wtorek, 1 września 2026

[Rachunek za] Sierpień 2026

Wydaje mi się że ilość przeczytanych książek nie oddaje w pełni czytelnicze go szału, w jaki popadłam na urlopie a przede wszystkim po powrocie z wyjazdu. Myślę że przyczynił się do tego szereg czynników, od wysypianie do po dobór lektur. Chociaż szaleństwo nieco przycichło pod koniec miesiąca, to mam nadzieję że jednak uda się je utrzymać. Największą zmiana jest walka z moim przyklejeniem się do smartfona. Na wyjazdach i w trakcie pracy zdalnej, a tych było sporo, jest łatwiej. Wróci standardowy tryb pracy to zobaczymy. 


Książki:

Faraon "Już chcesz się kłócić panie Dagon?"/10

W końcu dotarłam i tutaj. W gruncie rzeczy nie wiem, czemu nie przeczytałam tej powieści wcześniej - lubię Prusa, kocham starożytny Egipt. A jednak po "Faraona" sięgnęłam dopiero teraz. 

Powieść jest długa i zastanawiam się do teraz czy za długa, czy jednak nie - wszystkie wątki bowiem zarysowane na początku powieści znajdują swoje konsekwencje w jej drugiej połowie. Prus umiejętnie buduje swojego głównego bohatera, który zaczyna jako dość bezmyślny głupek, naiwny i nieco próżny a kończy... Cóż, pewnie wszyscy wiedzą jak się ta powieść kończy, skoro to (była) lektura i istnieje popularny film na jej podstawie. Niemniej Ramzes niby wie, co się dzieje a jednak pozostaje nieświadomy tego, jak wielkie czycha na niego niebezpieczeństwo. Ta atmosfera bezsilności i osaczenia jest budowana wspaniale i przeciąga książkę z momentami prześmiesznej (jak to u Prusa) to naprawdę dramatycznej i niepokojącej. 

Przeczytane w ramach wyzwania 6 klasyków na 2026 rok. 


Region węża "nostalgia trip"/10

Nie ustajemy w czytaniu "Unii/Sojuszu" - nadeszła pora "Regionu węża". Tę powieść też kiedyś czytałam (ponad dekadę temu) i odkryłam, że... Pamiętam z niej znacznie mniej niż mi się wydawało. Ponieważ posiadam "Region" po polsku - z absolutnie paskudną okładką - zdjęłam go z półki, żeby pokazać koledze, z którym bawimy się w to wyzwanie i tu pierwsze pozytywne zaskoczenie... Otóż "Region" tłumaczył Piotr W. Cholewa. Szok, niedowierzanie. Uznałam że dam szanse tej polskiej wersji, bo staram się ograniczać lektury po angielsku. No i tłumaczenie jest zupełnie ok, a jednocześnie ta "polska" Cherryh odblokowała mi w głowie masę wspomnień. Od lat czytam ją właściwe wyłącznie po angielsku (to brak jej dostępności po polsku w ogole sprawił, że nauczyłam się angielskiego) i jej polski głos jest w mojej głowie mocno związany z liceum i początkiem studiów. Wspaniała nostalgiczna podróż się z tego zrobiła. A przy tym - szał czytelniczy rozkwitł w pełni. Wciągnęła mnie ta książka jak szalona. 

Cherryh udaje się świetnie zbudować kastowe społeczeństwo oraz stojących na jego szczycie contrin - bogatych ponad wszelkie wyobrażenie, nieśmiertelnych, znudzonych, wyniosłych i okrutnych. Świetne jest też to, że choć siedzimy w głowie głównej bohaterki, to do końca nie wiemy, co ona knuje. To w "Regionie" pojawiają się również azi, później stanowiący tak ważny wątek związany z Unią. Funkcjonują tu nieco inaczej niż w "Cyteen" i jestem ciekawa czy Cherryh po prostu zmieniła i dopracowała koncepcję, czy ewolucja azich w Regionie potoczyła się odrębna ścieżką przez wzgląd na izolację. 

No dobrze, ale o czym to w ogóle jest? W odizolowanym od reszty przestrzeni zajętej przez ludzkość Regionie Węża ludzie współpracują z majat - owadzimi kosmitami, którzy produkują klejnoty i rzadkie technologie. Kontaktują się z nimi wybrane rody spośród Contrin - niemal nieśmiertelnych zmodyfikowanych genetycznie rodzin które rządzą Regionem. Jak to wśród ludzi bogatych a przy tym jeszcze długowiecznych - dochodzi do konfliktu, rzezi, politycznych machinacji. Z jeden z rodzin przeżywa tylko jedna piętnastolatka, która postanawia się zemścić. A ponieważ to książka Cherryh to raczej łatwo się domyślić, że jej się to nie uda... 

Powieść była nominowana do Locusa, bohaterów ma fajnych, kosmitów świetnych, napisana jest jak zawsze u tej autorki bardzo dobrze. Jedyne sceny akcji sprawiają wrażenie, jakby ich nie napisano wcale i dostaliśmy zaledwie zarys z notatek. Biorąc pod uwagę niesamowitą, bardzo dynamiczną sekwencje na początku "Hunter of the Worlds" naprawdę nie wiem, co tu się wydarzyło. 

Klimat jest tu zdecydowanie lżejszy niż w "Gasnącym Słońcu". 

Przeczytane w ramach 6 Cherryh na 2026 oraz wielkiego ponownego czytania Unii/Sojuszu. 


Bratnia dusza "to nie ja, to społeczeństwo"/10

Wybrana z listy do przeczytania - na której była od dawna - trochę spontanicznie po zobaczeniu angielskiego tytułu: "At night all blood is black". Dodam tylko dla porządku że to tytuł polski jest zgodny z oryginalnym. 

Powieść jest krótka, czyta się szybko, Bogiem a prawdą, bardzo szybko, bo autor stosuje styl opowiadania rodem z kultury oralnej, więc dużo tu powtórzeń i standaryzowanych fraz (wrogowie z naprzeciwka, bliźniaczo niebieskie oczy, bliższy mi niż brat). Śledzimy losy Senegalczyka walczącego we francuskiej armii w czasie I Wojny Światowej. 

Początek jest niezły, potem robi się naprawdę dobrze - ocieramy się o thriller czy horror - niestety zakończenie to klasyczne deus ex dupa, ale jeszcze bym to jakoś przeżyła, gdybym znowu nie dostała książki, w której usprawiedliwia się ohydne czyny bohatera. 


Książę Józef Poniatowski "Juzef"/10

W te nietypowe dla mnie pod każdym względem rejony zagnała mnie przede wszystkim konieczność - książka wypadła w klubie czytelniczym - oraz odrobina ciekawości. 

Wydaje mi się - na ile jestem w stanie to ocenić, że Skowronek, mimo oczywistej sympatii do swojego bohatera nie stara się go na siłę wybielać, czy pomijać bardziej kontrowersyjne jego cechy, choć niewątpliwie usprawiedliwia albo chociaż wyjaśnia jego motywacje. Rysuje dość pełny obraz osobowości dość interesującej, dość często nieco sprzecznej z perspektywy XXI wieku i pewnych utartych wyobrażeń o tym, jaki powinien być mąż stanu. Z pewnością widać dobrze ewolucję postawy Poniatowskiego, od "Juzefa" do oddanego patrioty. Jak dla mnie widać też wyraźnie przywiązanie do własnej warstwy społecznej, które zdaje się być silniejsze od wszystkich innych lojalności. 

Wkurzała mnie niesamowicie ówczesna sytuacja polityczna, ci okropni ludzie, ich samolubna postawa, ale też kompletna nieodpowiedzialność. Nie lubię tych czasów i nie będę kałamała - nie polubiłam ich. Łatwiej jest patrzeć na czasy dawniejsze, gdzie mamy mniej informacji o ludzkich przywarach (od których przecież nie byli wolni ludzie ani w średniowieczu ani w paleolicie). Podobało mi się za to, jak pełną osobowość swojego bohatera zbudował Skowronek - to jest wielka zaleta dobrych biografii, ich przewaga nad literaturą piękną, że materiał potrafi być wspaniale złożony i niejednoznaczny.



Rumunia

Urlop spędziłam w Rumunii i chciałam tu nawet coś napisać, zaczęłam i wyszło tak chaotycznie, że uznałam, że trzeba jednak zrobić z tego osobny wpis, nad którym bardziej zapanuję (i może wrzucę jakieś zdjęcia). Napiszę więc tylko tyle, że Siedmiogród (ten region odwiedziłam) jest ZAJEBISTY. 










Czytaj dalej »

piątek, 14 sierpnia 2026

Rok pod Palmą

W tym lipcu minął rok, odkąd postanowiłam wydać zbyt dużo pieniędzy na zbyt mały czytnik, myślę więc że wypada jakoś podsumować sytuację.

Przez te dwanaście miesięcy Palma zwiedziła ze mną Andorę oraz różne kolejki, sklepy, przejazdy autobusem i pociągami, czytałam na niej czekając aż podgrzeje się obiad albo zwolni toaleta w pracy. Piszę to jadąc autobusem i też mam ją w kieszeni. Po roku mogę spokojnie powiedzieć, że ten czytnik ujarzmiłam a nawet się z nim zaprzyjaźniłam chociaż początki były dość trudne. Więcej o tym napisałam w mojej długaśnej recenzji, ale sytuacja nieco się od tamtej pory zmieniła.


Ustawienia ekranu 

Tu z pomocą przyszedł mi głównie internet, więc i ja z internetu pokazuję ewentualnym użytkownikom, jak się sprawy mają. Przede wszystkim nie bać się suwaczków. Wzmocnienie kolorów ustawcie tak na, powiedzmy, 70. Dzięki temu tekst będzie naprawdę czarny i wyraźny. 


ReadEra

Początkowo nie mogłam sobie poradzić z poprawnym ustawieniem tej aplikacji, ostatecznie okazało się że mimo przestawiania odświeżania na "regal" czytnik tego z jakiegoś powodu nie rejestrował, ale po przeklikaniu się przez różne tryby w końcu zadziałało. Od tamtej pory ReadEra to jedyna aplikacja do czytania z jakiej korzystam (w wersji premium ale uważam że warto te 60zl zapłacić). Dlaczego? Intuicyjny interfejs to duży plus, łatwo jest znalezć odpowiednie opcje i ustawić wszystko jak się chce. Szybkość działania i poprawne wyświetlanie ebooków to dwa. A trzy - i to mnie przekonało do walki o to, żeby jednak ReadErę na Palmie skonfigurować - przypisy. Nie znam innej aplikacji, która wyświetlałaby przypisy jak przypisy dolne - spójrzcie na to cudo. Dla kogoś, kto czyta głównie beletrystykę to nie jest aż taki szał, ale spróbujcie poczytać w ebooku książkę naukową... Nawet jeśli przypisy są ładnie sformatowane i wyświetlają się w okienkach to wciąż mnóstwo klikania. A tu cyk, nie trzeba nic robić. 
Jedyny minusem tej aplikacji jest wyłącznie ciemny motyw w bibliotece/menu, przez co mało co na einku widać (dałoby się to wyregulować ale wtedy ucierpiałby wygląd tekstu). 

elegancko wyświetlony przypis

Niagara launcher

Z Onyxowego launchera zrezygnowałam zanim jeszcze urządzenie do mnie przyszło. Na telefonach używam od dawna Nova Launchera i jest mi bardzo trudno zrobić cokolwiek na innym. W początkach Bitwy o Palmę próbowałam polecanej Niagary ale to było zbyt wiele nowego na raz. Podczas pierwszego ustawiania czytnika, instalowania różnych aplikacji, czcionek, wybierania folderów do tego i owego - z launchera korzystałam dużo i szybko, w związku z czym intuicyjna obsługa była dla mnie najważniejsza i chociaż trochę minimalizowała frustrację. Po roku jednak, zmianie używanej aplikacji do czytania (neoreader ma statystyki i widgety), ogólnej pacyfikacji czytnika oraz w obliczu szybkiego upadku Nova Launchera (reklamy, serio, i to z dźwiękiem plus chyba już osiem różnych trackerów) uznałam, że pora na zmiany. 
Przede wszystkim, mimo początkowego zamieszania, Palmę da się doprowadzić że stanu "telefon" do stanu "czytnik", tj. kiedy już wszystko ustawiłam tak jak chce, bardzo rzadko w ogóle opuszczam ReadErę. W związku z tym minimalistyczny launcher w rodzaju Niagary czy inkOS zaczyna być zupełnie praktycznym rozwiązaniem. Przetestowałam oba. Prawdopodobnie, gdybym nie zaczęła od Niagary, nie porzuciłabym testowanego chwilę później inkOSa, bo to solidny launcher, daje sporo możliwości jeśli chodzi o zmianę wyglądu i położenia elementów na ekranie głównym. Niagara jest po prostu... Estetyczniejsza. A zmiana launchera w tym momencie - poza problemami z Novą - była dla mnie głównie decyzją estetyczną. Na Novie i tak na ekranie głównym nie miałam nic poza tapetą. 
Teraz wygląda to tak:


Odpowiada mi ten minimalizm, a kiedy nie muszę już właściwie robić poza kliknięciem w ReadEra to wystarcza zupełnie. 

Bateria

Niech o tej kwestii przemówi fakt, że fragment ten dopisuję na końcu, bo wcześniej nawet nie pomyślałam o baterii. Powszechnie wiadomym jest, że czytniki z androidem nie mogą pochwalić się takimi osiągami jeśli chodzi o długość pracy na jednym ładowaniu jak ich nie-androidowe odpowiedniki. Ale jak to właściwie jest? Otóż, odpowiedź stara jak świat: to zależy. Jeśli będziemy używać Palmy jak smartfona (internet, bluetooth, audiobooki, komunikatory itp.), to bateria będzie trzymała jak w smartfonie, no, może troszkę lepiej. Ale pewnie mówimy o dwóch dniach. Jeśli jednak potraktujemy ją jak czytnik, tj. wyłączymy bluetooth, wifi, nie będziemy słuchać audiobooków, nic nie będzie działało w tle, wyłączymy podświetlenie lub będzie ono minimalne, to... to ja nawet nie myślę o ładowaniu. Ponieważ nie mierzę czasu czytania każdego dnia trudno jest mi podać konkretne dane, ale w czasie wyjazdu - osiemnaście dni - ładowałam czytnik raz, kiedy bateria zeszła poniżej 50%. Także myślę, że dwa tygodnie to jest minimum, a spokojnie bateria wytrzyma 3-4 tygodnie (zakładając, powiedzmy, godzinę czytania dziennie). Ponieważ jedno czytają więcej, inni mniej, to myślę, że dobrym sposobem myślenia o baterii Palmy będzie po prostu to, że trzyma ona mniej więcej tak jak w czytniku a nie tak jak w telefonie. Także bez paniki, można zabierać na camping albo w góry a w samolocie czy pociągu czytać bez obaw, że nie starczy. 

Rok pod Palmą

Onyx Boox Palma 2 spełnił moje oczekiwania. Jedyny minus tego czytnika, który wciąż jest obecny i raczej nie zniknie to waga, ale wynika ona z dość pancernego etui (marka Tudia), sam czytnik ciężki nie jest. Rozmiar za to - absolutna rewelacja. Właściwie każda recenzja palmy zachwyca się tym, jak poręczne jest tu urządzenie, jak łatwo nie tylko je gdzieś że sobą zabrać ale też przede wszystkim wyciągnąć z kieszeni i poczytać parę akapitów. Oczywiście istnieją urządzenia jeszcze mniejsze (xteink) i bardzo możliwe że gdyby xtinki miały lepszą prasę (przede wszystkim ominęło mnie jakoś istnienie fanowskiego oprogramowania) zanim kupiłam Plamę, zdecydowałabym się na któryś z nich. Natomiast palmy nie żałuję. 
Pewną obawę budzi (i we mnie też budziła) wygoda czytania na tak małym i wąskim ekranie. Ale tak naprawdę, przecież dużo czytamy na telefonach, prawda? Oczywiście to może być problem dla osób, które źle widzą (ja mam minusy i lekki astygmatyzm), które po prostu lubią większe litery itd. Ja akurat lubię maciupkie napisy, więc jestem zadowolona. 
Aktualnie używam takich ustawień, chociaż od czasu do czasu zmieniam w zależności od tego, co mi w duszy gra:


Po roku stwierdzam więc, że jestem zadowolona z zakupu, czytnik sprawdził się zarówno na górskim szlaku jak i samolocie, autobusie miejskim czy w drodze do sklepu - skoro gapię się w ekran telefonu, to równie dobrze mogę gapić się w ekran czytnika. Tego ostatniego oczywiście nie polecam, bo to że czytacie Dostojewskiego zamiast patrzeć na memy nie zmienia faktu, że jesteście cyfrowym zombie.  
Czytaj dalej »

sobota, 1 sierpnia 2026

[Rachunek za] Lipiec 2026

 Lipiec sponsorował głównie Szał Przedurlopowy, który objawiał się kończeniem projektów, które powinny być zrobione na miesiąc temu przez kogoś innego, bieganie po kantorach i szalone ilości ubrań na przemian wkładanych i wyjmowanych z walizki. Poza tym oczywiście - Tour de France. Wprawdzie oglądanie kolarstwa można pogodzić z pewnymi innymi pracami, ale i tak zajmuje sporo czasu, poza tym naprawdę potrzebuję od czasu do czasu nie łączyć wszystkiego ze wszystkim. Chociaż, wreszcie, zaczęłam w tym miesiącu siadać na rower spinningowy i pedałować razem z chłopakami na ekranie - wymagało to nie tylko mentalnej decyzji, ale też przemeblowania, więc to nie taka prosta sprawa. Ale się udało. Polecam. 

W związku z tym wszystkim jednak czasu na czytanie nie było wiele. 

Książki

Italczyk "Który jest synem kogo?"/10

Coś mnie tknęło w bibliotece, żeby zobaczyć czy na półce jest może jedna z najlepiej zatytułowanych powieści na świecie no i była. Italczyk czyli Konfesjonał Czarnych Pokutników. Nie ukrywam że zarówno tytuł jak i wcześniejsze bardzo pozytywne doświadczenia z panią Radcliffe sprawiły, że moje oczekiwania były wysokie. Być może zbyt wysokie. 

Pierwsza połowa książki to dość sentymentalna opowieść o zakazanej miłości. W Udolpho działo się więcej, a sentymentalizm był mocno kontrowany humorem. Tutaj nasi pozbawieni z grubsza cech charakterystycznych bohaterowie są właściwie bez skazy i my musimy na to patrzeć. W drugiej połowie do głosu dochodzi wreszcie antagonista, ojciec Schedoni i tenże Schedoni jest rewelacyjny. Jest to człowiek podły i samolubny, gnany wyłącznie swoimi namiętnościami, trochę nieogarnięty, bo wiecznie porażony w swoich (złowieszczych, a jakże) myślach, nerwowy, nie do końca sprawny kłamca, no naprawdę świetny. To wielowymiarowa postać, przebiegła i niezdarna jednocześnie, niesamowicie realistyczna, niecierpliwa, chciwa, niezwykle przekonująca. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że jest on poruszająco realistyczny, co w przypadku złoli wcale tak często się nie zdarza. 

Mamy tu również (dość łatwe do przewidzenia, ale może wcale takie nie były, kiedy Radcliffe to pisała) ukryte tożsamości, strzelaninę, gadatliwych (a jakże) służących, dobre dialogi. Trochę zawiodły mnie opisy, które były tak wielką siłą Udolpho, ale może też po prostu okoliczności akcji są tu inne. Schedoni wart jest lektury, ale generalnie bez szału. 


Miłość na linii 30 stron ruchania/10

Możecie zapytać, co to właściwie robi na mojej liście lektur i, cóż, taki los członków klubów czytelniczych. Wypadł romans, przeczytałam romans. 
Mam mieszane uczucia. Przede wszystkim cieszę się, że to przeczytałam, bo nigdy bym sama po taka książkę nie sięgnęła, a tak mam coś odhaczone. Ponieważ nie czytam takich książek ani nie oglądam takich filmów, to trudno mi jakoś to usadowić w kontekście gatunku, więc opiszę moje wrażenia jako osoba z zewnątrz. Kolejność raczej chaotyczna, bo tryb urlopowy w pełni, a nie chcę czekać aż mi wrażenia ulecą. 
- to jest sam fluff, bez treści. Pomijając końcówkę (o niej zaraz) nic mi w tym specjalnie nie przeszkadzało i zaakceptowałabym to jako przerywnik w innej książce, ale tu poza tym nic nie ma. Te postacie mnie nic nie odchodziły bo ja nic o nich nie wiem i one nic nie robią.
- absolutny brak stawek, nawet jak się pojawią jakieś nieporozumienie, konflikt to zwykle pół strony i już go rozwiązujemy (zdrowo, ale po co było o tym pisać). Poza tym ostatnim wielkim dramatem, który wydał mi się strasznie wymuszony, jakby go sobie zaplanowała, ale właściwie postacie za dobrze się dogadywały
- chłop taki zamknięty w sobie a pierdzielą o emocjach 24/7
- spodziewałam się że będzie znacznie gorzej, tymczasem czytało się bez bólu – poza końcówką. Od tzw. morenki (Jezusie, 30 stron o ruchaniu) szambo z cringe’em wybiło.

Gdyby nie końcówka wrażenia byłyby znacznie lepsze. (nie żebym jeszcze kiedykolwiek sięgnęła po coś podobnego, ale obyłoby się bez bólu). Totalnie kumam, że komuś może robić dobrze czytanie takich... pozytywnych treści, ale to zdecydowanie nie dla mnie.

Taka ogólna refleksja, to jak ta lektura nie wymagała żadnego, ale to żadnego wysiłku intelektualnego. Nie wydawało mi się nigdy, żeby czytanie jakiejkolwiek beletrystyki (poza może jakimiś bardzo artystycznymi lub starymi tekstami) wymagało jakiegoś wysiłku i "Miłość na linii" udowodniła mi, że się myliłam. Przeskok pomiędzy tą książką a nietrudnym przecież "Faraonem" mnie naprawdę, szczerze, zaskoczył. Trochę zrozumiałam, jak ludzie mogą czytać po trzy książki tygodniowo...


Seriale

L'Agence Nouvelles Destinations
Korzystając z tego, że jakiś Francuz nie wylogował się z netflixa na noclegu oraz wieczorów opanowanych przez robactwo, obejrzałam dwa odcinki nowej serii L'Agence. Dwa bo na kolejnych noclegach już nie było francuskiego netflixa... a że polskiego nie mam to i tak więcej nie zobaczę. 
Dostajemy to, czego można się było spodziewać, tym razem w formacie rywalizacji pomiędzy braćmi oraz dwoma luksusowymi lokalizacjami - są luksusowe domy, często dość okropne, jest ewidentna faworyzacja Martina zakrawająca o absurd... Jak widzieliście L'Agence, to wiecie o co chodzi. Tylko tu jest nieco mniej ciekawie. Choć może się mylę, bo oglądałam to po francusku za jedyną pomoc mając francuskie napisy. (nie znam francuskiego).
Czytaj dalej »

piątek, 3 lipca 2026

[Rachunek za] Pierwsze sześć miesięcy roku 2026

Na początku tego roku podjęłam decyzję o kilku wyzwaniach opartych na liczbie 6. Sądzę więc, że powinnam coś o nich napisać po 6 miesiącach roku. 

1. C.J. Cherryh - 3/6

  1. "Faded Sun: Kesrith"
  2. "Faded Sun: Shon'jir"
  3. "Faded Sun: Kutath"
  4. "Serpents Reach"
  5. "Downbelow Station"
  6. "Wave Without a Shore"

Ponieważ pierwsze trzy powieści z tej listy stanowią całość, to jestem całkiem zaawansowana w tym akurat wyzwaniu. Na "Serpent's Reach" umówiona jestem na drugą połowę sierpnia, co sprawia, że zupełnie realne jest przeczytanie "Downbelow Station" na jesieni. "Wave Without a Shore" jest jednak mniej prawdopodobne. Tutaj opóźnienie wynika głównie ze strony moje partnera (ale nie mam najmniejszych pretensji, po prostu tak się ułożyło żyćko). Generalnie - jestem zadowolona. 
 

2. Klasyki - 2/6

  1. "Anna Karenina" Lew Tołstoj
  2. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte
  3. "Faraon" Bolesław Prus
  4. "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltari
  5. "Ojciec i syn" Karol Bunsch
  6. "Droga donikąd" Józef Mackiewicz



Wyzwanie klasykowe zaczęło się z grubej rury od Anny Kareniny, która choć szybkoczytająca się to jednak zajęła mi duuużo czasu. Do tego zaraz potem połknęłam "Wichrowe wzgórza", potem jednak inne zobowiązania i lektury odciągnęły mnie od tej listy. Ale powracam! Któraś z egipskich powieści pojedzie ze mną na urlop (jeszcze nie wiem, która), kolejną chciałabym przeczytać w październiku. Być może zmieszczę gdzieś w międzyczasie Bunscha. Jeśli chodzi o Mackiewicza to nie bardzo widzę szanse, ale jeszcze go nie skreślam. 

3. Książki ze Styrty Zażenowania 

  1. "Faded Sun"
  2. "Wave Without a Shore"
  3. "Guns, Germs and Steel"
  4. "Zew nocnego ptaka"
  5. "Dzieci Czasu"
  6. "Gdy leżę konając"


Tutaj zażenowanie jednak się utrzymuje. Przeczytałam na razie jedną książkę ("Faded Sun"), kuszą mnie okazjonalnie to Faulkner, to Diamond (Cherryh jest czytana wspólnie, więc tutaj nie bardzo mam opcje) ale zawsze coś mnie odciągnie. Rozważam Dimonda na drugą połowę urlopu. Najgorzej ma się sprawa z cegłami od Vespera, trochę czuję presję z ich strony. Te książki oczywiście nie są tak długie, na jakie wyglądają, bo Vesper nie ma szacunku do miejsca na naszych półkach, ale to z kolei oznacza, że mamy do czynienia z dość nieporęcznymi tomiszczami. Realnie przewiduję lekturę raczej na jesień, już po zakończeniu sezonu rowerowego (nawet mimo rozmiarów tych tomiszcz). 

4. 15000 stron - 6989/15000

Jestem na górce, nawet jeśli w dwóch miesiącach (lutym i czerwcu) nie udało mi się doczytać do 1000 stron. Jest więc ok, ale nie można osiadać na laurach. Mam nadzieję, że wpadka lutowa już się nie powtórzy, chociaż wtedy odciągał mnie od książek sport i to samo totalnie wydarzy się w lipcu. O czerwiec obwiniam chorobę, bo chociaż i tak czytałam niewiele to w dwa tygodnie najgorszego samopoczucia przeczytałam poniżej 90 stron. 

5. 52 książki punkty 

Jeśli chodzi o przeczytane książki, to na koniec czerwca było ich 23 sztuki, ale to wlicza komiksy i audiobooki. Bez szału, ale też nie mam zamiaru się biczować. Poczytałam w tym roku trochę cegieł i to doceniam znacznie bardziej niż jakieś ilościowe rekordy, chociaż wolałabym zdecydowanie po prostu więcej czasu dziennie przeznaczać na czytanie. 
Punktowo wychodzi za to bardzo obiecująco! Uzbierałam już 32 punkty, głównie za sprawą objętości (książki powyżej 500 stron dostają 2 pkt) oraz własności (wciąż staram się czyścić półki). Swoje dołożyła też książka po rosyjsku. Na minus poszły audiobooki i komiksy. Generalnie jestem zadowolona i kolejny raz uważam, że ta punktacja dość dobrze odzwierciedla moje wrażenia z dotychczasowych lektur. 

6. Czytać po rosyjsku

  1. Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́
Może ta lista nie wygląda imponująco, ale jestem z siebie bardzo zadowolona. Poczyniłam wyraźne postępy i nauczyłam się sporo o samej nauce języka. Zdecydowanie dobrze podziałało to, że "Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́" były jedyną książką, którą w tym czasie czytałam. Nie było, ze boli, że się nie chce - to się czytało, więc się czytało. To bardzo pomogło moim oczom przyzwyczaić się do cyrylicy. Ponieważ po rosyjsku wciąż czytam dość wolno - ale dużo lepiej, niż kiedy zaczynałam powieść Sanina! - to nie wiem, czy w tym roku jeszcze coś przeczytam po rosyjsku, ale tę część wyzwania zaliczam na duży plus! 

Pozostałe

Anime

Jak na razie to obejrzałam "Ruchomy zamek Hauru", ale nie zaliczam go do tego wyzwania, bo chodziło o zapoznanie się z jakąś nową serią a nie odświeżeniem klasyka. Ogółem o tym planie przypomniałam sobie pisząc tego posta, więc sami widzicie, jak się sprawy mają. 

Filmy

  1. Avatar III
  2. Ruchomy zamek Hauru
  3. Salvatore Giuliano
Szału nie ma. Moja niemoc filmowa trwa. Z drugiej strony nie widzę sensu w zmuszaniu się do oglądania czegoś. Zobaczymy jak się sprawy potoczą. 


Seriale

Nie jestem pewna, czy oglądałam w tym roku cokolwiek, może jakiś jeden odcinek "Z Archiwum X". 



Tyle raportu, ale co z podsumowaniem? Chociaż generalnie jestem dość zadowolona z tego roku, to z wyzwaniami idzie już tak sobie. Z wymienionych z tytułu książek przeczytałam 6/18, czyli 1/3 a nie połowę. Oczywiście są też plusy - ilość przeczytanych stron, książka po rosyjsku czy wynik punktowy. Jest nieźle. 

Czytaj dalej »

środa, 1 lipca 2026

[Rachunek za] Czerwiec 2026

Czerwiec zaczęłam od tygodniowego L4, które niestety spędziłam na zmaganiach z bólem i wizytach w szpitalu a nie leżeniu z książką w dłoni. Nie polecam. Potem na szczęście zrobiło się nieco lepiej, ale wciąż był to miesiąc słaby jeśli chodzi o czytelnicze dokonania. Mam nadzieję, że w lipcu będzie lepiej, ale nie czarujmy się, co innego będzie zaprzątało moje myśli. 


Książki

Wygnanie i królestwo Albert Camus "udało się"/10

Króciutki zbiorek opowiadań. Nie porwał, ale i nie zawiódł. Najbardziej podobało mi się opowiadanie drugie ("Renegat czyli umysł zmącony"), bo było najodważniejsze formalnie. Teksty - poza ostatnim - są dość krótkie, zwięzłe, jasne w przekazie, forma dobrze współgra z treścią, doskonale zbudowany jest klimat. Jedynie ostatnie opowiadanie ("Kamień, który rośnie") jest zbyt długie, nudne, niejasne i psuje odbiór całości. 






Angel Down Daniel Kraus "...and I consider myself lucky"/10

W zeszłym miesiącu mieliśmy przykład typowej książki gatunkowej docenionej przez mainstream - "Włóczęgów" Hao Jinfang, którzy zatruli mi maj. Ale w tym samym maju wydarzyła się rzecz niesłychana - powieść gatunkowa dostała Pulitzera. I - szok - to jest naprawdę dobra książka. Rewelacyjna. Czapki z głów. Czytałam "Angel Down" bardzo długo, z przerwą na chorobę i klubowego Camusa i nie odzwierciedla to tego, jak bardzo mi się ta lektura podobała. Choć faktycznie, jest to jeden z tych tekstów, gdzie co kawałek można książkę odłożyć i zadumać się nad tym, jak wspaniałą rzecz się właśnie przeczytało. 

Nietrudno zauważyć, co niewątpliwie przyciągnęło uwagę jury nagrody - "Angel Down" to jedno zaczęte od środka zdanie, gdzie każdy akapit zaczyna się od "...and". W przeciwieństwie jednak do "Bram raju" Andrzejewskiego, forma jest tu kluczowa dla treści, tego nie można by napisać inaczej i jednocześnie nie sprawia wrażenia wymuszonej, po dwóch akapitach płynie się już przez ten pierwszowojenny chaos razem z Baggerem.

Akcja toczy się w okopach I Wojny Światowej, wśród błota, chaosu, śmierci, chorób, bezrozumnego okrucieństwa i celowej przemocy. W obliczu spotkania z nadprzyrodzonym bohaterowie muszą zrewidować swoje poglądy na świat i siebie samych. O co naprawdę poprosisz, jeśli możesz poprosić o wszystko? Czego tak naprawdę pragniesz? Co się w tych pragnieniach ogranicza? 

To jest przepiękna, obrzydliwa, brutalna, poetycka książka, która w mistrzowski sposób miesza brud ze świętością i ohydę z pięknem, stawia przed swoim pełnym wad bohaterem pytania, odpowiedzi na które pokazują, kim naprawdę jest i które każdy z nas powinien sobie zadać. Kraus opisuje zło, ale tak naprawdę jest to książka o dobru. 

A do tego - nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam książkę z tak satysfakcjonującym zakończeniem. W trakcie "Angel Down" dzieje się bardzo wiele, od rzeczy ohydnie przyziemnych po metafizycznie wzniosłe a jednak Krausowi udaje się zawiązać z tego przepiękną kokardę. 


W ogóle jak się chyba lubię z nagrodą Pulitzera. Nie czytałam wielu laureatów, ale chyba wszyscy mi się podobali. Muszę zgłębić temat. 


Poranek dnia zagłady C.L. Moore "nie wiem o co chodzi, ale buja"/10

To sprawnie napisana powieść, do której trudno się przyczepić, ale która nie porywa. Niewątpliwie największym jej plusem jest jej warstwa techniczna - niemal do samego końca utrzymana jest tajemnica, o co tu właściwie chodzi, kto czego dokładnie chce i w czym bohater bierze udział. Rohan to osobnik dość ciekawy, zapijaczony oportunista od czasu do czasu na haju dawnej sławy, wplątany wbrew swej woli w polityczną intrygę próbuje ugrać coś dla siebie, chociaż nie jest pewien zasad i stawek tej zabawy. 

W czym więc problem? Chyba właśnie w tym, że nie ma tej powieści nic konkretnego. Jest bardzo sprawnie napisana ale nic we mnie nie poruszyła. Bardzo możliwe, że w czasach zimnej wojny, dla amerykanów, był to tekst znacznie ważniejszy. Ze mną, w roku 2026, nie rezonował w ogóle. Niemniej czytało się to bardzo przyjemnie i bujało właśnie ze względu na techniczną sprawność autorki. 

Szkoda, że dostaliśmy od C.L. Moore tę powieść a nie opowiadania o Jirel of Joiry, znacznie, znacznie lepsze.  


Plany

Więcej czerwcowych grzechów nie pamiętam, choroba i upały dość mnie sponiewierały. Plan jest więc taki, żeby w lipcu a przed urlopem ogarnąć zaległości. Nie mam wielkich nadziei w tej kwestii, bo przecież zaraz zaczyna się Tour de France, ale liczę na to, że chociaż niektóre kwestie będę mogła ogarniać słuchając transmisji. 
Przed wyjazdem chciałabym koniecznie skończyć i oddać książki z biblioteki - "Turn of the Screw" Henry'ego Jamesa oraz "Italczyka, czyli konfesjonał czarnych spowiedników" - oba te teksty jak na razie bardzo mi się podobają. Poza tym stoję przed trudnym wyborem lektury na urlop. Wprawdzie czytniki ebooków mocno ułatwiają sprawę, ale i tak coś wymyślić trzeba. Może będzie to "Wojna makowa", może coś z klasyków a może w ogóle wpadnę na jakiś inny pomysł. Czas pokaże.  










Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 czerwca 2026

[Rachunek za] Maj 2026

Był to miesiąc dość nierówny, zakończony mieszanką wybuchową: z jednej strony zachwytem tegorocznym Pulizerem (o czym więcej będzie w rachunku za czerwiec), z drugiej kryzysem zdrowotnym zwieńczonym posiadówką na SOR. W związku z tym ostatnim, zachwyt trochę został przerwany a mnie dopadł kryzys czytelniczy. Mam nadzieję, że z czasem poczuję się na tyle dobrze, żeby w ramach L4 jeszcze coś poczytać. 


Książki

Włóczędzy Hao Jinfang "kurwa ale gówno"/10 

Jeśli jakaś powieść gatunkowa zostaje doceniona przez mainstream, szczególnie taki bardziej nadęty, to opcje są dwie. Może być to powieść na tyle wybitna, że nie da się jej zignorować (a potem marudzić jaka to szkoda, że dotychczas autor miał łatkę pisarza fantastyki), ale nie oszukujmy się, takie przypadki są bardzo rzadkie. Dużo częściej jakimś cudem człowiek, który nigdy nie przeczytał książki fantastycznej czyta jakieś żałosne gówno i doszukuje się w nim wzniosłych treści (których tam nie ma) i potem ja muszę czytać takie ścierwo jak "Włóczędzy" Hao Jingfang. Żeby jeszcze to było słabe sf ale miało w sobie coś ciekawego - formę, treść, przesłanie. Ale nie, wcale tak nie jest. Ta "powieść" ma dosłownie zero zalet. A do tego jeszcze PIW dorzuca tak daremne tłumaczenie, że aż trudno uwierzyć, że jakikolwiek redaktor to przeczytał. Gdyby nie to że była to książka na klub PIWu (a na jaki inny...) to rzuciłabym ja w cholerę po 


od kącików jej ust odchodziły dwie zmarszczki w kształcie księżyca w nowiu. ("Statek") 

co oszczędziłoby mi tych wszystkich scen w blasku księżyca. Na Marsie. I całej reszty bredni, które są szczególnie uderzające, gdy wziąć pod uwagę że autorka skończyła ponoć fizykę... 

Pomijając jednak jak beznadziejne to jest SF, pod innymi względami nie jest lepiej. Jeśli chodzi o styl to daję autorce taryfę ulgową, aczkolwiek ani wersja polska, od której zaczęłam ani marginalnie lepsza angielska, na którą dość szybko się przerzuciłam nie dają zbyt wielu podstaw by wierzyć, że tam się dzieją jakieś językowe akrobacje usprawiedliwiające wydanie tego kupska. Pozostają nam jednak postacie - papierowe, niedojrzałe, mdłe i nudne. Pozostaje "fabuła", którą trudno właściwie określić oraz przede wszystkim pozostaje przesłanie. No więc co nam chce powiedzieć Hao Jingfang? Otóż, że buntować się jest pięknym przywilejem młodości, bo młodzi są szlachetni i głupi, ale kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa tę rękę utnie. Obrzydliwe propagandowe gówno i nawet nie będę słyszała waszych protestów, tak mocno mam owinięta głowę folią aluminiową - jestem przekonana, że to jest powód dla którego tak słaby tekst jest promowany nie tylko w Chinach, ale i na świecie. 

Ta książka nie ma zalet. Żadnych, bo jeszcze w dodatku jest gruba. 

(przeczytałam 10% po polsku, do 40% po angielsku a resztę przesłuchałam po angielsku w audiobooku x1.7 a i tak żałuję zmarnowanego czasu) 


Blackwater I: Powódź Michael McDowell "potwór z bagien do wzięcia"/10

Na książki z tej serii natknęłam się już kilka lat temu we Włoszech. Zwracają uwagę wydaniem - kieszonkowym, ale na bogato, w bardzo charakterystycznym stylu. Rzecz jest w dodatku nie tylko estetyczna ale jeszcze do tego niesamowicie praktyczna. Czytało się to niezwykle przyjemnie. Co do samej powieści - to dopiero pierwszy tom serii, poznajemy bohaterów i pewien zarys problemu. Zaciekawiło mnie to na tyle, że chętnie sięgnęłabym po kolejne tomy, ale zwyczajnie... Żal mi pieniędzy, nawet uwzględniając ładne wydanie. Ta seria to takie czytadło, które się łyka na plaży w Łebie i zapomina na wsze czasy. To 40 zł, które już wydałam to i tak za dużo. 





Milczenie owiec Thomas Harris 7/10

Z racji przynależności klubowej miałam pretekst do zapoznania się z tym klasykiem. Początek mnie nie zachwycił, Lecter wręcz karykaturalny. Potem Buffalo Bill zlepiony z dobrze mi znanych seryjnych morderców (to nie jest może zarzut sam w sobie, po prostu, no, trochę za bardzo widoczne dla mnie było z czego autor klei tego typa). Ale w drugiej części powieści całkiem sprawnie zbudowane napięcie. Ogółem z jednej strony utwierdziła mnie ta książka w przekonaniu, że thrillery i kryminały nie są dla mnie, z drugiej pokazała, że thriller to jednak coś bardziej pode mnie - jak już muszę - niż kryminał. 

Z ciekawostek, to uderzyło mnie tłumaczenie. Nie jest niby stare - z 1990 roku - a jednak jest takie... archaiczne. Nie jest to język dla mnie obcy - wręcz przeciwnie, to język mojego dzieciństwa i chyba dlatego wywarł na mnie takie wrażenie. Uświadomiłam sobie, że on zniknął, że od dawna już tak wcale nie mówimy. Na swój sposób ta książka pachniała gazetami, które czytali moi dziadkowie. 


Przyszłość prawdy "WERNEEEEEEEEEEER"/10


Kocham Wernera Herzoga i się tego nie wstydzę. "Przyszłość prawdy" to krótki esej dający dobry wgląd w to jak Werner Herzog postrzega prawdę i jak konstruuje ją w swoich filmach. Warto się zapoznać. Z drugiej strony będzie też łyżka dziegciu - kto to kurwa składał. Już sama okładka wieje jakąś bardzo nieudaną próbą elegancji a w środku jest jeszcze gorzej. Jakby ktoś kiedyś widział dobrze zrobioną książkę, ale nie miał pojęcia, dlaczego ona była dobra i spróbował odtworzyć efekt nie znając zasad. Odległości zbyt duże, proporcje nie takie, paginacja bez sensu, Dobry Jeżu Anaszpanie, skład aktywnie przeszkadzał w czytaniu. A tu obawiam się, cała seria będzie takim kupskiem. 




Komiksy 

Requiem. Rycerz wampir. Tom 4: Klasztor Sióstr Krwi. Królowa dusz zmarłych 

Jak pisałam już wcześniej - ta seria zaczyna się lepiej niż się kończy, więc im dalej w las tym większe znaczenie mają przepiękne ilustracje Ledroita, bo fabuła... To od samego początku nie jest żadne arcydzieło, ale po prostu cały ten motyw reinkarnacji i podwójnej tożsamości jest słaby jak barszcz, a w każdym razie słabo zrealizowany. Niemniej oczywiście, że kupię wszystko i wszystko przeczytam. Piękny jest to komiks i durny rozkosznie.    


Pulizer 2026 

Końcówkę miesiąca spędziłam - na ile mi to pozwoliło zdrowie - czytając powieść Angel Down Daniela Krausa, która zdobyła Pulizera. I nie byłoby w tym nic godnego nadmiernej uwagi, gdyby nie to, że "Angel Down" to pierwszy w historii laureat tej nagrody będący tzw. powieścią gatunkową (konkretnie horrorem). Co? Jak? Jakim cudem? 

Już pierwsze otwarcie książki pokazuje pewne... znaki. A właściwie jeden znak: powieść napisana jest jednym zdaniem, zaczętym od środka i każdy akapit zaczyna się od "and". Pozdrawiam polskiego tłumacza i mam nadzieję, że będzie to ktoś w rodzaju Tarczyńskiego. 

Więcej napiszę, kiedy skończę, bo niestety choroba mnie dość mocno wyłączyła z życia, ale napisane jest to pięknie i autorowi udaje się doskonale oddać potworność ale i swoisty absurd sytuacji ekstremalnych. Akcja toczy się w czasie IWŚ a nasi bohaterowie muszą dobić... anioła. 


Plany 

Przede wszystkim - odżyć. Potem dokończyć "Angel Down" i dwie lektury na kluby - "Wygnanie i królestwo" Camusa oraz "Poranek dnia zagłady" C.L. Moore. Na koniec miesiąca - "Region Węża" C.J. Cherryh. Gdzieś pomiędzy powinna znaleźć swoje miejsce "Tajemna historia", ale nie jestem pewna, czy dam radę (zaczęłam, ale nie wciągnęła mnie). 












Czytaj dalej »

piątek, 1 maja 2026

[Rachunek za] Kwiecień 2026

Kwiecień był miesiącem nadrabiania strat. Intensywnym tak bardzo że sama się zdziwiłam, że to wszystko odbyło się w jednym miesiącu. Mocno nadrobiłam straty w ilości przeczytanych stron (wyszło 1750! wciąż jestem w szoku), spontanicznie przypomniałam sobie "Ruchomy zamek", skończyłam świetne "Gasnące słońce", zapoznałam się z rewelacyjnymi "Grzesznymi chłopcami" (nareszcie dobra książka na kklub PIWu!). Nawet obejrzałam dwa filmy! Pozostaje mieć nadzieję, że ten trend się utrzyma. 


Ksiażki 

Howl's Moving Castle "Welsh Rugby"/10

Nie wiem, który raz czytałam tę książkę. Chyba czwarty...? Buja za każdym razem. I powtórzę po raz tysięczny: bez znajomości książki oglądanie filmu nie ma sensu. Diana Wynne Jones była osobą obdarzoną niezwykłym talentem do... pewniej sympatycznej ironii. Jej bohaterowie są często w równym stopniu niezwykli i śmieszni, trochę głupkowaci, naiwni, szlachetni, narwani i rozkojarzeni. 

Pomijając dwa fragmenty, które naprawdę są nieco za bardzo dla dzieci jak na mój starczy gust, jest to świetna książka, od której nie sposób się oderwać za to łatwo popłakać się że śmiechu. 




There Is No Antimemetics Division ⬛⬛⬛⬛⬛⬛ /10

Ależ to była dzika jazda. Jak lubicie SCP, to nie muszę pisać nic więcej. Jak nie wiecie co to jest SCP, to chcecie się dowiedzieć. No a "There Is No Antimemetics Division" to właśnie powieść w tej konwencji, że tak powiem, bo pierwotnie pojawiła się na wiki jako odcinkowa seria. 

Trudno jest jakoś zarysować o czym jest ta powieść, skoro jest o zapominaniu. I to nie w taki refleksyjny sposób jak "Podziemie pamięci" Ogawy, ale w wariacki sposób gdzieś z pogranicza Lovecrafta i Z Archiwum X. 

To ten rodzaj intelektualnej zabawy, gdzie bierzemy jakaś koncepcję z gatunku "co by było gdyby" a potem wyciągamy z niej wnioski aż połamiemy rzeczywistość. I potem idziemy jeszcze kilka kroków dalej. 

Świetna rzecz, bardzo polecam. 


Faded Sun: Kutath 8,5/10

Nareszcie udało mi się skończyć czytanie trylogii Gasnącego Słońca. Zaczęłam w lutym, jestem zażenowana tym ile to trwało i raczej niewiele zmienia jakie tam klubowe powinności mnie usprawiedliwiają. Z pewnością ten długi czas lektury nie ma nic wspólnego z samym tekstem, który jest wspaniały. 

Tak jak pierwszy tom skupiał się (zarówno pod względem nastroju jak i fabuły) na desperacji i opuszczeniu Nuina, jak drugi był o opresyjnej samotności Duncana, tak tom trzeci to bardziej konfrontacja oraz tak lubiane przez Cherryh dynamiczne zakończenie. Czego tu nie ma! Zwroty akcji, przeszłość niejednego świata, interpretacje wydarzeń z różnych punktów widzenia, wybuchy, pościgi... 




Grzeszni chłopcy "geje tajpeje"/10

To może być największe odkrycie tego roku. I zaskoczenie. Moje dotychczasowe doświadczenia z literaturą chińską nie były dobre, więc obawiałam się straszliwego gówna. A dostałam rewelacyjną powieść. Gorzką, miejscami zabawną, zgrubsza straszną - śledzimy losy grupki młodych homoseksualistów, w większości wyrzuconych z domów, skupionych wokół pewnego parku w Tajpej. Autor odmalowuje nam wspaniałą galerię postaci, od dramatycznych i na poły legendarnych, bo zwyczajnych, żałosnych, czasem upośledzonych umysłowo. Miesza się tu ohydna dorosłość ich życia z tym, że mamy do czynienia z dziećmi. Ci chłopcy pewnego dnia pojadą na rowerach wykąpać się w rzece i zjedzą lody u zaprzyjaźnionego sprzedawcy... Lody za które zapłacą pieniędzmi zarobionymi poprzedniej nocy w dworcowym kiblu. Świetna rzecz, szkoda że to jedyna powieść w dorobku autora. 



Audiobooki

Weavers, Scribes, and Kings: A New History of the Ancient Near East 10/10

Amanda H. Podany na podstawie zachowanych tabliczek klinowych oraz badań archeologicznych odmalowuje niezwykle barwny obraz mieszkańców dawnej Mezopotamii. Może sobie na to pozwolić, ponieważ do naszych czasów przetrwały nie tylko dzieła literackie czy dokumenty wagi państwowej ale również osobista korespondencja zwyczajnych ludzi - chociażby despotycznego ojca, który wysyła zirytowane ponaglenia do dorosłego syna prowadzącego odział rodzinnej formy w innym mieście. 

To szczegółowa książka popularnonaukowa, dająca dobry, szeroki ogląd sytuacji politycznej i społecznej wielu państw na przestrzeni wielu stuleci, która nieustannie pozostaje blisko swoich bohaterów, czy to pomniejszej szwaczki, czy króla, o którym uczy się w podstawówce każde dziecko. 

Wspaniała książka i mam nadzieję, że ktoś wyda ją po polsku. 

Angielski audiobook, sprawnie czytany przez autorkę (!) dostępny jest na Storytelu. 


Chiny jednego dziecka "800 minus i jego konsekwencje"/10

Prześladują mnie ostatnio te Chiny ;) Reportaż trójki autorów pokazuje zarówno teorię i praktykę polityki jednego dziecka a także jej konsekwencje, wyraźnie widoczne w wielu aspektach życia codziennego mieszkańców Państwa Środka. Totalitarne reżimy mają to do siebie, że mogą przeprowadzać działania na skalę niemożliwą w innych okolicznościach. Czasem to wysłanie człowieka w kosmos. Czasem zawracanie rzek i katastrofy ekologiczne. A czasem kompletne zaburzenie równowagi płci w społeczeństwie, rozregulowanie życia rodzinnego i ekonomii. Co najgorsze - takie zmiany mogą okazać się niemożliwe do cofnięcia. Chiński rząd już wiele lat temu zorientował się że źle się dzieje, ale jego działania są równie oderwane od rzeczywistości jak kiedy politykę jednego dziecka wprowadzano. 

Ciekawa lektura, mówi wiele o życiu codziennym we współczesnych Chinach i kulturze chińskiej w ogóle. Polecam. 

(audiobook dostępny na Storytelu, książka sama w sobie - wszędzie, dopiero co miała premierę ;)) 


Filmy 

Ruchomy zamek Hauru "nie jestem już piękny, moje życie straciło sens"/10

Odświeżony w ramach filmu miesiąca na klubie książkowym, w środku nocy przed Wielkanocą w trakcie pieczenia chleba. Piszę o tym, bo było coś magicznego w tych okolicznościach. Noc, cisza, swego rodzaju pustka - to mi dało przestrzeń do skupienia się na filmie. A film... zachwyca za każdym razem. Nie wiem nawet ile razy go widziałam. Trzy? Pięć? To jeden z tych przypadków, gdzie wielokrotne powroty tylko dziełu służą, ponieważ można skupiać się na innych jego aspektach. Od kilku moich sensów to jest animacja - trzeci plan, na którym zawsze coś się dzieje. Kwiatki na łące, które wszystkie się ruszają. Piękny, piękny to jest film. 

Jak pisałam wyżej - nie sposób w pełni go docenić, jeśli nie zna się książki bo to fascynujący przykład adaptacji, która jest niezwykle wierna a jednak pomija takie drobiazgi jak fabuła. Widać, że twórcy znają książkę na pamięć i bardzo ją lubią. Różne sceny, których pozornie w pierwowzorze nie ma tak naprawdę zostały twórczo przekształcone i choć zupełnie inne to są łatwo rozpoznawalne, ale wykorzystują książkowe motywy dla podkreślenia antywojennej wymowy filmu. Ot chociażby sam początek: w animacji Sophie zostaje zaczepiona przez żołnierzy i uratowana przez Howla, który potem zabiera ją na spacer w chmurach. W książce Sophie zostaje zaczepiona przez Howla (który tak jak żołnierz w filmie nazywa ją myszką) a spacer w chmurach znajduje się na samym końcu powieści w zupełnie innym kontekście. Scenariusz został skonstruowany równie pieczołowicie co film zanimowany, choć bez znajomości pierwowzoru naprawdę trudno to zauważyć i docenić.  


Salvatore Guliano  "Sicilia is not Italy"/10

Tytułowy bohater to postać historyczna. Bandyta, który rozpoczął współpracę z sycylijskimi separatystami i działał na rzecz niepodległości wyspy. Nazywa się go czasem sycylijskim Robin Hoodem. Jak łatwo się domyślić, postać kontrowersyjna. Urodził się w roku 1922, zginął w niejasnych okolicznościach w roku 1950. I to właśnie śmierć Guliano jest punktem wyjścia dla filmu Francesco Rossiego "Salvatore Guiliano" z roku 1961, a więc nie tak długo po wydarzeniach. 

Film skonstruowany jest bardzo ciekawie: zaczyna się od znalezienia ciała tytułowego bohatera i w ramach śledztwa w sprawie odkrywa jego przeszłość oraz pokazuje proces jego wspólników (a może i zabójców). Mamy sporo retrospekcji, mamy też sceny przesłuchań na sali sądowej. 

Jest to produkcja niewątpliwie interesująca zarówno pod względem konstrukcji jak i tematu, ma jednak jedną zasadniczą wadę: to jest film publicystyczny, skierowany do odbiorcy Sycylijskiego a z pewnością dobrze zorientowanego w sprawie, kogoś kto opisywane wydarzenia albo przeżył, albo przynajmniej śledził w gazetach. Dlatego miejscami naprawdę trudno nadążać za wydarzeniami, brakuje kontekstu. Gdybym nie miała bardzo ogólnego pojęcia o czym to będzie i nie oglądała tego z osobą, która była w stanie mi cokolwiek dopowiedzieć, nie wiem, ile bym zrozumiała. Natomiast, jeśli wykona się pewien wysiłek mający na calu zapoznanie się chociaż ogólnie z najważniejszymi punktami działalności Guliano oraz ówczesnej sytuacji politycznej na Sycylii warto ten film obejrzeć. 

Czego nie warto robić, to sięgać po film "Sycylijczyk" na podstawie powieści Mario Puzo pod tym samym tytułem. Chciałam się zapoznać i z tą wersją, ale porażający amerykański debilizm tej produkcji sprawił, że wyłączyłam ją po jakichś piętnastu minutach. Nie polecam. 



Plany na maj? Dużo klubowych lektur i filmów do obejrzenia, ale mam nadzieję, że uda mi się utrzymać dobre tempo oraz przeczytać coś nie-klubowego ;)


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia