Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audiobook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audiobook. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lipca 2026

[Rachunek za] Pierwsze sześć miesięcy roku 2026

Na początku tego roku podjęłam decyzję o kilku wyzwaniach opartych na liczbie 6. Sądzę więc, że powinnam coś o nich napisać po 6 miesiącach roku. 

1. C.J. Cherryh - 3/6

  1. "Faded Sun: Kesrith"
  2. "Faded Sun: Shon'jir"
  3. "Faded Sun: Kutath"
  4. "Serpents Reach"
  5. "Downbelow Station"
  6. "Wave Without a Shore"

Ponieważ pierwsze trzy powieści z tej listy stanowią całość, to jestem całkiem zaawansowana w tym akurat wyzwaniu. Na "Serpent's Reach" umówiona jestem na drugą połowę sierpnia, co sprawia, że zupełnie realne jest przeczytanie "Downbelow Station" na jesieni. "Wave Without a Shore" jest jednak mniej prawdopodobne. Tutaj opóźnienie wynika głównie ze strony moje partnera (ale nie mam najmniejszych pretensji, po prostu tak się ułożyło żyćko). Generalnie - jestem zadowolona. 
 

2. Klasyki - 2/6

  1. "Anna Karenina" Lew Tołstoj
  2. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte
  3. "Faraon" Bolesław Prus
  4. "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltari
  5. "Ojciec i syn" Karol Bunsch
  6. "Droga donikąd" Józef Mackiewicz



Wyzwanie klasykowe zaczęło się z grubej rury od Anny Kareniny, która choć szybkoczytająca się to jednak zajęła mi duuużo czasu. Do tego zaraz potem połknęłam "Wichrowe wzgórza", potem jednak inne zobowiązania i lektury odciągnęły mnie od tej listy. Ale powracam! Któraś z egipskich powieści pojedzie ze mną na urlop (jeszcze nie wiem, która), kolejną chciałabym przeczytać w październiku. Być może zmieszczę gdzieś w międzyczasie Bunscha. Jeśli chodzi o Mackiewicza to nie bardzo widzę szanse, ale jeszcze go nie skreślam. 

3. Książki ze Styrty Zażenowania 

  1. "Faded Sun"
  2. "Wave Without a Shore"
  3. "Guns, Germs and Steel"
  4. "Zew nocnego ptaka"
  5. "Dzieci Czasu"
  6. "Gdy leżę konając"


Tutaj zażenowanie jednak się utrzymuje. Przeczytałam na razie jedną książkę ("Faded Sun"), kuszą mnie okazjonalnie to Faulkner, to Diamond (Cherryh jest czytana wspólnie, więc tutaj nie bardzo mam opcje) ale zawsze coś mnie odciągnie. Rozważam Dimonda na drugą połowę urlopu. Najgorzej ma się sprawa z cegłami od Vespera, trochę czuję presję z ich strony. Te książki oczywiście nie są tak długie, na jakie wyglądają, bo Vesper nie ma szacunku do miejsca na naszych półkach, ale to z kolei oznacza, że mamy do czynienia z dość nieporęcznymi tomiszczami. Realnie przewiduję lekturę raczej na jesień, już po zakończeniu sezonu rowerowego (nawet mimo rozmiarów tych tomiszcz). 

4. 15000 stron - 6989/15000

Jestem na górce, nawet jeśli w dwóch miesiącach (lutym i czerwcu) nie udało mi się doczytać do 1000 stron. Jest więc ok, ale nie można osiadać na laurach. Mam nadzieję, że wpadka lutowa już się nie powtórzy, chociaż wtedy odciągał mnie od książek sport i to samo totalnie wydarzy się w lipcu. O czerwiec obwiniam chorobę, bo chociaż i tak czytałam niewiele to w dwa tygodnie najgorszego samopoczucia przeczytałam poniżej 90 stron. 

5. 52 książki punkty 

Jeśli chodzi o przeczytane książki, to na koniec czerwca było ich 23 sztuki, ale to wlicza komiksy i audiobooki. Bez szału, ale też nie mam zamiaru się biczować. Poczytałam w tym roku trochę cegieł i to doceniam znacznie bardziej niż jakieś ilościowe rekordy, chociaż wolałabym zdecydowanie po prostu więcej czasu dziennie przeznaczać na czytanie. 
Punktowo wychodzi za to bardzo obiecująco! Uzbierałam już 32 punkty, głównie za sprawą objętości (książki powyżej 500 stron dostają 2 pkt) oraz własności (wciąż staram się czyścić półki). Swoje dołożyła też książka po rosyjsku. Na minus poszły audiobooki i komiksy. Generalnie jestem zadowolona i kolejny raz uważam, że ta punktacja dość dobrze odzwierciedla moje wrażenia z dotychczasowych lektur. 

6. Czytać po rosyjsku

  1. Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́
Może ta lista nie wygląda imponująco, ale jestem z siebie bardzo zadowolona. Poczyniłam wyraźne postępy i nauczyłam się sporo o samej nauce języka. Zdecydowanie dobrze podziałało to, że "Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́" były jedyną książką, którą w tym czasie czytałam. Nie było, ze boli, że się nie chce - to się czytało, więc się czytało. To bardzo pomogło moim oczom przyzwyczaić się do cyrylicy. Ponieważ po rosyjsku wciąż czytam dość wolno - ale dużo lepiej, niż kiedy zaczynałam powieść Sanina! - to nie wiem, czy w tym roku jeszcze coś przeczytam po rosyjsku, ale tę część wyzwania zaliczam na duży plus! 

Pozostałe

Anime

Jak na razie to obejrzałam "Ruchomy zamek Hauru", ale nie zaliczam go do tego wyzwania, bo chodziło o zapoznanie się z jakąś nową serią a nie odświeżeniem klasyka. Ogółem o tym planie przypomniałam sobie pisząc tego posta, więc sami widzicie, jak się sprawy mają. 

Filmy

  1. Avatar III
  2. Ruchomy zamek Hauru
  3. Salvatore Giuliano
Szału nie ma. Moja niemoc filmowa trwa. Z drugiej strony nie widzę sensu w zmuszaniu się do oglądania czegoś. Zobaczymy jak się sprawy potoczą. 


Seriale

Nie jestem pewna, czy oglądałam w tym roku cokolwiek, może jakiś jeden odcinek "Z Archiwum X". 



Tyle raportu, ale co z podsumowaniem? Chociaż generalnie jestem dość zadowolona z tego roku, to z wyzwaniami idzie już tak sobie. Z wymienionych z tytułu książek przeczytałam 6/18, czyli 1/3 a nie połowę. Oczywiście są też plusy - ilość przeczytanych stron, książka po rosyjsku czy wynik punktowy. Jest nieźle. 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 czerwca 2026

[Rachunek za] Maj 2026

Był to miesiąc dość nierówny, zakończony mieszanką wybuchową: z jednej strony zachwytem tegorocznym Pulizerem (o czym więcej będzie w rachunku za czerwiec), z drugiej kryzysem zdrowotnym zwieńczonym posiadówką na SOR. W związku z tym ostatnim, zachwyt trochę został przerwany a mnie dopadł kryzys czytelniczy. Mam nadzieję, że z czasem poczuję się na tyle dobrze, żeby w ramach L4 jeszcze coś poczytać. 


Książki

Włóczędzy Hao Jinfang "kurwa ale gówno"/10 

Jeśli jakaś powieść gatunkowa zostaje doceniona przez mainstream, szczególnie taki bardziej nadęty, to opcje są dwie. Może być to powieść na tyle wybitna, że nie da się jej zignorować (a potem marudzić jaka to szkoda, że dotychczas autor miał łatkę pisarza fantastyki), ale nie oszukujmy się, takie przypadki są bardzo rzadkie. Dużo częściej jakimś cudem człowiek, który nigdy nie przeczytał książki fantastycznej czyta jakieś żałosne gówno i doszukuje się w nim wzniosłych treści (których tam nie ma) i potem ja muszę czytać takie ścierwo jak "Włóczędzy" Hao Jingfang. Żeby jeszcze to było słabe sf ale miało w sobie coś ciekawego - formę, treść, przesłanie. Ale nie, wcale tak nie jest. Ta "powieść" ma dosłownie zero zalet. A do tego jeszcze PIW dorzuca tak daremne tłumaczenie, że aż trudno uwierzyć, że jakikolwiek redaktor to przeczytał. Gdyby nie to że była to książka na klub PIWu (a na jaki inny...) to rzuciłabym ja w cholerę po 


od kącików jej ust odchodziły dwie zmarszczki w kształcie księżyca w nowiu. ("Statek") 

co oszczędziłoby mi tych wszystkich scen w blasku księżyca. Na Marsie. I całej reszty bredni, które są szczególnie uderzające, gdy wziąć pod uwagę że autorka skończyła ponoć fizykę... 

Pomijając jednak jak beznadziejne to jest SF, pod innymi względami nie jest lepiej. Jeśli chodzi o styl to daję autorce taryfę ulgową, aczkolwiek ani wersja polska, od której zaczęłam ani marginalnie lepsza angielska, na którą dość szybko się przerzuciłam nie dają zbyt wielu podstaw by wierzyć, że tam się dzieją jakieś językowe akrobacje usprawiedliwiające wydanie tego kupska. Pozostają nam jednak postacie - papierowe, niedojrzałe, mdłe i nudne. Pozostaje "fabuła", którą trudno właściwie określić oraz przede wszystkim pozostaje przesłanie. No więc co nam chce powiedzieć Hao Jingfang? Otóż, że buntować się jest pięknym przywilejem młodości, bo młodzi są szlachetni i głupi, ale kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa tę rękę utnie. Obrzydliwe propagandowe gówno i nawet nie będę słyszała waszych protestów, tak mocno mam owinięta głowę folią aluminiową - jestem przekonana, że to jest powód dla którego tak słaby tekst jest promowany nie tylko w Chinach, ale i na świecie. 

Ta książka nie ma zalet. Żadnych, bo jeszcze w dodatku jest gruba. 

(przeczytałam 10% po polsku, do 40% po angielsku a resztę przesłuchałam po angielsku w audiobooku x1.7 a i tak żałuję zmarnowanego czasu) 


Blackwater I: Powódź Michael McDowell "potwór z bagien do wzięcia"/10

Na książki z tej serii natknęłam się już kilka lat temu we Włoszech. Zwracają uwagę wydaniem - kieszonkowym, ale na bogato, w bardzo charakterystycznym stylu. Rzecz jest w dodatku nie tylko estetyczna ale jeszcze do tego niesamowicie praktyczna. Czytało się to niezwykle przyjemnie. Co do samej powieści - to dopiero pierwszy tom serii, poznajemy bohaterów i pewien zarys problemu. Zaciekawiło mnie to na tyle, że chętnie sięgnęłabym po kolejne tomy, ale zwyczajnie... Żal mi pieniędzy, nawet uwzględniając ładne wydanie. Ta seria to takie czytadło, które się łyka na plaży w Łebie i zapomina na wsze czasy. To 40 zł, które już wydałam to i tak za dużo. 





Milczenie owiec Thomas Harris 7/10

Z racji przynależności klubowej miałam pretekst do zapoznania się z tym klasykiem. Początek mnie nie zachwycił, Lecter wręcz karykaturalny. Potem Buffalo Bill zlepiony z dobrze mi znanych seryjnych morderców (to nie jest może zarzut sam w sobie, po prostu, no, trochę za bardzo widoczne dla mnie było z czego autor klei tego typa). Ale w drugiej części powieści całkiem sprawnie zbudowane napięcie. Ogółem z jednej strony utwierdziła mnie ta książka w przekonaniu, że thrillery i kryminały nie są dla mnie, z drugiej pokazała, że thriller to jednak coś bardziej pode mnie - jak już muszę - niż kryminał. 

Z ciekawostek, to uderzyło mnie tłumaczenie. Nie jest niby stare - z 1990 roku - a jednak jest takie... archaiczne. Nie jest to język dla mnie obcy - wręcz przeciwnie, to język mojego dzieciństwa i chyba dlatego wywarł na mnie takie wrażenie. Uświadomiłam sobie, że on zniknął, że od dawna już tak wcale nie mówimy. Na swój sposób ta książka pachniała gazetami, które czytali moi dziadkowie. 


Przyszłość prawdy "WERNEEEEEEEEEEER"/10


Kocham Wernera Herzoga i się tego nie wstydzę. "Przyszłość prawdy" to krótki esej dający dobry wgląd w to jak Werner Herzog postrzega prawdę i jak konstruuje ją w swoich filmach. Warto się zapoznać. Z drugiej strony będzie też łyżka dziegciu - kto to kurwa składał. Już sama okładka wieje jakąś bardzo nieudaną próbą elegancji a w środku jest jeszcze gorzej. Jakby ktoś kiedyś widział dobrze zrobioną książkę, ale nie miał pojęcia, dlaczego ona była dobra i spróbował odtworzyć efekt nie znając zasad. Odległości zbyt duże, proporcje nie takie, paginacja bez sensu, Dobry Jeżu Anaszpanie, skład aktywnie przeszkadzał w czytaniu. A tu obawiam się, cała seria będzie takim kupskiem. 




Komiksy 

Requiem. Rycerz wampir. Tom 4: Klasztor Sióstr Krwi. Królowa dusz zmarłych 

Jak pisałam już wcześniej - ta seria zaczyna się lepiej niż się kończy, więc im dalej w las tym większe znaczenie mają przepiękne ilustracje Ledroita, bo fabuła... To od samego początku nie jest żadne arcydzieło, ale po prostu cały ten motyw reinkarnacji i podwójnej tożsamości jest słaby jak barszcz, a w każdym razie słabo zrealizowany. Niemniej oczywiście, że kupię wszystko i wszystko przeczytam. Piękny jest to komiks i durny rozkosznie.    


Pulizer 2026 

Końcówkę miesiąca spędziłam - na ile mi to pozwoliło zdrowie - czytając powieść Angel Down Daniela Krausa, która zdobyła Pulizera. I nie byłoby w tym nic godnego nadmiernej uwagi, gdyby nie to, że "Angel Down" to pierwszy w historii laureat tej nagrody będący tzw. powieścią gatunkową (konkretnie horrorem). Co? Jak? Jakim cudem? 

Już pierwsze otwarcie książki pokazuje pewne... znaki. A właściwie jeden znak: powieść napisana jest jednym zdaniem, zaczętym od środka i każdy akapit zaczyna się od "and". Pozdrawiam polskiego tłumacza i mam nadzieję, że będzie to ktoś w rodzaju Tarczyńskiego. 

Więcej napiszę, kiedy skończę, bo niestety choroba mnie dość mocno wyłączyła z życia, ale napisane jest to pięknie i autorowi udaje się doskonale oddać potworność ale i swoisty absurd sytuacji ekstremalnych. Akcja toczy się w czasie IWŚ a nasi bohaterowie muszą dobić... anioła. 


Plany 

Przede wszystkim - odżyć. Potem dokończyć "Angel Down" i dwie lektury na kluby - "Wygnanie i królestwo" Camusa oraz "Poranek dnia zagłady" C.L. Moore. Na koniec miesiąca - "Region Węża" C.J. Cherryh. Gdzieś pomiędzy powinna znaleźć swoje miejsce "Tajemna historia", ale nie jestem pewna, czy dam radę (zaczęłam, ale nie wciągnęła mnie). 












Czytaj dalej »

piątek, 1 maja 2026

[Rachunek za] Kwiecień 2026

Kwiecień był miesiącem nadrabiania strat. Intensywnym tak bardzo że sama się zdziwiłam, że to wszystko odbyło się w jednym miesiącu. Mocno nadrobiłam straty w ilości przeczytanych stron (wyszło 1750! wciąż jestem w szoku), spontanicznie przypomniałam sobie "Ruchomy zamek", skończyłam świetne "Gasnące słońce", zapoznałam się z rewelacyjnymi "Grzesznymi chłopcami" (nareszcie dobra książka na kklub PIWu!). Nawet obejrzałam dwa filmy! Pozostaje mieć nadzieję, że ten trend się utrzyma. 


Ksiażki 

Howl's Moving Castle "Welsh Rugby"/10

Nie wiem, który raz czytałam tę książkę. Chyba czwarty...? Buja za każdym razem. I powtórzę po raz tysięczny: bez znajomości książki oglądanie filmu nie ma sensu. Diana Wynne Jones była osobą obdarzoną niezwykłym talentem do... pewniej sympatycznej ironii. Jej bohaterowie są często w równym stopniu niezwykli i śmieszni, trochę głupkowaci, naiwni, szlachetni, narwani i rozkojarzeni. 

Pomijając dwa fragmenty, które naprawdę są nieco za bardzo dla dzieci jak na mój starczy gust, jest to świetna książka, od której nie sposób się oderwać za to łatwo popłakać się że śmiechu. 




There Is No Antimemetics Division ⬛⬛⬛⬛⬛⬛ /10

Ależ to była dzika jazda. Jak lubicie SCP, to nie muszę pisać nic więcej. Jak nie wiecie co to jest SCP, to chcecie się dowiedzieć. No a "There Is No Antimemetics Division" to właśnie powieść w tej konwencji, że tak powiem, bo pierwotnie pojawiła się na wiki jako odcinkowa seria. 

Trudno jest jakoś zarysować o czym jest ta powieść, skoro jest o zapominaniu. I to nie w taki refleksyjny sposób jak "Podziemie pamięci" Ogawy, ale w wariacki sposób gdzieś z pogranicza Lovecrafta i Z Archiwum X. 

To ten rodzaj intelektualnej zabawy, gdzie bierzemy jakaś koncepcję z gatunku "co by było gdyby" a potem wyciągamy z niej wnioski aż połamiemy rzeczywistość. I potem idziemy jeszcze kilka kroków dalej. 

Świetna rzecz, bardzo polecam. 


Faded Sun: Kutath 8,5/10

Nareszcie udało mi się skończyć czytanie trylogii Gasnącego Słońca. Zaczęłam w lutym, jestem zażenowana tym ile to trwało i raczej niewiele zmienia jakie tam klubowe powinności mnie usprawiedliwiają. Z pewnością ten długi czas lektury nie ma nic wspólnego z samym tekstem, który jest wspaniały. 

Tak jak pierwszy tom skupiał się (zarówno pod względem nastroju jak i fabuły) na desperacji i opuszczeniu Nuina, jak drugi był o opresyjnej samotności Duncana, tak tom trzeci to bardziej konfrontacja oraz tak lubiane przez Cherryh dynamiczne zakończenie. Czego tu nie ma! Zwroty akcji, przeszłość niejednego świata, interpretacje wydarzeń z różnych punktów widzenia, wybuchy, pościgi... 




Grzeszni chłopcy "geje tajpeje"/10

To może być największe odkrycie tego roku. I zaskoczenie. Moje dotychczasowe doświadczenia z literaturą chińską nie były dobre, więc obawiałam się straszliwego gówna. A dostałam rewelacyjną powieść. Gorzką, miejscami zabawną, zgrubsza straszną - śledzimy losy grupki młodych homoseksualistów, w większości wyrzuconych z domów, skupionych wokół pewnego parku w Tajpej. Autor odmalowuje nam wspaniałą galerię postaci, od dramatycznych i na poły legendarnych, bo zwyczajnych, żałosnych, czasem upośledzonych umysłowo. Miesza się tu ohydna dorosłość ich życia z tym, że mamy do czynienia z dziećmi. Ci chłopcy pewnego dnia pojadą na rowerach wykąpać się w rzece i zjedzą lody u zaprzyjaźnionego sprzedawcy... Lody za które zapłacą pieniędzmi zarobionymi poprzedniej nocy w dworcowym kiblu. Świetna rzecz, szkoda że to jedyna powieść w dorobku autora. 



Audiobooki

Weavers, Scribes, and Kings: A New History of the Ancient Near East 10/10

Amanda H. Podany na podstawie zachowanych tabliczek klinowych oraz badań archeologicznych odmalowuje niezwykle barwny obraz mieszkańców dawnej Mezopotamii. Może sobie na to pozwolić, ponieważ do naszych czasów przetrwały nie tylko dzieła literackie czy dokumenty wagi państwowej ale również osobista korespondencja zwyczajnych ludzi - chociażby despotycznego ojca, który wysyła zirytowane ponaglenia do dorosłego syna prowadzącego odział rodzinnej formy w innym mieście. 

To szczegółowa książka popularnonaukowa, dająca dobry, szeroki ogląd sytuacji politycznej i społecznej wielu państw na przestrzeni wielu stuleci, która nieustannie pozostaje blisko swoich bohaterów, czy to pomniejszej szwaczki, czy króla, o którym uczy się w podstawówce każde dziecko. 

Wspaniała książka i mam nadzieję, że ktoś wyda ją po polsku. 

Angielski audiobook, sprawnie czytany przez autorkę (!) dostępny jest na Storytelu. 


Chiny jednego dziecka "800 minus i jego konsekwencje"/10

Prześladują mnie ostatnio te Chiny ;) Reportaż trójki autorów pokazuje zarówno teorię i praktykę polityki jednego dziecka a także jej konsekwencje, wyraźnie widoczne w wielu aspektach życia codziennego mieszkańców Państwa Środka. Totalitarne reżimy mają to do siebie, że mogą przeprowadzać działania na skalę niemożliwą w innych okolicznościach. Czasem to wysłanie człowieka w kosmos. Czasem zawracanie rzek i katastrofy ekologiczne. A czasem kompletne zaburzenie równowagi płci w społeczeństwie, rozregulowanie życia rodzinnego i ekonomii. Co najgorsze - takie zmiany mogą okazać się niemożliwe do cofnięcia. Chiński rząd już wiele lat temu zorientował się że źle się dzieje, ale jego działania są równie oderwane od rzeczywistości jak kiedy politykę jednego dziecka wprowadzano. 

Ciekawa lektura, mówi wiele o życiu codziennym we współczesnych Chinach i kulturze chińskiej w ogóle. Polecam. 

(audiobook dostępny na Storytelu, książka sama w sobie - wszędzie, dopiero co miała premierę ;)) 


Filmy 

Ruchomy zamek Hauru "nie jestem już piękny, moje życie straciło sens"/10

Odświeżony w ramach filmu miesiąca na klubie książkowym, w środku nocy przed Wielkanocą w trakcie pieczenia chleba. Piszę o tym, bo było coś magicznego w tych okolicznościach. Noc, cisza, swego rodzaju pustka - to mi dało przestrzeń do skupienia się na filmie. A film... zachwyca za każdym razem. Nie wiem nawet ile razy go widziałam. Trzy? Pięć? To jeden z tych przypadków, gdzie wielokrotne powroty tylko dziełu służą, ponieważ można skupiać się na innych jego aspektach. Od kilku moich sensów to jest animacja - trzeci plan, na którym zawsze coś się dzieje. Kwiatki na łące, które wszystkie się ruszają. Piękny, piękny to jest film. 

Jak pisałam wyżej - nie sposób w pełni go docenić, jeśli nie zna się książki bo to fascynujący przykład adaptacji, która jest niezwykle wierna a jednak pomija takie drobiazgi jak fabuła. Widać, że twórcy znają książkę na pamięć i bardzo ją lubią. Różne sceny, których pozornie w pierwowzorze nie ma tak naprawdę zostały twórczo przekształcone i choć zupełnie inne to są łatwo rozpoznawalne, ale wykorzystują książkowe motywy dla podkreślenia antywojennej wymowy filmu. Ot chociażby sam początek: w animacji Sophie zostaje zaczepiona przez żołnierzy i uratowana przez Howla, który potem zabiera ją na spacer w chmurach. W książce Sophie zostaje zaczepiona przez Howla (który tak jak żołnierz w filmie nazywa ją myszką) a spacer w chmurach znajduje się na samym końcu powieści w zupełnie innym kontekście. Scenariusz został skonstruowany równie pieczołowicie co film zanimowany, choć bez znajomości pierwowzoru naprawdę trudno to zauważyć i docenić.  


Salvatore Guliano  "Sicilia is not Italy"/10

Tytułowy bohater to postać historyczna. Bandyta, który rozpoczął współpracę z sycylijskimi separatystami i działał na rzecz niepodległości wyspy. Nazywa się go czasem sycylijskim Robin Hoodem. Jak łatwo się domyślić, postać kontrowersyjna. Urodził się w roku 1922, zginął w niejasnych okolicznościach w roku 1950. I to właśnie śmierć Guliano jest punktem wyjścia dla filmu Francesco Rossiego "Salvatore Guiliano" z roku 1961, a więc nie tak długo po wydarzeniach. 

Film skonstruowany jest bardzo ciekawie: zaczyna się od znalezienia ciała tytułowego bohatera i w ramach śledztwa w sprawie odkrywa jego przeszłość oraz pokazuje proces jego wspólników (a może i zabójców). Mamy sporo retrospekcji, mamy też sceny przesłuchań na sali sądowej. 

Jest to produkcja niewątpliwie interesująca zarówno pod względem konstrukcji jak i tematu, ma jednak jedną zasadniczą wadę: to jest film publicystyczny, skierowany do odbiorcy Sycylijskiego a z pewnością dobrze zorientowanego w sprawie, kogoś kto opisywane wydarzenia albo przeżył, albo przynajmniej śledził w gazetach. Dlatego miejscami naprawdę trudno nadążać za wydarzeniami, brakuje kontekstu. Gdybym nie miała bardzo ogólnego pojęcia o czym to będzie i nie oglądała tego z osobą, która była w stanie mi cokolwiek dopowiedzieć, nie wiem, ile bym zrozumiała. Natomiast, jeśli wykona się pewien wysiłek mający na calu zapoznanie się chociaż ogólnie z najważniejszymi punktami działalności Guliano oraz ówczesnej sytuacji politycznej na Sycylii warto ten film obejrzeć. 

Czego nie warto robić, to sięgać po film "Sycylijczyk" na podstawie powieści Mario Puzo pod tym samym tytułem. Chciałam się zapoznać i z tą wersją, ale porażający amerykański debilizm tej produkcji sprawił, że wyłączyłam ją po jakichś piętnastu minutach. Nie polecam. 



Plany na maj? Dużo klubowych lektur i filmów do obejrzenia, ale mam nadzieję, że uda mi się utrzymać dobre tempo oraz przeczytać coś nie-klubowego ;)


Czytaj dalej »

sobota, 3 stycznia 2026

[Rachunek za] Rok 2025 - książki



2025 to był rok tak długi, że bardzo się zdziwiłam, kiedy spojrzałam na listę przeczytanych na Storygraphie. Był to rok odkryć i zachwytów, powrotów, początków i słabych lektur. Działo się i cieszę się, że pisanie tego podsumowania pozwoli mi uzyskać bardziej całościowy ogląd sytuacji. 

Z czego jestem zadowolona? 

Z wielu rzeczy. Przede wszystkim we wrześniu w końcu rozpoczęłam planowane chyba od dekady Wielkie Ponowne Czytanie Unii/Sojuszu, czyli systematyczną lekturę wszystkich książek z cyklu - jest ich obecnie 34 sztuki. Co więcej, znalazłam sobie towarzysza tej podróży i jest naprawdę super tak sobie razem po rozmawiać o Cherryh. Działamy w publicznych Buddy Readach na Storygraphie, więc kto chętny do dołączenia, niech daje znać. Czytamy powoli, tj. robimy sobie odstępy między kolejnymi książkami, żeby nie zmęczyć materiału. Chodzi o zapoznanie się z tematem a nie jakiś maraton, więc potrwa to parę lat. Jak pisałam w poście o planach może w roku 2026 uda się przeczytać aż 6 książek, ale to wersja maksimum. 
Po drugie, czytałam sporo cegieł, mniej czułam presji jeśli chodzi o ilość. Bardzo dobrze zrobiło mi skupienie się na ilości przeczytanych stron a nie książek. Oczywiście, książka książce nierówna, tak samo jak strona stronie, rzecz w tym jednak, że mi takie proste statystyczne/ilościowe wyzwania generalnie pomagają. A tu przycisnę jeszcze, a tu po coś sięgnę, dziś jeszcze poczytam, a film obejrzę jutro. Najbardziej pozytywnie oceniam cel czytania co najmniej 1000 stron miesięcznie. To nie jest bardzo dużo, to nie kumuluje się nawet w docelowe 15k, które ustawiłam sobie zbiorczo, a jest to ładna okrągła liczba, do której można dążyć. Jest to około 3 książek miesięcznie więc też bez wielkiej spiny (co nie zmienia faktu, że mi się nie udało w każdym miesiącu 2025 roku, ale o tym będzie poniżej). 

Z czego jestem niezadowolona? 

Doboru książek na klubie czytelniczym PIWu. To był naprawdę słaby rok. Sam klub jest super, ekipa na nim jest rewelacyjna, spotkania generalnie są satysfakcjonujące. Niestety tak jak w roku 2024 przeczytałam na ten klub najlepszą książkę roku, odkrywał nowych autorów i nawet książka zła była tak zła, że przeszła do historii tego bloga, tak ten rok był bardzo marny. Jeszcze pierwszy semestr nie był aż taki zły, natomiast to, co się działo po wakacjach to jakaś masakra.
Łącznie na klub PIW przeczytałam 10 książek:

„Taipi” Herman Melville - zdecydowanie najlepsza, Melville świetny jak zawsze. Do tego, to bardzo przystepna lektura, więc dobra na początek znajomości z tym autorem. 
„Wojna” Ferinand Celine - nie był to mój faworyt z wielu względów, najniżej oceniona książka 2025 roku, ale tak naprawdę to jest wielka literatura w porównaniu z tym, co mnie czekało potem...
„Pan Prezydent” Miguel Angel Asturias - chlubny wyjątek. Nie do końca moje klimaty, ale to była ciekawa i dobra książka. 
„Wyspa snów” Heikki Kännö - miejscami była naprawdę fajna, miejscami niekoniecznie. 
„Sztuka czytania i pisania w Babilonie” Dominique Charpin - nie czytało się tego jakoś źle, ale chłopina napisał polemiczną książkę i ja nie wiem, z czym on dokładnie polemizuje. 
„Kola Zębate” Ryunsuke Akutagawa - nierówny, nie za dobrze złożony zbiór opowiadań. Niektóre całkiem niezłe.  
„Dzicy detektywi” Robarto Bolano - UGH, ależ to był szajs, w dodatku długi. Zaczyna się całkiem zabawnie i byłam pozytywnie nastawiona, niestety szybko popadamy w chaotyczny zlepek dowolnie wybranych bredni. Mam też pewne wątpliwości co do jakości tłumaczenia, chociaż może w oryginale te poszczególne głosy też się od siebie nie różnią. Są tu naprawdę fajne fragmenty, ale nie składają się w sensowną całość, a sama powieść jest potwornie długa i potwornie męcząca. 
„Kobieta z wydm” Kobo Abe - niby się zaczyna nieco horrorowato, ale idzie ostatecznie w stronę bardzo oczywistego zakończenia i moim zdaniem nie jest zbyt przekonująca. Plus jest obrzydliwie naturalistyczna.  
„Dzieci jesionu, dzieci wiązu” Neil Price - Książka, która może byłaby nienajgorsza, gdyby nie dziwaczna decyzja o wycięciu z niej wszystkich nazwisk i przypisów. Sprawie nie pomógł też tłumacz, który w dupie był i gówno widział oraz nie umie posłużyć się nawet tak wyrafinowanym narzędziem translatorskim jak google i wikipedia, że o skonsultowaniu się z dowolną grupką dziewiarek na facebooku nie wspomnę. 
„O bestiach i ptakach” Pilar Adón - jak chcecie się przekonać, jak zła jest współczesna literatura piękna, to zapraszam do ogródka pani Adón. Jest to tekst pozbawiony treści, klimatu i sensu.

Kiedy tak sobie podsumowałam je wszystkie razem, to muszę stwierdzić, że cały rok nie był aż taki zły. Powieści z pierwszego semestru to nie jest może do końca moja bajka, ale ja siedzę w tym klubie właśnie po to, żeby wychodzić ze strefy komfortu i czytać rzeczy, których normalnie bym nie przeczytała. "Taipi" zresztą jest świetne, "Pan Prezydent" interesujący - jak nie lubię ibero-literatury, tak tutaj jestem w stanie docenić, "Wyspa snów" też była dość ciekawa a miejscami przekomiczna (lubię fińskie poczucie humoru). Charpin głównie polemizuje, ale i tak można się tego i owego dowiedzieć. Akutagawa też miał lepsze fragmenty no i jest to dla Japończyków dość ważny autor, więc warto było się z nim zapoznać. "Wojna" to wulgarne gówno, w dodatku skompilowane z notatek autora lata po jego śmierci i poprawione przez wydawców, ale jest to książka, która próbuje powiedzieć coś ważnego i myślę, że jej się to udaje. Natomiast Bolano i spółka to jakaś masakra. Zarówno on, jak i Adón to pierdzielenie bez ładu i składu, w przypadku "Dziki detektywów" to jeszcze potwornie grube. Kobieta z wydm jest ostatecznie dość banalna (choć może to anachroniczne stwierdzenie), "Dzieci jesionu..." nie mają ani przypisów ani nawet nazwisk
Mam szczerą nadzieję, że w tym roku uda nam się wybrać lepsze książki, chociaż PIW nie ułatwia. Nie bez znaczenia pozostaje też to, że jak to zwykle bywa w klubach, ci, którzy głosują, wcale nie przychodzą na spotkania. 
 

Garść statystyk

Pora na cyferki. W 2025 roku przeczytałam 37 książek, łącznie 14036* stron, oraz przesłuchałam 5 audiobooków. Zaledwie 2 książki pochodziły z legimi, co myślę dobitnie pokazuje w jakim stanie jest ta platforma. Żegnamy się. Wśród przeczytanych książek było 21 ebooków, a więc stanowiły on 56%. 31 książek było po polsku (w tym 8 nie było tłumaczeniami), 11 sztuk było po angielsku. 15 książek ściągnęłam z własnej półki

*jest tu drobna rozbieżność względem Storygrapha, ale w tym momencie nie jestem w stanie stwierdzić, skąd się wzięła, możliwe, że ze zmieniania wydań, żeby się zgadzały pozostałe dane.


Najwięcej przeczytałam w czerwcu - 1657 stron, najmniej w grudniu - 804. Grudzień był to też jeden z trzech miesięcy - obok maja i sierpnia - kiedy nie dobiłam do wyznaczonego 1000 stron. Przy czym w sierpniu przeczytałam sporo tekstów, które nie zostały nigdzie opublikowane, więc tam spokojnie ponad 1000 stron jednak było. W maju czytałam po rosyjsku, to niestety idzie mi powoli i tyle. Grudzień natomiast to była jakaś kulminacja, przez dobre dwa tygodnie męczył mnie ból głowy i ogólne osłabienie, powrót do domu i padnięcie do wyra to był maks moich możliwości. 





Ciekawie wypada porównanie z rokiem ubiegłym. Łącznie przeczytałam 1000 stron więcej i jest to efekt systematycznej pacy. Mniej było miesięcy słabych, chociaż mnij też wybitnych. Systematyczność kluczem do sukcesu :) 


Czas sądu

Najlepsza książka 

Nominowani: 

  • Taipi
  • Przybysz 
  • Królewski smok
  • Ostre cięcia
  • Jak nakarmić dyktatora?
  • Hunter of Worlds
  • To-morrow

Przyznam, że trudno było mi nawet wybrać nominowanych do tej kategorii. To nie do końca tak, że nie przeczytałam dobrych książek, bardziej że poziom był dość wyrównany, że najwybitniejsze tytuły mocno się od siebie różniły. Taipi to świetna rzecz i źle bym się czuła pomijając ją, skoro nominuję tytuły obiektywnie słabsze. Przybysz to Przybysz, scena na balkonie łapie mnie za każdym razem, ten świat, w którym czuję się jak w domu, to wszystko tworzy powieść wybitną. Królewski smok to chyba pierwsza (jeśli pominiemy "Gwiazdę Wenus/Gwiazdę Lucyfer") powieść fantasy, w której średniowiecze jest średniowieczem. Jak nakarmić dyktatora? niesamowicie solidny i pełen informacji reportaż. Ostre cięcia to świetny zbiór świetnych opowiadań, szczególnie te nawiązujące do pierwszej trylogii robią wrażenie. Jeśli jednak nie oni, to na placu boju zostaje dwoje zawodników. Hunter of Worlds, mimo że jest to książka nieudana to jednocześnie ma w sobie jakiś geniusz nieoszlifowanego diamentu. Prawdopodobnie zdobyłaby statuetkę (właściwie to jaką statuetkę, muszę to ogarnąć na przyszły rok...), gdyby nie to, że wszedł na scenę cały na czarno Joseph Conrad z "To-morrow".  Tekst krótki a bardzo poruszający. 

Najgorsza książka (Nicpan 2025)

Nominowani: 

  • Czekanie na smoka
  • Wojna 
  • Dzicy Detektywi
  • Kobieta z wydm
  • O bestiach i ptakach. 

Tutaj też niestety klęska urodzaju, chociaż nic tak spektakularnego, jak Nicpan mi się nie przydarzyło, alleluja. Niestety, na pięciu nominowanych, aż cztery książki czytałam na klub PIWu. Wybór nie jest prosty. Czekanie na smoka ma świetne 3 rozdziały, żeby potem stracić wszelki sens. To jest chyba jakiś fanserwis do "Ryszarda III", ale nie wiem, nawet tego trudno się było domyślić. Wojna to patusiarska opowieść o patusach, w dodatku skompilowana z notatek, przerobiona i w tłumaczeniu (gdzie ponoć cała sztuka jest w mieszaniu rejestrów języka francuskiego i jakichś jeszcze bardziej gramatycznych zawiłościach). Ponadto autor ewidentnie ma coś do powiedzenia. Kobieta z wydm mnie nie zachwyciła. Jest nudna, naturalistycznie obrzydliwa i przewidywalna. Mimo wszystko nie jest to jednak najgorsza rzecz na świecie. Po odsianiu amatorów, pora na profesjonalistów, czyli pisarzy hiszpańskojęzycznych (żeby nie było, Asturias mi się podobał): O bestiach i ptakach to książka, której największą zaletą jest to, że jest krótka, no i ma ładną okładkę. Wydaje mi się, że autorka osiągnęła to, co chciała: stworzyła opowieść o rozpadającej się psychice, bierności i bezsilności wobec świata. Rzecz w tym, że gówno mnie to obchodziło. Dzicy detektywi mają lepsze fragmenty (czego nie można powiedzieć o "O bestiach..."), ale większość tego tekstu - szczególnie im dalej w las - to chaotyczne pierdolenie nie na temat. Niektóre epizody są naprawdę fajne (początek, wątek Skóry Boskiej), jednak większość nosi znamiona "płacą mi od słowa". Co najmniej połowę, jak nie dwie trzecie tej powieści można by spokojnie wywalić. I właśnie ze względu na objętość - a co za tym idzie długość mąk na jakie mnie skazała ta lektura - to właśnie Bolano zostaje laureatem niezwykle prestiżowej nagrody Nicpana 2025. Gratuluję. 

Odkrycie

Nominowani: 

  • Kate Elliott
  • Witold Szabłowski
Dwoje nominowanych i dwie nagrody, nie będę wybierała, bo zarówno Elliot jak i Szabłowski mnie zachwycili. Poznałam ich też w dwa bardzo odienne sposoby. Elliott polecono w grupie na FB, do której należę jako autorkę, u której średniowiecze jest średniowieczem - i to prawda! Worldbuilding w "Koronie gwiazd" jest rewelacyjny. Szabłowskiego odpaliłam dla beki spodziewając się bardzo złej książki z kategorii "Kochanki cezarów robią pierogi w Auschwitz", a dostałam bardzo solidny, bardzo interesujący reportaż. Elliot miała tendencję spadkową (kolejne tomy "Korony gwiazd" są zbyt długie) za to Szabłowkiego znam tylko z jednego audiobooka. Niemniej z obojgiem jeszcze będę się spotykała. 

Rozczarowanie

Nominowani: 

  • Przypowieść o siewcy 
Staram się podchodzić do książek z czystą głową, więc rozczarowania spotykają mnie rzadko. Pani Butler niestety jednak mocno sobie nagrabiła rewelacyjnym opowiadaniem "Blood Child". A tymczasem "Przypowieść o siewcy" nie jest jakaś specjalnie dobra nawet bez bagażu oczekiwań. 
 

Zaskoczenie 

Nominowani: 

  • Jak nakarmić dyktatora?
  • Hunter of Worlds
"Hunter of Worlds" zrobił na mnie duże wrażenie, bo to wspaniały miks rewelacyjnych pomysłów i nie do końca działającego wykonania i to właśnie ta niedoskonałość i chropawość tak mnie zaskoczyła. Mimo wszystko jednak to Cherryh, spodziewałam się po niej czegoś dobrego a że dostałam coś lepszego i gorszego jednocześnie to było ciekawe doświadczenie. Nie może się jednak równać z tym, że książka, po której spodziewałam się chłamu okazała się jedną z najlepszych z jakimi miałam do czynienia w tym roku. Nic mnie od dawna nie zaskoczyło tak bardzo jak Jak nakarmić dyktatora?

Najgorzej wydana (Brukselka w czekoladzie)

Nominowani: 

  • Czekanie na smoka
  • Początki Stalowego szczura 
Nominuję "Czekanie..." nieco zaocznie, ponieważ wydaje mi się, że jest w tej bezbożnej serii złożonej bezszeryfem. Natomiast ja to czytałam w ebooku, bo ebook jest. Nie ma za to ebooka "Początków Stalowego Szczura" co skazało mnie na targanie tomiszcza wielkości solidnej cegły, chociaż w środku są 3 krótkie powieści przygodowe. Stare wydania (te najstarsze) były idealną formą dla tego typu literatury. Vesper, ogarnij dupę i zacznij wydawać te książki ze świadomością, jaką mają objętość i że my mamy zamiar to czytać. 

Powrót

Nominowani: 

  • Harry Harrison
  • C.J. Cherryh 
  • Jacek Dukaj
Królowa jest tylko jedna. Po kilku latach wróciłam do czytania Dukaja - pretekstem było nowe wydanie "Katedry", takie na wypasie. Wydanie piękne, opowiadanie chyba mi się bardziej podobała teraz niż poprzednio, ale tak naprawdę to nie rozumiem fenomenu tego tekstu (a filmu to już w ogóle). Marzy mi się takie wypasione wydanie "Innych pieśni", ale wiadomo, marzenie ściętej głowy. Lubię Harrisona i cieszy mnie, że po latach Stalowy Szczur bawi mnie tak samo jak kiedyś, niemniej to nie jest ten poziom, zarówno literacki jak i mojego uwielbienia, jak w przypadku C.J. Cherryh. Wzięłam się za re-read Przybysza, wzięłam się za Unię/Sojusz i przypomniałam sobie zarówno dlaczego tak kocham tę autorkę jak i że mam jeszcze wiele do odkrycia. 

Wydarzenie/doświadczenie 

  • Re-read Unii/Sojuszu
  • Targi książki w Poznaniu
  • Klub PIW
Kontynuowałam uczestnictwo w klubie PIWu. Jak pisałam powyżej - ludzie świetni, tylko książki kurwy. Niemniej zamierzam dalej się w to bawić, bo fajna sprawa taki stacjonarny klub. Liczę tylko że nowa selekcja będzie lepsza niż tegoroczna. Targi Książki w Poznaniu to już od dawna stały punkt programu. A wręcz jest to cały mocno wypchany atrakcjami dzień - od rana targi, potem wizyta u Gruzina po coś do zjedzenia i biegiem na mecz (w tv, Turniej Sześciu Narodów). Nakupiłam książek, dostałam autograf, chyba przeczytałam jedną książkę z tych kupionych no i tego... było miło. Więcej o tym w rachunku za marzec 2025. Natomiast oba te fakty bledną w obliczu rozpoczęcia projektu, do którego latami się zbierałam i który kilka lat potrwa: wreszcie zabrałam się za czytanie całego cyklu Unii/Sojuszu w kolejności wydawania. Najbardziej mnie cieszy, że znalazłam sobie wariata, który robi to ze mną. Na razie za nami 2 książki, ponad 30 przed nami. 

Najlepsze opowiadanie 

Nominowani: 

  • To-morrow
  • Broooksmith 
"To-morrow" zgarnęło najlepszą ksiazkę roku a jednak przegrywa z "Brooksmithem" Henry'ego Jamesa. Co to było za opowiadanie, głowa mała. Nie jest to najlepsze opowiadanie, jakie w życiu przeczytałam (tu wygrywa jednak Szukszyn i jego "Ochota żyć", w ogóle opowiadania Szukszyna są wspaniałe), ale zdecydowanie w pierwszej trójce. 

Najbrzydsza okładka 

Nominowani: 

  • Królewski smok


Chociaż kolejne tomy "Korony gwiazd" też są paskudne, nic nie może się równać z tym retro gównem. To jedna z tych ilustracji, które im dłużej na nie patrzysz, tym więcej debilizmu przed tobą odkrywają. Penie to wiecie, ale dodam dla jasności, że w tej książce nie ma żadnych smoków, gołych bab ani nawet (S)He-mena. Niestety nie mam lepszej jakości obrazka. 


Najładniejsza okładka 

Nominowani: 

  • Lucky Day
  • Brothers of Earth
  • O bestiach i ptakach 
  • Słońce dziesięciu linii
  • Przypowieść o siewcy

Czy sięgnęłabym z takim entuzjazmem (to prawdopodobnie pierwsza od prawie dwudziestu lat książka, którą przeczytałam od razu po wyjęciu z paczkomatu) po nową powieść Chucka Tingle, gdyby nie ta okładka? Zapewne nie, chociaż opis brzmiał interesująco a sam Chuck, no to Chuck. Okładki "Bestii" i "Słońca" są bardzo estetyczne, "Przypowieść" to ładna, mocna grafika (chociaż nie bardzo ma się do treści), ale żadna z nich nie może się równać z tą wspaniałą retro-okładką "Brothers of Earth". Czy wiedzieliście kiedyś coś, co bardziej wrzeszczałoby "lata 70." a nie było brązowe? Nacieszcie oczy:



Tl;dr 



Pełna lista winowajców

  1. „Taipi” Herman Melville
  2. „Czekanie na smoka” John M. Ford
  3. „50 short stories” 
  4. „Diaspora” Greg Egan
  5. „Invitations” C.J. Cherryh
  6. „Deliberations” C.J. Cherryh
  7. „Wojna” Ferinand Celine
  8. „Foreigner” C.J. Cherryh
  9. „Invader” C.J. Cherryh
  10. „Czerwona Kraina” Joe Abercrombie
  11. „Pan Prezydent” Miguel Angel Asturias
  12. „Wyspa snów” Heikki Kännö
  13. „Inheritor” C.J. Cherryh
  14. „Przypowieść o siewcy” Octavia Butler
  15. „Astronomia i księgi” Piotr Pokora
  16. „Głębia oceanu” Susan Casey
  17. „Umierając, żyjemy” Robert Silverberg
  18. „Taki dobry chłopak” Hanna Dobrowolska 
  19. „Katedra” Jacek Dukaj
  20. „Sztuka czytania i pisania w Babilonie” Dominique Charpin
  21. „Precursor” C.J. Cherryh
  22. „La Bestia” Przemysław Piotrowski
  23. „Defender” C.J. Cherryh
  24. „Krolewski smok” Kate Elliott
  25. „Kola Zębate” Ryunsuke Akutagawa
  26. „Glupie zwierzeta Polski i jak je znaleźć” Marek Maruszczak
  27. „Książę psów” Kate Elliott
  28. „Głaz gorejący” Kate Elliott
  29. „Dzicy detektywi” Robarto Bolano
  30. „Brothers of Earth” C.J. Cherryh
  31. „Nie oświadczam się” Wiesław Łuka
  32. „Dziecko Płomienia” Kate Elliott
  33. „Lucky Day” Chuck Tingle
  34. „Kobieta z wydm” Kobo Abe
  35. „Dzieci jesionu, dzieci wiązu” Neil Price
  36. „Ostre ciecia” Joe Abercrombie
  37. „Słońce dziesięciu linii” Zofia Romanowiczowa
  38. „Jak nakarmic dyktatora” Witold Szabłowski
  39. „O bestiach i ptakach” Pilar Adon
  40. „Narodziny Stalowego Szczura” Harry Harrison
  41. „Hunter of Worlds” C.J. Cherryh
  42. „To-morrow” Joseph Conrad
  43. „Stalowy Szczur idzie w kamasze” Harry Harrison

Czytaj dalej »

piątek, 5 grudnia 2025

[Rachunek za] Listopad 2025

Listopad to miesiąc intensywny, aczkolwiek nie czytelniczo. Biorąc pod uwagę, że zajmowałam się głownie pisaniem, to jestem bardzo zadowolona z tego, że udało mi się wyrobić moją normę ponad 1000 stron w miesiącu - mnie samą mocno to zaskoczyło. 

Książki 

Dzieci jesionu dzieci wiązu

Dziwna to była książka. W sensie... nie była zła jako taka, natomiast podjęto w jej przypadku szerego bardzo dziwnych - i moim zdaniem błędnych - decyzji. Autor przybliża nam wikingów niejako od środka, próbuje opisać ich z ich własnej perspektywy, nie z perspektywy najeżdżanych przez nich ludów. Skupia się na różnych aspektach życia codziennego i polityki, opierając w dużej mierze na źródłach archeologicznych. Tu wszystko gra i nie mam podstaw, żeby wątpić w jego wiedzę w tym zakresie. Natomiast:

- w książce nie ma przypisów (poza durnymi przypisami tłumacza, o czym za moment)

- nie padają żadne nazwiska. Gość powołuje się na "znanych badaczy" albo "specjalistów w tym zakresie". Kogo dokładnie? Nie wiadomo, chociaż polemizuje z nimi albo przytacza ich poglądy. 

Wydaje mi się, że to dziwaczna decyzja wydawcy oryginalnego, który chciał chyba stworzyć książkę, która nie przestraszy potencjalnego czytelnika, który ściągnie ją z półki w księgarni. Wyszło bardzo słabo. 

(na końcu dostajemy kilkadziesiąt stron bibliografii, więc to nie jest tak, że autor te różne kwestie bierze z zadu, rzeczy w tym że przypis końcowy to słaby pomysł nawet jeśli jest numerowany a tu nie mamy numeracji tylko bibliografię do rozdziałów opatrzoną krótkim omówieniem)

Co gorsza, tłumaczenie jest z kategorii daremnych. Miejscami ewidentnie tłumacz nie zrozumiał zdania, ale się tym nie przejął, miejscami nie chciało mu się sprawdzić chociażby na wikipedii czym jest wrzeciono i czym się różni przęślica od przęślika. Autor często używa argumentów językowych, bo w języku angielskim faktycznie sporo jest pozostałości po wikińskim podboju. Można by to bez problemu przełożyć na polski, dodając po prostu "angielskie słowo" oraz znacznie w nawiasie, ale po co, jak można dosłownie przełożyć całość i się nie przejmować, że nie ma to sensu? Plus mamy przypisy tlumacza w rodzaju wesołego stwierdzenia, że w Polskim wydaniu będziemy używali innego zapisu nazw niż autor - ale zostawilismy przed owe autora dotyczącą tych kwestii, bo nie chciało nam się myśleć. 

Nie jest to książka jakoś fundamentalnie zła, ale mogła by być lepsza, a polskie wydanie ciągnie na dno słabe tłumaczenie. Niemniej uważam że można zerknąć, szczególnie, że na Storytelu jest angielski audiobook ("Children of Ash and Elm"). 


Ostre cięcia 

Rewelacyjny zbiór opowiadań ze świata Pierwszego Prawa. Nie ma sensu czytać bez znajomości wcześniejszych książek, bo sporo tu tekstów, których się po prostu nie zrozumie, ale kiedy się zna bohaterów i cały kontekst to jest to masa świetnej zabawy. Absolutnie rewelacyjne jest opowiadanie o Glokcie, ot scenka rodzajowa, która nabiera zupełnie innego wydźwięku, kiedy uświadomimy sobie, w którym momencie jego życia dokładnie się znajdujemy. Każde pojawianie się Whirruna z Bligh to z kolei taka dawka humoru, że można się popłakać ze śmiechu. Abercrombie w ogóle ma niesamowity talent do pisania świrów i w tym zbiorku to udowadnia. Świetne to było i dało mi wiele radości.  


Słońce dziesięciu linii

Trawiona kryzysem czytelniczym - winię "Dzikich detektywów" - sięgnęłam po niedługiego pewniaka i się nie zawiodłam. Romanowiczowa duszna, piękna językowo, szamocząca się z myślami, uwikłana tak w przeszłość jak i w teraźniejsze wydarzenia. Świetna. Do tego, co się PIWowi raczej  nie zdarza, sensowne posłowie. 


O bestiach i ptakach 

Książka na klub PIWu. I będę wnioskowała o całkowity ban prozy hiszpańskojezycznej w przyszłości. Ja rozumiem, że można czasem wyjść ze strefy komfortu. Nawet warto. Ale my tu jesteśmy tak od niej daleko jak ta książka od rozumu i godności człowieka. Po co to było, po co zmarnowano cenne godziny mojego czasu, na cholerę ja to czytałam i po chuja wafla ona to napisała? Że co, że bohaterka w depresji, że uwikłana, że się nawet nie miota, tylko poddaje bezwolnie osobom, które nie tyle jej nie słuchają - mamy dowody na to, że doskonale ją słyszą - co ich po prostu jej zdanie nie obchodzi. Są tu elementy horroru i... i tyle właściwie. Słabe to było. 


Narodziny Stalowego Szczura

Ponieważ bezlitosne algorytmy Zdjęć Google czy innego OneDrive przypomniały mi, że minął ROK odkąd zakupiłam tę książkę - z zamiarem natychmiastowego przeczytania, oczywiście - uznałam, że dość wymówek, pora się zabrać za Stalowego Szczura, szczególnie, że potrzeba mi było czegoś lekkiego i rozrywkowego na odtrutkę po tej cholernej Pilar Adón. 

Jakież było moje rozczarowanie, kiedy zorientowałam się, że Vesper z jakichś nieznanych powodów (znaczy, zakładam, że to kwestia licencji) postanowił zacząć wydawanie serii o Śliskim Jimie DiGriz od tomów... 6, 7 i 8. Rozumiem, że nie wszyscy wyznają (jedynie słuszną) zasadę, że czytać należy w kolejności wydawania, a nie chronologii wydarzeń, ale to już jest trochę absurd, bo jaka jest zabawa czytać napisany w latach 80. prequel do serii zapoczątkowanej w roku 1961? 

No dobrze, może zabawa sama w sobie nie jest taka zła, bo powieść o początkach naszego przyjaciela jest rewelacyjna. To przepełniona akcją i humorem powieść przygodowa. Na niecałych 300 stronach dzieje się tu więcej niż w niejednej wielotomowej sadze - napady na banki, ucieczki z więzienia, wpadanie w niewolę, szantaże, bitwy, ucieczki, pościgi i cała masa kradzieży. 

Wyczytałam gdzieś, że wizja przyszłości zaprezentowana przez Harrisona się zdezaktualizowała i nie wiem, ja tego tak nie widzę. Może jestem po prostu starsza od węgla i nie razi mnie świat bez telefonów komórkowych, bo go po prostu pamiętam? Harrison w ogóle nie wydaje się skupiać na przewidywaniu przyszłości. On pisze książkowy odpowiednik komedii akcji z lat 80. (choć jest to stwierdzenie anachroniczne, przypominam, że ta seria narodziła się na samiuśkim początku lat 60.!), pełen przyszłościowych gadżetów, opisanych zgodnie z (ponownie anachronizm) najlepszymi zasadami cyberpunka: żadnych konkretów; jak to działa? doskonale działa, dziękuję. Tak, to świat bez komórek i mediów społecznościowych, ale jest to też świat lotów międzygwiezdnych, sztucznej grawitacji, latających samochodów, dziwacznej broni i niesamowitych gadżetów. Czy sześćdziesiąt (w przypadku tej powieści 40) lat później możemy (anachronicznie) powiedzieć, że to już retrofuturyzm? A jeśli tak, to co w tym złego? 

Uwielbiam Stalowego Szczura. Nowe wydanie Vesper ma taką cool okładkę:


Podoba mi się ona i moim zdaniem młody Jim całkiem fajnie na niej wygląda. Generalnie pasuje ona do treści, chociaż wyraźnie pokazuje jak dużą skłonność do rozmaitego mroku mamy w dzisiejszych czasach (tutaj najwyraźniej pokazuje to przypadek "Księżniczki Marsa" i jej ekranizacji "John Carter") - bo świat Stalowego Szczura jawi mi się raczej jako taki dość słoneczny. Niemniej, ta okładka generalnie pasuje do treści. A jednak nie oddaje klimatu tych książek tak doskonale jak okładki pierwszych polskich wydań:



Audiobooki

Jak nakarmić dyktatora?

Sięgnęłam po tę pozycję trochę dla śmiechu, spodziewając się durnej książczyny z kategorii "Kochanki nazistów" albo inna "Prawdziwa historia królewskich gaci", a tymczasem dostałam naprawdę świetną rzecz. Autor zjechał pół świata, by odnaleźć i porozmawiać z kucharzami dyktatorów. No i można było do tego podejść po łebkach, napisać, że ten lubił placki a tamten bułkę z dżemem, ale nie tak to wygląda. Dostajemy obraz - od kuchni - niejako codziennego życia dyktatorów, organizacji pracy na ich dworach, wiele o ich charakterze. Autor dodaje kontekst historyczny i polityczny, przeplata to z przepisami, a cała narracja jest dość lekka, miejscami humorystyczna, miejscami popada w groteskę czy makabrę, szczególnie w wątku Pol Pota, bo opowiadająca o nim kobieta ma po prostu - nie bójmy się słów - nasrane. Chciałabym wyróżnić któryś z rozdziałów, ale wszystkie są ciekawe a każdy inny. Odwiedzamy: Saddama Hussajna (rewelacyjny jest ten rozdział), Idiego Amina (czy szerzej Ugandę w czasach dekolonizacji), Envera Hodźę (ten rozdział relatywnie najsłabszy), Pol Pota (tu się dzieją rzeczy nie do opisania) i Fidela Castro (wiedzieliście, że miał swoją ulubioną krowę?). Intrygujący jest nie tylko obraz tych ludzi, ale też to, jak podchodzą do nich ich kucharze, jak ich widzą, jak ich opisują. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. 


MiToPiPo 2025

Kolejny rok, kolejna powieść... ;) Tym razem pisało mi się bardzo źle, czego może nie obrazuje wykres moich dziennych postępów, ale nie byłam zadowolona z tego, co się dzieje. Z jednej strony trochę sobie olałam przygotowania (wrzesień i październik miałam zabiegany, jakiś chaotyczny), a drugiej niemal cały rok poświęciłam na redakcję "Zwycięzcy" i to też miało znaczenie. Co więcej ciąg dość okropnych lektur (nie polecam "Dzikich detektywów"...) też nie pomógł. W drugiej połowie miesiąca jednak się odblokowałam, coś kliknęło, rzecz zaczęła się toczyć. Pomogły lepsze lektury, to niewątpliwie. 
Nie udało mi się skończyć tekstu, ale jestem blisko i mam nadzieję zamknąć "Podłogi i powietrza" do końca roku. Niewątpliwie czeka je WIELE poprawek, ale to problem przyszłej mnie. 
Co do samego MiToPiPo - udało nam się bez pomocy bota zrobić ponad 100h sztachety, czy trzeba mówić więcej? Plus, tegoroczna naklejka jest łogiń: 

Plany

Grudzień to czas na drugą odsłonę Wielkiego Ponownego Czytania Unii/Sojuszu -> buddy reading na Storygraphie znajduje się TUTAJ. Bierzemy na tapet "Huner of Worlds" i spodziewam się, że będzie zajebiście, bo raz, że to Cherryh a dwa patrzcie tę okładkę: 


Poza tym czeka mnie książka na klub PIWu (styczniowa) - "Pierwsze słowo", ceramka - liczę na ciekawą lekturę. Dalej czytam "Początki Stalowego Szczura" i... nie wiem, czy coś jeszcze zmieszczę. Został mi też do dokończenia rewelacyjny audiobook "Weavers, Scribes and Kings" Amandy Podany (jest na Storytelu, czyta autorka) o Mezopotamii z takiej... ludzkiej perspektywy (na bazie źródeł oczywiście) - więcej o nim będzie w grudniowym rachunku, ale już teraz mogę powiedzieć, że to mój TOP 3 najlepszych non-fiction. 

A potem to już tylko podsumowanie roku, Wielkanoc i znowu będą wakacje ;) 


Czytaj dalej »

środa, 1 października 2025

[Rachunek za] Wrzesień 2025

Wrzesień to był miesiąc powrotu do ponurej rzeczywistości (chodzenie do pracy, kto to wymyślił), ale miał też mnóstwo zalet, przede wszystkim był pierwszym miesiącem Wielkiego Ponownego Czytania Unii/Sojuszu (WPCUS, hm.... brzmi jak jakaś prywatna szkoła mydła i powidła). Yay! 


Książki

Dzicy detektywi

W zeszłym miesiącu byłam jeszcze dość optymistycznie nastawiona do tej pozycji, niestety trochę się od tamtej pory pozmieniało. Przede wszystkim po pierwszej części książka totalnie zmienia formę i ton - zamiast pamiętniczka młodego poety dostajemy jakiś rodzaj wywiadów z przeróżnymi ludźmi, z którymi nie do końca wiadomo, kto rozmawia (i ostatecznie wychodzi na to, że nikt konkretny, nie ma w tym logiki) i z ich opowieści mamy sobie powoli budować losy poetów, którzy w części pierwszej sami poszukiwali pewnej poetki. I ta część nie zaczyna się źle, jednak z czasem robi się bardzo monotonnie, postacie nic mnie nie obchodziły, stylistycznie było bardzo mało różnorodnie (nie wiem, czy to kwestia autora czy tłumaczenia) i ogółem miałam naprawdę wrażenie, że z połowę tego można byłoby wywalić i nikt by nie zbiedniał, choć oczywiście wtedy byłaby to zupełnie inna książka. Nie wątpię, że ona wygląda jak wygląda, bo autor tego właśnie chciał, że uzyskał efekt o jaki mu chodziło i myślę też, że nie znając dobrze meksykańskiej, czy szerzej latynoamerykańskiej sceny literackiej sporo tracę. Niemniej... czy polecam? Nie. 


Brothers of Earth

Oto on, początek mojego wielkiego ponownego czytania Unii/Sojuszu! Więc może od początku: o co chodzi z tym WPCUSem? Z zamiarem zapoznania się z całą Unią/Sojuszem C.J. Cherryh nosiłam się od bardzo dawna, ze zrobieniem tego systematycznie i w kolejności chronologicznej też raczej długo, ale to jest obecnie 34 książki (ok, ze dwa są chyba w tym opowiadania) i jakoś tak nigdy nie było czasu, nie było pomysłu, jak to ogarnąć - bo ja absolutnie nie chcę czytać tego ciągiem przez rok, czy coś. W końcu jednak się zmobilizowałam, zrobiłam listę, poszukałam chętnych do współpracy, zgadaliśmy się, ogarnęliśmy i jest, zaczęło się! 

"Brothers of Earth" to jeden z debiutów C.J. Cherryh. Jeden z? Ano tak, bo wprawdzie "Brama Ivrel" została wydana wcześniej, ale podobno autorka pracowała nad tymi powieściami jednocześnie a nawet pojawiają się informacje, że "Brothers..." skończyła jako pierwszą. Dla naszej zabawy ma to znacznie marginalne, bo chociaż Morgaine bywa wliczana do Unii/Sojuszu, ja tego nie robię. 

Akcja "Brothers..." toczy się w czasach rebelii Hannan, długo, długo po wydarzeniach znanych chociażby z "Stacji Podspodzie". Nasz główny bohater, Kurt Morgan jest nawigatorem na statku kosmicznym Sojuszu... a raczej był, bo statek został zniszczony w potyczce ze statkiem Hannan (również uległ zniszczeniu) i ewakuuje się, jako jedyny ocalały, na pobliską planetę, na której - alleluja -  panują warunki przyjazne dla życia. Ta sytuacja ma jednak pewne konsekwencje: to życie tam jest. Co więcej ma rozwiniętą cywilizację, kulturę, spory religijne, kolonializm i całą kupę różnego rodzaju uprzedzeń na tle etnicznym. Kurt zostaje wplątany w całą tę skomplikowaną aferę, różne strony konfliktu ciągną go w swoją stronę a w dodatku on sam nie potrafi porzucić swoich przekonań na temat tego, jak powinno się postępować. nie zgadniecie: robi się z tego straszny burdel. 

Choć "Brothers..." to krótka książka (250 stron, jak na książkę sf prawdziwa kruszynka) Cherryh porusza tu bardzo dużo poważnych kwestii, przede wszystkim związanych z kolonializmem oraz wielowiekowymi zaszłościami i ich konsekwencjami. Kurt - a zatem i czytelnik - karmiony jest poglądami jednej tylko strony, którym nie mamy powodu nie ufać... aż do czasu, kiedy okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta. Centralny konflikt ma wiele stron i, jak to u Cherryh, każda z nich ma rację a co gorsza okoliczności sprawiają, że nie zawsze może postąpić zgodnie z osobistymi przekonaniami. Ot chociażby władczyni jednego z krajów musi brać pod uwagę kwestie teologiczne i długofalowe następstwa czegoś, co jest z samej swej natury heretyckie. Osobiście może ma wątpliwości, ale nie może na te wątpliwości narazić swoich poddanych, bo konsekwencje dla cywilizacji będą katastrofalne. I tak dalej i tym podobne. Uwikłani w historię, kulturę, religię, cywilizację i konwenans bohaterowie nie mogą się wyrwać z matni i można wręcz powiedzieć, że Fatum ciągnie ich ku katastrofie. 

Analogie do sytuacji Indian Północnoamerykańskich są oczywiste, ale to nie sprawia, że poruszane tematy są mniej uniwersalne. Jest tu dużo bardzo mocnych scen, które na pewno pozostaną na długo w mojej pamięci. 

Opis z tyłu okładki zapewnia nas, że ło panie, takich kosmitów, toście jeszcze nie widzieli... no dobrze, żeby oddać sprawiedliwość, dosłownie napisane tam jest, że "takiego obrazu obcego społeczeństwa nie widzieliśmy od czasów Diuny" i to "alien society" można różnie odczytywać. Niewątpliwie społeczeństwo nemetów jest bardzo złożone i tkwi w centrum powieści. Tu absolutnie nie mogę powiedzieć złego słowa, to jest cudownie wielowarstwowe i te wszystkie zaszłości, uprzedzenia, polityka i historia sprawiają, że naprawdę wiele sytuacji jest bez wyjścia dla żadnej ze stron. Wspaniałe. Natomiast czy takie obce? Gdyby nie pewne elementy historii Kurta (nie wdając się w spoilery) to równie dobrze mogłaby być powieść fantasy a nemet - ludźmi. Ich kultura różni się od znanych nam na ziemi ale oni sami od ludzi nie różnią się wcale. I nie chodzi mi o ich wygląd, który opisany jest dość mgliście, ale wszystko inne. Przyznam, że trochę zgrzytałam zębami za każdym razem, kiedy postacie mówiły sobie, że się kochają. Od kiedy to kosmici muszą znać pojęcie miłości? I pewnie u innego autora nie czepiałabym się tego, bo to naprawdę nie jest jakieś specjalnie istotne dla całości, ale to jest, cholera, C.J. Cherryh. Dosłownie osoba, które przyzwyczaiła mnie do oczekiwania znacznie więcej obcości w obcych. No nic, to jej debiut. 

Ten debiut czuć też w takim motywie insta-love, który - myślę - jest jaki jest dlatego, że chciała by ta książka była krótka a nie wymyśliła dobrego sposobu na opisanie jakoś upływu czasu albo zrobienie z tego małżeństwa politycznego i może nawet wbrew woli postaci. Myślę, że w ten sposób byłoby to znacznie ciekawsze, ale i książka musiałaby być grubsza. Czy 10 lat później C.J. Cherryh napisałaby to lepiej? Z pewnością. Czy teraz jest złe? Absolutnie nie. 

Nie sposób podkreślić jak świetnie zrobiona jest sytuacja społeczno-polityczne, jak skomplikowane, wielowarstwowe i nierozwiązywalne są problemy tego społeczeństwa. Tu widać w całej okazałości, że to jest może jeszcze nieopierzona ale autorka, która zdobędzie potem bodaj 4 Hugo. To jest naprawdę bardzo dobra książka. Polecam. 


Dziecko płomienia

Czwarty tom "Korony gwiazd". Tak dla pełnej przejrzystości, to skończyłam go 2 października, ale chcę to mieć już z głowy, zaczęłam to czytać 4 sierpnia, jeszcze w Andorze. Potem, jak pisałam, nawet zapomniałam, że to czytam, tak mnie wciągnęło, no ale już, koniec, doczytałam. I pewnie, wbrew deklaracjom, jednak przeczytam resztę, chociaż mam wiele zastrzeżeń i to nie tylko do pani Elliott. Zacznijmy jednak on niej. 

Jak pisałam, nie ma powodu, dla którego ta książka jest tak długa. Szczególnie niemożliwie nudny i irytujący wątek Adiki można by mocno okroić, odpuścić sobie te długaśne rozdziały, w których oni idą z miejsca w miejsce, gdzie nie dzieje się nic istotnego, tylko możemy sobie popatrzeć na to, że kiedyś były na tym świecie sfinksy (a może i nadal są), krasnoludy i co tam jeszcze. To było nudne, to było po nic, mózg sobie chciałam wydrapać. To właśnie ta wędrówka tak mnie pokonała w połowie powieści, że już naprawdę chciałam się poddać. 

Na szczęście w końcu wracamy do polityki i wojen i robi się ciekawej - a i czyta się szybciej. 

Wkurzyło mnie też przedstawienie Polaków, generalnie żenujące. 

Co jeszcze jest żenujące? A no "tłumaczenie". Pierwsze trzy tomy przetłumaczone były solidnie i przede wszystkim konsekwentnie, z dbałością o językowe detale będące sercem herezji stanowiącej ważny element fabuły. W tomie 4 zmieniła się tłumaczka, co więcej nie chciało jej się przeczytać poprzednich tomów a nawet mam poważne podejrzenia, czy pod tym nazwiskiem nie ukrywa się więcej osób, bo są tutaj duże fragmenty, gdzie tłumacze ewidentnie nie ma pojęcia, co się dzieje a miałby, gdyby chociaż przeczytał ten właśnie tom. I żeby była jasność, to nie są dobre wpadki, to jest poziom opek obśmiewanych na analizatorniach. Z tekstów, których absurd widoczny jest bez kontekstu mój faworyt to:

Przyjrzała się Alainowi pionowo osadzonymi oczami. 

Zostawiam was z tą wizją. 


No to będę czytała dalej czy nie? No, cholera, ciekawi mnie co dalej z Henrykiem, Rosvitą, nawet Alainem. Niestety kolejny tom (bo ostatnie dwa chyba się w Polsce nie ukazały w ogóle) tez tłumaczyła ta sama osoba, co tom 4, więc entuzjazm u mnie znikomy. Może więc sięgnę po oryginał, bo chociaż nazwy własne i pewne wybory stylistyczne pierwszej tłumaczki mogą trochę mi stać na zdradzie, to ostatecznie ta druga i tak miała w dupie nie tylko to, co było przed nią, ale to co sama napisała pięć stron wcześniej (North Mark, czyli Północna Marchia, bo to "mark" to to samo "mark" co w "Denmark" bywało czasem Północnym Znakiem, bo ktoś tu jest debilem), że nie wspomnę o tym, że język polski jest również dla tej osoby językiem obcym i np. przez całe te prawie 1000 stron nie dowiedziała się, jakiego rodzaju i liczby jest piękne polskie słowo "drzewce". 


Audiobooki

Nie oświadczam się

Dosłuchałam po dłuższej przerwie zebranych reportaży prasowych Wiesława Łuki o zbrodni połanieckiej. To nie była dobra książka na audiobook. Mnóstwo nazwisk, sprzecznych zeznań, kłamstw, nazwisk, powiązań rodzinnych, nazwisk. Nawet to, że znam ten temat niewiele mi pomogło. Myślę, że głównym powodem tej sytuacji jest to, że to są reportaże z prasy, z epoki - co ma oczywiście ogromną wartość, ale jednocześnie niejako zakłada, że czytelnik jest na bieżąco. Myślę, że w formie książkowej to byłaby ciekawa lektura, jako audiobook się nie sprawdza. 


Palma

Co, znowu? Ano znowu, no bo używam dziada, wciąż testuję - ciekawostka przyrodnicza jest takiej natury, że chyba naprawdę skutecznie udało mi się zacząć przerzucać nałóg smartfonowy na to urządzenie i wczoraj, pakując do plecaka papierową książkę odruchowo chciałam spakować palmę... i to zrobiłam, no bo w autobusie w południe, spoko, można na papierze, ale wieczorem pewnie będzie za ciemno a do tego w tych kolejkach na ekspresu do kawy itp. coś tam się zawsze przeczyta. Szał. 

Druga rzecz, to że zaczęłam testować automatyczne światło i automatyczny kolor podświetlenia i o dziwo jestem zadowolona. W Voyage z tej funkcji właściwie nie korzystam, ona zawsze jakoś nie tak to podświetla jak bym chciała, a tymczasem Palma zwykle przy włączonej tej funkcji oba suwaki ustawia na 0, podbijając odrobinkę tylko kiedy robi się naprawdę ciemno. Alleluja! A bez światełka, w mocnym słońcu szczególnie, można w pełni docenić e-ink. 

Zaczęłam też czytać coś na Legimi (a nie tylko sprawdzać, czy aplikacja się odpala) i: da się czytać (trzeba tylko pamiętać o wyłączeniu animacji przewracania strony; co to w ogóle za durny wynalazek to ja nawet nie), przewracanie stron guzikami nie działa (ustawiłam w systemie, więc działać powinno). Niestety numeracja stron jest z dupy, więc trzeba używać procentów. 

Plany?

Cóż, teraz "Lucky Day" Chucka Tingle, "Kobieta z Wydm" Kobo Abe (na klub PIWu) i jakoś mi wpadł na Palmę "Dobry den". Potem z pewników mam tylko książki na klub czytelniczy ("Dzieci jesionu, dzieci wiązu" oraz "O bestiach i ptakach") i w grudniu 2 odsłona WPCUSa, czyli "Hunter of Worlds". No a potem, Grażynko, zaraz Wielkanoc i znowu wakacje. 

Niemniej, chciałabym przeczytać coś z książek kupionych w marcu na targach książki (bo chyba nie przeczytałam nic..) albo z Vesperowych nowości, szczególnie, że oni znowu naszykowali, cholera, pełno dobrego. I gdzie ja mam to trzymać?!
Czytaj dalej »

wtorek, 1 lipca 2025

[Rachunek za] Czerwiec 2025

W czerwcu znalazłam nową autorkę, której twórczości zdecydowanie bliżej się przyjrzę, w końcu zaliczyłam zaległe spotkanie klubu książkowego oraz... Byłam w ZOO. 


Książki

Defender

Piąty tom "Przybysza", zapamiętany jako mój ulubiony, może dlatego, że był to pierwszy z tej serii, który przeczytałam po angielsku i w jakimś sensie pierwsza książka, którą po angielsku przeczytałam. O ile dobrze pamiętam, czytałam wcześniej jakiegoś Pratchetta ("Night Watch" zdaje się) i jeszcze "Fairy Land" MacAuleya (ale tu to nie mogę powiedzieć, żebym dużo zrozumiała xD), ale ten "Defender", dodam, że wydrukowany na drukarce miniaturową czcionką, żeby oszczędzać papier, to była chyba pierwsza książka, którą przeczytałam z autentyczną podjarką od początku do końca. 

Czytałam go potem raz jeszcze, kiedy poprzednio robiłam sobie re-read Przybysza (pewnie z 8-10 lat temu), ale nie mam z tym żadnych konkretnych wspomnień. Jak sobie poradził "Defender" po raz trzeci? Cholera jasna, nie wiem. Świetny to jest tom, ale - podobnie jak większość tej serii - jednocześnie nie do końca działa w ten sam sposób czytany po raz kolejny, a szczególnie ze świadomością, co nastąpi potem. W tym sensie, chociaż mamy tu wiele zwrotów akcji i ujawnionych tajemnic, jest to drugi tom w trylogii budujący bazę pod spektakularne wydarzenia tomu trzeciego. 

Co nie znaczy, że mi się nie podobało, podobało mi się jak diabli. 

Jednocześnie jednak choć nie do końca jest to decyzja świadoma, to ostatni z tomów przeczytany przed jakąś nieokreśloną przerwą. Dlaczego? Bo z jednej strony klub książkowy, a z drugiej dorwałam w bibliotece "Królewskiego smoka" i jak zaraz przeczytacie, wciągnęło mnie to jak diabli, a jednak Przybysza to ja znam bardzo dobrze, za to tęsknię do jakichś nowych serii. 


Królewski smok

Sięgnęłam po tę książkę ponieważ tłum ludzi polecił ją jako książkę, w której średniowieczne fantasy faktycznie ma coś wspólnego ze średniowieczem i mimo mało zachęcającego tytułu i koszmarnej okładki - nie zawiodłam się. Wręcz przeciwnie, Kate Elliot na dłużej zagości na moich czytelniczych listach. "Królewski smok" jest rewelacyjny. Dawno już nie czytałam książki, która byłaby tak wciągająca. A takiej, w której średniowiecze przypomina średniowiecze, to jakoś od czasu ostatniej lektury "Ucznia czarnoksiężnika". Elliot kreuje swój świat używając wielu mechanik z zakresu historii alternatywnej, co pozwala jej szybko zarysować pewne kwestie, a jednak nie jest to tanie. To jest - w sensie klimatu - jakaś bardzo, ale to bardzo alternatywna średniowieczna Europa. I działa to doskonale. Jednak tym, co najbardziej mnie porywa w tej powieści jest wiara. To jest jedna z tych bardzo, ale to bardzo nielicznych powieści fantastycznych, gdzie postacie są wierzące i ta wiara nieustannie wpływa na ich decyzje. Religia nie jest tu ornamentem, nie ogranicza się do zwyczajów, strojów i przekleństw - tkwi w centrum światopoglądu bohaterów. To jest absolutnie wspaniałe. 

"Królewski smok" ma w sobie wszystko: politykę, wojny, małe historie małych ludzi i wielkich tego świata spętanych polityką i konwenansami, są dziwaczne stwory i nie do końca  ludzkie postacie. Jest tu magia, rozpięta gdzieś pomiędzy astrologią a mrocznym rytuałem, wpisana w ten świat równie doskonale, jak doskonałe są gwiazdozbiory na niebie. Dwoje głównych bohaterów - przybrany syn dość zamożnego kupca-żeglarza trafia na służbę do lokalnego feudała, choć miał zostać mnichem, a córka maga... ta to ma dopiero przerąbane. 

Elliott ma niesamowity dar do kreowania złożonych postaci. Takich, że człowiek się zastanawia czego do diabła ten gość chce i takich, w których cechy absolutnie podłe łączą się z wybitnymi. Świetnie idzie jej też pokazanie sposobu myślenia przemocowca i gwałciciela (jest tu wątek przemocy seksualnej i niewolnictwa). 

To pierwszy tom z bodaj siedmiotomowej serii, z którą totalnie się zapoznam, musiałam przerwać lekturę z przykrego obowiązku klubowego, ale nosi mnie, żeby rzucić wszystko, wyjechać w Bieszczady i czytać, co będzie dalej, bo zarówno zakończenie jak i tytuł drugiego tomu zapowiadają coś bardzo godnego uwagi. 


Koła zębate "No plot, just vibes, niestety w kagańcu oświaty"/10

Japoński klasyk klasyków, Akutagawa Ryonosuke pozostawił mnie z mieszanymi uczuciami. "Koła zębate" to przeglądowy zbiór (w tej formie zestawiony po japońsku, acz nie wiem, ile autor miał tu do powiedzenia, podejrzewam, że niewiele, biorąc pod uwagę obecność tekstów opublikowanych pośmiertnie) ułożony chronologicznie. 

Ten chronologiczny układ z jednej strony jest może korzystny z punktu widzenia literaturoznawcy, jednak dla czytelnika niekoniecznie tworzy zestawienie równomierne, czy interesujące. Przede wszystkim, z chęci pokazania wszystkich aspektów twórczości, znajdują się tu teksty, które zwyczajnie do siebie nie pasują. Ma to tę zaletę, że każdy znajdzie coś dla siebie (dyskusja na temat tego zbioru na klubie czytelniczym była dość interesująca), ale też oznacza, że można ze sporą częścią tekstów nieco się męczyć. Są też one nie tylko różnorodne pod względem tematyki, ale też jakości. Niektóre są naprawdę strasznie słabe. 

Twórczość Aktagawy ma elementy świetne. Niektóre z poruszanych kwestii nie straciły ani trochę na aktualności po 100 latach od powstania (chociażby  "Nos" bardzo trafnie nakreślający problem operacji plastycznych oraz... reprezentacji). Kilka opowiadań jest naprawdę dobrych ("Lalki" albo "Ogród" czy "Jesień"), są takie jak tytułowe, które choć ciężkie w odbiorze jest literacko świetne - trudno żeby przyjemnie czytało się tekst autobiograficzny dotyczący ostatnich dni człowieka, który wkrótce popełni samobójstwo. 

Nie można też pominąć kwestii języka - wszystkie japońskie opracowania podkreślą absolutne mistrzostwo Akutagawy pod tym względem, a tymczasem sama polska tłumaczka przyznaje, że tego oddać się nie da. Jestem gotowa przyjąć, że tak jest - mówimy w końcu o języku i tradycji literackiej drastycznie różnych od polskich. Z drugiej strony jednak tragikomiczne są przypisy. Jest ich niewiele i zwykle absolutnie nic nie wnoszą, a tymczasem są miejsca, w których ewidentnie ich brakuje. 

Dlatego też oczywiście muszę dać Akutagawie taryfę ulgową, czytałam wersję w jakiś tam sposób ograniczoną, nie będę się więc czepiała stylu. Natomiast doczepić mogę się obrzydliwego dydaktyzmu. Większość tekstów w "Kołach zębatych" jest całkiem niezła tylko po to, żeby zakończyć się ordynarnym morałem. To jest prostackie, kompletnie psuje opowiadania skądinąd zupełnie w porządku. Być może jest to jakiś aspekt japońskiej literatury, który po prostu mi nie podchodzi (flaszbaki z "Kota, który ratował książki"). 

Ostatecznie nie mogę powiedzieć, żebym żałowała, kilka opowiadań mi się podobało, kilka było bardzo zabawnych, kilka powiedziało coś mądrego o świecie... ale chyba nie polecam, chyba że jesteście zainteresowani literaturą japońską. 


Głupie zwierzęta Polski i jak je znaleźć 

Druga książka spod znaku "Rośliny są głupie i zwierzęta też" jest, tak jak się spodziewałam, lepsza od poprzedniej. Głównym problemem "Głupich ptaków..." była monotonia i powtarzalność, której skutecznie zapobiega różnorodny wybór drani opisanych w tej pozycji. Oczywiście, pewne zmęczenie materiału (materiałem?) też się pojawia, ale w mniejszym stopniu. Ostatecznie uważam, że tego typu treści lepiej się przyswaja w ich naturalnym środowisku - w mediach społecznościowych. To są teksty krótkie i okazjonalne, do szybkiego przeczytania, między jednym a drugim memem. W dużych ilościach robią się powtarzalne i męczące, nawet kiedy w odosobnieniu są niezłej jakości. 

Można się z tej książki sporo dowiedzieć (uważam, że świetny jest dodatek o obserwacji! gdyby autor postanowił w tym stylu pisać krótkie wprowadzenia do różnych dziedzin polski internet by nie zbiedniał!), choć raczej nie nadaje się do czytania w całości.


Audiobooki

La Bestia

Przyznaję od razu, że po książkę Piotrowskiego sięgnęłam dlatego, że katalogi aplikacji a audiobookami (w tym wypadku debilnie nazwany Storytel) wołają o pomstę do nieba. Odfiltrowanie beletrystyki graniczy z cudem, no i tym razem mi się nie udało. Przy czym, przyznaję, "La Bestia" znajduje się gdzieś na pograniczu gatunków. Jest to powieść, ale przerywana fragmentami non-fiction, po części o tytułowym mordercy, po części reportażem ze zbierania materiałów. Wyszło zaskakująco sprawnie, choć myślę, że jest w tym też zaleta bardzo dobrych lektorów. Bardzo doceniam, że autor objaśnia na bieżąco, co sobie dopowiedział, dlaczego i jak się to ma do faktów. Takie fabularyzowane tru-krajmy to ja mogę czytać (słuchać). 

Ogółem audiobook bardzo sprawnie zrealizowany, dobra rzecz. Polecam, ale ostrzegam, że tortur, gwałtów i wszelkiego rodzaju gówna jest tu mnóstwo, więc nie jest to temat dla każdego. 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia