzo głupie decyzję finansowe, do tego związane z kupowaniem luksusowego jachtu, więc jest duże prawdopodobieństwo że typ chce uciec... Co więcej córka bohaterki ma stalkera, syn ma romans, nasz najgorszy oszust świata zaczyna podrywać jej drugiego syna... 

Wiecie ile z tych wątków zostaje zakończonych...? Na upartego jeden. 

Ot, chociażby, bohaterka ma schizę, że w hotelu, którego jest właścicielką, są szczury. Wszyscy jej mówią że była przecież ekipa, nie ma szczurów. A ona, że przecież słyszała, szczury są! Trochę z dupy wątek, ale do czasu - jak amfibia się do niej wprowadza to ukrywa pistolet za drewnianą osłoną kaloryfera. A więc może w poszukiwaniu szczurów ktoś się tam zapuści i go znajdzie... Otóż nie. Generalnie pistolet nie ma żadnej funkcji w tym serialu, tak samo jak szczury. Albo stalker córki. Albo dziwni groźni ludzie, przed którymi bohater ucieka i którzy zabili jego fumfla - jak przychodzi do finału to chyba mocą miłości ich bohaterowie pokonują. Sugeruje się też możliwość wypadku samochodowego... I nic z tego nie wynika. A ten synalek ci ma romans to jest taki sprytny że robi to, co ma do zrobienia przy wielkim odsłoniętym oknie albo zgoła na tarasie. 

Plus bohaterowie (szczególnie Stara Baba i Amfibia) są rozhisteryzowanymi kretynami, którzy robią sobie awantury tylko po to, żeby zaraz się pogodzić. 

Poziom rozczarowania zakończeniem jest nie do opisania. 


Tulsa King sezon 2

Nie miałam w tym roku jakoś czasu na oglądanie seriali (chyba wszystko inne, co oglądałam poza jakimiś dokumentami robiłam w towarzystwie), więc drugi sezon Tulsa King musiał swoje odczekać. Ale w końcu się udało... przynajmniej zacząć. Jestem w połowie. Niby fajno, chociaż mam wrażenie, że jakoś to siadło trochę na ryjek, nie umiem powiedzieć o co chodzi, chyba humor jest trochę za bardzo przesadny. Bawi, ale brak w tym jakiejś płynności. Rzeczy dzieją się szybko, nie mają czasu nabrać znaczenia. Chyba o czymś świadczy też to, ze pierwszy sezon obejrzałam w całości a tutaj nie miałam problemu z tym, żeby sobie zrobić przerwę. 



Plany?

Są niezmienne, chociaż biorąc pod uwagę jak mi się średnio je udaje realizować, to może jednak pora spotkać się z rzeczywistością... Niemniej, na razie, odważnie: więcej czytać, tyle samo pisać, podobnie dużo redagować i jeszcze zabrać się za naukę języków. 

A teraz lecę robić podsumowanie roku, bo trochę tego będzie. 


Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 grudnia 2024

[Rachunek za] Listopad 2024

Listopad, jak zawsze, był czasem pracy twórczej a nie konsumowania cudzych twórczych dokonań, więc szału nie będzie, ale za to jakościowo wypadł doskonale. 


Książki

Tajemnice Zamku Udolpho 8/10

To była zaskakująca lektura. Przede wszystkim nie spodziewałam się, że nie będzie w niej w ogóle elementów fantastycznych. Po drugie - jak na powieść z końca XVIII (!) wieku jest zaskakująco nowoczesna pod względem konstrukcji. I chociaż jest w niej dużo sentymentalizmu (głównie w przepięknych opisach przyrody), to nie jest egzaltowana. Do tego plejada świetnych postaci - cioteczka, Anette wreszcie Montoni (którego knowania są nieznane acz straszliwe) - to jest świetna książka. Znajdując się miedzy oświeceniowym szkiełkiem i okiem a romantycznym uwielbieniem dla wszystkiego co dzikie i niezwykłe znajduje doskonałą równowagę. Wprawdzie potrzeba autorki zamknięcia i powiązania wszystkich wątków prowadzi do pewnych elementów zakończenia, które wieją trochę Harlanem Cobenem (to nie jest komplement), ponieważ różne osoby znajdują się tam gdzie fabule najwygodniej bez żadnej przyczyny innej niż imperatyw fabularny, ale generalnie nie mam większych zarzutów. No może poza tym, że pewne postaci jednak kończą ze sobą, bo miałam dużą nadzieję, że jednak się tak nie stanie (i to wynikającą z fabuły, nie pobożnych życzeń).

I całkiem szybko się to czyta! Wiem, że może to brzmieć jak jakiś nieśmieszny żart, biorąc pod uwagę, że spędziłam z Radcliffe miesiąc, ale musicie wziąć pod uwagę, że to jest naprawdę długa książka i to niespecjalnie obfitująca w dialogi. Ale za to ile tu jest wątków, ile akcji. Na pierwszych 50 stronach zdarzyło się więcej niż u Nicpana przez całe te jego dziadoskie Fajerwerki. Mamy - już na samym początku - śmierci, stalkera-poetę, strzelaninę, zbójców i dramatyczne krajobrazy górskie. 

Cholernie dobra to była książka, nie dziwię się, że Radcliffe była tak popularna za życia. Na pewno sięgnę też po inne jej powieści.  


Dzikowy skarb (tomy 1 i 2) 8,5/10

Miałam tę powieść czytać w roku... 2021 w ramach wyzwania, które zawalimy do maja, a które to zostało tak dokumentnie zawalone, że nawet zapomniałam o jego istnieniu. Niemniej w końcu nadejszła ta wiekopomna chwila i... zakochałam się w Karolu Bunschu. Ludzie, rzućcie w cholerę Wojny Wikingów Cornwella i czytajcie Cykl Piastowski. Dzikowy skarb to świetna historyczna powieść przygodowa dziejąca się w czasach Mieszka I, od śmierci Ziemomysła do Bitwy pod Cedynią. Mamy świetnych bohaterów, delikatne wątki fantastyczne (świetne!), klimacik no i historię Polski. Tutaj uwaga: fabuła opiera się o stan wiedzy z roku 1945, więc nie do końca zgadza się z tym, co wiemy dziś, ale nie są to żadne wielkie przekłamania czy coś, czego czytelnik po prostu nie wie ze szkoły (np. miejsce Chrztu Polski, najprawdopodobniej był to Poznań, nie Ostrów Lednicki jak przyjmuje Bunsch) plus jest trochę interpretacji naszej skąpej wiedzy, która działa dobrze na fabułę, ale nie do końca się broni (Bunsch przyjmuje, że Dobrawka miała wcześniej męża i jeszcze, że się z nim... rozwiodła, czy jakoś go tam porzuciła, nie, myślę, że jednak nie, panie Bunsch, nie to musiał mieć Tietmar na myśli nazywając Guncelina bratem Chrobrego xD). Natomiast jest to bardziej kategoria zabawy intelektualnej niż jakikolwiek problem. 

Był czas, że ta powieść była lekturą szkolną i to skandal, że nadal nią nie jest. Czemu mnie w szkole kazali czytać Krzyżaków a nie to?! Mam ogromną ochotę na więcej i bardzo mnie cieszy, że to więcej istnieje aczkolwiek nieobecność Bunscha w bibliotece to też jest jakaś porażka wyższego rzędu. 

Co mnie bardzo ucieszyło, to że powieść ta (i inne) ma nie tylko pozytywne recenzje, ale jest też tych recenzji sporo. Czyli jednak ludzie czytają wartościowe książki. 

To tam porównanie do Wojen Wikingów nie jest wcale przypadkowe, jeśli podobają wam się przygody Utreda z Bebbanburga, to myślę, że to również was zachwyci, bo to ta sama tradycja przygodowej powieści historycznej, gdzie przewijają się zarówno postacie historyczne jak i wesoła twórczość autora. 

Serio, GITUWA, Zbrozło krul, dejcie mi więcej tych powieści. 


Seriale

Briganti 

Jeszcze nie dokończyłam, więc wstrzymuję się z oceną, ale jest to zaskakująco ambitny formalnie historyczny serial przygodowy produkcji włoskiej. Utrzymany jest w estetyce komiksowo-westernowej (jestem w szoku że to nie jest na podstawie komiksu) zarówno jeśli chodzi o postacie, fabułę jak i warstwę wizualną - operator musiał się świetnie bawić, bo tu się naprawdę dzieje. Poza tym jest to serial z gatunku głupkowatych acz rozrywkowych (jako serial historyczny spadł z rowerka, nie wnikajcie bo aż strach jakie to brednie), dobry do oglądania w towarzystwie (osób i promili). Ma też tę zaletę, że jest krótki. 


Muzyka

XII: A gyönyörű álmok ezután jönnek Thy Catafalque

Nowy album Thy Cataflaque dostarcza. to powrót do wcześniejszego stylu (Rengeteg, Naiv, Vadak) po cięższym Aföld i mnie osobiście to cieszy. Aföld nic nie brakowało (Tomasz Katai nie potrafi robić złej muzyki), ale to po prostu nie były do końca moje klimaty. Natomiast XII jest dokładnie tym, czego chciałam. to jedna z tych płyt, kiedy co piosenka człowiek myśli "ta jest najlepsza". A do tego z AMA z Tomaszem wynika, że jest szansa na koncert w Polsce!
Cały album do odsłuchania na oficjalnym kanale wytwórni: 



MiToPiPo

Jak listopad to pisanie powieści w miesiąc. NaNoWriMo spadło z rowerka i sobie głupi ryj rozwaliło, ale nie ma powodu, żeby upadek jednej organizacji zabijał ideę, która tę organizację przerosła już dawno temu. Różne alternatywy powstają już od zeszłego listopada, kiedy sprawa ostatecznie się rypła, więc powołaliśmy w naszej polskiej grupie nową inicjatywę: Miesiąc Towarzyskiego Pisania Powieści. W skrócie MiToPiPo. O co chodzi? Ano dokładnie o to samo, z tym tylko, że dopuszczamy większą elastyczność jeśli chodzi o wyznaczane cele a ci, którzy chcą jakoś porównywać swoje dokonania porównują procent ukończenia swoich celów, a nie bezwzględną ilość słów. 
I poszło rewelacyjnie. Wprawdzie NaNo zawsze dopuszczało najpierw nieoficjalnie, potem oficjalnie ideę "buntowników", którzy np. za miast powieści pisali zbiór opowiadań czy coś w ten deseń, ale nie dostarczało odpowiednich narzędzi do śledzenia tego, a na co odpowiadał nasz prosty arkusz. Mam wrażenie, że większość uczestników była na koniec miesiąca zadowolona z tego, co udało się zrobić. 
Dla mnie osobiście to był jakiś absolutnie wyjątkowy rok, bo... udało mi się skończyć mój tekst w ciągu miesiąca. Od bardzo dawna napisania pięćdziesięciu tysięcy słów w miesiąc nie było dla mnie wielkim problemem, natomiast schody zaczynały się kiedy trzeba było faktycznie skończyć tekst, a te po pierwsze wychodziły zawsze dłuższe a po drugie... dużo dłuższe. Tymczasem w listopadzie 2025 wydarzyło się coś magicznego: 71046 słowo O skonaniu dnia to wyraz "KONIEC". W dodatku nie mam w tym tekście specjalnie dziur, tj. scen, o których wiem, że być powinny a ich nie napisałam z różnych powodów. Oczywiście w trakcie redakcji na pewno wiele zostanie dopisane i pewnie zmienione, ale faktycznie ten tekst jest na etapie, na którym potrzebuje redakcji a nie dalszego pisania. Jest to przedziwna sytuacja, z którą nie do końca umiem sobie poradzić, bo nigdy wcześniej się to nie wydarzyło. Zabiorę się za te powieść pewnie w marcu, kiedy organizujemy sobie MiToEdiTo, czyli analogiczną imprezę, tylko opartą na redagowaniu tekstu. 


Plany

Koniec roku, to i wypada zacząć snuć ambitne plany, no nie? Moje głównie tyczą się nauki języków, więc nie będę się o nich rozpisywała (w regularnej pracy konieczna jest regularność a nie rozbudowane opisy tejże). Czytelniczo ten rok zawaliłam jeśli chodzi o ilość, ale raczej nie jestem niezadowolona. Były miesiące słabsze, ale były tez bardzo dobre i przede wszystkim przestałam się bać grubych książek. Na porządne podsumowanie przyjdzie czas na koniec grudnia, ale nie mam zamiaru jakoś przeć przez najbliższy miesiąc do wypełniania statystyk. Niczego wybitnego już i tak nie osiągnę, mogę dla odmiany trochę odpocząć. Czytam teraz Człowieka do wszystkiego Walsera na klub PIW i nie będę ukrywała, dupy nie urywa. Poza tym wzięłam na tapet Statek widmo - tak, ten Statek widmo i jak na razie jest fajnie. Poza tym chciałabym chyba jeszcze w tym roku rzucić się na Początki Stalowego Szczura, żeby kontynuować zwyczaj czytania książek w tej samej dekadzie, w której się je kupiło. I tak, a propos, jeszcze nie skończyłam Meksyku przed Konkwistą, chociaż mi się podoba. Planuję skończyć do końca roku. 
Poza tym źli ludzie w Internecie mnie namówili na zakup ultrakrótkich drutów i okazało się, że jednak robienie skarpet jest spoko, więc nawalam skarpety, jak mam tylko ręce wolne. Plus muszę skończyć jak najszybciej pewien "tajny projekt" i chcę sobie zrobić rękawiczki bez palców, więc to są moje robótkowe ambicje na najbliższe tygodnie. Ten płacz z kąta to sweter, który robię już pewnie dwa jak nie trzy lata. nie zwracajcie uwagi. 


Czytaj dalej »

niedziela, 6 października 2024

[Rachunek za] Wrzesień 2024

Wrzesień chyba już zawsze będzie dla mnie początkiem roku, zbyt wcześnie się nim stał i zbyt długo nim był, żeby tak po prostu przestać być niezwykle ważną cezurą tylko dlatego, że skończyłam szkołę ponad (lepiej brzmi niż niemal dwie...) dekadę temu. Zresztą, chyba nie tylko ja tak mam, skoro wiele rzeczy wraca po przerwie wakacyjnej a niektórym w ogóle wydaje się że 1 września to początek jesieni (ale oni to może powinni jednak wrócić do tej podstawówki). No ale z drugiej strony Action już wystawił choinki i bombki... tak, mem stał się rzeczywistością. 

Tak więc ja też przewracam stronę, zaczynam nowy eee... no, wiadomo. Wrzesień to powrót Klubu Książkowego PIW i Księgarni Bookowski, co oznacza powrót do pewnego reżimu jeśli chodzi o wybór lektur, szczególnie, że w środek tej zabawy, na listopad ,wjeżdżają na pełnej "Tajemnice Zamku Udolpho" - 864 strony i mam pewne podejrzenia, że nie będzie to lektura nadmiernie porywająca (nie że się nastawiam negatywnie, ale to chyba nie jest Abercrombie, jeśli rozumiecie, co mam na myśli). Rozplanowałam to Pacemakerem i niech mnie bogowie mają w opiece, bo mimo przeznaczenia na to 34 dni i tendencji malejącej, po to, by w listopadzie mieć już tylko po parę stron dziennie (realnie rzecz ujmując w listopadzie nie będę miała czasu na więcej) zapowiada się niezła walka. Zapisz się do klubu książkowego, mówili, będzie fajnie, mówili. Najgorsze w tej historii jest to, że ja sama na siebie sprowadziłam ten los bo tak rzuciłam pół żartem, że można by to właśnie... no to mam. Na listopad. No cóż. To problem przyszłej mnie. ( a właściwie to wcale nie, bo żeby się wyrobić na 14 listopada czytać zaczynam już 10 października)


Książki

Ogółem tak dla porządku zaznaczę, że tak naprawdę, to skończyłam we wrześniu tylko jedną książkę - Prawdziwą historię czekolady. Pozostałe mam rozgrzebane, ale zbliżam się ku końcowi i nie sądzę, żeby tu się coś zmieniło, a notatki do tych wpisów - wbrew temu, co mogłoby sugerować notoryczne spóźnianie się z nimi - robię na bieżąco i tylko ewentualnie modyfikuję/dopisuję podsumowania. Tak więc, skoro ten wpis już był napisany, no to go wrzucam jak jest i ewentualnie będę się tłumaczyła za miesiąc. 

Prawdziwa historia czekolady

(w ramach Klubu Książki Państwowego Instytutu Naukowego i księgarni Bookowski)

To jedna z tych książek, które zostawiają po sobie więcej pytań niż odpowiedzi i to chyba nie w tym dobrym sensie. To znaczy, żeby była jasność - to nie jest zła książka. Ponieważ Mezoameryka fascynuje mnie od dziecka (dzięki, Tajemnicze Złote Miasta) część dotycząca najstarszej historii czekolady nie tylko mnie wciągnęła, ale jeszcze obudziła tę drzemiącą we mnie chorobliwą miłość do tego regionu i tych czasów. Trochę inaczej przedstawiają się kolejne rozdziały, te o podróży czekolady do Europy. Przede wszystkim ta Europa jest trochę jak z mema:


No tyle tylko, że jest na tej mapie Hiszpania, ale to tylko z musu. To właśnie jest źródłem moich pytań, szczególnie, że autor nie poświęca czasu ani Belgii ani Szwajcarii już nie wspominająco o wszystkich innych krajach na wschód od Francji. Chociaż historia czekolady sama w sobie prawdę mówiąc ani mnie ziębi ani grzeje, to jednocześnie nic o niej nie wiedziałam - nigdy się nad tym nie zastanawiałam - dlatego cieszę się, że tę książkę przeczytałam, natomiast będę musiała tę wiedzę uzupełnić z innych źródeł. Szkoda też że wydawca nie dodał jakieś posłowia o czekoladzie na ziemiach polskich (choć może nie mógł tego zrobić ze względu na umowę...). 
Tę dwudzielną budowę książki i znaczącą różnicę w poziomie tłumaczy dość przykra okoliczność: autorka zmarła ledwo rozpocząwszy prace nad nią i współautor, jej mąż, dokończył dzieło jej życia. W efekcie mamy pierwsze rozdziały napisane przez osobą zafascynowaną tematem i znającą się na rzeczy oraz zbiór nieco uporządkowanych notatek, którym nie można może wiele zarzucić pod względem faktograficznym (nie oceniam, przyjmuję na wiarę) ale niespecjalnie dobrze się to czyta, ale co gorsza: brak "Prawdziwej historii czekolady" jakiejkolwiek myśli przewodniej. Dowiadujemy się wielu faktów, ale niespecjalnie dlaczego to istotne. Brak całościowej narracji, fakty rzucane są w nas bez polotu czy uporządkowania większego niż podział geograficzny. Szkoda, bo myślę, że szykowała się znacznie lepsza publikacja tylko zły los do niej nie dopuścił. Trudno też mieć pretensje do autora, że wyszło, jak wyszło: nie wątpię, że zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby spełnić marzenie zmarłej żony. 
W tym co autorzy opisują, starają się być dokładni ale bez nadmiernej rozwlekłości, książka nie jest gruba, czyta się szybko. Jeśli kogoś interesuje czekolada albo Mezoameryka (ta część jest zdecydowanie ciekawsza od europejskiej) to warto zerknąć. 
(zdecydowany minus dla wydawcy za zastosowanie przypisów oksfordzkich)


Meksyk przed Konkwistą

(w ramach wspinaczki na Himalaje Zażenowania)

Kupiłam tę książkę w roku pańskim 2010 na premierę na targach książki naukowej, które odbywały się na moim wydziale. I tak sobie stała przez ostatnie czternaście lat, czekając na swoją kolej. To nie jest tak, że ja o niej zapomniałam. Stała zawsze w dość prominentnym miejscu - na środku półki z nieprzeczytanym non-fiction (tak, mam półkę z nieprzeczytanym non-fiction i tak, to implikuje półki z nieprzeczytaną beletrystyką i tak, są osobne półki z podziałem na gatunki i język, odwalcie się) - i jakoś co po nią sięgnęłam to jednak się za nią nie zabrałam. Czekała na odpowiedni moment.  

I to jest dobra rzecz, co mam wam powiedzieć? Trudno mi ocenić, jak spojrzałby na nią ktoś, kto nie jest zajarany mezoameryką od tak wczesnego dzieciństwa, że nie pamięta czasów przed tą fascynacją, ale jak dla mnie rewelacja. Jedyne czego tu brakuje, to ilustracji. Choć pozornie jest ich wiele, to w ostatecznym rozrachunku autorka opisuje bardzo wiele dzieł sztuki, które są przecież nie lada źródłami. Google są niezbędne, na szczęście dość łatwo znaleźć odpowiednie ilustracje. A potem wpaść w jakąś dziurę bez dna, przeklikując się przez kolejne zdjęcia, artykuły naukowe, dziwne filmiki z żółtymi napisami itd. itp. szczególnie, że - niestety - trochę pseudonaukowych bredni w związku z mezoameryką się w internecie znajdzie. 


Drumindor

To jedna z tych książek na które czekałam tak długo, że zdążyłam trochę przestać. To nie jest jakaś specjalna wina Sullivana, po prostu poznałam Ryrię w 2016 roku, przypomniałam sobie jeszcze potem - nie pamiętam kiedy, ale już parę lat minęło - i prawdę mówiąc moje zaciekawienie historią Drumindoru (wspomnianą w podstawowych książkach) trochę przygasło. Nie bez wpływu na mój brak entuzjazmu pozostaje też seria Legendy pierwszego imperium, w której, mówiąc oglądnie, Sullivan się nie popisał (recka tutaj). Po tę serię kolejną już nie sięgnęłam. No ale Drumindor. Ale chłopaki. Do kickstartera dobiegłam chyba zanim jeszcze się ufundował (czyli pewnie parę sekund po uruchomieniu). Kiedy książka wjechała mi na maila, zaczęłam czytać natychmiast. 

Początek był jak spotkanie z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Royce, Hadrian, humor, to ścierwo oraz inne postacie znane z poprzednich książek. Typowe Sullivanowanie, w którym autor radośnie odstawia victim blaming postaci, którą potem zdradzi i zamorduje. No wiecie - smaczniutko. Szybko jednak przechodzimy w stronę ficzka o Roysie i Gwen, co... no trochę trudno być o to złym, ale szybko robi się powtarzalne, bo Sullivan trochę tapla się w tym samym temacie niespecjalnie go pogłębiając. Do tego dostajemy jakąś kompletnie niewiarygodną historię romansową Hadriana, główna fabuła jest naciągnięta jak guma w gaciach Corneliusa DeLure i... i moje ogólne wrażenie jest takie, że Sullivan nie miał specjalnie pomysłu na tę książkę. Napisał ją, bo trochę wypadało, bo żona prosiła, bo lubi Hadriana i tak sobie myślę, że może to jednak powinno zostać takim niezbyt udanym opkiem napisanym dla żony. 

Jest też jeszcze kwestia czasu poświęconego na tworzenie tego tekstu. Myślę, że to właśnie on odpowiada za znaczący spadek jakości pomiędzy podstawową serią a Legendami czy ostatnimi dwiema kronikami. Jakby to może poleżało, jakby on to przerobił jeszcze ze trzy razy, zredagował, wyczyścił, skomplikował, pogłębił... ale tego nie zrobił.

Najnowsze trylogie "Przybysza" też się trochę kręcą w kółko, ale mimo wszystko (tu trzeba wziąć pod uwagę stan zdrowia Cherryh, który nie pozwalał jej pisać) tam jednak wciąż mam ochotę czytać o tym, jak Bren pije herbatę. Patrzenie na jakieś nastoletnie dramy trochę za bardzo spłyca Roysia. Chłop jest po trzydziestce i ma nasrane a nie czternaście lat i jest postacią z ya. W ogóle strasznie dużo tu jest takiego... uczłowieczania Roysia, że mu filsy na łeb wchodzą i mu głupio, że naraża życia Hadriana i po prostu, no ja nie mogę tego zaakceptować. 

Zresztą, co ja się tu będę, jak siedzicie w temacie to i tak to przeczytacie. 


Komiksy

Requiem

Po raz kolejny okazuje się, że jestem tak stara, że doczekałam się czegoś, czego miałam niedożyć. Najpierw była filmowa Alita (i to jaka!) a teraz polskie wydanie Requiem. Pisałam już o tym na okoliczność targów książki w Poznaniu, kiedy to odkryłam, że Scream Comics wydaje Requiem w Polsce, ale dopiero teraz, kiedy wyszły kolejne dwa (4) tomy znalazłam chwilę na czytanie. Problem tu jest przede wszystkim z formatem, bo komiksy są gigantyczne, ale co jak co, ale ta grafika zasługuje na wielkość średniego lotniska. 

Przyznam, że obawiałam się trochę tego powrotu po latach. Zapamiętałam ten komiks bardzo dobrze, ale też jako wyjątkowo durny (w najlepszym tego słowa znaczeniu) i trochę się bałam, że może jednak jestem już za stara na ten gimnazjalny satanizm. Ale nie, jest w pytę. Chyba najbardziej - poza oczywiście grafiką, która nie ma sobie równych - zachwyca mnie konsekwencja tego świata. 

Piekło to świat na opak. Więc wszystko jest na opak łącznie z czasem. Czyli bohaterowie młodnieją, zamiast się starzeć. I jak się umawiają na spotkanie, to umawiają się na wczoraj. Do tego przysięgają uroczyście walczyć z obrzydliwościami światła a technologię też zapominają, więc wszystko jest hardkorowym gotykiem. Mówcie, co chcecie, ja jestem zachwycona. 


Filmy

Hrabia Monte Christo

Co do zasady nie jestem fanką ekranizacji. Prawdę mówiąc w ogóle jakoś nie odczuwam potrzeby ich oglądania, jeśli już się za jakąś zabieram, to wcześniej czytam pierwowzór. I czy poszłabym na Hrabiego Monte Christo, gdyby nie świetna ekranizacja Trzech Muszkieterów? Nie. Może obejrzałabym po tym, jakby wjechał na jakiegoś Netflixa, ale serio, nawet by mi się nie chciało go na torrentach szukać. No ale Muszkieterowie... wlali w me serce nadzieję. Przycisnęłam, przeczytałam książkę, rzutem na taśmę udało mi się znaleźć seans - podejrzewam, że to już ostatni tydzień Hrabiego w naszych kinach. No i czy warto było szaleć tak?

No nie było warto.

Nawet gdyby chciało się być bardzo miłym, nie można nazwać Hrabiego... filmem dobrym. Nie broni się ani sam, ani tym bardziej jako ekranizacja. I wiadomo, autorzy wzięli na siebie trudne zadanie, bo powieść to właściwie materiał na serial i to długi serial. Mimo to, uważam jednak, że ekranizacja Hrabiego Monte Christo nie jest skazana na porażkę (choć jak na razie z tego co wiem, nikomu się nie udało). A więc co poszło nie tak?

Zmiany
Konieczność dokonania zmian jest oczywista. Ta powieść ma półtora tysiąca stron, mnóstwo wątków i bohaterów. Absolutnie nie jest więc moim zarzutem to, że zmian w ogóle dokonano. Natomiast są fatalne. To jest właśnie ten moment, w którym na myśl co i rusz przychodzili mi Trzej Muszkieterowie: D'Artagnan (drugiej części jeszcze nie widziałam, ale jest na prime za 15zł, więc pewnie kupię). W Muszkieterach dokonano sporo zmian, zmieniono trochę akcenty, dodano sceny, dopisano sceny, które w powieści były tylko implikowane. I wyszło świetnie. Wszystko to odbyło się w duchu powieści i patrząc na to miałam wrażenie, że Dumasowi by się spodobało. Nigdzie te zmiany nie szły za daleko, nigdy nie wyglądały jak kwiatek u kożucha a poza tym były przeplatane scenami jeden do jednego z powieści. Tam właściwie wyłącznie Aramis był beznadziejny.

W przypadku Hrabiego niestety jest zupełnie inaczej. Twórcy Muszkieterów starali się oddać ducha powieści, dokonując zmian koniecznych do przeniesienia materiału na ekran, dostosowując nieco dzieło do współczesnej wrażliwości, rozwijając wątki, które Dumas z różnych względów potraktował skrótowo, a które w filmie grają świetnie. Twórcy Hrabiego ewidentnie starają się poprawić Dumasa. No chyba sami rozumiecie, jak to się musiało skończyć.
 
Przede wszystkim dodano tu mnóstwo bardzo taniego dramatyzmu i to w dodatku nie bardzo licząc się z zachowaniem jakiegokolwiek sensu. Sam początek chociażby. W powieści Edmund wraca do Marsylii na pokładzie Faraona. Po drodze wszedł w posiadanie listu, który umierający kapitan prosił dostarczyć do pana Nortiera w Paryżu. Dostajemy też informacje o tym, że intendent, Danglars, pasjami nie znosi Edmunda, który jest taki ładny i mądry i wszyscy go lubią. Edmund jakoś Danglarsa nie lubi, ale nie widzi problemów we współpracy z nim o czym dowiadujemy się, kiedy Edmund zostaje mianowany kapitanem Faraona. Edmund chce się ożenić (z piękną wieśniaczką Mercedes) a potem jeszcze musi dostarczyć ten list, co to za bardzo nie kuma, czemu jest ważny, bo się nie interesuje polityką. Danglars za to wietrzy w tym doskonały sposób na wrobienie Edmunda w zdradę i wraz z sąsiadem Edmunda, krawcem Carderoussem oraz rybakiem Fernandem (zakochanym w Mercedes, która go trzyma we friendzonie) piszą donos na Edka, który zostaje aresztowany w czasie swoich zaręczyn. Prokurator Villefort to by go nawet wypuścił, ale orientuje się, że list jest przeznaczony dla jego ojca, a na wydanie spisku rodziciela nie może pozwolić (nawet mimo radykalnie odmiennych poglądów), dlatego wysyła Edmunda do lochu i robi wszystko, żeby świat o nim zapomniał. Tymczasem w filmie zaczynamy sztormem, rozbitym statkiem i Edmundem bohatersko ratującym z całego tego wraku... jedną osobę, kobietę. Bo nie wiem, sama se płynęła czy coś. Dostaje za to w mordę od kapitana Danglarsa, który przy okazji przejmuje list, który kobieta wiezie. Na miejscu w Marsylii nasza piękna nieznajoma przedstawia się Edmundowi i znika jak sen jaki złoty, żeby dwie sceny później okazało się że to jest... siostra Villeforta (?!?!?!). Którą on dusi w tej samej scenie (potem się dowiadujemy, że jej na śmierć nie udusił, tylko sprzedał do burdelu. serio). No i ponieważ Villefort orientuje się, że jedyną osobą, która wie, że jego siostra jest bonapartystką jest Edmund, to go wsadza do lochu. Co ważne, nasz milusiński zostaje aresztowany sprzed ołtarza, a nie w czasie zaręczyn. O takim właśnie tanim dramatyzmie mówię. Swoją drogą, ojciec Edmunda pracuje jako służący u państwa de Morcerf, którzy są tutaj... rodzicami Mercedes. Albo Fernanda, cholera wie, w każdym razie tych dwoje to tutaj kuzynostwo i arystokraci. A Carderousse dostaje robotę intendenta na Faraonie (czyli pozycję Danglarsa) i właściwie nie ma go za bardzo w tym filmie, poza tym, że robi pod koniec jakąś małą robótkę dla Edmunda.

I po co to wszystko było? Czemu nie można było naprawić jedynej bolączki powieści i zacząć od momentu, w którym Hrabia poznaje Alberta? Nawet gdyby miało się to odbyć tak jak filmie (rozumiem potrzebę ograniczenia tak treści jak i miejsc akcji). Zbudować nam tajemniczego Hrabiego i powoli odrywać jego cele, motywacje i przeszłość? Ale nieeeee, po co. 

Jeszcze na koniec dodam, że ten skarb, co to w książce ma dość długie i dość skomplikowane pochodzenie, to tutaj jest... skarbem templariuszy. A ksiądz Faria jest ostatnim kurwa templariuszem, I kid you not. Już jak zobaczyłam tę pierwszą scenę to wiedziałam, że nie będzie dobrze, ale jak wjechali templariusze to było pewne, że czeka nas syf.

Zemstą Edmunda rządzi w tym filmie przypadek. Nie ma tego poczucia rozbudowanego, drobiazgowego planu, którego kolejne elementy powoli wpadają na swoje miejsce. On jedzie znaleźć Angelę, bo właściwie sobie przypomniał, że ona istnieje i ona zupełnie przypadkiem opowiada mu o dziecku Villeforta i Danglarsowej (która tu jest jakąś przypadkową babą, brak w ogóle wątku mezaliansu), które to dziecko Edmund odbiera z jakiegoś lokalnego Hogwartu i razem będą się mścili. A właściwie to we trójkę, bo Hayde też jest tu bardzo aktywną postacią i ogółem Edmund sobie tu montuje niezłą ekipę, ekipę kompletnych pojebów. Nie jestem fanką wątku Hayde (połącznie braku osobowości z leceniem na gościa, który ją wychował mnie nie jara), ale jest on o niebo lepszy niż tutaj.

Zmieniono motywację bohaterów w efekcie bardzo spłycając, zmieniając ich intencje i perfidię, zmieniając w coś wręcz śmiesznego. Podobnie ma się rzecz z finałem zemsty Hrabiego, ostatecznie nam wyszło, że właściwie to się pokłócili o babę i jak Edmund spojrzał, że jeden chłopina kocha taką jedną babę, to trochę mu przeszło to wszystko (przypominam, w powieści otrzeźwia go nieco dopiero śmierć dziecka). Ruinie Danglarsa nie poświęcamy wiele uwagi, a jedyna kara jaka spotyka Ferdynanda to że go żona opuszcza (ale bez syna, bo ten ucieka z... Hayde). Villefort za to zostaje zamordowany przez Andreę, bo chyba autorzy scenariusza wyznają szkołę pisarską Diany z Ani z Zielonego Wzgórza.

Ach i jeszcze jedno: w powieści Edmund uważa się za wcielenie Opatrzności, podczas gdy w filmie odrzuca Boga jako leniwego sukinsyna, co nic nie zrobił, jak trzeba było.

A w ogóle to najbardziej oberwała Eugenia, chociaż to postać, która wydaje się wręcz stworzona do współczesnego kina. A nie, przepraszam, najgorzej to wyszła na tym ta jej dziewczyna bo naprawdę znaleźli jakąś koszmarnie szpetną babę, w dodatku wyższą od Eugenii o głowę.


Casting
Pierre Niney jako Edmund daje radę. Nie powiem, żeby mnie porwał, ale też chłop robi co może w takich okolicznościach przyrody. Laurent Lafitte jako Villefort całkiem się sprawdza, a Patrick Mille dobrze gra to co mu kazali zagrać, problem w tym, że to nie jest absolutnie Danglars. Bastien Bouillon ma do zagrania wyjątkowo odrażającą wersję Fernanda i... właściwie też nie wiem co powiedzieć. Bo mi się strasznie taki Fernand nie podoba, ale chłop dobrze gra, to co mu zagrać kazali. Najlepiej pod względem Castingu wypada... Vasili Schneider jako Albert. Jest to ponownie nieco zbyt dziecinna wersja postaci, a nieźle oddaje pewną niewinność i naiwność książkowego oryginału.

Najgorzej oberwała chyba jednak Eugenia. (no i Zuzanna, ale to już kompletna pomyłka).

Plusy, poza Albertem - cała służba Edmunda została zredukowana do chłopiny, co się pojawia w 2 czy 3 scenach, ale ma absolutnie wspaniałą mordę.

Z ciekawostek, to Andrea wygląda jak ten bóg zła i wszeteczności z Dishonored, jak mu tam... Outsider? Bez sensu, ale umilało mi co bardziej durne elementy filmu.

Kamerzysta forsę wziął, potem zaczął pić
Matko boża, jakie słabe są zdjęcia w tym filmie. Mimo napracowanka w scenografii ujęcia są w najlepszym wypadku nudne, generalnie nakręcone jest to bez pomysłu plus operator dostał drona na urodziny i mamy masę kompletnie zbędnych, brzydkich, bezsensownych ujęć z lotu ptaka. Ten wchodzący do portu Faraon z trailera to prawdopodobnie jedyne dobre ujęcie w całym filmie.

Muzyka
Jeśli wam się wydawało, że ten tani dramatyzm ze scenariusza to wiele, to poczekajcie na muzykę... Jest nie tylko słaba i zupełnie bez pomysłu. Ona na dodatek została tu ewidentnie pomyślana jako główny środek budowania nastroju. Nie ma go w scenariuszu, nie ma go w ujęciach i... właściwie nie ma go też w muzyce, ale twórcom wydaje się inaczej. Muzyka jest za głośna, kompletnie oderwana od tego, co dzieje się na ekranie, tania. Naprawdę mam wrażenie, że jakby jej nie było, to moje wrażenia byłby ociupinkę lepsze, bo jest jak wielka wiśnia na całym torcie tanizny i braku polotu.


Plusy?
Jedna rzecz, którą muszę temu filmowi oddać to że mimo potężnego czasu trwania absolutnie się nie dłuży. Jest napakowany treścią, akcja posuwa się wartko, uważam, że jest to osiągnięcie, które należy docenić, bo mówimy o filmie trwającym trzy godziny.

Serio, przeczytajcie książkę.


Na rauszu

To nie jest film o ponurych alkoholikach, to jest film o wesołych pijakach. Jest taki słodko-gorzki, o przyjaźni, o złym życiu. Niesamowicie podoba mi się to, że nie ma tu taniego demonizowania alkoholu, jak to jest ostatnio modne na threadsach (abstynenckie wysrywy tam to jest jakaś jakość sama w sobie) czy w ogóle jak przyjęte w popkulturze, że alkoholik to zawsze jakiś ponury patus, który chleje, bo mu się nie chce iść do roboty. Bohaterowie Na rauszu to czterech nauczycieli, którzy zaczynają pić, bo muszą iść do pracy. Są wypaleni zawodowo i życiowo, nic im nie idzie, nie widzą żadnych perspektyw na przyszłość. I tu z pomocą przychodzi im teoria, jakby człowiek rodził się z niedoborem promili we krwi i takie 0.5 to jest to, czego potrzeba, żeby żyć pełnią życia. Testy szybko pokazują, że coś w tej teorii jest, chociaż jak łatwo się domyślić są też pewne wady... 

Z ciekawostek mogę dodać, że film oglądałam w czasie pokazu na dziedzińcu zamkowym (CK Zamek w Poznaniu) a tam raz, że są leżaczki, dwa, że sprzedawane jest piwo w butelkach. Brzękające od czasu do czasu szkło sprawiło, że atmosfera była jedyna w swoim rodzaju. Pasowało to idealnie. 


Seriale

Bolivar

Dalej naparzam Bolivara i muszę niestety stonować moje pozytywne wrażenia z początku. Zeszło to bardzo w stronę telenoweli, ze dwa-trzy odcinki były naprawdę nie do oglądania a i potem jest średnio. Liczę na to, że jak się weźmiemy bardziej za historię/politykę, to poziom wzrośnie, ale wielkich nadziei nie mam. 



Plany?

Plany są proste: Najpierw Fajerwerki nad otuliną na Klub i potem na ten sam Klub będę czytała Tajemnice Zamku Udolpho i mam nadzieję w międzyczasie skończyć jeszcze Meksyk przed Konkwistą. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 września 2024

[Rachunek za] Sierpień 2024

Sierpień upłynął mi pod znakiem urlopu i zemsty. Spędziłam go na Łotwie, w Estonii i w Finlandii a towarzyszył mi Hrabia Monte Christo. O urlopie mam rozgrzebany osobny post - a może zrobię z tego całą serię, bo chciałabym coś dokładnie opisać poszczególne muzea i wyjdzie chyba dość długo - dość powiedzieć, że było świetnie a teraz nie mam za co żyć. Chcecie pojechać do Rygi (plus tam akurat jest tanio).


Książki

Hrabia Monte Christo 9/10

W końcu i ja dotarłam do historii Edmunda Dantesa. Podobno dobrego tłumaczenia opasłej powieści Dumasa nie ma, niemniej padło na Klemensa Łukasiewicza, a że nie mam żadnych kompetencji jeśli chodzi o język Francuski czy Dumasa mogę tylko powiedzieć, że przeczytałam rzecz po polsku a nie polskawemu. Sama powieść...? Świetna. Jest dramaturgia, jest słodka, słodka zemsta, rozplanowana, zrealizowana z wielką dokładnością. Jest w tej lekturze przyjemność podobna do tej, którą się czerpie patrząc jak wszystko idzie zgodnie z planem, jak najmniejsze, rozstawione pieczołowicie pionki po czasie robią dokładnie to, co zrobić miały i z chaosu i ciężkiej pracy wyłania się wspaniały obraz. Piękna rzecz. 

Wady...? Znikome. Ale ze względu na tak skomplikowany, wyszukany charakter zemsty Hrabiego brakuje jej pewnego... ognia. Jest zemsta, ale brak... nienawiści. Ulewa się ona Hrabiemu rzadko i też bliżej jej do okrucieństwa niż prawdziwego gniewu. Trudno to jednak nazwać zarzutem do samej powieści, to po prostu moje luźne przemyślenie. Druga rzecz, to że Dumas popada czasami - acz rzadko - w charakterystyczną dla swojej epoki egzaltację, której naprawdę tej powieści nie trzeba. Szczególnie, że ma tak świetne mroczne, wręcz demoniczne fragmenty. (no i wątek Hayde, fuj)

Taki prawdziwy, duży problem widzę tu w samej konstrukcji powieści, wikipedia w dodatku twierdzi, że jest za to odpowiedzialny nie sam Dumas, ale jego konsultant historyczny. Historyk, jak to historyk, kazał chronologicznie. Moim zdaniem książka dużo traci na dramatyzmie przez to, że od początku znamy motywację Hrabiego, źródło jego fortuny a także prawdziwą tożsamość. Dumas planował zacząć powieść od epizodu rzymskiego i to bardzo widać. Przez większość powieści (licząc od tego rozdziału) widać bardzo, że tożsamość Edmunda właściwie nie miała nam być znana, a scena w której "Edmund Dantes" pada głośno praktycznie kompletnie traci przy tym cały dramatyzm. 

Tak czy owak, to jest cholernie dobra powieść (lepsza niż Muszkieterowie) i nie należy bać się jej objętości, bo czyta się to szybko (no, wiadomo, miesiąc się czytało, ale bez bólu ;) ), postacie są barwne, styl lekki i kpiący a gdy trzeba to robi się odpowiednio mrocznie. 


Fundusz Zbrodni. Kulisy afery FOZZ

Kto się zapoznał z Matką Wszystkich Afer, ten się z seryjnego samobójcy nie śmieje. Pewnie sama z siebie bym po tę pozycję nie sięgnęła, bo to trochę jak z Iwoną Cygan - lepiej nie wiedzieć za dużo - ale dostałm tę ksiązkę, więc wypadało przeczytać. Najlepszą jej częścią jest rozdział pierwszy, przybliżający sposób w jaki powstało zadłużenie PRL. Naprawdę jestem pod wrażeniem i lektura ta dała mi sporo nadziei na to, że i dalsza część będzie napisana równie przejrzyście. Niestety nie do końca tak jest. Z jakiegoś powodu autor uznał, że potencjalny czytelnik może nie mieć pojęcia o PRL i rozdział na ten temat napisał bardzo dbając o jasność przekazu.  Niestety co do kompetencji czytelnika w kwestii prania pieniędzy miał już dużo lepsze zdanie i im dalej w las, tym mniej przejrzyście się robi. Nie jest to bardzo duży problem, ale po pierwszym rozdziale liczyłam na coś innego. 

Swoją drogą, wiedzieliście, że w Bakoma to "Ba" jest od tego gangstera Baraniny?


I to by było na tyle. Teoretycznie skończyłam jeszcze po powrocie z urlopu (a przed Funduszem...) Czarną Ambrozję, ale o niej pisałam już w zeszłym miesiącu i te ostatnie kilkadziesiąt stron nie zmieniły mojego zdania na jej temat. Świetna książka, prawdopodobnie zaskoczenie roku! 


Seriale

Bolivar 

Przypadkiem znalazłyśmy z siostrą na Netflixie telenowelę o Boliwarze. Wiecie, tym chłopie co to wyzwolił kontynent, ma po sobie nazwane państwo i walutę, jest bohaterem narodowym w kilku krajach no i ogółem wpadł do kociołka z zajebistością jak był mały. (żeby była jasność jestem świadoma, że to postać kontrowersyjna i budząca skrajne emocja tak za życia jak i po dziś dzień, niemniej nie możecie chłopu odmówić zajebistości, nawet jeśli negatywnie oceniacie jego działalność). Chwilka googlowania i wyszło, że chyba warto na to jednak spojrzeć, nawet jeśli pewna telenowelowa wrażliwość może razić widza szukającego bardziej serialu historycznego. 

Jak na razie jestem po dziesięciu odcinkach - z sześćdziesięciu, tak SZEŚĆDZIESIĘCIU - i przemyśleń mam tylko garstkę. Po pierwsze: widać napracowanko. Jest tu spora dbałość o to, by w każdym kadrze znajdowali się jacyś statyści, a przy tym by komponować z nich dość malarskie kadry. Jeśli chodzi o kostiumy to absolutnie nie powiem ani słowa na temat ich zgodności historycznej (chociaż wątpię, by istniała jakakolwiek), natomiast jest tu widoczna pewna dbałość o zachowanie wspomnianej już malarskości kadrów. Obsada - trochę trudno mi oceniać, bo nie znam aktorów (poza kobietą, która grała w "Skradzionym Sercu"), natomiast casting zrobiony jest fajnie, niektóre kreacje błyszczą (Pablo Clemente <3), aktorzy grający Bolivara dobrani są może nie podobni do portretów, ale są podobni do siebie nawzajem i aktor grający młodego Simona jest - zgodnie z opisami historycznymi - drobny, niewysoki i pełen wdzięku (absolutnie uwielbiam to, że jest niższy od swojej ukochanej). 

Fragmenty w Caracas, szczególnie te na plantacji, podobały mi się znacznie bardziej niż te w Hiszpanii. Być może dlatego, że mam zerowe pojęcie o Wenezuelskich plantacjach, ale może jednak dlatego, że twórcy mają nie większe o Hiszpanii przełomu XVIII i XIX wieku. To co tam się odjaniepawla to nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać. Telenowela wjeżdża na pełnej. (za to naprawdę dobrali bardzo podobną aktorkę do roli królowej i mówi ona bardzo z włoska a mniej z hiszpańska; czy to są dobrze udane akcenty to nie mnie oceniać - co do Bolivara-chłopca były głosy oburzenia). 

Czy polecam? Trudno powiedzieć prawdę mówiąc. Z pewnością trzeba mieć odporność na telenowelowość; nie jest tu ona może zupełnie na pierwszym planie, myślę że twórcy mieli ambicję stworzenia serialu historycznego, niemniej czasem jak walnie w pysk, to się pozbierać nie można. Z pewnością nie można podchodzi do tego z takim samym nastawieniem jak do seriali z innych stron świata ani też zresztą jak do lekcji historii (aczkolwiek recenzje podpowiadają, że nie jest pod tym względem *aż tak* źle). Dodam jeszcze dla porządku, że ja jednak trochę telenoweli w życiu obejrzałam, nawet jeśli nie nazwałabym się nigdy fanką gatunku - od Palomy i Zbuntownego anioła po Ruby (Ruby jest zajebista, bo to taka odwrócona telenowela, gdzie bohaterką jest "ta zła") czy Skradzione serce: nawet jeśli nie jestem fanką pewnych rzeczy, to jestem z nimi zaznajomiona, wiem skąd się tam wzięły i jak je interpretować. Dla osoby, która pierwszy raz spotyka się tą stylistyką może być to nie do przełknięcia. 


Muzyka

Wake Up the Wicked Powerwolf

Mam bardzo mieszane uczucia co do nowego albumu Powerwolfa. Z jednej strony to więcej tego dobrego, co zawsze a z drugiej... to więcej tego, co zawsze. Utwory są na tyle wtórne, że niestety mózg podsyła inne słowa. Z drugiej strony to wciąż solidna rzecz, więc trudno mówić o zawodzie. Mimo wszystko jednak liczyłam chyba na to, że będzie coś nowego a nawet taneczne rytmy z Call of the Wild nie do końca znajdują tu kontynuację. Chyba najwięcej mówi to, że po kilkukrotnym odsłuchaniu zaraz po zakupie (w 1-2 dni) już do niej nie wróciłam. Ale z drugiej strony, z muzyką jak z oceanem, są przypływy i odpływy, może nadejdzie i dzień,  którym wjedzie ostra faza. 


I już! Jak wspominałam na wstępie, o wrażeniach z urlopu będzie osobny post (lub posty). Jako ciekawostkę mogę dodać, że sierpień okazał się miesiącem rekordowym pod względem ilości przeczytanych stron - wpadło ich aż 1713, oczywiście za sprawą Monte Christo. Na okoliczność wyzwania 52/52 to jestem w tyle o jakieś 10 pozycji i niespecjalnie widzę szanse na nadrobienie tego, co właściwie nie jest aż takie złe - trochę chyba odczarowałam czytanie cegieł (Monte Christo to właściwie są dwie cegły, jak się tak spojrzy na większość wydań). 


Chociaż trudno mówić o jakimś ważnym punkcie w trakcie roku, ale jednak dla mnie wciąż 1 września jest punktem przełomowym (takie poczucia przełomu kompletnie nie czuję na przykład w czerwcu, chociaż to jest w końcu faktyczna połowa roku) - więc zrobiłam trochę planów. Przede wszystkim wiążą się one z Klubem Czytelniczym Państwowego Instytutu Wydawniczego w Bookowskim oraz listopadowym Novel Questem (tak, jest nowa jakość w listopadowym pisaniu, coś tu pewnie jeszcze na ten temat napiszę bliżej samej imprezy, ale dzieje się). Rozpiska Klubu na drugą połowę roku prezentuje się tak:

Zrobiłam też wyzwanie na Storygraphie, gdyby ktoś chciał dołączyć wirtualnie/łatwo znaleźć sobie polskie wydanie wspomnianych powieści. 

Nie będę ściemniać, jak zobaczyłam ten Zamek... na listopad to mi się zrobiło trochę słabo. A nawet mniej iż trochę, bo to straszliwa cegła a do tego trochę się boję jak szybko będzie się ją czytać. Tradycyjnie w listopadzie nie mam specjalnie czasu na czytanie (z drugiej strony, robiłam już w te listopady różne rzeczy, od kupna mieszkania po kursy językowe), więc uznałam, że tutaj bez Pacemakera się nie obejdzie. Rozplanowałam więc czytanie tej powieści (zresztą, rozplanowałam je wszystkie, ale pozostałe to nie są aż takie potwory) z naciskiem na szał w pierwszych dniach i potem tendencję spadkową. Jak mi pójdzie - zobaczymy. Tak w teorii wygląda to... wykonalnie. Zaczynam zaraz po spotkaniu październikowym i cisnę ile fabryka dała, by w listopadzie mieć już mniej do pogryzienia. Ale niech mnie bogowie mają w opiece. 

Generalnie co do rozpiski to zapowiada się moim zdaniem nieźle, tylko do tych Fajerwerków nie mam przekonania, ale może błędnie, nie nastawiam się negatywnie.  


Co tam wcisnę w międzyczasie...? Specjalnie planów nie mam, chociaż chyba, zainspirowana Prawdziwą historią czekolady, którą już zaczęłam, chyba pójdę mocniej w Mezoamerykę, która i tak ma mi towarzyszyć w jakimś stopniu w listopadzie. Planuję więc w końcu przeczytać Meksyk przed konkwistą Justyny Olko, który zakupiłam jak był nowością w roku pańskim 2010. Serio. To nie jest nawet półka wstydu, to są góry szaleństwa. A propos - wypadałoby wreszcie zapoznać się ze Zgrozą w Dunwich w wersji ilustrowanej, bo też leży dosłownie rok (faktura z 31.08.2023). Mam też jeszcze jeden zbiór Lovecrafta, ale nie wiem, czy po niego teraz sięgnę. Poza tym mam zamiar iść raczej na spontan, co mi tam w oko wpadnie, może jakieś Wojny Wikingów (zostało mi jeszcze sporo tomów) i zbiór opowiadań Carson McCullers. Tego czasu tam wcale nie ma tak wiele, biorąc pod uwagę, że ponad miesiąc spędzę z Ann Radclif w zamku Udolpho. 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia