wtorek, 31 marca 2026

[Rachunek za] Marzec 2026

 Po dość żałosnym lutym przyszedł czas na całkiem znośny marzec. Czy to kwestia wiosny, czy doboru lektur czy może Palmy - nie wiem, ale się domyślam, że wszystkie te czynniki plus nadchodząca z oporami wiosna. Grunt, że wskoczyłam jakoś w normalny tryb czytania, tj. czytania dużo, zawsze i bez tracenia czasu na inne rozrywki. Wprawdzie ucierpiało to czy inne hobby, ale ja jestem bardzo zadowolona, przeczytałam grubo ponad 1000 stron, nadrabiając straty z lutego i jak tak dalej pójdzie to w ogóle wyjdę na prostą względem celu 15000 stron rocznie. Jeśli chodzi o 52 książki to wciąż jestem nieco w plecy, ale nadrabiam. Pozostaje mieć nadzieję, że książki na klub PIWu mnie nie dobiją (a są dwie z czarnej serii, więc może być różne). 


Książki

Ser i Robaki "żółte napisy ale to 1599"/10

Po raz kolejny sprawdziła się wypracowana przez kilka lat klubowania mądrość - starsze książki nadają się do czytania, nowe niekoniecznie. Rozprawa naukowa Carlo Ginzburga z 1976 roku to lektura niezwykle ciekawa. Na przykładzie jednego człowieka oraz akt z jego procesu w inkwizycji włoski historyk pokazuje nam, że wbrew pozorom możemy coś powiedzieć o klasach niższych oraz że ich życie intelektualne było naprawdę ciekawe. Menocchio, zwyczajny, zdawałoby się młynarz, naczytał się różnych publikacji i sam sobie usiadł i tak sobie pokombinował... aż wykombinował herezję. I to jaką!
Menocchio to cesarz chłopskiego rozumu, człowiek niezwykle dociekliwy, ale pozbawiony wyższego wykształcenia. Daje mu to wolność wnioskowania, którą prawdopodobnie zniszczyłaby w nim edukacja. Menocchio nie wie, jak świat został stworzony i jak funkcjonuje, więc tak sobie usiadł i tak sobie kombinował... jest to człowiek wręcz owładnięty obsesją zrozumienia, to tego stopnia, że nawet na przesłuchaniu w Świętym Oficjum nie potrafi zbyt długo powstrzymywać się przed głoszeniem wniosków, jakie wyciągnął. O tym, że świat na początku był chaosem, trochę jak ser, w którym samoistnie rodzą się robaki, że te robaki to aniołowie a największym z nich jest Bóg... Zaczynacie chyba rozumieć, że to nie mogło się spodobał Kościołowi, prawda? Jednocześnie jednak nie jest to historia o szybkim pojmaniu, torturach i egzekucji. Inkwizytorzy, którzy zainteresowali się sprawą na podstawie donosu osoby skonfliktowanej z Menocchiem, próbują dociec o co mu chodzi i ewidentnie widzą, że chłop jest zaburzony a nie że jest jakimś fałszywym prorokiem.

Ginzburg we wstępie mówi o tym, że chce przedstawić historię z perspektywy zwykłego człowieka, członka klasy podporządkowanej, co w ówczesnych (lata 70) realiach historiograficznych było uznane za niemożliwe i nieistotne. To mu się niewątpliwie udaje, odmalowuje przed nami (przy pomocy rozległych cytatów z akt) ciekawy i wieloaspektowy obraz nie tylko Menocchia, ale również jego otoczenia. Druga teza Ginzburga, jakoby wymiana intelektualna zachodziła w dwie strony przekonuje mnie znacznie mniej. Moim zdaniem autor nie daje na to żadnego dowodu. Menocchio niewątpliwie czyta modne książki, jest zaznajomiony z ogólnymi trendami epoki, ale nie widzę żadnego momentu, w którym realnie na nie wpływa. 

"Ser i robaki" to lektura interesująca, ale dość męcząca z powodu absurdalnej ilości absurdalnych przypisów, w tym długich cytatów w językach obcych, które nie zostały przetłumaczone. A to są takie filologiczne przypisy, gdzie autor dyskutuje nad znaczeniem użytego przez francuskiego autora słowa. W dodatku przypisy te są na końcu (co jednak nie dziwi biorąc pod uwagę, ze niektóre mają po kilka stron a jest ich więcej niż kartek w książce...), a w ebooku to w ogóle jakaś porażka. Tyle że mnie to zachęciło do ogarnięcia ReadEry na Palmie (to chyba jedyna aplikacja do czytania, która pokazuje przypisy na dole ekranu!) z czego jestem bardzo zadowolona. 

Zainteresowanym mentalnością szesnastowiecznych foliarzy polecam i nie zraźcie się bardzo gęstym wstępem, potem jest znacznie znośniej napisane. 



Wichrowe Wzgórza Heathcliff did plenty wrong but you deserved it/10


Premiera filmu (na który się nie wybrałam i którego raczej nie mam zamiaru oglądać) była dobrym pretekstem, żeby przeczytać tego klasyka. Zaskoczyła mnie ta książka - klasyki, chyba w ogóle tak mają. Przede wszystkim tym, jak rozkosznie okropni są wszyscy ci ludzie. Pierwsze pojawienie się Heathcliffa to scena naprawdę godna najwyższych pochwał. Jest wspaniale... niezręcznie, nieprzyjemnie, jakoś po gotyckiemu dziwnie i niepokojąco. Cała ta patologia odmalowana jest świetnie.

To książka krótka, szybka i właściwie dość przyjemna, bo chociaż porusza ciężkie tematy to jest jednak trochę na krawędzi śmieszności, jak to z romansami gotyckimi bywa. To nie wada, to po prostu jest tego typu literatura. Możemy oczywiście rozmawiać o tym, że Wichrowe poruszają kwestie rasizmu i jego konsekwencji, bo tak jest... ale wydaje mi się, że w tej materii napisano znacznie lepsze książki (porównanie ze "Światłością w sierpniu" nasuwa się samo). 

Jestem więc na etapie 2/6 z wyzwaniem "klasykowym", jak na razie idzie świetnie. Zobaczymy, jak mi się uda wcisnąć kolejne do planów czytelniczych. 


Psia Kalevala 10/10

Kalevala to fiński epos narodowy, ten sam, który tak mocno wpłynął na Tolkiena. Akseli Gallen Kallela to fiński malarz z przełomu XIX i XX wieku, który Kalevalę zilustrował w serii słynnych (i pięknych) obrazów. A pan Mauri Kunnas miał psa i postanowił połączyć to wszystko we wspaniałą książeczkę dla dzieci i dorosłych. Mamy tu więc historię z Kalevali przepisaną na psy, wilki a nawet jednego kota, wspaniale zilustrowaną. Wiele z obrazów Gallen Kalleli znalazło tu swoje odwzorowanie, a orka na żmijowym polu to jest wręcz lepsza niż oryginał. Jeśli macie pod ręką jakieś dziecko, któremu przyda się ładna i ciekawa książka, to biegnijcie kupić. Zresztą dla siebie też możecie, bo Kalevala jest zajebista a ta ma jeszcze na dodatek pieski.  



Faded Sun: Son'jir "if he dies he dies"/10

Drugi tom "Gasnącego słońca", 4 książka w wielkim rereadzie Unii/Sojuszu, straszliwie opóźniona. "Kesrith" czytałam już wcześniej, lata temu, z dalszą częścią tej historii zapoznałam się dopiero teraz. I jakież to było wspaniałe. Ciężar opowieści przenosi się na Duncana, ciężar opowieści i ciężar odpowiedzialności za wydarzenia, które rozpoczął i których w swojej naiwności nie przewidział. Ponownie, mri są mri, ludzie są ludźmi a regule to regule. Z jednej strony mamy małą skalę relacji między jednostkami, gdzie ponownie upór mri ściera się z ludzką elastycznością i nie do końca potrafi docenić jej poświęcenia. Z drugiej - skala wielkiej polityki obnaża cynizm i okrucieństwo nieznane szlachetnym wojownikom, których bezwzględność okazuje się tylko pozorna. 

Świetna to książka - choć inne niż "Kesrith" - i teraz, kiedy uporałam się z innymi zobowiązaniami, pędzę do "Shon'jir". 



Семьдесят два градуса ниже нуля (72 stopnie poniżej zera) 9/10

Władymir Sanin urodził się w roku 1928 i myślę sam ten fakt mówi wiele o tym, co w życiu przeżył. Był uczestnikiem kilku antarktycznych ekspedycji i to właśnie tej tematyce poświęcił większość swoich tekstów. Ponieważ czytałam już tę powieść w 2021 roku, dokonam bezczelnego autoplagiatu:

"72° poniżej zera" Władimir Sanin 9/10

Dzielni polarnicy, twardzi jak skała i mięciusi w środku jak małe pingwinki bohatersko zmagają się z przeciwnościami antarktycznej zimy. Paliwo gęstnieje na galaretę, ciągniki zawodzą, odmrożenia, głód i brak papierosów dręczą naszych bohaterów, ale kto jak kto, ale oni nie poddadzą się bez walki. I to wszystko w dodatku oparte na faktach, napisane przez najprawdziwszego polarnika. 

Powieść składa się w równym stopniu z akcji współczesnej co i retrospekcji przybliżających nam bohaterów. I jacy to są bohaterowie! Dzielny czołgista, co to go Niemcy zastrzelili a on uciekł, nieśmiały kucharz-sierota w szponach strasznej "cioteczki", były bokser, lekarz, kierowca, traktorzyści i mrukliwy obrońca sierot, słowem POLARNICY. Ach, uwielbiam. Natrafiłam na te książkę przypadkiem ale niewątpliwie jeszcze do niej wielokrotnie wrócę. 

Niestety to jedyny tekst Sanina wydany po polsku (za to na allegro chodzi po 2zł). Ale właśnie wychodzą dzieła zebrane po rosyjsku, więc trzeba znaleźć jakiś piniondz i zakupić... 

Moje zdanie się nie zmieniło, chociaż w związku z polityką niestety tych dzieł zebranych nie kupiłam, a ponieważ Sanin nie jest specjalnie znany w Polsce, to w księgarniach sprowadzających książki nie ma żadnych wydań. Na szczęście da się paypalem płacić w litres na stronie (w aplikacji jakoś nie, ale nie wiem, czy to sankcje, czy jakieś moje problemy techniczne)  - pomijając oczywiście nieskończone zasoby rosyjskiego Internetu, który zachował wiele cech starych dobrych czasów. 

To nie było moje pierwsze czytanie tej książki, tak samo, jak nie była to pierwsza książka po rosyjsku, którą przeczytałam, ale myślę, ze to był swego rodzaju kamień milowy w mojej nauce języka - czy może bardziej konkretnie: w czytaniu cyrylicy w tempie, które nie doprowadza mnie do szału. Jeszcze daleko jestem od perfekcji, ale pod koniec czytania złapałam się kilka razy na tym, że ten alfabet jest już dla mnie kompletnie przezroczysty, że myśli nie uciekają mi na boki, bo są znacznie szybsze od oczu. Żeby była jasność, jak pisałam na początku, to nawet nie jest pierwsza - ani podejrzewam najgrubsza - książka po rosyjsku, jaką przeczytałam, ale coś się zmieniło w moim mózgu. Alleluja. Podejrzewam, że pomogły dwa czynniki: termin, który wymuszał na mnie czytanie więcej niż pewnie bym zrobiła w innym wypadku oraz to, że od pewnego momentu czytałam wyłącznie tę książkę. Brak porównania do tego, jak szybko czytam po polsku czy po angielsku pomógł z pewnością trochę oswoić wolniejsze tempo. Chociaż, wydaje mi się, przyspieszyłam znacznie w ciągu trwania tej zabawy. 
Co jednak istotne: cieszę się, że to nie było moje pierwsze czytanie. Nie dlatego, że jakoś bardzo mocno mi to pomogło (od maja 2021 minęło jednak dużo czasu...), ale dlatego, że ta lektura przypominała mi mocno moje pierwsze książki czytane po angielsku. Coś mi tam jednak umykało a powolne tempo lektury też nieco przeszkadzało w poczuciu napięcia w jakim bohaterowie próbują przetrwać w ekstremalnych warunkach. Ale mnie to cieszy, bo to oznacza, że materia już mi nie przeszkadza i jesteśmy na etapie, gdzie wyłącznie muszę podszkolić się ze słownictwa. 





Targi Książki 

W marcu, jak co roku, odbyły się Poznańskie Targi Książki. Jak zwykle tłum straszliwy, na szczęcie znowu zrobiono osobną strefę autografow, więc przynajmniej częściowo rozładowano sytuację. Właściwie kupiłam niedużo książek, jakoś nie wpadłam w szał, zaraz na początku były niedaleko od siebie Znak i Vesper, więc plecak miałam ciężki od godziny 0. Chciałam się obkupić w PIWie, ale nie wzięli nic z tego, co sobie zaplanowałam kupić... może trochę żałuję, że nie wzięłam Kauri, ale jakoś nie było we mnie takiego szału zakupowego jak zwykle. Niestety nie zdążyłam wejść na strefę książek dla dzieci. 
Co do kwestii organizacyjnych - musiałam przejść przez pawilon targów edukacyjnych i co tam się działo to jakieś nieporozumienie. Panował tam potworny hałas (jakaś scena?), nie wyobrażam sobie wypytywania ludzi o swoją przyszłość w takich warunkach. Na samych targach książki niestety okropny chaos w ustawieniu stoisk. Ominęłam stoisko, które chciałam zobaczyć, bo się po prostu nie dało go znaleźć. Do innego trudno było trafić, bo z jednego miejsca było je widać, ale potem już w tym labiryncie trudno się było zorientować. W czym komu przeszkadzają równe rządki? Ja tam chcę obejść wszystko. Po to tam idę, chcę odkryć coś nowego, porozmawiać z jakimiś obcymi ludźmi. 




6 Nations 2026

Ach, co to był za turniej. Oglądałam głównie na telewizji francuskiej, więc z komentarza rozumiałam niewiele, ale pod koniec meczu już się darłam po francusku razem z komentatorami, no bo tak każe obyczaj. Do samego końca ważyły się losy turnieju, do tego Walia grała znacznie lepiej niż latach ubiegłych, a Włochy... ach, Włochy... Zacny to był turniej i szkoda mi, że pewnie z rok poczekam na następne rozgrywki rugby, które będę mogła śledzić z taką uwagą. 



Plany

Plany na kwiecień są zwięzłe: dokończyć rozgrzebane wątki i ogarnąć kluby czytelnicze. A więc:
- There Is No Antimemetics Division (jestem w połowie)
- Faded Sun: Kutath - ten reread miał się skończyć w lutym...
- Grzeszni chłopcy - na klub PIW
- Wędrowcy - na klub PIW w maju, książka gruba a czasu będzie mało (do tego, kto wie, jak się to będzie czytać...)

Czytaj dalej »

niedziela, 1 marca 2026

[Rachunek za] Luty 2026

Na luty miałam ambitne plany, głównie dlatego, że zapomniałam, że będzie olimpiada i Puchar Sześciu Narodów. Wyszło z tego bardzo niewiele, przeczytałam jakaś żenującą ilość stron i mam nadzieję że to się więcej nie powtórzy. Ten kryzys jest o tyle zaskakujący, że w lutym od lat czytałam bardzo dużo. No ale jest, już nic z tym nie zrobię, pozostaje poprawić się w marcu.


Książki


Anna Karenina "ateizm wypocisz, kurestwa nie da rady"/10

To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem oko w oko, jakoś nigdy wcześniej się nie złożyło go poczytać (chyba że jakieś opowiadanie, ale nie wydaje mi się), trochę dlatego, że zawsze unosił się wokół niego jakiś swąd chłopomańskiego pierdolenia. Nie powiem, żebym się jakoś do jego filozofii przekonała. Chłop, który nosił medalik z portretem Rosseau bo tak go kochał to nie jest materiał na mojego znajomego (i zresztą na pewno z wzajemnością). No ale, "Anna Karenina". 

Mimo mojej odruchowej i nie do końca uzasadnionej niechęci do Tołstoja chciałam się z jego twórczością zapoznać od dawna tylko jej opasłe rozmiary sprawiały, że zawsze czekał na lepsze czasy. No i się doczekał. Dołączyłam pod koniec zeszłego roku do świetnego klubu czytelniczego i Karenina wypadała akurat na książkę pierwszego kwartału 2026. Nie ma przypadków, są tylko znaki! 

Zaskoczyła mnie lekkość stylu, ale też przede wszystkim to jak zwyczajne są postacie, jak aktualne ich problemy. Jest tu wiele fragmentów, które bez żadnych zmian można by napisać wczoraj. I te o biurokracji i te o wojnie i te o prasie. Oczywiście że ludzie nie zmienili się przez ostatnie 150 lat aż tak bardzo, niemniej przywykłam chyba po prostu do lektur o jednostkach... Może nie wybitnych ale niezwykłych. Neurotykach, ideologach, świrach, mordercach, outsiderach (i nie mam na myśli wyłącznie literatury popularnej, klasyka również pełna jest postaci odbiegających od normy). Anna Karenina pełna jest osób zwyczajnych i prawdę mówiąc niewiele sobą reprezentujących (poza bardzo trafną diagnozą swojej warstwy społecznej oczywiście). Narcystyczna Anna, również mistrzowsko opisana, mocno wyróżnia się na tym tle. Bardzo pomaga mocno spersonalizowana narracja, wypadająca niekiedy w strumień świadomości (ostatnia przejażdżka Anny). Pozwala też na sporo humoru, kiedy możemy obserwować przemyślenia Obłońskiego na swój własny temat albo to jak emocje totalnie przesłaniają Lewinowi rzeczywistość. 

Przepiękne są tu opisy życia na wsi, przyrody - mamy nawet opis polowania z perspektywy psa. 

Duch "Pani Bovary" unosi się nad całością, choć tam gdzie Emma jest durna jak stołowa noga, w Annie wrze narcystyczne tornado, które wraz z upływem czasu postępuje aż do osiągnięcia szczytu absurdu spod znaku "na złość babci stanę boso w śniegu". To jak kończy się ta historia pasuje do odmalowanej osobowości idealnie. 

Anna jest uwikłana w społeczne zależności, które krępują jej ekspresję i stoją na przeszkodzie jej szczęściu... Przynajmniej tak się wydaje póki nie okazuje się że to jednak Anna jest problemem i nie ma i nie będzie sytuacji, w której będzie zadowolona. 

Niezwykłe ciekawą postacią jest również Drański Wroński, którego percepcja przez czytelnika i rola w tekście zmienia się o 180 stopni. Dobrze obrazuje to postać niespecjalnie dobrego człowieka, ale mimo wszystko osoby zdrowej psychicznie. 

Nie przekonałam się za to do poglądów autora. Wszystko to jest mętne, emocjonalne i dobrze by było jakby było dobrze.  Ta końcówka o odnajdywaniu boga to naprawdę odpowiednik gimnazjalnego ateizmu, tylko w drugą stronę (skojarzyła mi się poza tym z zakończeniem "Metro 2033", choć jest nieco mniej z dupy). Jak mówiłam - ateizm wypocisz, kurestwa nie da rady. Niemniej jest to rewelacyjna powieść i polecam. Doświadczenie wspólnego czytania i komentowania na bieżąco również było wspaniałe. 


To długa książka, jednak końcówka zajęła mi stanowczo za dużo czasu, powinnam była skończyć ją w styczniu a szamotałam się do 19 lutego (!!!). I chociaż ósma cześć to w większości gimnazjalne przemyślenia autora na temat odnajdywania Boga to jednak nie było to aż takie trudne w lekturze. Kryzys jakiś miałam i nie był on związany z Tołstojem.


Faded Sun: Kesrith "I'm not crying, you're crying"/10

Kolejna pozycja w Wielkim Ponownym Czytaniu Unii/Sojuszu (I kolejna marginalnie związana z tematem, lol). Plan był taki, że łykniemy całą trylogię w lutym, wydawał się rozsądny, no a potem się okazało, że przez dwa tygodnie męczyłam 200 stron Kareniny. Niemniej.

Pierwszy tom trylogii, ten jedyny wydany po Polsku (z niezapomnianą i niezwiązaną z treścią okładką) czytałam już kiedyś, dawno temu i wspominałam bardzo dobrze. Ponowna lektura, tym razem w oryginale, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jest cholernie dobra powieść. Jedna z najlepszych autorstwa Cherryh.

To powolna, potwornie smutna opowieść o wymieraniu, o końcu, o pustce. Mri są piękni ale to co czyni ich tak pięknymi jednocześnie jest ich zgubą. Nie potrafią się zaadoptować do zmieniających się warunków, nie chcą tego robić, ich styl życia jest dla nich ważniejszy od biologicznego przetrwania. Cherryh kontrastuje to ludzką umiejętnością do adaptacji do każdych warunków i bezwzględnością reguli. 


I to by było niestety na tyle jeśli chodzi o czytanie. 


Palermo

Na początku miesiąca po raz kolejny wybrałam się na Sycylię, tym razem dla odmiany bazę wypadową miałam w Palermo, a nie w Katanii. Wyjazd był krótki (od poniedziałku do soboty) i jak zawsze intensywny. Wreszcie miałam okazję pozwiedzać dokładniej zachodnią cześć wyspy (dotychczas byłam tylko w Palermo na dwóch jednodniowych wypadach z Katanii), chociaż zostało mi jeszcze wiele do zobaczenia. Jak zawsze zachwyciły mnie kościoły, tak barokowe jak i przede wszystkim normańskie (katedra w Cefalu!). Miasteczka jak z bajki (Cefaluk, Trapani) to na Sycylii standard a nam w dodatku dopisała pogoda. Zrobiliśmy też szybki skok do Katanii na końcówkę obchodów św. Agaty, przyjemnie było wrócić na stare sycylijskie śmieci a do tego mogłyśmy obejrzeć początek procesji i pokaz fajerwerków. Samo miasto było udekorowane światłami - coś jak u nas na przed Bożym Narodzeniem, tylko bardzo kolorowo i naprawdę bardzo dużo. 
Ogółem, jak zawsze, polecam Sycylię i co tu dużo kryć - zostało mi jeszcze mnóstwo do zwiedzenia (szczególnie południe i południowy zachód), więc mam nadzieję jeszcze nie raz się tam wybrać. 






















Czytaj dalej »

niedziela, 1 lutego 2026

[Rachunek za] Styczeń 2026

Początek roku był dość obiecujący. Po pierwsze przeczytałam książkę, którą dostałam na święta, więc niejako prosto z księgarni, a już przeczytana. To mi się nie zdarza. 

Po drugie dołączyłam w grudniu do nowego klubu czytelniczego i w styczniu miałam czas w kalendarzu na zabranie się za wspólną lekturę. To książka na cały kwartał, a więc cegła - padło na "Annę Kareninę" Tołstoja - więc jest trochę czytania i nie wyrobiłam się w styczniu, natomiast jestem grubo za połową i wiele mnie w tej książce zaskoczyło. Więcej na ten temat będzie w rachunku za luty. 


Książki

Dług "kto by czytał tę umowę kredytową"/10

Książka jest nieźle skonstruowana i autorka stara się zwięźle przedstawić wieloaspektowy problem zadłużenia. Mamy tu różne przypadki - od ludzi, którzy biorą chwilówki, żeby przepierdolić na głupoty po takich, których choroba dziecka wpędza w długi, po drodze poznajemy osoby oszukane przez bliskich oraz dzieci dziedziczące milionowe długi z winy systemu. Są tu osoby, w przypadku których zadłużenie to wina niewydajnego prawa, ale większość to, nie oszukujmy się, osoby skrajnie niezaradne życiowo, jak pani, której nie przyszło do głowy, że umowę kredytową należy przeczytać. Prawdę mówiąc na tle wielu tych historii opowieść dziewczyny, której życie w wielkim mieście zawróciło w głowie i brała chwilówki, żeby stawiać znajomym obiady w restauracji brzmi jak naprawdę sensowna droga życiowa. 

"Dług" nie do końca spełnił moje oczekiwania - chciałam jakiegoś mocniejszego rage-baitu oraz czegoś bliżej bohaterów. Szczególnie to drugie jednak wynika myślę z jednej strony z delikatności tematu (bohaterowie wpuścili autorkę głęboko w swoje życie) oraz z faktu, że "Dług" to debiut. Czego faktycznie mi zabrakło, to większej analizy tego, jak dokładnie się w te długi popada. Przedstawione to jest dość pobieżnie, tu kredyt, tam kredyt, raz dwa, CO TERAS. Chciałabym poczytać więcej o samej matematyce odsetek, opłat dodatkowych i całej reszty tego zamieszania. Niemniej to jest dobra książka, przekrojowa, solidna. Polecam i będę z ciekawością obserwowała dalsze poczynania autorki. 


Pierwsze słowo "Nie wiem, ale się wypowiem"/10

Tak jak zaczęło się dobrze, tak potem spadliśmy w otchłań niekompetencji. 

Cześć językoznawcza karygodna, do stopnia, w którym redakcja zaczęła dawać przypisy bo tak chłop bredzi. W przypisach odniesienia do jego własnych książek. Autorowi nie po drodze nie tylko z wiedzą ale także z logiką, wielokrotnie wyciągane są tu wnioski z dupy. Cześć archeologiczna nieco mniej mnie triggerowała, ale podejrzewam, że głównie dlatego, że trudniej było z miejsca weryfikować (tu też pojawiły się przypisy redakcji prostujące interpretacje autora). Autor pisze z dużą pewnością siebie, chociaż nie ma pojęcia o czym. 

Całe "Pierwsze słowo" jest napisane w poetyce tekstu prasowego, uproszczone, pełne wniosków z dupy i błędnych interpretacji. Autor nie rozumie terminów, których używa a czasem w ogóle pisze mądrości w rodzaju "neandertalczyk nie pozostawił żadnego śladu w DNA człowieka". Typie, co? W dodatku, książka pierwotnie powstała w latach 90 i do nowego wydania nie chciało się nikomu nawet raz jej przeczytać i poprawić wszystkich "niedawnych badań" na określenie badań z lat 80. (brak też oczywiście odwołań do badań nowszych). Powoływanie się na źródła sprzed 50 czy nawet 100 lat to nic złego, one nie musiały się zdezaktualizować, ale wypadałoby mieć jakiś elementarny szacunek do czytelnika. Z drugiej strony wtedy ten gniot w ogóle by nie powstał. 

Nie rozumiem jakim cudem książka tak słaba znalazła się w serii Ceramowskiej, nawet biorąc poprawkę na to, jak spadła moja opinia o PIWie, od kiedy czytam po 10 ich książek rocznie. Ta książka w ogóle nie powinna się ukazać, kropka.  

Spotkania o tej książce jeszcze nie było, bo trochę pokonała nas inwentaryzacja w księgarni, która organizuje klub, będzie w lutym. 


Seriale: 

Z Archiwum X

Wróciłam do układania puzzli i wróciłam do oglądania "Z Archiwum X". Po raz kolejny uderza mnie, jak bardzo zmieniła się telewizja od lat 90. Na ten serial generalnie trzeba patrzeć (dlatego to zły wybór do puzzli, ale albo tak, albo wcale, chociaż może postaram się urządzić sobie kącik filmowy przed rowerem spinningowym) - bardzo wiele dzieje się bez dialogów i bez bardzo wyraźnych dźwięków, ot kroki, niepokojąca muzyka. I ponownie - miło jest patrzeć na znanych sobie z innych miejsc aktorów w różnych rolach, czasem zupełnie epizodycznych. 


Filmy

Avatar III "Quaritch did nothing wrong"/10

Miałam nie iść, bo nie było miejsc na pokazach w grudniu, potem były tylko bardzo późno (a nie wrócę z tego kina do domu w nocy zimą), ale jednak mnie namówili. No i co mogę powiedzieć? 

Wnioski są takie: 

- jak ja kurwa kocham IMAXa

- bawi mnie niesamowicie, że ten film opiera się na tym, że ma mnie obchodzić los postaci, których imion nie znam, które nie bardzo od siebie rozróżniam i których los jest mi kompletnie obojętny xD

- pani szamanka ognia mi się podobała i Quarrich w nowym malowaniu również (wciąż najciekawsza postać)

- ile trwają te naavskie ciąże xD

- ogółem to już na etapie części drugiej było jak fanfik do czyjegos niezłego anime pełen własnych postaci autora które są nudne jak flaki z olejem i nic nie wnoszą

- w mojej głowie Quarrich i Jake wychowują wspólnie syna chociaż są po rozwodzie i cały czas się kłócą (Quarrich ma rację)

- ogółem motyw szlachetnego dzikusa i to eko pieprzenie mnie irytują i ta seria bardzo obnaża jakie to jest słabe. Bo ci na'vi niczego sobą nie reprezentują. W pierwszym filmie jakoś to działało, bo tam jednak ciężar niesli na sobie ludzie, o na'vi mało wiedzieliśmy i git, jakoś się to toczyło. Ale jesteśmy 2 filmy dalej i oni nadal wrzeszczą bez powodu, przytulają się do drzewa i taka to jest ta ich cała kultura. Naprawdę nie można było im napisać czegokolwiek ciekawego w ramach zwyczajów, legend etc.?

- dialogi wielorybów wybitne, naprawdę napisy byly niezbędne

W ogóle to jak Spider nauczył się oddychać było tak głupio zrobione, że wciąż nie wierzę. Kumam, że to było potrzebne, żebyśmy mieli dalej o co się bić, ale naprawdę dało się to zrobić sensowniej. 

Co do mojej oceny, patrz punkt pierwszy, na kolejnego też pójdę xD


Bonus: 6 minut cierpienia z Krzysiem Nolanem

Przed Avatarem w ramach kary za bezmyślne wydanie 50zł na bilet do kina puszczają 6 minut prologu do "Odysei" Nolana. Jezu, jakie to było złe. Gorsze niż wam się wydaje, że będzie. A już sam finał, kiedy za progiem pojawia się ten Batman w plastikowej zbroi to jest ten moment, kiedy zażenowanie was zabija i słodkie objęcia śmierci dają nadzieję, że zapomnicie, czego doświadczyliście. 


Czytaj dalej »

sobota, 3 stycznia 2026

[Rachunek za] Rok 2025 - książki



2025 to był rok tak długi, że bardzo się zdziwiłam, kiedy spojrzałam na listę przeczytanych na Storygraphie. Był to rok odkryć i zachwytów, powrotów, początków i słabych lektur. Działo się i cieszę się, że pisanie tego podsumowania pozwoli mi uzyskać bardziej całościowy ogląd sytuacji. 

Z czego jestem zadowolona? 

Z wielu rzeczy. Przede wszystkim we wrześniu w końcu rozpoczęłam planowane chyba od dekady Wielkie Ponowne Czytanie Unii/Sojuszu, czyli systematyczną lekturę wszystkich książek z cyklu - jest ich obecnie 34 sztuki. Co więcej, znalazłam sobie towarzysza tej podróży i jest naprawdę super tak sobie razem po rozmawiać o Cherryh. Działamy w publicznych Buddy Readach na Storygraphie, więc kto chętny do dołączenia, niech daje znać. Czytamy powoli, tj. robimy sobie odstępy między kolejnymi książkami, żeby nie zmęczyć materiału. Chodzi o zapoznanie się z tematem a nie jakiś maraton, więc potrwa to parę lat. Jak pisałam w poście o planach może w roku 2026 uda się przeczytać aż 6 książek, ale to wersja maksimum. 
Po drugie, czytałam sporo cegieł, mniej czułam presji jeśli chodzi o ilość. Bardzo dobrze zrobiło mi skupienie się na ilości przeczytanych stron a nie książek. Oczywiście, książka książce nierówna, tak samo jak strona stronie, rzecz w tym jednak, że mi takie proste statystyczne/ilościowe wyzwania generalnie pomagają. A tu przycisnę jeszcze, a tu po coś sięgnę, dziś jeszcze poczytam, a film obejrzę jutro. Najbardziej pozytywnie oceniam cel czytania co najmniej 1000 stron miesięcznie. To nie jest bardzo dużo, to nie kumuluje się nawet w docelowe 15k, które ustawiłam sobie zbiorczo, a jest to ładna okrągła liczba, do której można dążyć. Jest to około 3 książek miesięcznie więc też bez wielkiej spiny (co nie zmienia faktu, że mi się nie udało w każdym miesiącu 2025 roku, ale o tym będzie poniżej). 

Z czego jestem niezadowolona? 

Doboru książek na klubie czytelniczym PIWu. To był naprawdę słaby rok. Sam klub jest super, ekipa na nim jest rewelacyjna, spotkania generalnie są satysfakcjonujące. Niestety tak jak w roku 2024 przeczytałam na ten klub najlepszą książkę roku, odkrywał nowych autorów i nawet książka zła była tak zła, że przeszła do historii tego bloga, tak ten rok był bardzo marny. Jeszcze pierwszy semestr nie był aż taki zły, natomiast to, co się działo po wakacjach to jakaś masakra.
Łącznie na klub PIW przeczytałam 10 książek:

„Taipi” Herman Melville - zdecydowanie najlepsza, Melville świetny jak zawsze. Do tego, to bardzo przystepna lektura, więc dobra na początek znajomości z tym autorem. 
„Wojna” Ferinand Celine - nie był to mój faworyt z wielu względów, najniżej oceniona książka 2025 roku, ale tak naprawdę to jest wielka literatura w porównaniu z tym, co mnie czekało potem...
„Pan Prezydent” Miguel Angel Asturias - chlubny wyjątek. Nie do końca moje klimaty, ale to była ciekawa i dobra książka. 
„Wyspa snów” Heikki Kännö - miejscami była naprawdę fajna, miejscami niekoniecznie. 
„Sztuka czytania i pisania w Babilonie” Dominique Charpin - nie czytało się tego jakoś źle, ale chłopina napisał polemiczną książkę i ja nie wiem, z czym on dokładnie polemizuje. 
„Kola Zębate” Ryunsuke Akutagawa - nierówny, nie za dobrze złożony zbiór opowiadań. Niektóre całkiem niezłe.  
„Dzicy detektywi” Robarto Bolano - UGH, ależ to był szajs, w dodatku długi. Zaczyna się całkiem zabawnie i byłam pozytywnie nastawiona, niestety szybko popadamy w chaotyczny zlepek dowolnie wybranych bredni. Mam też pewne wątpliwości co do jakości tłumaczenia, chociaż może w oryginale te poszczególne głosy też się od siebie nie różnią. Są tu naprawdę fajne fragmenty, ale nie składają się w sensowną całość, a sama powieść jest potwornie długa i potwornie męcząca. 
„Kobieta z wydm” Kobo Abe - niby się zaczyna nieco horrorowato, ale idzie ostatecznie w stronę bardzo oczywistego zakończenia i moim zdaniem nie jest zbyt przekonująca. Plus jest obrzydliwie naturalistyczna.  
„Dzieci jesionu, dzieci wiązu” Neil Price - Książka, która może byłaby nienajgorsza, gdyby nie dziwaczna decyzja o wycięciu z niej wszystkich nazwisk i przypisów. Sprawie nie pomógł też tłumacz, który w dupie był i gówno widział oraz nie umie posłużyć się nawet tak wyrafinowanym narzędziem translatorskim jak google i wikipedia, że o skonsultowaniu się z dowolną grupką dziewiarek na facebooku nie wspomnę. 
„O bestiach i ptakach” Pilar Adón - jak chcecie się przekonać, jak zła jest współczesna literatura piękna, to zapraszam do ogródka pani Adón. Jest to tekst pozbawiony treści, klimatu i sensu.

Kiedy tak sobie podsumowałam je wszystkie razem, to muszę stwierdzić, że cały rok nie był aż taki zły. Powieści z pierwszego semestru to nie jest może do końca moja bajka, ale ja siedzę w tym klubie właśnie po to, żeby wychodzić ze strefy komfortu i czytać rzeczy, których normalnie bym nie przeczytała. "Taipi" zresztą jest świetne, "Pan Prezydent" interesujący - jak nie lubię ibero-literatury, tak tutaj jestem w stanie docenić, "Wyspa snów" też była dość ciekawa a miejscami przekomiczna (lubię fińskie poczucie humoru). Charpin głównie polemizuje, ale i tak można się tego i owego dowiedzieć. Akutagawa też miał lepsze fragmenty no i jest to dla Japończyków dość ważny autor, więc warto było się z nim zapoznać. "Wojna" to wulgarne gówno, w dodatku skompilowane z notatek autora lata po jego śmierci i poprawione przez wydawców, ale jest to książka, która próbuje powiedzieć coś ważnego i myślę, że jej się to udaje. Natomiast Bolano i spółka to jakaś masakra. Zarówno on, jak i Adón to pierdzielenie bez ładu i składu, w przypadku "Dziki detektywów" to jeszcze potwornie grube. Kobieta z wydm jest ostatecznie dość banalna (choć może to anachroniczne stwierdzenie), "Dzieci jesionu..." nie mają ani przypisów ani nawet nazwisk
Mam szczerą nadzieję, że w tym roku uda nam się wybrać lepsze książki, chociaż PIW nie ułatwia. Nie bez znaczenia pozostaje też to, że jak to zwykle bywa w klubach, ci, którzy głosują, wcale nie przychodzą na spotkania. 
 

Garść statystyk

Pora na cyferki. W 2025 roku przeczytałam 37 książek, łącznie 14036* stron, oraz przesłuchałam 5 audiobooków. Zaledwie 2 książki pochodziły z legimi, co myślę dobitnie pokazuje w jakim stanie jest ta platforma. Żegnamy się. Wśród przeczytanych książek było 21 ebooków, a więc stanowiły on 56%. 31 książek było po polsku (w tym 8 nie było tłumaczeniami), 11 sztuk było po angielsku. 15 książek ściągnęłam z własnej półki

*jest tu drobna rozbieżność względem Storygrapha, ale w tym momencie nie jestem w stanie stwierdzić, skąd się wzięła, możliwe, że ze zmieniania wydań, żeby się zgadzały pozostałe dane.


Najwięcej przeczytałam w czerwcu - 1657 stron, najmniej w grudniu - 804. Grudzień był to też jeden z trzech miesięcy - obok maja i sierpnia - kiedy nie dobiłam do wyznaczonego 1000 stron. Przy czym w sierpniu przeczytałam sporo tekstów, które nie zostały nigdzie opublikowane, więc tam spokojnie ponad 1000 stron jednak było. W maju czytałam po rosyjsku, to niestety idzie mi powoli i tyle. Grudzień natomiast to była jakaś kulminacja, przez dobre dwa tygodnie męczył mnie ból głowy i ogólne osłabienie, powrót do domu i padnięcie do wyra to był maks moich możliwości. 





Ciekawie wypada porównanie z rokiem ubiegłym. Łącznie przeczytałam 1000 stron więcej i jest to efekt systematycznej pacy. Mniej było miesięcy słabych, chociaż mnij też wybitnych. Systematyczność kluczem do sukcesu :) 


Czas sądu

Najlepsza książka 

Nominowani: 

  • Taipi
  • Przybysz 
  • Królewski smok
  • Ostre cięcia
  • Jak nakarmić dyktatora?
  • Hunter of Worlds
  • To-morrow

Przyznam, że trudno było mi nawet wybrać nominowanych do tej kategorii. To nie do końca tak, że nie przeczytałam dobrych książek, bardziej że poziom był dość wyrównany, że najwybitniejsze tytuły mocno się od siebie różniły. Taipi to świetna rzecz i źle bym się czuła pomijając ją, skoro nominuję tytuły obiektywnie słabsze. Przybysz to Przybysz, scena na balkonie łapie mnie za każdym razem, ten świat, w którym czuję się jak w domu, to wszystko tworzy powieść wybitną. Królewski smok to chyba pierwsza (jeśli pominiemy "Gwiazdę Wenus/Gwiazdę Lucyfer") powieść fantasy, w której średniowiecze jest średniowieczem. Jak nakarmić dyktatora? niesamowicie solidny i pełen informacji reportaż. Ostre cięcia to świetny zbiór świetnych opowiadań, szczególnie te nawiązujące do pierwszej trylogii robią wrażenie. Jeśli jednak nie oni, to na placu boju zostaje dwoje zawodników. Hunter of Worlds, mimo że jest to książka nieudana to jednocześnie ma w sobie jakiś geniusz nieoszlifowanego diamentu. Prawdopodobnie zdobyłaby statuetkę (właściwie to jaką statuetkę, muszę to ogarnąć na przyszły rok...), gdyby nie to, że wszedł na scenę cały na czarno Joseph Conrad z "To-morrow".  Tekst krótki a bardzo poruszający. 

Najgorsza książka (Nicpan 2025)

Nominowani: 

  • Czekanie na smoka
  • Wojna 
  • Dzicy Detektywi
  • Kobieta z wydm
  • O bestiach i ptakach. 

Tutaj też niestety klęska urodzaju, chociaż nic tak spektakularnego, jak Nicpan mi się nie przydarzyło, alleluja. Niestety, na pięciu nominowanych, aż cztery książki czytałam na klub PIWu. Wybór nie jest prosty. Czekanie na smoka ma świetne 3 rozdziały, żeby potem stracić wszelki sens. To jest chyba jakiś fanserwis do "Ryszarda III", ale nie wiem, nawet tego trudno się było domyślić. Wojna to patusiarska opowieść o patusach, w dodatku skompilowana z notatek, przerobiona i w tłumaczeniu (gdzie ponoć cała sztuka jest w mieszaniu rejestrów języka francuskiego i jakichś jeszcze bardziej gramatycznych zawiłościach). Ponadto autor ewidentnie ma coś do powiedzenia. Kobieta z wydm mnie nie zachwyciła. Jest nudna, naturalistycznie obrzydliwa i przewidywalna. Mimo wszystko nie jest to jednak najgorsza rzecz na świecie. Po odsianiu amatorów, pora na profesjonalistów, czyli pisarzy hiszpańskojęzycznych (żeby nie było, Asturias mi się podobał): O bestiach i ptakach to książka, której największą zaletą jest to, że jest krótka, no i ma ładną okładkę. Wydaje mi się, że autorka osiągnęła to, co chciała: stworzyła opowieść o rozpadającej się psychice, bierności i bezsilności wobec świata. Rzecz w tym, że gówno mnie to obchodziło. Dzicy detektywi mają lepsze fragmenty (czego nie można powiedzieć o "O bestiach..."), ale większość tego tekstu - szczególnie im dalej w las - to chaotyczne pierdolenie nie na temat. Niektóre epizody są naprawdę fajne (początek, wątek Skóry Boskiej), jednak większość nosi znamiona "płacą mi od słowa". Co najmniej połowę, jak nie dwie trzecie tej powieści można by spokojnie wywalić. I właśnie ze względu na objętość - a co za tym idzie długość mąk na jakie mnie skazała ta lektura - to właśnie Bolano zostaje laureatem niezwykle prestiżowej nagrody Nicpana 2025. Gratuluję. 

Odkrycie

Nominowani: 

  • Kate Elliott
  • Witold Szabłowski
Dwoje nominowanych i dwie nagrody, nie będę wybierała, bo zarówno Elliot jak i Szabłowski mnie zachwycili. Poznałam ich też w dwa bardzo odienne sposoby. Elliott polecono w grupie na FB, do której należę jako autorkę, u której średniowiecze jest średniowieczem - i to prawda! Worldbuilding w "Koronie gwiazd" jest rewelacyjny. Szabłowskiego odpaliłam dla beki spodziewając się bardzo złej książki z kategorii "Kochanki cezarów robią pierogi w Auschwitz", a dostałam bardzo solidny, bardzo interesujący reportaż. Elliot miała tendencję spadkową (kolejne tomy "Korony gwiazd" są zbyt długie) za to Szabłowkiego znam tylko z jednego audiobooka. Niemniej z obojgiem jeszcze będę się spotykała. 

Rozczarowanie

Nominowani: 

  • Przypowieść o siewcy 
Staram się podchodzić do książek z czystą głową, więc rozczarowania spotykają mnie rzadko. Pani Butler niestety jednak mocno sobie nagrabiła rewelacyjnym opowiadaniem "Blood Child". A tymczasem "Przypowieść o siewcy" nie jest jakaś specjalnie dobra nawet bez bagażu oczekiwań. 
 

Zaskoczenie 

Nominowani: 

  • Jak nakarmić dyktatora?
  • Hunter of Worlds
"Hunter of Worlds" zrobił na mnie duże wrażenie, bo to wspaniały miks rewelacyjnych pomysłów i nie do końca działającego wykonania i to właśnie ta niedoskonałość i chropawość tak mnie zaskoczyła. Mimo wszystko jednak to Cherryh, spodziewałam się po niej czegoś dobrego a że dostałam coś lepszego i gorszego jednocześnie to było ciekawe doświadczenie. Nie może się jednak równać z tym, że książka, po której spodziewałam się chłamu okazała się jedną z najlepszych z jakimi miałam do czynienia w tym roku. Nic mnie od dawna nie zaskoczyło tak bardzo jak Jak nakarmić dyktatora?

Najgorzej wydana (Brukselka w czekoladzie)

Nominowani: 

  • Czekanie na smoka
  • Początki Stalowego szczura 
Nominuję "Czekanie..." nieco zaocznie, ponieważ wydaje mi się, że jest w tej bezbożnej serii złożonej bezszeryfem. Natomiast ja to czytałam w ebooku, bo ebook jest. Nie ma za to ebooka "Początków Stalowego Szczura" co skazało mnie na targanie tomiszcza wielkości solidnej cegły, chociaż w środku są 3 krótkie powieści przygodowe. Stare wydania (te najstarsze) były idealną formą dla tego typu literatury. Vesper, ogarnij dupę i zacznij wydawać te książki ze świadomością, jaką mają objętość i że my mamy zamiar to czytać. 

Powrót

Nominowani: 

  • Harry Harrison
  • C.J. Cherryh 
  • Jacek Dukaj
Królowa jest tylko jedna. Po kilku latach wróciłam do czytania Dukaja - pretekstem było nowe wydanie "Katedry", takie na wypasie. Wydanie piękne, opowiadanie chyba mi się bardziej podobała teraz niż poprzednio, ale tak naprawdę to nie rozumiem fenomenu tego tekstu (a filmu to już w ogóle). Marzy mi się takie wypasione wydanie "Innych pieśni", ale wiadomo, marzenie ściętej głowy. Lubię Harrisona i cieszy mnie, że po latach Stalowy Szczur bawi mnie tak samo jak kiedyś, niemniej to nie jest ten poziom, zarówno literacki jak i mojego uwielbienia, jak w przypadku C.J. Cherryh. Wzięłam się za re-read Przybysza, wzięłam się za Unię/Sojusz i przypomniałam sobie zarówno dlaczego tak kocham tę autorkę jak i że mam jeszcze wiele do odkrycia. 

Wydarzenie/doświadczenie 

  • Re-read Unii/Sojuszu
  • Targi książki w Poznaniu
  • Klub PIW
Kontynuowałam uczestnictwo w klubie PIWu. Jak pisałam powyżej - ludzie świetni, tylko książki kurwy. Niemniej zamierzam dalej się w to bawić, bo fajna sprawa taki stacjonarny klub. Liczę tylko że nowa selekcja będzie lepsza niż tegoroczna. Targi Książki w Poznaniu to już od dawna stały punkt programu. A wręcz jest to cały mocno wypchany atrakcjami dzień - od rana targi, potem wizyta u Gruzina po coś do zjedzenia i biegiem na mecz (w tv, Turniej Sześciu Narodów). Nakupiłam książek, dostałam autograf, chyba przeczytałam jedną książkę z tych kupionych no i tego... było miło. Więcej o tym w rachunku za marzec 2025. Natomiast oba te fakty bledną w obliczu rozpoczęcia projektu, do którego latami się zbierałam i który kilka lat potrwa: wreszcie zabrałam się za czytanie całego cyklu Unii/Sojuszu w kolejności wydawania. Najbardziej mnie cieszy, że znalazłam sobie wariata, który robi to ze mną. Na razie za nami 2 książki, ponad 30 przed nami. 

Najlepsze opowiadanie 

Nominowani: 

  • To-morrow
  • Broooksmith 
"To-morrow" zgarnęło najlepszą ksiazkę roku a jednak przegrywa z "Brooksmithem" Henry'ego Jamesa. Co to było za opowiadanie, głowa mała. Nie jest to najlepsze opowiadanie, jakie w życiu przeczytałam (tu wygrywa jednak Szukszyn i jego "Ochota żyć", w ogóle opowiadania Szukszyna są wspaniałe), ale zdecydowanie w pierwszej trójce. 

Najbrzydsza okładka 

Nominowani: 

  • Królewski smok


Chociaż kolejne tomy "Korony gwiazd" też są paskudne, nic nie może się równać z tym retro gównem. To jedna z tych ilustracji, które im dłużej na nie patrzysz, tym więcej debilizmu przed tobą odkrywają. Penie to wiecie, ale dodam dla jasności, że w tej książce nie ma żadnych smoków, gołych bab ani nawet (S)He-mena. Niestety nie mam lepszej jakości obrazka. 


Najładniejsza okładka 

Nominowani: 

  • Lucky Day
  • Brothers of Earth
  • O bestiach i ptakach 
  • Słońce dziesięciu linii
  • Przypowieść o siewcy

Czy sięgnęłabym z takim entuzjazmem (to prawdopodobnie pierwsza od prawie dwudziestu lat książka, którą przeczytałam od razu po wyjęciu z paczkomatu) po nową powieść Chucka Tingle, gdyby nie ta okładka? Zapewne nie, chociaż opis brzmiał interesująco a sam Chuck, no to Chuck. Okładki "Bestii" i "Słońca" są bardzo estetyczne, "Przypowieść" to ładna, mocna grafika (chociaż nie bardzo ma się do treści), ale żadna z nich nie może się równać z tą wspaniałą retro-okładką "Brothers of Earth". Czy wiedzieliście kiedyś coś, co bardziej wrzeszczałoby "lata 70." a nie było brązowe? Nacieszcie oczy:



Tl;dr 



Pełna lista winowajców

  1. „Taipi” Herman Melville
  2. „Czekanie na smoka” John M. Ford
  3. „50 short stories” 
  4. „Diaspora” Greg Egan
  5. „Invitations” C.J. Cherryh
  6. „Deliberations” C.J. Cherryh
  7. „Wojna” Ferinand Celine
  8. „Foreigner” C.J. Cherryh
  9. „Invader” C.J. Cherryh
  10. „Czerwona Kraina” Joe Abercrombie
  11. „Pan Prezydent” Miguel Angel Asturias
  12. „Wyspa snów” Heikki Kännö
  13. „Inheritor” C.J. Cherryh
  14. „Przypowieść o siewcy” Octavia Butler
  15. „Astronomia i księgi” Piotr Pokora
  16. „Głębia oceanu” Susan Casey
  17. „Umierając, żyjemy” Robert Silverberg
  18. „Taki dobry chłopak” Hanna Dobrowolska 
  19. „Katedra” Jacek Dukaj
  20. „Sztuka czytania i pisania w Babilonie” Dominique Charpin
  21. „Precursor” C.J. Cherryh
  22. „La Bestia” Przemysław Piotrowski
  23. „Defender” C.J. Cherryh
  24. „Krolewski smok” Kate Elliott
  25. „Kola Zębate” Ryunsuke Akutagawa
  26. „Glupie zwierzeta Polski i jak je znaleźć” Marek Maruszczak
  27. „Książę psów” Kate Elliott
  28. „Głaz gorejący” Kate Elliott
  29. „Dzicy detektywi” Robarto Bolano
  30. „Brothers of Earth” C.J. Cherryh
  31. „Nie oświadczam się” Wiesław Łuka
  32. „Dziecko Płomienia” Kate Elliott
  33. „Lucky Day” Chuck Tingle
  34. „Kobieta z wydm” Kobo Abe
  35. „Dzieci jesionu, dzieci wiązu” Neil Price
  36. „Ostre ciecia” Joe Abercrombie
  37. „Słońce dziesięciu linii” Zofia Romanowiczowa
  38. „Jak nakarmic dyktatora” Witold Szabłowski
  39. „O bestiach i ptakach” Pilar Adon
  40. „Narodziny Stalowego Szczura” Harry Harrison
  41. „Hunter of Worlds” C.J. Cherryh
  42. „To-morrow” Joseph Conrad
  43. „Stalowy Szczur idzie w kamasze” Harry Harrison

Czytaj dalej »

czwartek, 1 stycznia 2026

6/2026 czyli plany na 2026

Od razu zaznaczam, że nie zamierzam się rygorystycznie trzymać tego, co tu sobie zaplanowałam, to bardziej takie zestaw wskazówek dla mnie samej w momentach kryzysu czytelniczego albo braku pomysłu po co sięgnąć. Będę zadowolona jeśli zrealizuję chociaż jedną trzecią tych ambitnych planów. Niektóre są bardziej prawdopodobne w realizacji (czyt. ktoś będzie je realizował razem ze mną, więc będzie presja), inne raczej dopisane w nadziei, że jednak się uda. 

26/2026

Już od paru lat krążą po necie postanowienia w rodzaju "25 książek na 2025 rok", biorąc jednak po uwagę, że ja przy klęsce urodzaju przeczytam tych książek w nowym roku około 50, wydaje mi się to kompletnym wariactwem. Ja czytam dla przyjemności a nie odkreślam lektury z listy. Wpadłam więc na dużo sensowniejszy pomysł: 6 książek na 2026 rok. Żeby nie było za bardzo minimalistycznie, po 6 książek wybiorę z kilku kategorii, a łącznie uzbieram 6 wyzwań w ogóle.  Co ważne: te listy mogą na siebie zachodzić, traktowane są jak zupełnie niezależne.

1. C.J. Cherryh 

Jedziemy sobie powoli i stabilnie z ponownym czytaniem Unii/Sojuszu. Na razie mamy dwie książki za sobą, a czy uda się obalić sześć w roku przyszłym...? Trudno powiedzieć. Nie nastawiam się, zależy mi, żeby nas ten re-read bawił a nie męczył. Niemniej może się to udać, bo już na pierwszy rzut idzie trylogia (luty/marzec - jeszcze nie mamy daty). Nie jestem pewna, czy zmieścimy "Wave Without a Shore", ale zobaczymy, jak się sprawy ułożą. Jeśli pójdziemy w luty - maj - wrzesień - grudzień, to powinno się udać, pytanie na ile nas wymęczy "Faded Sun" ;) 
  1. "Faded Sun: Kesrith"
  2. "Faded Sun: Shon'jir"
  3. "Faded Sun: Kutath"
  4. "Serpents Reach"
  5. "Downbelow Station"
  6. "Wave Without a Shore"


2. Klasyki

Tutaj zestawienie dość chaotyczne, po prostu rzeczy, które mi się nie zmieściły jakoś w latach ubiegłych, a jednak wypadało je przeczytać dawno temu. 
  1. "Anna Karenina" Lew Tołstoj
  2. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte
  3. "Faraon" Bolesław Prus
  4. "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltari
  5. "Ojciec i syn" Karol Bunsch
  6. "Droga donikąd" Józef Mackiewicz



3. Książki ze Styrty Zażenowania 

Tradycyjnie już będę próbowała sięgać po książki, które mi zalegają na półkach a nie kupować ich jeszcze więcej. 
  1. "Faded Sun"
  2. "Wave Without a Shore"
  3. "Guns, Germs and Steel"
  4. "Zew nocnego ptaka"
  5. "Dzieci Czasu"
  6. "Gdy leżę konając"



Tutaj dochodzi oczywiście dużo więcej tytułów, chociażby to, co kupiłam na targach książki 2025 (a pewnie i 2024...), więc i tam chciałabym spojrzeć, tak samo jeśli chodzi o książki z Vespera, których też trochę mam nieprzeczytanych. Dobierała to będę zgodnie z tym, jak mi dusza zagra, ale mam nadzieję wyrobić sobie nawyk sięgania najpierw po książki ze Styrty. 

4. 15000 stron

To wyzwanie niewiele oznacza, bo strona stronie nierówna, ale całkiem skutecznie motywuje. Wersja minimum to ponad 1000 stron przeczytanych miesięcznie - nie średnio, ale w każdym miesiącu. Wykonalne, więc będę walczyć :)

5. 52 książki punkty 

Tradycyjnie już, nie ustaję w wysiłkach, ale oczywiście z późniejszymi zmianami, tj. żeby nie bać się tłuściochów dalej stosuję system punktowy. Też uważam, że wykonalne, więc będę cisnąć. 

6. Czytać po rosyjsku

Jak zwykle, chęci są a potem mi idzie za wolno i mnie żre frustracja i nic z tego nie wychodzi. Mam rozgrzebanego Lamorę, mam opowiadanka dla uczących się języka, mam jednego Dostojewskiego: będę starała się skończyć chociaż jedną z nich. 


Są to plany dość ambitne. Jak pisałam na początku, nie łudzę się, że uda mi się zrealizować je wszystkie, ale też nie o to chodzi. To jakiś plan podróży, ogólne wytyczne, które mnie mają przywracać na właściwe tory w razie gdybym zwątpiła. 


Pozostałe

Anime

Chciałabym od czasu do czasu coś obejrzeć a jakoś nigdy nie mogę się zebrać. Ustaliłam na razie, że spróbuję jakoś to rozkładać - np. odcinek co drugi dzień czy coś w tym guście. Jak wyjdzie, zobaczymy, na razie nie mam konkretnych planów.

Filmy

W roku pańskim 2025 obejrzałam... 3 filmy. Planuję oglądać jeden miesięcznie, ostatniego dnia miesiąca. Jeśli chodzi o to, co - to wyjdzie w praniu, chcę iść zgodnie z tym, na co mam w danym momencie ochotę. 

Seriale

Nawet nie wiem, ile ich obejrzałam. Zaczęłam powtórkę "Z Archiwum X", ale przerwałam i to chyba tyle. Chcę więc podokańczać, co mam rozpoczęte, to gdzie wyszły nowe sezony. Jak wyjdzie - zobaczymy. Plany też są takie, żeby po perwsze oglądać przy układaniu puzzli, po drugie (jeśli coś wymaga większego patrzenia na ekran) to jakoś to rozplanować na zasadzie odc./dziennie czy coś w tym guście. 




Czytaj dalej »

środa, 31 grudnia 2025

[Rachunek za] Grudzień 2025

Wchodząc w grudzień byłam optymistycznie nastawiona do realizacji moich tegorocznych postanowień i życie mnie zrewidowało dość okrutnie. Przeczytanie 52 książek nie wchodziło w grę, ale zupełnie sensownie wyglądało dobicie do 15k przeczytanych stron. A potem mnie dobił jakiś kosmiczny kryzys czytelniczo-zdrowotny i wyszło jak zawsze (mija 6 rocznica odwalenia 15 książek w grudniu żeby dobić do 52 tak swoją drogą i przypominam, że żadna nie miała poniżej 200 stron). Dopiero po wigilii coś we mnie pękło i wróciłam do czytania w jakichś normalnych ilościach (a nie że po 5 stronach miałam wrażenie, że wyczerpałam wszelkie siły witalne i umysłowe). Także było bez szału. 


Książki

Hunter of Worlds "Piękna katastrofa"/10

WPCUS część 2 

Nadejszła wiekopomna chwila - na ruszt wjechała druga powieść z Unii/Sojuszu. I co to była za powieść.

 

C.J. Cherryh przyzwyczaiła mnie (wg statystyk na Storygraphie przeczytałam pomiędzy 52 a 59 książkami jej autorstwa... rozbieżność wynika zapewne z re-rereadów) do pewnej niezachwianej solidności. Solidności tak doskonałej, że aż łatwo jej nie zauważyć, przyjąć za pewnik i coś zupełnie normalnego, że wszystko w tych książkach się zgadza, że wszystko pasuje, że ci kosmici i te wszystkie światy są po prostu z natury rzeczy tak doskonałe. W Hunter of Worlds tego nie ma. I jest to wspaniałe. 

Powieść zaczyna się mocnym rozdziałem, pełnym akcji i niezwykłych wydarzeń. Na stację kosmiczną przybywają wysłannicy śmiertelnie niebezpiecznych iduve, przybywają by wezwać na służbę niejakiego Aielę, dość przypadkowego kallię. Nikt przy zdrowych zmysłach - a nawet większość wariatów - nie odmówiłby wykonania jakiegokolwiek rozkazu iduvich, Aiela pakuje więc manatki i trafia na pokład gigantycznego statku Ashanome. Tam, z rozkazu przywódczyni klanu, pięknej Chimele, zostaje połączony za pomocą implantu nie z jedną, a dwiema osobami - co jest niespotykane. Co jeszcze bardziej niespotykane, to że jedną z tych osób jest przedstawiciel innego gatunku. Nie, nie iduve. To jest człowiek. Ludzie to prymitywne istoty, których inteligencja jest poddawana w wątpliwość przez inne rasy, ale Daniel ma informacje, których potrzebuje Chimele. I tak zaczyna się historia o zemście, która może pochłonąć cały klan Ashanome, nie tylko jakichś przypadkowych kallia czy złapanego w niewolę człowieka, którzy mają posłużyć jako tej zemsty narzędzia. 

Jak zawsze u Cherryh dostajemy bardzo ciekawe rasy obcych. Prym wiodą tu iduve, drapieżniki, które dorobiły się cywilizacji kosmicznej, ale nie stępiło to ich krwiożerczych instynktów. Funkcjonują w stanie nieustanego szczerzenia kłów i walki o honor i pozycję w stadzie. Łatwo ich sprowokować, a odruchy mają śmiercionośne. To oczywiście czyni ich cool as fuck, ale też nie jest to dobre czy spokojne życie, na co nieco światła rzuca nam narracja Tejefa.

Cherryh pokazuje nam wszystkie strony konfliktu, nie szczędząc każdej z nich solidnej motywacji i argumentów za swoją sprawą. W efekcie każdy z wątków i każdą z narracji czyta się z dużym zainteresowaniem, a kiedy konflikt zbliża się do kulminacji naprawdę trudno wytrzymać napięcie, bo kibicuje się obydwu stronom. Świetne to jest. 

Co zatem nie zagrało?

Cherryh nie bierze jeńców. Obce słówka - w trzech językach... - atakują od pierwszych stron. I to początkowo jest naprawdę świetne. Problemy zaczynają się im dalej w las wchodzimy. Nie chodzi o to, ile tych nowych słów tu jest, natomiast niestety ich znaczenie nie jest dobrze wyjaśniane w kontekście, a co gorsza - one wszystkie wyglądają praktycznie tak samo. I jak rozumiem, że to kwestia słowotwórcza, że pokrewieństwo, seks, ciąża, że te wszystkie słowa mogą w jakimś języku pochodzić od wspólnego korzenia. Ale miejmy litość dla czytelnika, to jest naprawdę trudne do ogarnięcia,  jest tego mnóstwo, miejscami wpadamy w jakiś kompletny bełkot, bo nawet jeśli znamy koncepcje, to niekoniecznie ogarniemy, że właśnie to słowo ją oznacza. Przez to ta powieść jest jakaś... kanciasta, niespasowana, surowa, chropawa... i to jest w niej wspaniałe. Koresponduje na pewnym poziomie z dzikością iduve

Należy sobie powiedzieć wprost: ta książka C.J. Cherryh nie wyszła. Młoda autorka wzięła sobie na warsztat bardzo ambitny pomysł i na nim poległa. Gdybym ją znała pisząc moją pracę magisterską, to podałabym Hunter... jako przykład negatywny. Ale mimo to, jest w tym jakiś surowy, pokraczny geniusz, którego, prawdę mówiąc, nieco brakuje mi w reszcie twórczości Cherryh. Precyzyjna doskonałość jej pozostałych tekstów odziera nieco fantastykę z tego zachwytu nad czymś wariackim. A to, co się odwala na poziomie językowym w tej powieści jest po prostu wariackie.

Czy polecam? Jeszcze jak! Ale nie nowym fanom, to jest ciekawostka, literacki cukierek w dziwnym smaku.


To-morrow "Nienawidzę witamin i ludzi szczęśliwych"/10

Joseph Conrad widział kiedyś szczęśliwego człowieka, ale nie skumał o co temu wariatowi chodzi. Niezbyt mądrze sobie wybrałam to ponure opowiadanie na lekturę na święta. Rzecz jest o ojcu, który czeka na powrót syna-marynarza. Ani w powrót potomka ani we wszystkie jego szlachetne cechy nie wierzy nikt poza popadającym w obłęd ojcem. Poruszająca rzecz, jak to zwykle u Conrada, nieco duszna, niedopowiedziana a postacie niejednoznaczne. Jest tu bohater, o którym trudno powiedzieć coś dobrego, a który mówi rzeczy piękne. Ludzie to cholernie skomplikowane istoty i Conrad jak nikt potrafił to uchwycić. Piękny tekst i spina pewną klamrą ten rok, bo w styczniu przeczytałam inne doskonałe opowiadanie - Brooksmith Henry'ego Jamesa. Zaczęłam ten rok opowiadaniem doskonałym i skończyłam równie dobrym. 

To-morrow jest wydane w małej czarnej serii Pingwina i nawet abstrahując od mojego uwielbienia dla tych małych książeczek, to po prostu to opowiadanie doskonale sprawdza się solo. Zamknięcie go w okładki, oddzielenie od innych utworów chociażby w ten symboliczny sposób sprawia, że czytelnik ma czas na refleksję, że można tę książeczkę zamknąć, podnieść wzrok i odetchnąć głęboko. 

Polski tytuł tego opowiadania to "Jutro", acz nie wiem nic o tłumaczeniach ani w jakich zbiorach się ukazało; nie ma go w "Opowiadaniach" z Czarnego. Oryginał jest dostępny w Projekcie Gutenberg. Generalnie polecam czytać Conrada w oryginale, bo on po prostu lubił używać tych konstrukcji gramatycznych, których w polskim zwyczajnie nie ma plus był bardzo wnikliwym obserwatorem różnych językowych ciekawostek (w Lordzie Jimie dzieję się rzeczy niesłychane jak Niemcy albo Francuzi mówią po angielsku!). 


Stalowy Szczur idzie w kamasze 

Siódmy tom przygód Jima DiGriz rusza z kopyta tam, gdzie zakończył się tom szósty, a Jim marzy o zemście na człowieku odpowiedzialnym za nieszczęścia, jakie go niedawno spotkały. Znowu dostajemy mnóstwo humoru i mnóstwo akcji, tym razem wyśmiewając zarówno wojsko jak i utopijne społeczeństwo pacyfistów. W tej jednej cienkiej książce dzieje się więcej niż w niejednej wielotomowej sadze. Okoliczności zmieniają się szybko i Jim musi się do nich dostosowywać. Jak tom poprzedni jest to przygodówka akcji w nieco absurdalnym świecie. Te książki nie mają wielkich ambicji. Mają bawić i robią to wyśmienicie.   


Planszówki

Na okoliczność świąt byłą wreszcie okazja nieco pograć. Z racji towarzystwa wjechały lżejsze tytuły, ale każdy kto trochę obcuje z planszówkami wie, że tytuł bardziej skomplikowany niekoniecznie jest tytułem lepszym.  


Wszystkie państwa świata "nienazwana groza Oceanii"/10

Tactic przyzwyczaił mnie do gier o prostych zasadach i wciągającej rozgrywce. "Wszystkie państwa świata" to nie tylko quiz w rozpoznawanie flag - mamy dodatkowo możliwości odpowiedzenia na pytania dotyczące danego kraju. Punktuje się nie tylko za nazywanie krajów oraz odpowiadanie na pytania, ale również za każdy "zdobyty" kontynent, co wprowadza do gry prosty ale skuteczny mechanizm strategiczny. Iść w pewniaka, czy może zaryzykować z państwem w regionie, gdzie jeszcze nasze pionki nie postały? Zasady można wytłumaczyć błyskawicznie, poziom trudności generalnie zależy zaś po prostu od naszej wiedzy plus losowego doboru flag w danej turze. Za jedyny minus uznałabym to, że pytania mają bardzo różny poziom trudności. Czasem mamy podać stolicę i podpowiedzi są dość oczywiste, czasem chodzi o wybranie nieprawdziwego zdania o danym państwie i to ponownie, czasem odpowiedzi do wyboru nie pozostawiają wątpliwości, która jest prawidłowa a czasem chodzi o coś bardzo szczegółowego. Niemniej jest to świetna gra dla dowolnie dobranych graczy, możecie zaangażować ojca, babcię i młodszego brata a na dodatek dorzuć córkę, co jest wciąż w podstawówce i każdy właściwie powinien bawić się równie dobrze. 


Niepożądani goście "Czyli właściwie mu się należało"/10

Królowa regrywalności znowu zagościła na moim stole. Punkt wyjścia jest zawsze taki sam: znaleziono trupa w gabinecie, należy odkryć, kto zabił. Podejrzanych oraz plan domu, na którym będziemy notować mamy zawsze tych samych, ale każda sprawa wymaga od nas dobrania innego zestawu kart z informacjami. Kartami tymi będziemy się wymieniać z innymi graczami, próbując jako pierwsi odkryć, kto i dlaczego zabił. Spraw jest nieco w pudełku plus jakiś 1000 w aplikacji. 

Nie jest to mózgotrzep w rodzaju "Detektywa", informacje dostajemy tu w większości na talerzu (np. karta wprost mówi nam "narzędziem zbrodni nie była broń biała"), ale podejrzani mogą kłamać a z tych danych niekoniecznie wprost wyjdzie nam, kto zabił - bardziej, co jest lub nie jest prawdopodobne. 


Senet "Kek"/10

Gra ze Starożytnego Egiptu. Tak, serio. Była tak popularna, że plansze znajdowane są w grobowcach i wiele jest też przedstawień na malowidłach. Haczyk jest taki, że nie znamy zasad. Współczesne reguły odtworzono na podstawie fragmentów zapisków. No i mamy dość prostą, ale wcale nie tak oczywistą grę, która polega na przeprowadzeniu swoich pionów do końca planszy - zanim zrobi to przeciwnik. Można sobie blokować drogę, czekają też na nas pułapki i utrudnienia. To również gra, w którą można zagrać nawet z kimś, kogo nowoczesne planszówki nie bawią, szczególnie jak upoluje się eleganckie wydanie. 


Plany

O planach na przyszły rok napiszę osobnego posta, więc tutaj będzie o planach blogowych. Mianowicie w najbliższych dniach pojawi się Rachunek za rok 2025. Raczej jednoczęściowy, bo konsumowałam głownie książki. Będzie trochę statystyk będą nagrody i to tyle. Poza tym wspomniany już post z planami na 2025 rok. A potem to już wiadomo, zaraz święta, majówka i znów będą wakacje ;) 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia