piątek, 3 lipca 2026

[Rachunek za] Pierwsze sześć miesięcy roku 2026

Na początku tego roku podjęłam decyzję o kilku wyzwaniach opartych na liczbie 6. Sądzę więc, że powinnam coś o nich napisać po 6 miesiącach roku. 

1. C.J. Cherryh - 3/6

  1. "Faded Sun: Kesrith"
  2. "Faded Sun: Shon'jir"
  3. "Faded Sun: Kutath"
  4. "Serpents Reach"
  5. "Downbelow Station"
  6. "Wave Without a Shore"

Ponieważ pierwsze trzy powieści z tej listy stanowią całość, to jestem całkiem zaawansowana w tym akurat wyzwaniu. Na "Serpent's Reach" umówiona jestem na drugą połowę sierpnia, co sprawia, że zupełnie realne jest przeczytanie "Downbelow Station" na jesieni. "Wave Without a Shore" jest jednak mniej prawdopodobne. Tutaj opóźnienie wynika głównie ze strony moje partnera (ale nie mam najmniejszych pretensji, po prostu tak się ułożyło żyćko). Generalnie - jestem zadowolona. 
 

2. Klasyki - 2/6

  1. "Anna Karenina" Lew Tołstoj
  2. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte
  3. "Faraon" Bolesław Prus
  4. "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltari
  5. "Ojciec i syn" Karol Bunsch
  6. "Droga donikąd" Józef Mackiewicz



Wyzwanie klasykowe zaczęło się z grubej rury od Anny Kareniny, która choć szybkoczytająca się to jednak zajęła mi duuużo czasu. Do tego zaraz potem połknęłam "Wichrowe wzgórza", potem jednak inne zobowiązania i lektury odciągnęły mnie od tej listy. Ale powracam! Któraś z egipskich powieści pojedzie ze mną na urlop (jeszcze nie wiem, która), kolejną chciałabym przeczytać w październiku. Być może zmieszczę gdzieś w międzyczasie Bunscha. Jeśli chodzi o Mackiewicza to nie bardzo widzę szanse, ale jeszcze go nie skreślam. 

3. Książki ze Styrty Zażenowania 

  1. "Faded Sun"
  2. "Wave Without a Shore"
  3. "Guns, Germs and Steel"
  4. "Zew nocnego ptaka"
  5. "Dzieci Czasu"
  6. "Gdy leżę konając"


Tutaj zażenowanie jednak się utrzymuje. Przeczytałam na razie jedną książkę ("Faded Sun"), kuszą mnie okazjonalnie to Faulkner, to Diamond (Cherryh jest czytana wspólnie, więc tutaj nie bardzo mam opcje) ale zawsze coś mnie odciągnie. Rozważam Dimonda na drugą połowę urlopu. Najgorzej ma się sprawa z cegłami od Vespera, trochę czuję presję z ich strony. Te książki oczywiście nie są tak długie, na jakie wyglądają, bo Vesper nie ma szacunku do miejsca na naszych półkach, ale to z kolei oznacza, że mamy do czynienia z dość nieporęcznymi tomiszczami. Realnie przewiduję lekturę raczej na jesień, już po zakończeniu sezonu rowerowego (nawet mimo rozmiarów tych tomiszcz). 

4. 15000 stron - 6989/15000

Jestem na górce, nawet jeśli w dwóch miesiącach (lutym i czerwcu) nie udało mi się doczytać do 1000 stron. Jest więc ok, ale nie można osiadać na laurach. Mam nadzieję, że wpadka lutowa już się nie powtórzy, chociaż wtedy odciągał mnie od książek sport i to samo totalnie wydarzy się w lipcu. O czerwiec obwiniam chorobę, bo chociaż i tak czytałam niewiele to w dwa tygodnie najgorszego samopoczucia przeczytałam poniżej 90 stron. 

5. 52 książki punkty 

Jeśli chodzi o przeczytane książki, to na koniec czerwca było ich 23 sztuki, ale to wlicza komiksy i audiobooki. Bez szału, ale też nie mam zamiaru się biczować. Poczytałam w tym roku trochę cegieł i to doceniam znacznie bardziej niż jakieś ilościowe rekordy, chociaż wolałabym zdecydowanie po prostu więcej czasu dziennie przeznaczać na czytanie. 
Punktowo wychodzi za to bardzo obiecująco! Uzbierałam już 32 punkty, głównie za sprawą objętości (książki powyżej 500 stron dostają 2 pkt) oraz własności (wciąż staram się czyścić półki). Swoje dołożyła też książka po rosyjsku. Na minus poszły audiobooki i komiksy. Generalnie jestem zadowolona i kolejny raz uważam, że ta punktacja dość dobrze odzwierciedla moje wrażenia z dotychczasowych lektur. 

6. Czytać po rosyjsku

  1. Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́
Może ta lista nie wygląda imponująco, ale jestem z siebie bardzo zadowolona. Poczyniłam wyraźne postępy i nauczyłam się sporo o samej nauce języka. Zdecydowanie dobrze podziałało to, że "Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́" były jedyną książką, którą w tym czasie czytałam. Nie było, ze boli, że się nie chce - to się czytało, więc się czytało. To bardzo pomogło moim oczom przyzwyczaić się do cyrylicy. Ponieważ po rosyjsku wciąż czytam dość wolno - ale dużo lepiej, niż kiedy zaczynałam powieść Sanina! - to nie wiem, czy w tym roku jeszcze coś przeczytam po rosyjsku, ale tę część wyzwania zaliczam na duży plus! 

Pozostałe

Anime

Jak na razie to obejrzałam "Ruchomy zamek Hauru", ale nie zaliczam go do tego wyzwania, bo chodziło o zapoznanie się z jakąś nową serią a nie odświeżeniem klasyka. Ogółem o tym planie przypomniałam sobie pisząc tego posta, więc sami widzicie, jak się sprawy mają. 

Filmy

  1. Avatar III
  2. Ruchomy zamek Hauru
  3. Salvatore Giuliano
Szału nie ma. Moja niemoc filmowa trwa. Z drugiej strony nie widzę sensu w zmuszaniu się do oglądania czegoś. Zobaczymy jak się sprawy potoczą. 


Seriale

Nie jestem pewna, czy oglądałam w tym roku cokolwiek, może jakiś jeden odcinek "Z Archiwum X". 



Tyle raportu, ale co z podsumowaniem? Chociaż generalnie jestem dość zadowolona z tego roku, to z wyzwaniami idzie już tak sobie. Z wymienionych z tytułu książek przeczytałam 6/18, czyli 1/3 a nie połowę. Oczywiście są też plusy - ilość przeczytanych stron, książka po rosyjsku czy wynik punktowy. Jest nieźle. 

Czytaj dalej »

środa, 1 lipca 2026

[Rachunek za] Czerwiec 2026

Czerwiec zaczęłam od tygodniowego L4, które niestety spędziłam na zmaganiach z bólem i wizytach w szpitalu a nie leżeniu z książką w dłoni. Nie polecam. Potem na szczęście zrobiło się nieco lepiej, ale wciąż był to miesiąc słaby jeśli chodzi o czytelnicze dokonania. Mam nadzieję, że w lipcu będzie lepiej, ale nie czarujmy się, co innego będzie zaprzątało moje myśli. 


Książki

Wygnanie i królestwo Albert Camus "udało się"/10

Króciutki zbiorek opowiadań. Nie porwał, ale i nie zawiódł. Najbardziej podobało mi się opowiadanie drugie ("Renegat czyli umysł zmącony"), bo było najodważniejsze formalnie. Teksty - poza ostatnim - są dość krótkie, zwięzłe, jasne w przekazie, forma dobrze współgra z treścią, doskonale zbudowany jest klimat. Jedynie ostatnie opowiadanie ("Kamień, który rośnie") jest zbyt długie, nudne, niejasne i psuje odbiór całości. 






Angel Down Daniel Kraus "...and I consider myself lucky"/10

W zeszłym miesiącu mieliśmy przykład typowej książki gatunkowej docenionej przez mainstream - "Włóczęgów" Hao Jinfang, którzy zatruli mi maj. Ale w tym samym maju wydarzyła się rzecz niesłychana - powieść gatunkowa dostała Pulitzera. I - szok - to jest naprawdę dobra książka. Rewelacyjna. Czapki z głów. Czytałam "Angel Down" bardzo długo, z przerwą na chorobę i klubowego Camusa i nie odzwierciedla to tego, jak bardzo mi się ta lektura podobała. Choć faktycznie, jest to jeden z tych tekstów, gdzie co kawałek można książkę odłożyć i zadumać się nad tym, jak wspaniałą rzecz się właśnie przeczytało. 

Nietrudno zauważyć, co niewątpliwie przyciągnęło uwagę jury nagrody - "Angel Down" to jedno zaczęte od środka zdanie, gdzie każdy akapit zaczyna się od "...and". W przeciwieństwie jednak do "Bram raju" Andrzejewskiego, forma jest tu kluczowa dla treści, tego nie można by napisać inaczej i jednocześnie nie sprawia wrażenia wymuszonej, po dwóch akapitach płynie się już przez ten pierwszowojenny chaos razem z Baggerem.

Akcja toczy się w okopach I Wojny Światowej, wśród błota, chaosu, śmierci, chorób, bezrozumnego okrucieństwa i celowej przemocy. W obliczu spotkania z nadprzyrodzonym bohaterowie muszą zrewidować swoje poglądy na świat i siebie samych. O co naprawdę poprosisz, jeśli możesz poprosić o wszystko? Czego tak naprawdę pragniesz? Co się w tych pragnieniach ogranicza? 

To jest przepiękna, obrzydliwa, brutalna, poetycka książka, która w mistrzowski sposób miesza brud ze świętością i ohydę z pięknem, stawia przed swoim pełnym wad bohaterem pytania, odpowiedzi na które pokazują, kim naprawdę jest i które każdy z nas powinien sobie zadać. Kraus opisuje zło, ale tak naprawdę jest to książka o dobru. 

A do tego - nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam książkę z tak satysfakcjonującym zakończeniem. W trakcie "Angel Down" dzieje się bardzo wiele, od rzeczy ohydnie przyziemnych po metafizycznie wzniosłe a jednak Krausowi udaje się zawiązać z tego przepiękną kokardę. 


W ogóle jak się chyba lubię z nagrodą Pulitzera. Nie czytałam wielu laureatów, ale chyba wszyscy mi się podobali. Muszę zgłębić temat. 


Poranek dnia zagłady C.L. Moore "nie wiem o co chodzi, ale buja"/10

To sprawnie napisana powieść, do której trudno się przyczepić, ale która nie porywa. Niewątpliwie największym jej plusem jest jej warstwa techniczna - niemal do samego końca utrzymana jest tajemnica, o co tu właściwie chodzi, kto czego dokładnie chce i w czym bohater bierze udział. Rohan to osobnik dość ciekawy, zapijaczony oportunista od czasu do czasu na haju dawnej sławy, wplątany wbrew swej woli w polityczną intrygę próbuje ugrać coś dla siebie, chociaż nie jest pewien zasad i stawek tej zabawy. 

W czym więc problem? Chyba właśnie w tym, że nie ma tej powieści nic konkretnego. Jest bardzo sprawnie napisana ale nic we mnie nie poruszyła. Bardzo możliwe, że w czasach zimnej wojny, dla amerykanów, był to tekst znacznie ważniejszy. Ze mną, w roku 2026, nie rezonował w ogóle. Niemniej czytało się to bardzo przyjemnie i bujało właśnie ze względu na techniczną sprawność autorki. 

Szkoda, że dostaliśmy od C.L. Moore tę powieść a nie opowiadania o Jirel of Joiry, znacznie, znacznie lepsze.  


Plany

Więcej czerwcowych grzechów nie pamiętam, choroba i upały dość mnie sponiewierały. Plan jest więc taki, żeby w lipcu a przed urlopem ogarnąć zaległości. Nie mam wielkich nadziei w tej kwestii, bo przecież zaraz zaczyna się Tour de France, ale liczę na to, że chociaż niektóre kwestie będę mogła ogarniać słuchając transmisji. 
Przed wyjazdem chciałabym koniecznie skończyć i oddać książki z biblioteki - "Turn of the Screw" Henry'ego Jamesa oraz "Italczyka, czyli konfesjonał czarnych spowiedników" - oba te teksty jak na razie bardzo mi się podobają. Poza tym stoję przed trudnym wyborem lektury na urlop. Wprawdzie czytniki ebooków mocno ułatwiają sprawę, ale i tak coś wymyślić trzeba. Może będzie to "Wojna makowa", może coś z klasyków a może w ogóle wpadnę na jakiś inny pomysł. Czas pokaże.  










Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 czerwca 2026

[Rachunek za] Maj 2026

Był to miesiąc dość nierówny, zakończony mieszanką wybuchową: z jednej strony zachwytem tegorocznym Pulizerem (o czym więcej będzie w rachunku za czerwiec), z drugiej kryzysem zdrowotnym zwieńczonym posiadówką na SOR. W związku z tym ostatnim, zachwyt trochę został przerwany a mnie dopadł kryzys czytelniczy. Mam nadzieję, że z czasem poczuję się na tyle dobrze, żeby w ramach L4 jeszcze coś poczytać. 


Książki

Włóczędzy Hao Jinfang "kurwa ale gówno"/10 

Jeśli jakaś powieść gatunkowa zostaje doceniona przez mainstream, szczególnie taki bardziej nadęty, to opcje są dwie. Może być to powieść na tyle wybitna, że nie da się jej zignorować (a potem marudzić jaka to szkoda, że dotychczas autor miał łatkę pisarza fantastyki), ale nie oszukujmy się, takie przypadki są bardzo rzadkie. Dużo częściej jakimś cudem człowiek, który nigdy nie przeczytał książki fantastycznej czyta jakieś żałosne gówno i doszukuje się w nim wzniosłych treści (których tam nie ma) i potem ja muszę czytać takie ścierwo jak "Włóczędzy" Hao Jingfang. Żeby jeszcze to było słabe sf ale miało w sobie coś ciekawego - formę, treść, przesłanie. Ale nie, wcale tak nie jest. Ta "powieść" ma dosłownie zero zalet. A do tego jeszcze PIW dorzuca tak daremne tłumaczenie, że aż trudno uwierzyć, że jakikolwiek redaktor to przeczytał. Gdyby nie to że była to książka na klub PIWu (a na jaki inny...) to rzuciłabym ja w cholerę po 


od kącików jej ust odchodziły dwie zmarszczki w kształcie księżyca w nowiu. ("Statek") 

co oszczędziłoby mi tych wszystkich scen w blasku księżyca. Na Marsie. I całej reszty bredni, które są szczególnie uderzające, gdy wziąć pod uwagę że autorka skończyła ponoć fizykę... 

Pomijając jednak jak beznadziejne to jest SF, pod innymi względami nie jest lepiej. Jeśli chodzi o styl to daję autorce taryfę ulgową, aczkolwiek ani wersja polska, od której zaczęłam ani marginalnie lepsza angielska, na którą dość szybko się przerzuciłam nie dają zbyt wielu podstaw by wierzyć, że tam się dzieją jakieś językowe akrobacje usprawiedliwiające wydanie tego kupska. Pozostają nam jednak postacie - papierowe, niedojrzałe, mdłe i nudne. Pozostaje "fabuła", którą trudno właściwie określić oraz przede wszystkim pozostaje przesłanie. No więc co nam chce powiedzieć Hao Jingfang? Otóż, że buntować się jest pięknym przywilejem młodości, bo młodzi są szlachetni i głupi, ale kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa tę rękę utnie. Obrzydliwe propagandowe gówno i nawet nie będę słyszała waszych protestów, tak mocno mam owinięta głowę folią aluminiową - jestem przekonana, że to jest powód dla którego tak słaby tekst jest promowany nie tylko w Chinach, ale i na świecie. 

Ta książka nie ma zalet. Żadnych, bo jeszcze w dodatku jest gruba. 

(przeczytałam 10% po polsku, do 40% po angielsku a resztę przesłuchałam po angielsku w audiobooku x1.7 a i tak żałuję zmarnowanego czasu) 


Blackwater I: Powódź Michael McDowell "potwór z bagien do wzięcia"/10

Na książki z tej serii natknęłam się już kilka lat temu we Włoszech. Zwracają uwagę wydaniem - kieszonkowym, ale na bogato, w bardzo charakterystycznym stylu. Rzecz jest w dodatku nie tylko estetyczna ale jeszcze do tego niesamowicie praktyczna. Czytało się to niezwykle przyjemnie. Co do samej powieści - to dopiero pierwszy tom serii, poznajemy bohaterów i pewien zarys problemu. Zaciekawiło mnie to na tyle, że chętnie sięgnęłabym po kolejne tomy, ale zwyczajnie... Żal mi pieniędzy, nawet uwzględniając ładne wydanie. Ta seria to takie czytadło, które się łyka na plaży w Łebie i zapomina na wsze czasy. To 40 zł, które już wydałam to i tak za dużo. 





Milczenie owiec Thomas Harris 7/10

Z racji przynależności klubowej miałam pretekst do zapoznania się z tym klasykiem. Początek mnie nie zachwycił, Lecter wręcz karykaturalny. Potem Buffalo Bill zlepiony z dobrze mi znanych seryjnych morderców (to nie jest może zarzut sam w sobie, po prostu, no, trochę za bardzo widoczne dla mnie było z czego autor klei tego typa). Ale w drugiej części powieści całkiem sprawnie zbudowane napięcie. Ogółem z jednej strony utwierdziła mnie ta książka w przekonaniu, że thrillery i kryminały nie są dla mnie, z drugiej pokazała, że thriller to jednak coś bardziej pode mnie - jak już muszę - niż kryminał. 

Z ciekawostek, to uderzyło mnie tłumaczenie. Nie jest niby stare - z 1990 roku - a jednak jest takie... archaiczne. Nie jest to język dla mnie obcy - wręcz przeciwnie, to język mojego dzieciństwa i chyba dlatego wywarł na mnie takie wrażenie. Uświadomiłam sobie, że on zniknął, że od dawna już tak wcale nie mówimy. Na swój sposób ta książka pachniała gazetami, które czytali moi dziadkowie. 


Przyszłość prawdy "WERNEEEEEEEEEEER"/10


Kocham Wernera Herzoga i się tego nie wstydzę. "Przyszłość prawdy" to krótki esej dający dobry wgląd w to jak Werner Herzog postrzega prawdę i jak konstruuje ją w swoich filmach. Warto się zapoznać. Z drugiej strony będzie też łyżka dziegciu - kto to kurwa składał. Już sama okładka wieje jakąś bardzo nieudaną próbą elegancji a w środku jest jeszcze gorzej. Jakby ktoś kiedyś widział dobrze zrobioną książkę, ale nie miał pojęcia, dlaczego ona była dobra i spróbował odtworzyć efekt nie znając zasad. Odległości zbyt duże, proporcje nie takie, paginacja bez sensu, Dobry Jeżu Anaszpanie, skład aktywnie przeszkadzał w czytaniu. A tu obawiam się, cała seria będzie takim kupskiem. 




Komiksy 

Requiem. Rycerz wampir. Tom 4: Klasztor Sióstr Krwi. Królowa dusz zmarłych 

Jak pisałam już wcześniej - ta seria zaczyna się lepiej niż się kończy, więc im dalej w las tym większe znaczenie mają przepiękne ilustracje Ledroita, bo fabuła... To od samego początku nie jest żadne arcydzieło, ale po prostu cały ten motyw reinkarnacji i podwójnej tożsamości jest słaby jak barszcz, a w każdym razie słabo zrealizowany. Niemniej oczywiście, że kupię wszystko i wszystko przeczytam. Piękny jest to komiks i durny rozkosznie.    


Pulizer 2026 

Końcówkę miesiąca spędziłam - na ile mi to pozwoliło zdrowie - czytając powieść Angel Down Daniela Krausa, która zdobyła Pulizera. I nie byłoby w tym nic godnego nadmiernej uwagi, gdyby nie to, że "Angel Down" to pierwszy w historii laureat tej nagrody będący tzw. powieścią gatunkową (konkretnie horrorem). Co? Jak? Jakim cudem? 

Już pierwsze otwarcie książki pokazuje pewne... znaki. A właściwie jeden znak: powieść napisana jest jednym zdaniem, zaczętym od środka i każdy akapit zaczyna się od "and". Pozdrawiam polskiego tłumacza i mam nadzieję, że będzie to ktoś w rodzaju Tarczyńskiego. 

Więcej napiszę, kiedy skończę, bo niestety choroba mnie dość mocno wyłączyła z życia, ale napisane jest to pięknie i autorowi udaje się doskonale oddać potworność ale i swoisty absurd sytuacji ekstremalnych. Akcja toczy się w czasie IWŚ a nasi bohaterowie muszą dobić... anioła. 


Plany 

Przede wszystkim - odżyć. Potem dokończyć "Angel Down" i dwie lektury na kluby - "Wygnanie i królestwo" Camusa oraz "Poranek dnia zagłady" C.L. Moore. Na koniec miesiąca - "Region Węża" C.J. Cherryh. Gdzieś pomiędzy powinna znaleźć swoje miejsce "Tajemna historia", ale nie jestem pewna, czy dam radę (zaczęłam, ale nie wciągnęła mnie). 












Czytaj dalej »

piątek, 1 maja 2026

[Rachunek za] Kwiecień 2026

Kwiecień był miesiącem nadrabiania strat. Intensywnym tak bardzo że sama się zdziwiłam, że to wszystko odbyło się w jednym miesiącu. Mocno nadrobiłam straty w ilości przeczytanych stron (wyszło 1750! wciąż jestem w szoku), spontanicznie przypomniałam sobie "Ruchomy zamek", skończyłam świetne "Gasnące słońce", zapoznałam się z rewelacyjnymi "Grzesznymi chłopcami" (nareszcie dobra książka na kklub PIWu!). Nawet obejrzałam dwa filmy! Pozostaje mieć nadzieję, że ten trend się utrzyma. 


Ksiażki 

Howl's Moving Castle "Welsh Rugby"/10

Nie wiem, który raz czytałam tę książkę. Chyba czwarty...? Buja za każdym razem. I powtórzę po raz tysięczny: bez znajomości książki oglądanie filmu nie ma sensu. Diana Wynne Jones była osobą obdarzoną niezwykłym talentem do... pewniej sympatycznej ironii. Jej bohaterowie są często w równym stopniu niezwykli i śmieszni, trochę głupkowaci, naiwni, szlachetni, narwani i rozkojarzeni. 

Pomijając dwa fragmenty, które naprawdę są nieco za bardzo dla dzieci jak na mój starczy gust, jest to świetna książka, od której nie sposób się oderwać za to łatwo popłakać się że śmiechu. 




There Is No Antimemetics Division ⬛⬛⬛⬛⬛⬛ /10

Ależ to była dzika jazda. Jak lubicie SCP, to nie muszę pisać nic więcej. Jak nie wiecie co to jest SCP, to chcecie się dowiedzieć. No a "There Is No Antimemetics Division" to właśnie powieść w tej konwencji, że tak powiem, bo pierwotnie pojawiła się na wiki jako odcinkowa seria. 

Trudno jest jakoś zarysować o czym jest ta powieść, skoro jest o zapominaniu. I to nie w taki refleksyjny sposób jak "Podziemie pamięci" Ogawy, ale w wariacki sposób gdzieś z pogranicza Lovecrafta i Z Archiwum X. 

To ten rodzaj intelektualnej zabawy, gdzie bierzemy jakaś koncepcję z gatunku "co by było gdyby" a potem wyciągamy z niej wnioski aż połamiemy rzeczywistość. I potem idziemy jeszcze kilka kroków dalej. 

Świetna rzecz, bardzo polecam. 


Faded Sun: Kutath 8,5/10

Nareszcie udało mi się skończyć czytanie trylogii Gasnącego Słońca. Zaczęłam w lutym, jestem zażenowana tym ile to trwało i raczej niewiele zmienia jakie tam klubowe powinności mnie usprawiedliwiają. Z pewnością ten długi czas lektury nie ma nic wspólnego z samym tekstem, który jest wspaniały. 

Tak jak pierwszy tom skupiał się (zarówno pod względem nastroju jak i fabuły) na desperacji i opuszczeniu Nuina, jak drugi był o opresyjnej samotności Duncana, tak tom trzeci to bardziej konfrontacja oraz tak lubiane przez Cherryh dynamiczne zakończenie. Czego tu nie ma! Zwroty akcji, przeszłość niejednego świata, interpretacje wydarzeń z różnych punktów widzenia, wybuchy, pościgi... 




Grzeszni chłopcy "geje tajpeje"/10

To może być największe odkrycie tego roku. I zaskoczenie. Moje dotychczasowe doświadczenia z literaturą chińską nie były dobre, więc obawiałam się straszliwego gówna. A dostałam rewelacyjną powieść. Gorzką, miejscami zabawną, zgrubsza straszną - śledzimy losy grupki młodych homoseksualistów, w większości wyrzuconych z domów, skupionych wokół pewnego parku w Tajpej. Autor odmalowuje nam wspaniałą galerię postaci, od dramatycznych i na poły legendarnych, bo zwyczajnych, żałosnych, czasem upośledzonych umysłowo. Miesza się tu ohydna dorosłość ich życia z tym, że mamy do czynienia z dziećmi. Ci chłopcy pewnego dnia pojadą na rowerach wykąpać się w rzece i zjedzą lody u zaprzyjaźnionego sprzedawcy... Lody za które zapłacą pieniędzmi zarobionymi poprzedniej nocy w dworcowym kiblu. Świetna rzecz, szkoda że to jedyna powieść w dorobku autora. 



Audiobooki

Weavers, Scribes, and Kings: A New History of the Ancient Near East 10/10

Amanda H. Podany na podstawie zachowanych tabliczek klinowych oraz badań archeologicznych odmalowuje niezwykle barwny obraz mieszkańców dawnej Mezopotamii. Może sobie na to pozwolić, ponieważ do naszych czasów przetrwały nie tylko dzieła literackie czy dokumenty wagi państwowej ale również osobista korespondencja zwyczajnych ludzi - chociażby despotycznego ojca, który wysyła zirytowane ponaglenia do dorosłego syna prowadzącego odział rodzinnej formy w innym mieście. 

To szczegółowa książka popularnonaukowa, dająca dobry, szeroki ogląd sytuacji politycznej i społecznej wielu państw na przestrzeni wielu stuleci, która nieustannie pozostaje blisko swoich bohaterów, czy to pomniejszej szwaczki, czy króla, o którym uczy się w podstawówce każde dziecko. 

Wspaniała książka i mam nadzieję, że ktoś wyda ją po polsku. 

Angielski audiobook, sprawnie czytany przez autorkę (!) dostępny jest na Storytelu. 


Chiny jednego dziecka "800 minus i jego konsekwencje"/10

Prześladują mnie ostatnio te Chiny ;) Reportaż trójki autorów pokazuje zarówno teorię i praktykę polityki jednego dziecka a także jej konsekwencje, wyraźnie widoczne w wielu aspektach życia codziennego mieszkańców Państwa Środka. Totalitarne reżimy mają to do siebie, że mogą przeprowadzać działania na skalę niemożliwą w innych okolicznościach. Czasem to wysłanie człowieka w kosmos. Czasem zawracanie rzek i katastrofy ekologiczne. A czasem kompletne zaburzenie równowagi płci w społeczeństwie, rozregulowanie życia rodzinnego i ekonomii. Co najgorsze - takie zmiany mogą okazać się niemożliwe do cofnięcia. Chiński rząd już wiele lat temu zorientował się że źle się dzieje, ale jego działania są równie oderwane od rzeczywistości jak kiedy politykę jednego dziecka wprowadzano. 

Ciekawa lektura, mówi wiele o życiu codziennym we współczesnych Chinach i kulturze chińskiej w ogóle. Polecam. 

(audiobook dostępny na Storytelu, książka sama w sobie - wszędzie, dopiero co miała premierę ;)) 


Filmy 

Ruchomy zamek Hauru "nie jestem już piękny, moje życie straciło sens"/10

Odświeżony w ramach filmu miesiąca na klubie książkowym, w środku nocy przed Wielkanocą w trakcie pieczenia chleba. Piszę o tym, bo było coś magicznego w tych okolicznościach. Noc, cisza, swego rodzaju pustka - to mi dało przestrzeń do skupienia się na filmie. A film... zachwyca za każdym razem. Nie wiem nawet ile razy go widziałam. Trzy? Pięć? To jeden z tych przypadków, gdzie wielokrotne powroty tylko dziełu służą, ponieważ można skupiać się na innych jego aspektach. Od kilku moich sensów to jest animacja - trzeci plan, na którym zawsze coś się dzieje. Kwiatki na łące, które wszystkie się ruszają. Piękny, piękny to jest film. 

Jak pisałam wyżej - nie sposób w pełni go docenić, jeśli nie zna się książki bo to fascynujący przykład adaptacji, która jest niezwykle wierna a jednak pomija takie drobiazgi jak fabuła. Widać, że twórcy znają książkę na pamięć i bardzo ją lubią. Różne sceny, których pozornie w pierwowzorze nie ma tak naprawdę zostały twórczo przekształcone i choć zupełnie inne to są łatwo rozpoznawalne, ale wykorzystują książkowe motywy dla podkreślenia antywojennej wymowy filmu. Ot chociażby sam początek: w animacji Sophie zostaje zaczepiona przez żołnierzy i uratowana przez Howla, który potem zabiera ją na spacer w chmurach. W książce Sophie zostaje zaczepiona przez Howla (który tak jak żołnierz w filmie nazywa ją myszką) a spacer w chmurach znajduje się na samym końcu powieści w zupełnie innym kontekście. Scenariusz został skonstruowany równie pieczołowicie co film zanimowany, choć bez znajomości pierwowzoru naprawdę trudno to zauważyć i docenić.  


Salvatore Guliano  "Sicilia is not Italy"/10

Tytułowy bohater to postać historyczna. Bandyta, który rozpoczął współpracę z sycylijskimi separatystami i działał na rzecz niepodległości wyspy. Nazywa się go czasem sycylijskim Robin Hoodem. Jak łatwo się domyślić, postać kontrowersyjna. Urodził się w roku 1922, zginął w niejasnych okolicznościach w roku 1950. I to właśnie śmierć Guliano jest punktem wyjścia dla filmu Francesco Rossiego "Salvatore Guiliano" z roku 1961, a więc nie tak długo po wydarzeniach. 

Film skonstruowany jest bardzo ciekawie: zaczyna się od znalezienia ciała tytułowego bohatera i w ramach śledztwa w sprawie odkrywa jego przeszłość oraz pokazuje proces jego wspólników (a może i zabójców). Mamy sporo retrospekcji, mamy też sceny przesłuchań na sali sądowej. 

Jest to produkcja niewątpliwie interesująca zarówno pod względem konstrukcji jak i tematu, ma jednak jedną zasadniczą wadę: to jest film publicystyczny, skierowany do odbiorcy Sycylijskiego a z pewnością dobrze zorientowanego w sprawie, kogoś kto opisywane wydarzenia albo przeżył, albo przynajmniej śledził w gazetach. Dlatego miejscami naprawdę trudno nadążać za wydarzeniami, brakuje kontekstu. Gdybym nie miała bardzo ogólnego pojęcia o czym to będzie i nie oglądała tego z osobą, która była w stanie mi cokolwiek dopowiedzieć, nie wiem, ile bym zrozumiała. Natomiast, jeśli wykona się pewien wysiłek mający na calu zapoznanie się chociaż ogólnie z najważniejszymi punktami działalności Guliano oraz ówczesnej sytuacji politycznej na Sycylii warto ten film obejrzeć. 

Czego nie warto robić, to sięgać po film "Sycylijczyk" na podstawie powieści Mario Puzo pod tym samym tytułem. Chciałam się zapoznać i z tą wersją, ale porażający amerykański debilizm tej produkcji sprawił, że wyłączyłam ją po jakichś piętnastu minutach. Nie polecam. 



Plany na maj? Dużo klubowych lektur i filmów do obejrzenia, ale mam nadzieję, że uda mi się utrzymać dobre tempo oraz przeczytać coś nie-klubowego ;)


Czytaj dalej »

wtorek, 31 marca 2026

[Rachunek za] Marzec 2026

 Po dość żałosnym lutym przyszedł czas na całkiem znośny marzec. Czy to kwestia wiosny, czy doboru lektur czy może Palmy - nie wiem, ale się domyślam, że wszystkie te czynniki plus nadchodząca z oporami wiosna. Grunt, że wskoczyłam jakoś w normalny tryb czytania, tj. czytania dużo, zawsze i bez tracenia czasu na inne rozrywki. Wprawdzie ucierpiało to czy inne hobby, ale ja jestem bardzo zadowolona, przeczytałam grubo ponad 1000 stron, nadrabiając straty z lutego i jak tak dalej pójdzie to w ogóle wyjdę na prostą względem celu 15000 stron rocznie. Jeśli chodzi o 52 książki to wciąż jestem nieco w plecy, ale nadrabiam. Pozostaje mieć nadzieję, że książki na klub PIWu mnie nie dobiją (a są dwie z czarnej serii, więc może być różne). 


Książki

Ser i Robaki "żółte napisy ale to 1599"/10

Po raz kolejny sprawdziła się wypracowana przez kilka lat klubowania mądrość - starsze książki nadają się do czytania, nowe niekoniecznie. Rozprawa naukowa Carlo Ginzburga z 1976 roku to lektura niezwykle ciekawa. Na przykładzie jednego człowieka oraz akt z jego procesu w inkwizycji włoski historyk pokazuje nam, że wbrew pozorom możemy coś powiedzieć o klasach niższych oraz że ich życie intelektualne było naprawdę ciekawe. Menocchio, zwyczajny, zdawałoby się młynarz, naczytał się różnych publikacji i sam sobie usiadł i tak sobie pokombinował... aż wykombinował herezję. I to jaką!
Menocchio to cesarz chłopskiego rozumu, człowiek niezwykle dociekliwy, ale pozbawiony wyższego wykształcenia. Daje mu to wolność wnioskowania, którą prawdopodobnie zniszczyłaby w nim edukacja. Menocchio nie wie, jak świat został stworzony i jak funkcjonuje, więc tak sobie usiadł i tak sobie kombinował... jest to człowiek wręcz owładnięty obsesją zrozumienia, to tego stopnia, że nawet na przesłuchaniu w Świętym Oficjum nie potrafi zbyt długo powstrzymywać się przed głoszeniem wniosków, jakie wyciągnął. O tym, że świat na początku był chaosem, trochę jak ser, w którym samoistnie rodzą się robaki, że te robaki to aniołowie a największym z nich jest Bóg... Zaczynacie chyba rozumieć, że to nie mogło się spodobał Kościołowi, prawda? Jednocześnie jednak nie jest to historia o szybkim pojmaniu, torturach i egzekucji. Inkwizytorzy, którzy zainteresowali się sprawą na podstawie donosu osoby skonfliktowanej z Menocchiem, próbują dociec o co mu chodzi i ewidentnie widzą, że chłop jest zaburzony a nie że jest jakimś fałszywym prorokiem.

Ginzburg we wstępie mówi o tym, że chce przedstawić historię z perspektywy zwykłego człowieka, członka klasy podporządkowanej, co w ówczesnych (lata 70) realiach historiograficznych było uznane za niemożliwe i nieistotne. To mu się niewątpliwie udaje, odmalowuje przed nami (przy pomocy rozległych cytatów z akt) ciekawy i wieloaspektowy obraz nie tylko Menocchia, ale również jego otoczenia. Druga teza Ginzburga, jakoby wymiana intelektualna zachodziła w dwie strony przekonuje mnie znacznie mniej. Moim zdaniem autor nie daje na to żadnego dowodu. Menocchio niewątpliwie czyta modne książki, jest zaznajomiony z ogólnymi trendami epoki, ale nie widzę żadnego momentu, w którym realnie na nie wpływa. 

"Ser i robaki" to lektura interesująca, ale dość męcząca z powodu absurdalnej ilości absurdalnych przypisów, w tym długich cytatów w językach obcych, które nie zostały przetłumaczone. A to są takie filologiczne przypisy, gdzie autor dyskutuje nad znaczeniem użytego przez francuskiego autora słowa. W dodatku przypisy te są na końcu (co jednak nie dziwi biorąc pod uwagę, ze niektóre mają po kilka stron a jest ich więcej niż kartek w książce...), a w ebooku to w ogóle jakaś porażka. Tyle że mnie to zachęciło do ogarnięcia ReadEry na Palmie (to chyba jedyna aplikacja do czytania, która pokazuje przypisy na dole ekranu!) z czego jestem bardzo zadowolona. 

Zainteresowanym mentalnością szesnastowiecznych foliarzy polecam i nie zraźcie się bardzo gęstym wstępem, potem jest znacznie znośniej napisane. 



Wichrowe Wzgórza Heathcliff did plenty wrong but you deserved it/10


Premiera filmu (na który się nie wybrałam i którego raczej nie mam zamiaru oglądać) była dobrym pretekstem, żeby przeczytać tego klasyka. Zaskoczyła mnie ta książka - klasyki, chyba w ogóle tak mają. Przede wszystkim tym, jak rozkosznie okropni są wszyscy ci ludzie. Pierwsze pojawienie się Heathcliffa to scena naprawdę godna najwyższych pochwał. Jest wspaniale... niezręcznie, nieprzyjemnie, jakoś po gotyckiemu dziwnie i niepokojąco. Cała ta patologia odmalowana jest świetnie.

To książka krótka, szybka i właściwie dość przyjemna, bo chociaż porusza ciężkie tematy to jest jednak trochę na krawędzi śmieszności, jak to z romansami gotyckimi bywa. To nie wada, to po prostu jest tego typu literatura. Możemy oczywiście rozmawiać o tym, że Wichrowe poruszają kwestie rasizmu i jego konsekwencji, bo tak jest... ale wydaje mi się, że w tej materii napisano znacznie lepsze książki (porównanie ze "Światłością w sierpniu" nasuwa się samo). 

Jestem więc na etapie 2/6 z wyzwaniem "klasykowym", jak na razie idzie świetnie. Zobaczymy, jak mi się uda wcisnąć kolejne do planów czytelniczych. 


Psia Kalevala 10/10

Kalevala to fiński epos narodowy, ten sam, który tak mocno wpłynął na Tolkiena. Akseli Gallen Kallela to fiński malarz z przełomu XIX i XX wieku, który Kalevalę zilustrował w serii słynnych (i pięknych) obrazów. A pan Mauri Kunnas miał psa i postanowił połączyć to wszystko we wspaniałą książeczkę dla dzieci i dorosłych. Mamy tu więc historię z Kalevali przepisaną na psy, wilki a nawet jednego kota, wspaniale zilustrowaną. Wiele z obrazów Gallen Kalleli znalazło tu swoje odwzorowanie, a orka na żmijowym polu to jest wręcz lepsza niż oryginał. Jeśli macie pod ręką jakieś dziecko, któremu przyda się ładna i ciekawa książka, to biegnijcie kupić. Zresztą dla siebie też możecie, bo Kalevala jest zajebista a ta ma jeszcze na dodatek pieski.  



Faded Sun: Son'jir "if he dies he dies"/10

Drugi tom "Gasnącego słońca", 4 książka w wielkim rereadzie Unii/Sojuszu, straszliwie opóźniona. "Kesrith" czytałam już wcześniej, lata temu, z dalszą częścią tej historii zapoznałam się dopiero teraz. I jakież to było wspaniałe. Ciężar opowieści przenosi się na Duncana, ciężar opowieści i ciężar odpowiedzialności za wydarzenia, które rozpoczął i których w swojej naiwności nie przewidział. Ponownie, mri są mri, ludzie są ludźmi a regule to regule. Z jednej strony mamy małą skalę relacji między jednostkami, gdzie ponownie upór mri ściera się z ludzką elastycznością i nie do końca potrafi docenić jej poświęcenia. Z drugiej - skala wielkiej polityki obnaża cynizm i okrucieństwo nieznane szlachetnym wojownikom, których bezwzględność okazuje się tylko pozorna. 

Świetna to książka - choć inne niż "Kesrith" - i teraz, kiedy uporałam się z innymi zobowiązaniami, pędzę do "Shon'jir". 



Семьдесят два градуса ниже нуля (72 stopnie poniżej zera) 9/10

Władymir Sanin urodził się w roku 1928 i myślę sam ten fakt mówi wiele o tym, co w życiu przeżył. Był uczestnikiem kilku antarktycznych ekspedycji i to właśnie tej tematyce poświęcił większość swoich tekstów. Ponieważ czytałam już tę powieść w 2021 roku, dokonam bezczelnego autoplagiatu:

"72° poniżej zera" Władimir Sanin 9/10

Dzielni polarnicy, twardzi jak skała i mięciusi w środku jak małe pingwinki bohatersko zmagają się z przeciwnościami antarktycznej zimy. Paliwo gęstnieje na galaretę, ciągniki zawodzą, odmrożenia, głód i brak papierosów dręczą naszych bohaterów, ale kto jak kto, ale oni nie poddadzą się bez walki. I to wszystko w dodatku oparte na faktach, napisane przez najprawdziwszego polarnika. 

Powieść składa się w równym stopniu z akcji współczesnej co i retrospekcji przybliżających nam bohaterów. I jacy to są bohaterowie! Dzielny czołgista, co to go Niemcy zastrzelili a on uciekł, nieśmiały kucharz-sierota w szponach strasznej "cioteczki", były bokser, lekarz, kierowca, traktorzyści i mrukliwy obrońca sierot, słowem POLARNICY. Ach, uwielbiam. Natrafiłam na te książkę przypadkiem ale niewątpliwie jeszcze do niej wielokrotnie wrócę. 

Niestety to jedyny tekst Sanina wydany po polsku (za to na allegro chodzi po 2zł). Ale właśnie wychodzą dzieła zebrane po rosyjsku, więc trzeba znaleźć jakiś piniondz i zakupić... 

Moje zdanie się nie zmieniło, chociaż w związku z polityką niestety tych dzieł zebranych nie kupiłam, a ponieważ Sanin nie jest specjalnie znany w Polsce, to w księgarniach sprowadzających książki nie ma żadnych wydań. Na szczęście da się paypalem płacić w litres na stronie (w aplikacji jakoś nie, ale nie wiem, czy to sankcje, czy jakieś moje problemy techniczne)  - pomijając oczywiście nieskończone zasoby rosyjskiego Internetu, który zachował wiele cech starych dobrych czasów. 

To nie było moje pierwsze czytanie tej książki, tak samo, jak nie była to pierwsza książka po rosyjsku, którą przeczytałam, ale myślę, ze to był swego rodzaju kamień milowy w mojej nauce języka - czy może bardziej konkretnie: w czytaniu cyrylicy w tempie, które nie doprowadza mnie do szału. Jeszcze daleko jestem od perfekcji, ale pod koniec czytania złapałam się kilka razy na tym, że ten alfabet jest już dla mnie kompletnie przezroczysty, że myśli nie uciekają mi na boki, bo są znacznie szybsze od oczu. Żeby była jasność, jak pisałam na początku, to nawet nie jest pierwsza - ani podejrzewam najgrubsza - książka po rosyjsku, jaką przeczytałam, ale coś się zmieniło w moim mózgu. Alleluja. Podejrzewam, że pomogły dwa czynniki: termin, który wymuszał na mnie czytanie więcej niż pewnie bym zrobiła w innym wypadku oraz to, że od pewnego momentu czytałam wyłącznie tę książkę. Brak porównania do tego, jak szybko czytam po polsku czy po angielsku pomógł z pewnością trochę oswoić wolniejsze tempo. Chociaż, wydaje mi się, przyspieszyłam znacznie w ciągu trwania tej zabawy. 
Co jednak istotne: cieszę się, że to nie było moje pierwsze czytanie. Nie dlatego, że jakoś bardzo mocno mi to pomogło (od maja 2021 minęło jednak dużo czasu...), ale dlatego, że ta lektura przypominała mi mocno moje pierwsze książki czytane po angielsku. Coś mi tam jednak umykało a powolne tempo lektury też nieco przeszkadzało w poczuciu napięcia w jakim bohaterowie próbują przetrwać w ekstremalnych warunkach. Ale mnie to cieszy, bo to oznacza, że materia już mi nie przeszkadza i jesteśmy na etapie, gdzie wyłącznie muszę podszkolić się ze słownictwa. 





Targi Książki 

W marcu, jak co roku, odbyły się Poznańskie Targi Książki. Jak zwykle tłum straszliwy, na szczęcie znowu zrobiono osobną strefę autografow, więc przynajmniej częściowo rozładowano sytuację. Właściwie kupiłam niedużo książek, jakoś nie wpadłam w szał, zaraz na początku były niedaleko od siebie Znak i Vesper, więc plecak miałam ciężki od godziny 0. Chciałam się obkupić w PIWie, ale nie wzięli nic z tego, co sobie zaplanowałam kupić... może trochę żałuję, że nie wzięłam Kauri, ale jakoś nie było we mnie takiego szału zakupowego jak zwykle. Niestety nie zdążyłam wejść na strefę książek dla dzieci. 
Co do kwestii organizacyjnych - musiałam przejść przez pawilon targów edukacyjnych i co tam się działo to jakieś nieporozumienie. Panował tam potworny hałas (jakaś scena?), nie wyobrażam sobie wypytywania ludzi o swoją przyszłość w takich warunkach. Na samych targach książki niestety okropny chaos w ustawieniu stoisk. Ominęłam stoisko, które chciałam zobaczyć, bo się po prostu nie dało go znaleźć. Do innego trudno było trafić, bo z jednego miejsca było je widać, ale potem już w tym labiryncie trudno się było zorientować. W czym komu przeszkadzają równe rządki? Ja tam chcę obejść wszystko. Po to tam idę, chcę odkryć coś nowego, porozmawiać z jakimiś obcymi ludźmi. 




6 Nations 2026

Ach, co to był za turniej. Oglądałam głównie na telewizji francuskiej, więc z komentarza rozumiałam niewiele, ale pod koniec meczu już się darłam po francusku razem z komentatorami, no bo tak każe obyczaj. Do samego końca ważyły się losy turnieju, do tego Walia grała znacznie lepiej niż latach ubiegłych, a Włochy... ach, Włochy... Zacny to był turniej i szkoda mi, że pewnie z rok poczekam na następne rozgrywki rugby, które będę mogła śledzić z taką uwagą. 



Plany

Plany na kwiecień są zwięzłe: dokończyć rozgrzebane wątki i ogarnąć kluby czytelnicze. A więc:
- There Is No Antimemetics Division (jestem w połowie)
- Faded Sun: Kutath - ten reread miał się skończyć w lutym...
- Grzeszni chłopcy - na klub PIW
- Wędrowcy - na klub PIW w maju, książka gruba a czasu będzie mało (do tego, kto wie, jak się to będzie czytać...)

Czytaj dalej »

niedziela, 1 marca 2026

[Rachunek za] Luty 2026

Na luty miałam ambitne plany, głównie dlatego, że zapomniałam, że będzie olimpiada i Puchar Sześciu Narodów. Wyszło z tego bardzo niewiele, przeczytałam jakaś żenującą ilość stron i mam nadzieję że to się więcej nie powtórzy. Ten kryzys jest o tyle zaskakujący, że w lutym od lat czytałam bardzo dużo. No ale jest, już nic z tym nie zrobię, pozostaje poprawić się w marcu.


Książki


Anna Karenina "ateizm wypocisz, kurestwa nie da rady"/10

To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem oko w oko, jakoś nigdy wcześniej się nie złożyło go poczytać (chyba że jakieś opowiadanie, ale nie wydaje mi się), trochę dlatego, że zawsze unosił się wokół niego jakiś swąd chłopomańskiego pierdolenia. Nie powiem, żebym się jakoś do jego filozofii przekonała. Chłop, który nosił medalik z portretem Rosseau bo tak go kochał to nie jest materiał na mojego znajomego (i zresztą na pewno z wzajemnością). No ale, "Anna Karenina". 

Mimo mojej odruchowej i nie do końca uzasadnionej niechęci do Tołstoja chciałam się z jego twórczością zapoznać od dawna tylko jej opasłe rozmiary sprawiały, że zawsze czekał na lepsze czasy. No i się doczekał. Dołączyłam pod koniec zeszłego roku do świetnego klubu czytelniczego i Karenina wypadała akurat na książkę pierwszego kwartału 2026. Nie ma przypadków, są tylko znaki! 

Zaskoczyła mnie lekkość stylu, ale też przede wszystkim to jak zwyczajne są postacie, jak aktualne ich problemy. Jest tu wiele fragmentów, które bez żadnych zmian można by napisać wczoraj. I te o biurokracji i te o wojnie i te o prasie. Oczywiście że ludzie nie zmienili się przez ostatnie 150 lat aż tak bardzo, niemniej przywykłam chyba po prostu do lektur o jednostkach... Może nie wybitnych ale niezwykłych. Neurotykach, ideologach, świrach, mordercach, outsiderach (i nie mam na myśli wyłącznie literatury popularnej, klasyka również pełna jest postaci odbiegających od normy). Anna Karenina pełna jest osób zwyczajnych i prawdę mówiąc niewiele sobą reprezentujących (poza bardzo trafną diagnozą swojej warstwy społecznej oczywiście). Narcystyczna Anna, również mistrzowsko opisana, mocno wyróżnia się na tym tle. Bardzo pomaga mocno spersonalizowana narracja, wypadająca niekiedy w strumień świadomości (ostatnia przejażdżka Anny). Pozwala też na sporo humoru, kiedy możemy obserwować przemyślenia Obłońskiego na swój własny temat albo to jak emocje totalnie przesłaniają Lewinowi rzeczywistość. 

Przepiękne są tu opisy życia na wsi, przyrody - mamy nawet opis polowania z perspektywy psa. 

Duch "Pani Bovary" unosi się nad całością, choć tam gdzie Emma jest durna jak stołowa noga, w Annie wrze narcystyczne tornado, które wraz z upływem czasu postępuje aż do osiągnięcia szczytu absurdu spod znaku "na złość babci stanę boso w śniegu". To jak kończy się ta historia pasuje do odmalowanej osobowości idealnie. 

Anna jest uwikłana w społeczne zależności, które krępują jej ekspresję i stoją na przeszkodzie jej szczęściu... Przynajmniej tak się wydaje póki nie okazuje się że to jednak Anna jest problemem i nie ma i nie będzie sytuacji, w której będzie zadowolona. 

Niezwykłe ciekawą postacią jest również Drański Wroński, którego percepcja przez czytelnika i rola w tekście zmienia się o 180 stopni. Dobrze obrazuje to postać niespecjalnie dobrego człowieka, ale mimo wszystko osoby zdrowej psychicznie. 

Nie przekonałam się za to do poglądów autora. Wszystko to jest mętne, emocjonalne i dobrze by było jakby było dobrze.  Ta końcówka o odnajdywaniu boga to naprawdę odpowiednik gimnazjalnego ateizmu, tylko w drugą stronę (skojarzyła mi się poza tym z zakończeniem "Metro 2033", choć jest nieco mniej z dupy). Jak mówiłam - ateizm wypocisz, kurestwa nie da rady. Niemniej jest to rewelacyjna powieść i polecam. Doświadczenie wspólnego czytania i komentowania na bieżąco również było wspaniałe. 


To długa książka, jednak końcówka zajęła mi stanowczo za dużo czasu, powinnam była skończyć ją w styczniu a szamotałam się do 19 lutego (!!!). I chociaż ósma cześć to w większości gimnazjalne przemyślenia autora na temat odnajdywania Boga to jednak nie było to aż takie trudne w lekturze. Kryzys jakiś miałam i nie był on związany z Tołstojem.


Faded Sun: Kesrith "I'm not crying, you're crying"/10

Kolejna pozycja w Wielkim Ponownym Czytaniu Unii/Sojuszu (I kolejna marginalnie związana z tematem, lol). Plan był taki, że łykniemy całą trylogię w lutym, wydawał się rozsądny, no a potem się okazało, że przez dwa tygodnie męczyłam 200 stron Kareniny. Niemniej.

Pierwszy tom trylogii, ten jedyny wydany po Polsku (z niezapomnianą i niezwiązaną z treścią okładką) czytałam już kiedyś, dawno temu i wspominałam bardzo dobrze. Ponowna lektura, tym razem w oryginale, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jest cholernie dobra powieść. Jedna z najlepszych autorstwa Cherryh.

To powolna, potwornie smutna opowieść o wymieraniu, o końcu, o pustce. Mri są piękni ale to co czyni ich tak pięknymi jednocześnie jest ich zgubą. Nie potrafią się zaadoptować do zmieniających się warunków, nie chcą tego robić, ich styl życia jest dla nich ważniejszy od biologicznego przetrwania. Cherryh kontrastuje to ludzką umiejętnością do adaptacji do każdych warunków i bezwzględnością reguli. 


I to by było niestety na tyle jeśli chodzi o czytanie. 


Palermo

Na początku miesiąca po raz kolejny wybrałam się na Sycylię, tym razem dla odmiany bazę wypadową miałam w Palermo, a nie w Katanii. Wyjazd był krótki (od poniedziałku do soboty) i jak zawsze intensywny. Wreszcie miałam okazję pozwiedzać dokładniej zachodnią cześć wyspy (dotychczas byłam tylko w Palermo na dwóch jednodniowych wypadach z Katanii), chociaż zostało mi jeszcze wiele do zobaczenia. Jak zawsze zachwyciły mnie kościoły, tak barokowe jak i przede wszystkim normańskie (katedra w Cefalu!). Miasteczka jak z bajki (Cefaluk, Trapani) to na Sycylii standard a nam w dodatku dopisała pogoda. Zrobiliśmy też szybki skok do Katanii na końcówkę obchodów św. Agaty, przyjemnie było wrócić na stare sycylijskie śmieci a do tego mogłyśmy obejrzeć początek procesji i pokaz fajerwerków. Samo miasto było udekorowane światłami - coś jak u nas na przed Bożym Narodzeniem, tylko bardzo kolorowo i naprawdę bardzo dużo. 
Ogółem, jak zawsze, polecam Sycylię i co tu dużo kryć - zostało mi jeszcze mnóstwo do zwiedzenia (szczególnie południe i południowy zachód), więc mam nadzieję jeszcze nie raz się tam wybrać. 






















Czytaj dalej »

niedziela, 1 lutego 2026

[Rachunek za] Styczeń 2026

Początek roku był dość obiecujący. Po pierwsze przeczytałam książkę, którą dostałam na święta, więc niejako prosto z księgarni, a już przeczytana. To mi się nie zdarza. 

Po drugie dołączyłam w grudniu do nowego klubu czytelniczego i w styczniu miałam czas w kalendarzu na zabranie się za wspólną lekturę. To książka na cały kwartał, a więc cegła - padło na "Annę Kareninę" Tołstoja - więc jest trochę czytania i nie wyrobiłam się w styczniu, natomiast jestem grubo za połową i wiele mnie w tej książce zaskoczyło. Więcej na ten temat będzie w rachunku za luty. 


Książki

Dług "kto by czytał tę umowę kredytową"/10

Książka jest nieźle skonstruowana i autorka stara się zwięźle przedstawić wieloaspektowy problem zadłużenia. Mamy tu różne przypadki - od ludzi, którzy biorą chwilówki, żeby przepierdolić na głupoty po takich, których choroba dziecka wpędza w długi, po drodze poznajemy osoby oszukane przez bliskich oraz dzieci dziedziczące milionowe długi z winy systemu. Są tu osoby, w przypadku których zadłużenie to wina niewydajnego prawa, ale większość to, nie oszukujmy się, osoby skrajnie niezaradne życiowo, jak pani, której nie przyszło do głowy, że umowę kredytową należy przeczytać. Prawdę mówiąc na tle wielu tych historii opowieść dziewczyny, której życie w wielkim mieście zawróciło w głowie i brała chwilówki, żeby stawiać znajomym obiady w restauracji brzmi jak naprawdę sensowna droga życiowa. 

"Dług" nie do końca spełnił moje oczekiwania - chciałam jakiegoś mocniejszego rage-baitu oraz czegoś bliżej bohaterów. Szczególnie to drugie jednak wynika myślę z jednej strony z delikatności tematu (bohaterowie wpuścili autorkę głęboko w swoje życie) oraz z faktu, że "Dług" to debiut. Czego faktycznie mi zabrakło, to większej analizy tego, jak dokładnie się w te długi popada. Przedstawione to jest dość pobieżnie, tu kredyt, tam kredyt, raz dwa, CO TERAS. Chciałabym poczytać więcej o samej matematyce odsetek, opłat dodatkowych i całej reszty tego zamieszania. Niemniej to jest dobra książka, przekrojowa, solidna. Polecam i będę z ciekawością obserwowała dalsze poczynania autorki. 


Pierwsze słowo "Nie wiem, ale się wypowiem"/10

Tak jak zaczęło się dobrze, tak potem spadliśmy w otchłań niekompetencji. 

Cześć językoznawcza karygodna, do stopnia, w którym redakcja zaczęła dawać przypisy bo tak chłop bredzi. W przypisach odniesienia do jego własnych książek. Autorowi nie po drodze nie tylko z wiedzą ale także z logiką, wielokrotnie wyciągane są tu wnioski z dupy. Cześć archeologiczna nieco mniej mnie triggerowała, ale podejrzewam, że głównie dlatego, że trudniej było z miejsca weryfikować (tu też pojawiły się przypisy redakcji prostujące interpretacje autora). Autor pisze z dużą pewnością siebie, chociaż nie ma pojęcia o czym. 

Całe "Pierwsze słowo" jest napisane w poetyce tekstu prasowego, uproszczone, pełne wniosków z dupy i błędnych interpretacji. Autor nie rozumie terminów, których używa a czasem w ogóle pisze mądrości w rodzaju "neandertalczyk nie pozostawił żadnego śladu w DNA człowieka". Typie, co? W dodatku, książka pierwotnie powstała w latach 90 i do nowego wydania nie chciało się nikomu nawet raz jej przeczytać i poprawić wszystkich "niedawnych badań" na określenie badań z lat 80. (brak też oczywiście odwołań do badań nowszych). Powoływanie się na źródła sprzed 50 czy nawet 100 lat to nic złego, one nie musiały się zdezaktualizować, ale wypadałoby mieć jakiś elementarny szacunek do czytelnika. Z drugiej strony wtedy ten gniot w ogóle by nie powstał. 

Nie rozumiem jakim cudem książka tak słaba znalazła się w serii Ceramowskiej, nawet biorąc poprawkę na to, jak spadła moja opinia o PIWie, od kiedy czytam po 10 ich książek rocznie. Ta książka w ogóle nie powinna się ukazać, kropka.  

Spotkania o tej książce jeszcze nie było, bo trochę pokonała nas inwentaryzacja w księgarni, która organizuje klub, będzie w lutym. 


Seriale: 

Z Archiwum X

Wróciłam do układania puzzli i wróciłam do oglądania "Z Archiwum X". Po raz kolejny uderza mnie, jak bardzo zmieniła się telewizja od lat 90. Na ten serial generalnie trzeba patrzeć (dlatego to zły wybór do puzzli, ale albo tak, albo wcale, chociaż może postaram się urządzić sobie kącik filmowy przed rowerem spinningowym) - bardzo wiele dzieje się bez dialogów i bez bardzo wyraźnych dźwięków, ot kroki, niepokojąca muzyka. I ponownie - miło jest patrzeć na znanych sobie z innych miejsc aktorów w różnych rolach, czasem zupełnie epizodycznych. 


Filmy

Avatar III "Quaritch did nothing wrong"/10

Miałam nie iść, bo nie było miejsc na pokazach w grudniu, potem były tylko bardzo późno (a nie wrócę z tego kina do domu w nocy zimą), ale jednak mnie namówili. No i co mogę powiedzieć? 

Wnioski są takie: 

- jak ja kurwa kocham IMAXa

- bawi mnie niesamowicie, że ten film opiera się na tym, że ma mnie obchodzić los postaci, których imion nie znam, które nie bardzo od siebie rozróżniam i których los jest mi kompletnie obojętny xD

- pani szamanka ognia mi się podobała i Quarrich w nowym malowaniu również (wciąż najciekawsza postać)

- ile trwają te naavskie ciąże xD

- ogółem to już na etapie części drugiej było jak fanfik do czyjegos niezłego anime pełen własnych postaci autora które są nudne jak flaki z olejem i nic nie wnoszą

- w mojej głowie Quarrich i Jake wychowują wspólnie syna chociaż są po rozwodzie i cały czas się kłócą (Quarrich ma rację)

- ogółem motyw szlachetnego dzikusa i to eko pieprzenie mnie irytują i ta seria bardzo obnaża jakie to jest słabe. Bo ci na'vi niczego sobą nie reprezentują. W pierwszym filmie jakoś to działało, bo tam jednak ciężar niesli na sobie ludzie, o na'vi mało wiedzieliśmy i git, jakoś się to toczyło. Ale jesteśmy 2 filmy dalej i oni nadal wrzeszczą bez powodu, przytulają się do drzewa i taka to jest ta ich cała kultura. Naprawdę nie można było im napisać czegokolwiek ciekawego w ramach zwyczajów, legend etc.?

- dialogi wielorybów wybitne, naprawdę napisy byly niezbędne

W ogóle to jak Spider nauczył się oddychać było tak głupio zrobione, że wciąż nie wierzę. Kumam, że to było potrzebne, żebyśmy mieli dalej o co się bić, ale naprawdę dało się to zrobić sensowniej. 

Co do mojej oceny, patrz punkt pierwszy, na kolejnego też pójdę xD


Bonus: 6 minut cierpienia z Krzysiem Nolanem

Przed Avatarem w ramach kary za bezmyślne wydanie 50zł na bilet do kina puszczają 6 minut prologu do "Odysei" Nolana. Jezu, jakie to było złe. Gorsze niż wam się wydaje, że będzie. A już sam finał, kiedy za progiem pojawia się ten Batman w plastikowej zbroi to jest ten moment, kiedy zażenowanie was zabija i słodkie objęcia śmierci dają nadzieję, że zapomnicie, czego doświadczyliście. 


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia