czwartek, 15 października 2020

[Recenzja] Dan Simmons "Terror"

"Terror" to jedna z tych książek, które chciałam przeczytać od zawsze. No dobrze, nie od zawsze, ale odkąd po raz pierwszy zobaczyłam jego reklamę na końcu jakiejś innej powieści. Nie pytajcie mnie dlaczego, bo przecież  nie przeczytałam opisu (nigdy nie czytam), a okładka nie była najładniejsza. No ale jakoś cyk - chciałam przeczytać "Terror". I nic z tego nie wynikło, póki przy okazji kupowania ilustrowanych wydań Lovecrafta nie natknęłam się na nowe wydanie. Z posłowiem. Z całkiem fajną okładką (i to jest okładka filmowa, a nie daje raka!). No więc od słowa do darmowej przesyłki, kupiłam też "Terror", po ponad 10 latach ogólnej chęci zapoznania się z tą powieścią. 
Simmons wziął na warsztat jedno z ciekawszych i bardziej tajemniczych wydarzeń związanych z poszukiwaniami Przejścia Północno-Zachodniego, mianowicie wyprawę Franklina. Sir John Franklin, na okrętach HMS Erebus i HMS Terror wyruszył z Anglii w roku 1845, by zaginąć bez wieści w lodach Arktyki. Mimo licznych wypraw ratunkowych wrak Erebusa odnaleziono dopiero w roku 2014. a Terroru - dwa lata później. Co więc wydarzyło się wśród mrocznych arktycznych zim w połowie lat 50 XIX wieku? Odpowiedź Simmonsa jest porywająca. 
Zaczynamy w październiku 1847 roku. Oba okręty już od dawna uwięzione są w lodzie i nie zanosi się na to, by kiedykolwiek miały się zeń wydostać. Śledzimy więc oczyma kilku bohaterów (narracja spersonalizowana skacząca między postaciami w poszczególnych rozdziałach) losy obu załóg w ich coraz gorszej sytuacji, bo samo unieruchomienie pośród lodowej pustki to tylko jeden z problemów, z jakimi przyjdzie im się zmierzyć. 
Wizja uwiezienia w lodzie i powolnej śmierci z głodu, szkorbutu i szaleństwa wydaje mi się dalece bardziej przerażająca niż tajemniczy potwór z lodu, jednak elementy nadprzyrodzone zostały do Terroru wprowadzone mistrzowsko. Odrobinkę zgrzytają momenty, w których monstrum pojawia się w całej okazałości (wszak najgroźniejsze jest to, czego nie widać) jednak w pełni wynagradzają to tak dynamiczna akcja (ach, panie Blanky!) jak i sposób w jaki elementy fantastyczne pozwalają na przełamanie ograniczeń narracji spersonalizowanej. 
Tak naprawdę "Terror" to opowieść o tym, jak różni ludzie reagują w obliczu sytuacji ostatecznej. Mamy tu cały przekrój osobowości, od idealistów przez intelektualistów, ludzi głęboko religijnych, osoby do głębi prymitywne, po skomplikowanego alkoholika Croziera. To opowieść o chęci przetrwania za każdą cenę ale też o wyrzeczeniu się jej, bo się tej ceny nie chce płacić. O tym, co to właściwie znaczy być żywym i chcieć żywym pozostać. Jest piękna jak Arktyka i równie bezlitosna. Tak strasznie frustrująca, kiedy przez głupotę jednego człowieka konsekwencje spadają na wszystkich innych. 
Z minusów, doczepić się mogę tylko do dialogów, które miejscami są tak straszne, że można by je przytaczać jako negatywne przykłady dla początkujących pisarzy a i tak nikt by nie uwierzył, że ktoś to naprawdę napisał, zredagował i opublikował. Bohaterowie nie tylko rozmawiają o rzeczach, które doskonale wiedzą, ale jeszcze dorzucają daty i pełne imiona i nazwiska. Straszne i zbędne. 
Pod względem merytorycznym nie podejmuje się oceniać pracy Simmonsa, nic mi nie zgrzytało, ale też na niczym się nie znam. Podobnie jeśli chodzi o rolę tłumacza i redakcji. Wierzę im na słowo :) 
Jednym rozczarowaniem okazało się posłowie prof. Rachlewicza, które było, prawdę mówiąc, powodem dla którego kupiłam to właśnie wydanie Terroru. Nie żałuję, ale też nie bardzo rozumiem, jaką ma pełnić funkcję. Mówiąc krótko, dostajemy opis poszukiwań przejścia Północno-Zachodniego na przestrzeni wieków i zapewnienie, że Simmons prawdę gada. No dobrze, ale czemu nie dowiadujemy się nic i poszukiwaniach wyprawy Franklina, znaleziskach itd.? Te kilka zdań pod koniec posłowia nic nie wyjaśnia. Naprawdę się zawiodłam i nie mam pojęcia co autor miał na myśli. Jeśli nie bardzo jest o czym polemizować z Simmonsem (i świetnie!) to może wypadałoby jakoś uzupełnić jego narrację w przyszłość? Napisać coś o tym, czego Simmons, pisząc książkę w roku 2007, nie mógł wiedzieć, a wiemy teraz? Opisać poszukiwania, które w powieści wprawdzie się pojawiają (i to jak doskonale wprowadzone!), ale o których czytelnik nie wie zbyt wiele? Naprawdę nie pojmuję, jaką funkcję ma pełnić to posłowie. 

"Terror" to kawał dobrej literatury, którą polecam każdemu (choć wiem, że nie każdemu się spodoba ;) ). Rewelacja i niech samo za siebie mówi to, że odkąd skończyłam czytać tę powieść minęło wiele miesięcy i wciąż o niej myślę. 


Czytaj dalej »

czwartek, 1 października 2020

[Rachunek za] Wrzesień 2020

Nieoczekiwanie wrzesień okazał się bardzo intensywnym miesiącem. Sama nawet nie wiem, jakim cudem udało mi się przyswoić tyle treści biorąc pod uwagę, że był przecież Tour de France i Mistrzostwa Świata, więc większość czasu spędziłam siedząc na kanapie i patrząc jak stu facetów jeździ na rowerze. Są książki, są seriale (i to ile!), są nawet gry. Co tu zaszło - nie wiem. 

Książki

"Muzyka milczącego świata" Patrick Rothfuss 7,5/10
Przyjemna książeczka. Ogółem mój stosunek do Rothfussa jest taki, że lubię, że pisze niesamowicie wciągająco, że uwielbiam jego magiczny uniwersytet (lubię motyw magicznej szkoły) i magię opartą na chemii. Natomiast poziom żenady w tomie drugim, gdzie prawiczek Kvothe tak wydupcył jakąś nimfę od miłości, że się w nim na zabój zakochała trochę przebił sufit i tłumaczenie, że to tak specjalnie, bo Kvothe jest dupkiem i kłamie w swojej opowieści mnie nie przekonuje, bo czy do tego doszło "naprawdę", czy tylko w jego wyobraźni to wciąż jest żenująco złe nawet jak na książkę, w której wszystko co się rusza jest zakochane w głównym bohaterze. Mitologia tego świata też nie jest, khem, najlepsza. No ale tego wszystkiego nie można powiedzieć, bo to jeden z tych autorów, o których złego słowa nie można powiedzieć.
No ale wracając do "Muzyki..." - jest to przyjemna lektura na popołudnie, malownicza, elegancka, poetycka. Dowiadujemy się nieco więcej o Auri i o tym, jak widzi świat. To taka, hm, impresja.
Natomiast posłowie autora o tym, że książka, która nie jest bita od sztancy nie ma szans na rynku jest przykra. Szczególnie, że recenzje na Goodreads to potwierdzają.
Ech, doktorze Adder, gdzie jesteś. Świat jest chory i potrzebuje twojego brokatu.

"Gry Nemesis" James S.A. Corey 8/10
LUDZIE NIE WIERZĘ TU BYŁY POSTACIE!!!ONEONEJEDEN!!!1111
Pierwsza naprawdę fajna książka z tego cyklu. Są bohaterowie O_o Amos jest miłością <3

Prochy Babilonu James S.A. Corey 6/10
Chyba jedna dobra książka to maks, co może dać ta seria. Nie jest jakoś strasznie i Marco jest ciekawą postacią (żenujący typ dobry w udawaniu, że jest cool), ale spadek poziomu po "Grach..." jest szokujący.
Michio Pa jest jaką pomyłką ewolucji, nie jest tak potworna jak Anna (której oczywiście nie mogło zabraknąć, na szczęście jest jej mało), ale i tak jest nie do zniesienia, ona, jej małżeńskie (khem) dramaty i przede wszystkim to, że autorzy koniecznie chcą z niej zrobić kogoś charyzmatycznego i ważnego w tej opowieści a tymczasem od pierwszego pojawienia się ona jest wręcz agresywnie bezbarwna. Fuj. 
Naprawdę dotarłam chyba do momentu pewnego zmęczenia tą serią i na razie sobie odpuszczę. Odetchnę czymś innym i wrócę. 

Aha - tłumaczenie obu oczywiście daremne. 

"W górach szaleństwa" H.P. Lovecraft 9/10
Pierwszy z dwóch planowanych tomów z ilustracjami Barrangera. Ilustracje przepiękne, lepsze nawet niż w "Zewie Cthulhu". Tłumaczenie również cudowne. Sama powieść, cóż, nie tylko Lovecraft, ale jeszcze Antarktyka do której mnie wciąż ciągnie po Terrorze (tak, Terror dzieje się w Arktyce, ale badania Antarktydy są tam wspominane). Mniut i nie mogę się doczekać drugiego tomu. 

"Olimpijki" Anna Sulińska 9/10
Ogółem to było tak, że zaczęłam czytać "Abominację" Simmonsa, ale że to cegła, to chciałam jakoś w międzyczasie podczytywać sobie jakiś reportaż z Czarnego. I jak wsiąkłam w te Olimpijki to skończyłam ze w dwa dni a Simmons stoi nietknięty. 
Świetny reportaż, połowę od jednego depnięcia przeczytałam, co mam mówić więcej? 

Seriale

"Lucyfer" sezon 4 6,5/10
Eeee...? Słabo. Na plus to, jak zagrany został Michał, ale z kolei scenariusz był strasznie biedny, nie wspominając o tym, że cały ten sezon popchnął fabułę dokładnie ani trochę. Już poprzedni sezon sugerował, że od przejęcia przez Netflix będzie tylko gorzej, ale zakończenie mi się podobało i liczyłam, że pewien pośpiech i głupie rozwiązania wynikają z konieczności zakończenia wątków i całego serialu. A tymczasem mamy nowy sezon, krótki i o niczym.
Ponieważ Lucek się ogarnął, to zarżnięty został motorek napędowy wątków osobistych bohaterów, dlatego też nagle Decker musi zachowywać się tak irracjonalnie jak to tylko możliwe, a my mamy to brać za dobrą monetę. Byłam trochę w szoku, kiedy przypomniałam sobie, że to ma być dzieciata rozwódka, nie piętnastolatka.
Ten serial zawsze był głupi i na tym polegał jego urok, jednak robił też ogromne postępy. Z odcinka na odcinek praktycznie wszystko się w nim poprawiało, szczególnie scenariusz... aż go skasowano i niestety zmartwychwstał lekko nadgnity. Szkoda. Naprawdę w tym sezonie podobała mi się wyłącznie *idea* Michała, bo położono ją na całej linii. To co rozwiązuje się w drugim odcinku powinno być materiałem na cały sezon. Reszta, w większości, nie powinna w ogóle się pojawić.
A zakończenie - żenujące. Prawdę mówiąc nie sądzę, żebym oglądała kolejny sezon, chyba że już nie będzie nic innego do puszczenia w tle do robienia na drutach.

Marcella sezon 3 7,5/10
Jest przede wszystkim zupełnie inaczej. Spoko, ale to już nie czasy pierwszego sezonu, kiedy to był serial, który spełnia marzenia. Najbardziej mi się chyba podobał ten chłopak z zespołem downa, cały ten wątek był super. 

Des 8/10
Miniserial o Dennisie Nilsenie. W roli tytułowej David Tennant. Ogółem na plus i aktorsko fajny, i kostiumy i klimat. Jedyne co, to że nie jest... porywający. Było zaledwie kilka scen, gdzie Nilsen zrywa się ze smyczy i jest nieco spektakularnie. Rozumiem, że taka była intencja twórców, którzy chcieli pokazać właśnie tę mniej spektakularną, bardziej uciążliwą i frustrującą stronę pracy policji, więc trudno nazwać to zarzutem per se. Po prostu nie do końca trafiło to w moje gusta. Na uwagę z pewnością zasługuje fakt, że jest to właśnie serial o dochodzeniu, o poszukiwaniu nie tylko prawdy ale też dowodów, które przekonają sąd. Obnaża pewne niedostatki systemu. W skrócie: zaczynamy od złapania seryjnego mordercy a dopiero potem musimy udowodnić że to do czego się przyznaje - w wielu słowach ale małej ilości treści - naprawdę zrobił. 
To solidna produkcja, którą warto obejrzeć.

I'm not ok with this 6,5/10
Oczywiście, że został skasowany, więc od razu powiem, że nie traćcie czasu: pierwszy sezon to dopiero bardzo ogólny i powolny wstęp do całej historii. Na razie dzieje się tu niewiele, jakieś szkolne dramaty, dosłownie jak pierwszy rozdział komiksu. 
Jest to nowy serial twórców "End of the Fucking World", więc skłamałabym wierutnie twierdząc, że nie miałam oczekiwań, aczkolwiek oczywiście nie spodziewałam się dokładnie takiego samego serialu. Liczyłam jednak na makabrycznie absurdalny humor i go nie dostałam. 
Gdyby nie to, że został skasowany (ponoć ze względu na koronalia) to pewnie bym go poleciał do obejrzenia, ale raczej już po tym, jak wyjdzie drugi sezon, w którym wreszcie coś się stanie. 

Niewyjaśnione tajemnice 7,5/10
Bardzo różnorodny, niektóre historie naprawdę fascynujące, inne frustrujące ponad wszelkie wyobrażenie. Odcinek o kosmitach sobie odpuściłam, za to ten o Francuzach był miodny. 

The Terror
Na czerwono, ale bez oceny, bo zdołałam przetrwać zaledwie półtora odcinka. Może w jakimś akcie desperacji jednak kiedyś do niego wrócę, ale jak na razie zmiany względem książki to było dla mnie za dużo. Przede wszystkim chodzi o postać Jamesa Fitzjamesa. W serialu dosłownie od pierwszego strzała dostajemy informację, że to jakiś skończony dupek, podczas gdy w książce stanowi on młody, wykształcony, dość idealistyczny kontrast dla starego, sfrustrowanego alkoholika Croziera. I to jest ważne, bo w chwili próby tych dwóch mężczyzn reaguje zupełnie inaczej. 
Ogółem nie będę biegać po okolicy i krzyczeć, że serial jest do dupy, bo go ostatecznie nie widziałam, ale, cóż, po prostu idźcie przeczytać książkę. 

(zaczęłam również oglądać "The Boys" oraz "Wyznania morderców", ale to opiszę, jak skończę)

Gry

Z ogłoszeń ogólnych, to nabyłam w końcu nowego pada (Ravcore Spear), więc jakoś tak wyszło, że gram w gry, które lubią pady. 

The Hue 8,5/10
Darmoszka z Epica. Platformówka z zagadkami, lubię. Ładna, przyjemnie się w to gra a przy tym jest to jedna z takich gier, które bardzo cenię - można sobie odpalić na chwilę, pyknąć kilka planszek i wrócić do bycia dorosłym człowiekiem. 

Prince of Persia 2008 10/10
Kocham tę grę, przechodzę ją po raz n-ty, jest równie piękna jak była w 2008, a chemia między bohaterami sprawia, że świat staje się lepszy <3 (uprzedzając pytania, tak, to ten POP dla dziewczyn, ten w którym nie można zginąć, ten ładny).

Cuphead 10/10
Ta gra jest tak solidna, piękna, konsekwentna w swoim stylu i trudna, że nie wiem, czy tu w ogóle jest o czym rozmawiać. Czy mnie porwała ponad wszelkie wyobrażenie? Nie. Ale to chyba po prostu nie jest tego rodzaju gra. 


Czytaj dalej »

wtorek, 1 września 2020

[Rachunek za] Sierpień 2020

Jakimś cudem udało mi się – nie bardzo wiem jak – spaść poniżej kreski w wyzwaniu czytelniczym. Naprawdę nie zauważyłam a tu nagle okazało się, że mam 32 książki przeczytane a dobiega końca 35 tydzień roku... Udało mi się na szczęście jakoś opanować sytuację, przynajmniej częściowo, ale nie będzie łatwo. Zaczął się Tour de France. Potem w listopadzie w czasie NaNo nie wiem czy dam radę utrzymać tempo, a patrzą na mnie z wyrzutem dość opasłe dzieła. Zobaczymy. Trzymajcie kciuki. 

Książki

"Wojna Kalibana" James S.A. Corey 7/10

Jak pisałam w przypadku tomu pierwszego, naprawdę trudno to oceniać. Bo jest wciągające pod względem fabularnym, ale pod każdym innym leży i kwiczy. Tłumaczenie jest daremne bardziej chyba niż postacie, z niechlubnym wyjątkiem Avasarali, która jest jeszcze gorsza. Ogółem będzie z tego coś na kształt recenzji, dość powiedzieć, że z tym akurat tomem miała problemy, żeby sobie przypomniec o czym to było. 


"Wrota Abaddona" James S.A. Corey 7,5/10

Trzeci tom "Ekspansji" i właściwie jak wyżej. Fabuła wciągająca, wszystko inne leży i nawet nie ma siły kwiczeć. Na wyróżnienie zasługuje, Anna, pastorka, postać tak moralnie zgniła, że nie do odratowania. Po prostu ohydna. Co do samej fabuły, czyli jedynego, co w tej serii działa, to jest wciągająco, ciekawie, ma to wszystko intrygujące i daleko idące konsekwencje dla świata przedstawionego. Natomiast przez te postacie pół na pół z audiobookiem tak mało mi zależało. Tłumaczenie daremne. Ta książka w oryginale (audiobooka miałam po angielsku) też nie jest jakoś super literacko napisana, ale przynajmniej nie jest tak koszmarna jak po polsku. 


"Gorączka Ciboli" James S.A. Corey 7,5/10

Tom czwarty "Ekspansji". Zgadnijcie co... tłumaczenie daremne, postacie straszne, autorzy nie wiedzą, jak działają ludzie. Ogółem postacie dzielą się tu na robiące nudne rzeczy i na robiące ciekawsze rzeczy, poza tym, to ten sam kawałek kartony z niechlujnie doczepionym papierkiem z imieniem. Ponieważ redakcja też nie ma do tego serca, to postacie zmieniają rodzaj i imiona dość dowolnie w czasie trwania akcji. Fabuła ciekawa. Ponownie pół na pół z audiobookiem, żeby się z tym szybciej uporać, bo interesująca fabuła nie do końca wynagradza męczarnię tych postaci i stylu (oraz tłumaczenia). 


"Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Historia bez końca" Alice Lugen 9/10

Świetna. Bardzo rzeczowo, blisko faktów i ludzi, bez paranormalnego, którego tak dużo jest w dyskusjach o tym wydarzeniu. Przypomniała mi też jak przerażająca jest ta historia. Szkoda, że pewnie nigdy nie dowiemy się co dokładnie tam zaszło. 

Na minus obcy pseudonim autorki. Po co, na co, i to jeszcze w książce o Rosji. Gdyby nie to, że dostałam tę książkę w prezencie, pewnie nigdy bym po nią nie sięgnęła, bo przez ten pseudonim śmierdzi anglosaskimi bzdurami.  

 

Filmy 

MANDY 9,5/10 

Nie wiem, czy to nie jest najbardziej niesamowity film, jaki w życiu widziałam. Mistrzowskie połączenie psychodelicznego artystycznego filmu z horrorem klasy B. Cage wypuszczany z klatki daje z siebie wszystko, każdy kadr, każdy kolor, każdy powielony kanał, wszystko tu jest przemyślane w najmniejszym szczególe, wszystko tu jest celowo. Przede wszystkim ogromnie cenię to, że całe to psychodeliczne przepiękne wariactwo rządzi się wewnętrznymi prawami i nie sposób się w nim zgubić a jego celem jest coś więcej niż kompletnie zdezorientować widza. I muzyka! Odejmuję pół punktu tylko dlatego, że w pewnym sensie ten film rozpada się na dwie części, które - choć obie świetne - nie do końca do siebie pasują. Po niepokojącym, powolnym, niesamowitym początku dostajemy Nicholasa Cage wciągającego dobrą garść kokainy z jakiegoś szklanego odłamka. I nie zrozumcie mnie źle, jest to najpiękniejsza rzecz jaką w życiu widziałam i chcę nią być jak dorosnę, ale nie do końca to pasuje do onirycznych montaży z początku. 


Kolor z przestworzy 6/10 

Niewątpliwie trochę ten film stracił przez to, że obejrzałam go po Mandy, ale niewiele. Tak naprawdę własnie dlatego daję mu to 6 a nie 5. Bardzo średni i właściwie bez pomysłu film. Są kolory, jest czasami ładnie, ale wszystko to się rozpada, nic z tego nie wynika, bohaterowie postępują irracjonalnie, potem jeszcze wchodzimy w jakieś debilne efekty specjalne... Nie ma w tym klimatu Lovecrafta, właściwie żadnego klimatu nie ma. Błyszczy tylko Cage (chociaż i inni aktorzy nie są jacyś źli, tylko postacie mają słabe), znowu mu trochę poluźnili smyczy i jest pięknie. 


Seriale 

Zagadki kryminalne panny Fisher - MIŁOŚĆ/10

Uwielbiam ten serial. Jest lekki, sympatyczny, ma DOSKONAŁE postacie. Oglądany ponownie też daje dużo radości.   

Czytaj dalej »

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

[Rachunek za] Lipiec 2020

 Tak, spóźniony o miesiąc. Na usprawiedliwienie mam tylko wymówkę urlopu. Tak naprawdę to chyba o prostu przeszedł mi zapał do blogowania, jak zawsze po jakimś tygodniu takiej zabawy. Uwierzcie mi, miałam w życiu bardzo wiele blogów. 

Na szczęście nie wszystko przepadło, bo robię notatki. Różne notatki. Ostatnio bardzo dużo, ale o tym może przy okazji bardziej aktualnego posta. Co do lipca, to mój Żółty Zeszyt (w którym zapisuję te rachunki właśnie, aczkolwiek bez opisów) podpowiada, że jadłospis wyglądał tak: 


Książki
"De Profundis" Michał Oracz 6/10

Tę pozycję naprawdę trudno ocenić. Sam pomysł na grę (w którą aktualnie gram) jest świetny. Natomiast sam podręcznik... Ja rozumiem, co autor chciał osiągnąć. Ja rozumiem, że stanowiło to - a może i do dzisiaj stanowi - pewne novum w kategorii podręczników do gier RPG. Sam system wydaje mi się (jako laikowi) wyjątkowy. Natomiast osobiście ten sposób przekazywania informacji uważam, za niesamowicie męczący. W skrócie, rzecz jest napisana nie w formie podręcznika a listów osoby streszczającej/piszącej podręcznik (to akurat ma sens). Więc zamiast konkretów dostajemy zapewnienia, że się te konkrety znajdą w gotowym dziele. Tylko, że tego gotowego dzieła oczywiście nie ma, podobnie jak i konkretów. I to samo w sobie nie jest problemem, ale po co mam na litość czytać 100 stron, żeby wysupłać z nich to, że z grubsza nie ma zasad, wybieracie sobie epokę, tworzycie postacie, starajcie się mocno wczuć w klimat, pozdro 600, macie tu 4 przykładowe kampanie. I nie chodzi mi nawet o to, że literacko ten tekst nie powala, to jest zupełnie odrębna kwestia. Po prostu od takiego sposobu przekazywania informacji mózg mi kiśnie. 


Sama gra jednak jest naprawdę 10/10 i choć pomysł i zasady da się streścić na jednej stronie (ba, w jednym zdaniu), to naprawdę świadczy to tylko o jego sile. To system, system musi być właśnie elastyczny. 

"Zew Cthulhu" H.P. Lovecraft, il. Francois Baranger, tł. Maciej Płaza 10/10
WOW. Opowiadania nie będę przedstawiała. Kto nie czytał, niech nadrobi. Klasyk nad klasykami. Za to wydanie to zupełnie nowa jakość. Ilustracja Barangera zapierają dech w piersi. On po prostu czuje Lovecrafta, potrafi go zilustrować, pokazać monumentalność jego wizji, jej plugawą kosmicznie złą całość. Album ma format małego lotniska i to jeśli nie akurat, to przynajmniej wystarczająco dużo. Na osobą uwagę zasługuje nowe tłumaczenie. Maciej Płaza pozamiatał. Kapelusz mi z głowy spadł i jak spadł tak leży w niemym hołdzie. Nareszcie Lovecraft przemawia do nas piękną polszczyzną, doskonale współgrającą z epoką w której pisał. Doprawdy rzadko się zdarza, szczególnie w tłumaczeniach z angielskiego, za które obecnie bierze się dosłownie każdy (oj, będzie o tym w podsumowaniu sierpnia), by język był wartością dodaną. Kocham. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana Lovecrafta i/lub malarstwa. 
Jedyne uwagi mam do składu, który miejscami... nie, nie będę udawała, że wiem o co chodziło. to znaczy podejrzewam, że o wypełnienie miejsca na stronie, to w końcu adaptacja wydania francuskiego. Ale wybrany sposób jest kiepski. 



"Tristan 1946" Maria Kuncewiczowa 8/10 
Książka literacko świetna. Mamy tu narracje różnych bohaterów i różnią się one od siebie w sposób mistrzowski. Natomiast ta intelektualna ameba, to zwierzę, ta apoteoza feelersa, Kasia, to jest koszmar, który mi się będzie śnił po nocach. Jak można funkcjonować nie będąc zdolnym do sformułowania jednej na poły logicznej myśli, jak można być takim ucieleśnieniem dramy i braku sensu, A TFU. Natomiast te fragmenty są również napisane świetnie. Moim faworytem pozostaje oczywiście Franek, jedyny głos rozsądku.

"Przebudzenie Lewiatana" James S.A. Corey 7,5/10
Ech, z tego, to będzie i coś na kształt recenzji. Dość powiem w skrócie, że tłumaczenie jest daremne, postacie nawet nie z tektury, redakcji nie było, autorzy chyba naprawdę nie wiedzą, jak funkcjonują istoty ludzkie. Natomiast fabuła jest wciągająca jak diabli. I niech o literackim upadku tego tekstu świadczy właśnie to, że czytam go dla fabuły. Jeśli ktoś czyta dla fabuły, to mu bardzo polecam. Jeśli dla czegokolwiek innego, to... też polecam, ale znacznie bardziej umiarkowanie. 


Gry:
Dishonored 7/10 (DLC z Daudem 9,5/10)
Z gier ponoszących porażkę w byciu Thiefem ta jedna wychodzi jakoś obronną ręką. Wprawdzie na hardzie wciąż jest łatwa jak diabli niewymagająca, ale ma fajny świat i jak już się człowiek pogodzi, że to symulator skrytobójcy a nie skradanka jako taka, to jest fajnie. Zdecydowanie na minus główny bohater, który ma dokładnie 0 osobowości a nasze czyny nie wypływają na jego opcje dialogowe itd. 
Co innego DLC z Daudem. To, to jest coś, w co NAPRAWDĘ warto zagrać. Jest soczysty bohater, jest satysfakcjonujący poziom trudności. Daję okejkę. 

Saints Row III 10/10 
Tak powinna wyglądać rozrywka. Absurd goni absurd, wszystko tutaj działa na zasadzie RULE OF COOL, czyli najsolidniejszym prawie fizyki światów zmyślonych. I mówię o jako osoba z magistrem z kreacji świata. W tej grze można rozbijać się po mieście różowym czołgiem, bić ludzi wielkim dildo i strzelać do nich z działa na słodkie ośmiornice, które piorą mózg. Nic nie ma sensu a wszystko jest SPEKTAKULARNE. 


Planszówki:
L.A. Crimes 8/10
Dodatek do detektywa. Bardzo nierówny. Trzecie sprawa zdecydowanie najbardziej nas wciągnęła, druga była zdecydowanie przekombinowana. Ogółem na plus i warto zagrać. Oby więcej spraw w rodzaju tej trzeciej! 

Drugie Dno 7/10
Taka sobie ta sprawa. Ok, zagrałyśmy, ale... szczególnie ten system przesłuchań jakoś się z nami nie dogadał.  


Czytaj dalej »

czwartek, 16 lipca 2020

[Cytat] Krótko o Dishonored

I'd say I was being punished, but I know the world doesn't punish wicked people. We make our choices, and take what comes. And sooner or later, in ways we can't always fathom, the consequences come back to us. - Daud, Dishonored 

W Dishonored podobał mi się świat i właściwie niewiele więcej. To wciąż całkiem niezła zrzynka z Thiefa (w porównaniu do konkurencji w postaci chociażby tej gry o której nie mówimy), ale gra jest nawet na hardzie żałośnie łatwa i nie stanowi żadnego wyzwania. 
Za wyjątkiem dodatkowych misji z Daudem. 
I nareszcie dostajemy porządnego bohatera, nie ten byt teoretyczny zwany Corvo, który jest dokładnie żaden i którego domniemany charakter nijak nie wpływa na nasze opcje. 
Jeśli macie te dodatkowe misje a nie chciało wam się na nie tracić czasu, to jednak na nie zerknijcie, bo są znacznie ciekawsze niż całe Dishonored. Serio. 
Czytaj dalej »

piątek, 3 lipca 2020

[Recenzja] Beata Chomątowska "Betonia"



Kto? Beata Chomątowska

Co? "Betonia"

Dlaczego? Wszystko mnie w niej ciekawiło 

Kiedy? Lipiec 2018

Ocena:  5,5/10, jak można być tak nieświadomym własnych uprzedzeń? 



tl;dr

Fragmenty dotyczące historii budownictwa z prefabrykatów - ciekawe. Opowieści o artystach, socjologach i innych "znawcach" - tragikomiczne. Zdjęć w tej książce masa - a wszystkie zupełnie bez sensu. Co trzeba było zobaczyć - musiałam szukać w Googlach.

Wersja dłuższa, niemniej dość chaotyczna

Była ładna, ok? Z całkiem dobrego domu. Proszę nie oceniać moich wyborów czytelniczych. 
Lubię reportaże i lubię architekturę. Lubię opowieści o ludziach, a architektura to pretekst by tych ludzi pokazać wielu i bardzo od siebie różnych, by opisać czasy w jakich powstała i czasy w jakich przyszło jej trwać - lub zginąć. 

Nie, nie zadawałam zbyt wielu pytań. Tytuł mi wystarczył. 
Urodziwą okładkę otwarłam bez uprzedzeń, chociaż z pewnymi oczekiwaniami: miało być ciekawie. I z obrazkami. Nie wydaje mi się, bym oczekiwała od książki Chomątowskiej zbyt wiele. Miała być interesująca, miała mi pokazać pewne czasy i pewnych ludzi. I jakkolwiek historia budownictwa z prefabrykatów okazała się bardzo ciekawa, tak niestety opisani ludzie tacy nie byli. Życie mieszkańców bloków, ich komentarze, wrażenia uważam za interesujące. Niestety większość bohaterów “Betonii” stanowią różnej maści “artyści” oraz socjologowie, którzy kompletnie nie mogąc znaleźć porozumienia z mieszkańcami bloków, chcą im i tak dopomóc w ich betonowej niedoli. Chomątowska, przynajmniej takie są moje odczucia, stara się w miarę obiektywnie przedstawiać dokonania bardzo różnych osób starających się zadbać o blokowiska i ich mieszkańców. Pokazuje i artystę sadzącego sałatę i ludzi całkiem zadowolonych z tego gdzie żyją. Obraz jaki się z tego wszystkiego jednak wyłania jest... chyba zwyczajnie przykry. 
Oto mamy duże grono osób zamożnych i wykształconych ociekające wręcz pogardą dla prostaków żyjących w blokach (jak jakieś zwierzęta) i pragnące im dopomóc na różne sposoby, dobitnie udowadniające, że rzeczeni artyści i działacze nie mają pojęcia jakie są realne problemy mieszkańców bloków. Wszystkich ich opętała idea “społeczności”, “więzi” i temu podobnych, i z pomocą sztuki i performansów chcą nieść kaganiec oświaty prostakom, których zachowań naprawdę nie sposób zrozumieć. Szczytem jest rozdział o socjologach prowadzących badania na blokowiskach, “wstrząśniętych” (sic!), że tępy blokers może być kreatywny i nie potrafiących wyciągnąć żadnych wniosków z tego, że pytani lokalsi zwyczajnie nie rozumieją pytań. Doprawdy jest to lektura dość zabawna - oto socjolog zachwyca się nad tym, że pan X chodzi do knajpy ABC, ale jeśli w XYZ, którą nazywa meliną, siedzą jego znajomi - to wstąpi i tam. 

Czy więc jest to książka o blokach? Częściowo tak. Głównie jednak chyba o pogardzie jaką klasa średnia żywi wobec mieszkańców blokowisk. 

Na osobną wzmiankę zasługują liczne fotografie, które nie tylko nie mają związku z treścią, ale jeszcze w większości są po prostu słabe. Zamiast ilustracji pokazujących rożne systemy prefabrykacji albo planów omawianych osiedli - dostajemy wycinki fasad bloków z drugiego końca świata albo zgoła fotografię czyjegoś samochodu zaparkowanego na kompletnie pozbawionym cech charakterystycznych podwórku. Ilustracje były tej książce potrzebne i chwała google grafika, bo Czarne ich nie zamieściło.

Przeczytać można, a nawet warto, jednak bez szału.
Czytaj dalej »

czwartek, 2 lipca 2020

[Recenzja] Legends of the first empire


Who? Michael J. Sullivan
What? "Legends of the First Empire" series
Why? I loved Ryiria
When? May-June 2020
Rating: 6/10, a disappoitment  

Krótkie uwagi o każdym z tomów, po polsku, znajdują się w rachunkach za maj i czerwiec 2020. 

I liked the upbeat tone of Ryiria. It was actually a breath of fresh air, it was something truly wholesome and not gonna lie, it did help me because I was in a really bad place when I was reading it. But the generally upbeat tone didn't mean the writing was naive or childish. It didn't mean there was no suffering or death.
In theory they're here too. But because we have so fucking many characters none of it has time to ring true. There's a horrible betrayal in Ryiria books. You know the one. You remember it years later and would probably strangle the human shitstain that did it. There's also a whole lot of mistreatment, betrayal and tragedy in "Legends..." but because there's so many characters we have no time to ponder. Mawyndulë's world was just shattered in so many ways? Cool, but we have this other stuff to do and he was a meany so screw him, lets jump to another hasty dialogue to sum up two or maybe three other plot lines, just to jump to another one so we can waste some time on some dead people, and then...
Most of the dramatic events, like deaths of characters, sacrifices etc. happen off-camera. Oh my, belive me, I was sooooo moved by the horribel death of some guy I didn't even remember existed. 
You know... I knew it won't be Feintuch's "The King". I didn't even expect something as good a Ryiria. But hell, I'm in shock that it's the characters that are the worst part of it. First thing I'd say about Ryiria is the characters are awesome. Not only the boys but all of them. Fleshed out, with complex motivations. And what we get here? We get Moya. But honestly, they're all awful, maybe except Mawyndulë, but he's not the greatest ether. Raithe wasn't bad as a character, but then again he was whiny and not really interesting as a protagonist. In the end Imaly stands out and maybe Malcolm. All of the rest are just few character traits bundled together with some very cheap glue, spread very thinly because there's so fucking many of characters. I'd be willing to assume they seem like it because there's not enough space for them to shine (as if there was too many of them or something) if not the absolutely abhorrent "emotional" scenes. I mean seriously, that part where Moya suddenly is outraged and hurt that everyone thinks she's kind of a village whore DESPITE RUDE VILLAGE WHORE BEING HER WHOLE CHARACTER UP UNTIL THIS POINT (and later too, she just stops being useless), that part, with everyone crying and acting as if they all were fourteen year old girls on their period, this shit was vile. Any other author would land on my blacklist immediately after that. 
And don't get me wrong. I understand what Sullivan was trying to do here. I mean not with that Moya bullshit, fuck Moya. But those are "Legends of the First Empire", I get it. Problem is, those characters, how legendary wouldn't they be, are not interesting in any way, shape or form. In "Age of Myth" I took most of them as side characters we'll promptly forget but in fact we have to deal with them through all of the series. The horrible Roan-invents-sliced-bread joke I took for this exactly - a cringy joke so popular in western popculture - has a whole BOOK for itself and nothing in it makes sense.
Yeah, sure, all of those people have a role in the plot. And that's where their characters start and end, with very few exceptions. 
I said it at the beginning and I'll say it once more. This books are not upbeat in tone, it's childish and naive. Simplified, dumbed down. So many things were handled that way I was confused who the hell is the target audience of this book. It deals with politics, rapes, abuses, murders etc. that are not comprehensible for a child. On the other hand they're written in very simple way, too simple for an adult to stand. 

If after "Age of Myth" you're optimistic, stop. If you didn't even like that - just give up. "Age of Swords" is so awful, I recommend reading the summary and moving on. Other books aren't that bad, though certainly not brilliant either. When we finally get to who is who and politics it gets significantly more interesting but those bits are mostly near the end. The identity of Malcolm and his role in the grand scheme of things are interesting. We get some tiny bits about the stuff from Ryiria books. The way afterlife is organized here was pretty neat. But there's also Moya and the rest of this flat, boring husks of characters. 
I do not regret reading it that much but this series is mostly simply méh. Last 2 books are more interesting than previous ones. First one is the best in terms of writing.
I think in the end it was as disappointing as I was afraid it will be. 


Age of Myth 8/10
Age of  Swords 2/10
Age of  War  6,5/10
Age of  Legend 6,5/10
Age of Death 6,5/10
Age of Empyre 6,5/10
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia