niedziela, 1 lutego 2026

[Rachunek za] Styczeń 2026

Początek roku był dość obiecujący. Po pierwsze przeczytałam książkę, którą dostałam na święta, więc niejako prosto z księgarni, a już przeczytana. To mi się nie zdarza. 

Po drugie dołączyłam w grudniu do nowego klubu czytelniczego i w styczniu miałam czas w kalendarzu na zabranie się za wspólną lekturę. To książka na cały kwartał, a więc cegła - padło na "Annę Kareninę" Tołstoja - więc jest trochę czytania i nie wyrobiłam się w styczniu, natomiast jestem grubo za połową i wiele mnie w tej książce zaskoczyło. Więcej na ten temat będzie w rachunku za luty. 


Książki

Dług "kto by czytał tę umowę kredytową"/10

Książka jest nieźle skonstruowana i autorka stara się zwięźle przedstawić wieloaspektowy problem zadłużenia. Mamy tu różne przypadki - od ludzi, którzy biorą chwilówki, żeby przepierdolić na głupoty po takich, których choroba dziecka wpędza w długi, po drodze poznajemy osoby oszukane przez bliskich oraz dzieci dziedziczące milionowe długi z winy systemu. Są tu osoby, w przypadku których zadłużenie to wina niewydajnego prawa, ale większość to, nie oszukujmy się, osoby skrajnie niezaradne życiowo, jak pani, której nie przyszło do głowy, że umowę kredytową należy przeczytać. Prawdę mówiąc na tle wielu tych historii opowieść dziewczyny, której życie w wielkim mieście zawróciło w głowie i brała chwilówki, żeby stawiać znajomym obiady w restauracji brzmi jak naprawdę sensowna droga życiowa. 

"Dług" nie do końca spełnił moje oczekiwania - chciałam jakiegoś mocniejszego rage-baitu oraz czegoś bliżej bohaterów. Szczególnie to drugie jednak wynika myślę z jednej strony z delikatności tematu (bohaterowie wpuścili autorkę głęboko w swoje życie) oraz z faktu, że "Dług" to debiut. Czego faktycznie mi zabrakło, to większej analizy tego, jak dokładnie się w te długi popada. Przedstawione to jest dość pobieżnie, tu kredyt, tam kredyt, raz dwa, CO TERAS. Chciałabym poczytać więcej o samej matematyce odsetek, opłat dodatkowych i całej reszty tego zamieszania. Niemniej to jest dobra książka, przekrojowa, solidna. Polecam i będę z ciekawością obserwowała dalsze poczynania autorki. 


Pierwsze słowo "Nie wiem, ale się wypowiem"/10

Tak jak zaczęło się dobrze, tak potem spadliśmy w otchłań niekompetencji. 

Cześć językoznawcza karygodna, do stopnia, w którym redakcja zaczęła dawać przypisy bo tak chłop bredzi. W przypisach odniesienia do jego własnych książek. Autorowi nie po drodze nie tylko z wiedzą ale także z logiką, wielokrotnie wyciągane są tu wnioski z dupy. Cześć archeologiczna nieco mniej mnie triggerowała, ale podejrzewam, że głównie dlatego, że trudniej było z miejsca weryfikować (tu też pojawiły się przypisy redakcji prostujące interpretacje autora). Autor pisze z dużą pewnością siebie, chociaż nie ma pojęcia o czym. 

Całe "Pierwsze słowo" jest napisane w poetyce tekstu prasowego, uproszczone, pełne wniosków z dupy i błędnych interpretacji. Autor nie rozumie terminów, których używa a czasem w ogóle pisze mądrości w rodzaju "neandertalczyk nie pozostawił żadnego śladu w DNA człowieka". Typie, co? W dodatku, książka pierwotnie powstała w latach 90 i do nowego wydania nie chciało się nikomu nawet raz jej przeczytać i poprawić wszystkich "niedawnych badań" na określenie badań z lat 80. (brak też oczywiście odwołań do badań nowszych). Powoływanie się na źródła sprzed 50 czy nawet 100 lat to nic złego, one nie musiały się zdezaktualizować, ale wypadałoby mieć jakiś elementarny szacunek do czytelnika. Z drugiej strony wtedy ten gniot w ogóle by nie powstał. 

Nie rozumiem jakim cudem książka tak słaba znalazła się w serii Ceramowskiej, nawet biorąc poprawkę na to, jak spadła moja opinia o PIWie, od kiedy czytam po 10 ich książek rocznie. Ta książka w ogóle nie powinna się ukazać, kropka.  

Spotkania o tej książce jeszcze nie było, bo trochę pokonała nas inwentaryzacja w księgarni, która organizuje klub, będzie w lutym. 


Seriale: 

Z Archiwum X

Wróciłam do układania puzzli i wróciłam do oglądania "Z Archiwum X". Po raz kolejny uderza mnie, jak bardzo zmieniła się telewizja od lat 90. Na ten serial generalnie trzeba patrzeć (dlatego to zły wybór do puzzli, ale albo tak, albo wcale, chociaż może postaram się urządzić sobie kącik filmowy przed rowerem spinningowym) - bardzo wiele dzieje się bez dialogów i bez bardzo wyraźnych dźwięków, ot kroki, niepokojąca muzyka. I ponownie - miło jest patrzeć na znanych sobie z innych miejsc aktorów w różnych rolach, czasem zupełnie epizodycznych. 


Filmy

Avatar III "Quaritch did nothing wrong"/10

Miałam nie iść, bo nie było miejsc na pokazach w grudniu, potem były tylko bardzo późno (a nie wrócę z tego kina do domu w nocy zimą), ale jednak mnie namówili. No i co mogę powiedzieć? 

Wnioski są takie: 

- jak ja kurwa kocham IMAXa

- bawi mnie niesamowicie, że ten film opiera się na tym, że ma mnie obchodzić los postaci, których imion nie znam, które nie bardzo od siebie rozróżniam i których los jest mi kompletnie obojętny xD

- pani szamanka ognia mi się podobała i Quarrich w nowym malowaniu również (wciąż najciekawsza postać)

- ile trwają te naavskie ciąże xD

- ogółem to już na etapie części drugiej było jak fanfik do czyjegos niezłego anime pełen własnych postaci autora które są nudne jak flaki z olejem i nic nie wnoszą

- w mojej głowie Quarrich i Jake wychowują wspólnie syna chociaż są po rozwodzie i cały czas się kłócą (Quarrich ma rację)

- ogółem motyw szlachetnego dzikusa i to eko pieprzenie mnie irytują i ta seria bardzo obnaża jakie to jest słabe. Bo ci na'vi niczego sobą nie reprezentują. W pierwszym filmie jakoś to działało, bo tam jednak ciężar niesli na sobie ludzie, o na'vi mało wiedzieliśmy i git, jakoś się to toczyło. Ale jesteśmy 2 filmy dalej i oni nadal wrzeszczą bez powodu, przytulają się do drzewa i taka to jest ta ich cała kultura. Naprawdę nie można było im napisać czegokolwiek ciekawego w ramach zwyczajów, legend etc.?

- dialogi wielorybów wybitne, naprawdę napisy byly niezbędne

W ogóle to jak Spider nauczył się oddychać było tak głupio zrobione, że wciąż nie wierzę. Kumam, że to było potrzebne, żebyśmy mieli dalej o co się bić, ale naprawdę dało się to zrobić sensowniej. 

Co do mojej oceny, patrz punkt pierwszy, na kolejnego też pójdę xD


Bonus: 6 minut cierpienia z Krzysiem Nolanem

Przed Avatarem w ramach kary za bezmyślne wydanie 50zł na bilet do kina puszczają 6 minut prologu do "Odysei" Nolana. Jezu, jakie to było złe. Gorsze niż wam się wydaje, że będzie. A już sam finał, kiedy za progiem pojawia się ten Batman w plastikowej zbroi to jest ten moment, kiedy zażenowanie was zabija i słodkie objęcia śmierci dają nadzieję, że zapomnicie, czego doświadczyliście. 


Czytaj dalej »

sobota, 3 stycznia 2026

[Rachunek za] Rok 2025 - książki



2025 to był rok tak długi, że bardzo się zdziwiłam, kiedy spojrzałam na listę przeczytanych na Storygraphie. Był to rok odkryć i zachwytów, powrotów, początków i słabych lektur. Działo się i cieszę się, że pisanie tego podsumowania pozwoli mi uzyskać bardziej całościowy ogląd sytuacji. 

Z czego jestem zadowolona? 

Z wielu rzeczy. Przede wszystkim we wrześniu w końcu rozpoczęłam planowane chyba od dekady Wielkie Ponowne Czytanie Unii/Sojuszu, czyli systematyczną lekturę wszystkich książek z cyklu - jest ich obecnie 34 sztuki. Co więcej, znalazłam sobie towarzysza tej podróży i jest naprawdę super tak sobie razem po rozmawiać o Cherryh. Działamy w publicznych Buddy Readach na Storygraphie, więc kto chętny do dołączenia, niech daje znać. Czytamy powoli, tj. robimy sobie odstępy między kolejnymi książkami, żeby nie zmęczyć materiału. Chodzi o zapoznanie się z tematem a nie jakiś maraton, więc potrwa to parę lat. Jak pisałam w poście o planach może w roku 2026 uda się przeczytać aż 6 książek, ale to wersja maksimum. 
Po drugie, czytałam sporo cegieł, mniej czułam presji jeśli chodzi o ilość. Bardzo dobrze zrobiło mi skupienie się na ilości przeczytanych stron a nie książek. Oczywiście, książka książce nierówna, tak samo jak strona stronie, rzecz w tym jednak, że mi takie proste statystyczne/ilościowe wyzwania generalnie pomagają. A tu przycisnę jeszcze, a tu po coś sięgnę, dziś jeszcze poczytam, a film obejrzę jutro. Najbardziej pozytywnie oceniam cel czytania co najmniej 1000 stron miesięcznie. To nie jest bardzo dużo, to nie kumuluje się nawet w docelowe 15k, które ustawiłam sobie zbiorczo, a jest to ładna okrągła liczba, do której można dążyć. Jest to około 3 książek miesięcznie więc też bez wielkiej spiny (co nie zmienia faktu, że mi się nie udało w każdym miesiącu 2025 roku, ale o tym będzie poniżej). 

Z czego jestem niezadowolona? 

Doboru książek na klubie czytelniczym PIWu. To był naprawdę słaby rok. Sam klub jest super, ekipa na nim jest rewelacyjna, spotkania generalnie są satysfakcjonujące. Niestety tak jak w roku 2024 przeczytałam na ten klub najlepszą książkę roku, odkrywał nowych autorów i nawet książka zła była tak zła, że przeszła do historii tego bloga, tak ten rok był bardzo marny. Jeszcze pierwszy semestr nie był aż taki zły, natomiast to, co się działo po wakacjach to jakaś masakra.
Łącznie na klub PIW przeczytałam 10 książek:

„Taipi” Herman Melville - zdecydowanie najlepsza, Melville świetny jak zawsze. Do tego, to bardzo przystepna lektura, więc dobra na początek znajomości z tym autorem. 
„Wojna” Ferinand Celine - nie był to mój faworyt z wielu względów, najniżej oceniona książka 2025 roku, ale tak naprawdę to jest wielka literatura w porównaniu z tym, co mnie czekało potem...
„Pan Prezydent” Miguel Angel Asturias - chlubny wyjątek. Nie do końca moje klimaty, ale to była ciekawa i dobra książka. 
„Wyspa snów” Heikki Kännö - miejscami była naprawdę fajna, miejscami niekoniecznie. 
„Sztuka czytania i pisania w Babilonie” Dominique Charpin - nie czytało się tego jakoś źle, ale chłopina napisał polemiczną książkę i ja nie wiem, z czym on dokładnie polemizuje. 
„Kola Zębate” Ryunsuke Akutagawa - nierówny, nie za dobrze złożony zbiór opowiadań. Niektóre całkiem niezłe.  
„Dzicy detektywi” Robarto Bolano - UGH, ależ to był szajs, w dodatku długi. Zaczyna się całkiem zabawnie i byłam pozytywnie nastawiona, niestety szybko popadamy w chaotyczny zlepek dowolnie wybranych bredni. Mam też pewne wątpliwości co do jakości tłumaczenia, chociaż może w oryginale te poszczególne głosy też się od siebie nie różnią. Są tu naprawdę fajne fragmenty, ale nie składają się w sensowną całość, a sama powieść jest potwornie długa i potwornie męcząca. 
„Kobieta z wydm” Kobo Abe - niby się zaczyna nieco horrorowato, ale idzie ostatecznie w stronę bardzo oczywistego zakończenia i moim zdaniem nie jest zbyt przekonująca. Plus jest obrzydliwie naturalistyczna.  
„Dzieci jesionu, dzieci wiązu” Neil Price - Książka, która może byłaby nienajgorsza, gdyby nie dziwaczna decyzja o wycięciu z niej wszystkich nazwisk i przypisów. Sprawie nie pomógł też tłumacz, który w dupie był i gówno widział oraz nie umie posłużyć się nawet tak wyrafinowanym narzędziem translatorskim jak google i wikipedia, że o skonsultowaniu się z dowolną grupką dziewiarek na facebooku nie wspomnę. 
„O bestiach i ptakach” Pilar Adón - jak chcecie się przekonać, jak zła jest współczesna literatura piękna, to zapraszam do ogródka pani Adón. Jest to tekst pozbawiony treści, klimatu i sensu.

Kiedy tak sobie podsumowałam je wszystkie razem, to muszę stwierdzić, że cały rok nie był aż taki zły. Powieści z pierwszego semestru to nie jest może do końca moja bajka, ale ja siedzę w tym klubie właśnie po to, żeby wychodzić ze strefy komfortu i czytać rzeczy, których normalnie bym nie przeczytała. "Taipi" zresztą jest świetne, "Pan Prezydent" interesujący - jak nie lubię ibero-literatury, tak tutaj jestem w stanie docenić, "Wyspa snów" też była dość ciekawa a miejscami przekomiczna (lubię fińskie poczucie humoru). Charpin głównie polemizuje, ale i tak można się tego i owego dowiedzieć. Akutagawa też miał lepsze fragmenty no i jest to dla Japończyków dość ważny autor, więc warto było się z nim zapoznać. "Wojna" to wulgarne gówno, w dodatku skompilowane z notatek autora lata po jego śmierci i poprawione przez wydawców, ale jest to książka, która próbuje powiedzieć coś ważnego i myślę, że jej się to udaje. Natomiast Bolano i spółka to jakaś masakra. Zarówno on, jak i Adón to pierdzielenie bez ładu i składu, w przypadku "Dziki detektywów" to jeszcze potwornie grube. Kobieta z wydm jest ostatecznie dość banalna (choć może to anachroniczne stwierdzenie), "Dzieci jesionu..." nie mają ani przypisów ani nawet nazwisk
Mam szczerą nadzieję, że w tym roku uda nam się wybrać lepsze książki, chociaż PIW nie ułatwia. Nie bez znaczenia pozostaje też to, że jak to zwykle bywa w klubach, ci, którzy głosują, wcale nie przychodzą na spotkania. 
 

Garść statystyk

Pora na cyferki. W 2025 roku przeczytałam 37 książek, łącznie 14036* stron, oraz przesłuchałam 5 audiobooków. Zaledwie 2 książki pochodziły z legimi, co myślę dobitnie pokazuje w jakim stanie jest ta platforma. Żegnamy się. Wśród przeczytanych książek było 21 ebooków, a więc stanowiły on 56%. 31 książek było po polsku (w tym 8 nie było tłumaczeniami), 11 sztuk było po angielsku. 15 książek ściągnęłam z własnej półki

*jest tu drobna rozbieżność względem Storygrapha, ale w tym momencie nie jestem w stanie stwierdzić, skąd się wzięła, możliwe, że ze zmieniania wydań, żeby się zgadzały pozostałe dane.


Najwięcej przeczytałam w czerwcu - 1657 stron, najmniej w grudniu - 804. Grudzień był to też jeden z trzech miesięcy - obok maja i sierpnia - kiedy nie dobiłam do wyznaczonego 1000 stron. Przy czym w sierpniu przeczytałam sporo tekstów, które nie zostały nigdzie opublikowane, więc tam spokojnie ponad 1000 stron jednak było. W maju czytałam po rosyjsku, to niestety idzie mi powoli i tyle. Grudzień natomiast to była jakaś kulminacja, przez dobre dwa tygodnie męczył mnie ból głowy i ogólne osłabienie, powrót do domu i padnięcie do wyra to był maks moich możliwości. 





Ciekawie wypada porównanie z rokiem ubiegłym. Łącznie przeczytałam 1000 stron więcej i jest to efekt systematycznej pacy. Mniej było miesięcy słabych, chociaż mnij też wybitnych. Systematyczność kluczem do sukcesu :) 


Czas sądu

Najlepsza książka 

Nominowani: 

  • Taipi
  • Przybysz 
  • Królewski smok
  • Ostre cięcia
  • Jak nakarmić dyktatora?
  • Hunter of Worlds
  • To-morrow

Przyznam, że trudno było mi nawet wybrać nominowanych do tej kategorii. To nie do końca tak, że nie przeczytałam dobrych książek, bardziej że poziom był dość wyrównany, że najwybitniejsze tytuły mocno się od siebie różniły. Taipi to świetna rzecz i źle bym się czuła pomijając ją, skoro nominuję tytuły obiektywnie słabsze. Przybysz to Przybysz, scena na balkonie łapie mnie za każdym razem, ten świat, w którym czuję się jak w domu, to wszystko tworzy powieść wybitną. Królewski smok to chyba pierwsza (jeśli pominiemy "Gwiazdę Wenus/Gwiazdę Lucyfer") powieść fantasy, w której średniowiecze jest średniowieczem. Jak nakarmić dyktatora? niesamowicie solidny i pełen informacji reportaż. Ostre cięcia to świetny zbiór świetnych opowiadań, szczególnie te nawiązujące do pierwszej trylogii robią wrażenie. Jeśli jednak nie oni, to na placu boju zostaje dwoje zawodników. Hunter of Worlds, mimo że jest to książka nieudana to jednocześnie ma w sobie jakiś geniusz nieoszlifowanego diamentu. Prawdopodobnie zdobyłaby statuetkę (właściwie to jaką statuetkę, muszę to ogarnąć na przyszły rok...), gdyby nie to, że wszedł na scenę cały na czarno Joseph Conrad z "To-morrow".  Tekst krótki a bardzo poruszający. 

Najgorsza książka (Nicpan 2025)

Nominowani: 

  • Czekanie na smoka
  • Wojna 
  • Dzicy Detektywi
  • Kobieta z wydm
  • O bestiach i ptakach. 

Tutaj też niestety klęska urodzaju, chociaż nic tak spektakularnego, jak Nicpan mi się nie przydarzyło, alleluja. Niestety, na pięciu nominowanych, aż cztery książki czytałam na klub PIWu. Wybór nie jest prosty. Czekanie na smoka ma świetne 3 rozdziały, żeby potem stracić wszelki sens. To jest chyba jakiś fanserwis do "Ryszarda III", ale nie wiem, nawet tego trudno się było domyślić. Wojna to patusiarska opowieść o patusach, w dodatku skompilowana z notatek, przerobiona i w tłumaczeniu (gdzie ponoć cała sztuka jest w mieszaniu rejestrów języka francuskiego i jakichś jeszcze bardziej gramatycznych zawiłościach). Ponadto autor ewidentnie ma coś do powiedzenia. Kobieta z wydm mnie nie zachwyciła. Jest nudna, naturalistycznie obrzydliwa i przewidywalna. Mimo wszystko nie jest to jednak najgorsza rzecz na świecie. Po odsianiu amatorów, pora na profesjonalistów, czyli pisarzy hiszpańskojęzycznych (żeby nie było, Asturias mi się podobał): O bestiach i ptakach to książka, której największą zaletą jest to, że jest krótka, no i ma ładną okładkę. Wydaje mi się, że autorka osiągnęła to, co chciała: stworzyła opowieść o rozpadającej się psychice, bierności i bezsilności wobec świata. Rzecz w tym, że gówno mnie to obchodziło. Dzicy detektywi mają lepsze fragmenty (czego nie można powiedzieć o "O bestiach..."), ale większość tego tekstu - szczególnie im dalej w las - to chaotyczne pierdolenie nie na temat. Niektóre epizody są naprawdę fajne (początek, wątek Skóry Boskiej), jednak większość nosi znamiona "płacą mi od słowa". Co najmniej połowę, jak nie dwie trzecie tej powieści można by spokojnie wywalić. I właśnie ze względu na objętość - a co za tym idzie długość mąk na jakie mnie skazała ta lektura - to właśnie Bolano zostaje laureatem niezwykle prestiżowej nagrody Nicpana 2025. Gratuluję. 

Odkrycie

Nominowani: 

  • Kate Elliott
  • Witold Szabłowski
Dwoje nominowanych i dwie nagrody, nie będę wybierała, bo zarówno Elliot jak i Szabłowski mnie zachwycili. Poznałam ich też w dwa bardzo odienne sposoby. Elliott polecono w grupie na FB, do której należę jako autorkę, u której średniowiecze jest średniowieczem - i to prawda! Worldbuilding w "Koronie gwiazd" jest rewelacyjny. Szabłowskiego odpaliłam dla beki spodziewając się bardzo złej książki z kategorii "Kochanki cezarów robią pierogi w Auschwitz", a dostałam bardzo solidny, bardzo interesujący reportaż. Elliot miała tendencję spadkową (kolejne tomy "Korony gwiazd" są zbyt długie) za to Szabłowkiego znam tylko z jednego audiobooka. Niemniej z obojgiem jeszcze będę się spotykała. 

Rozczarowanie

Nominowani: 

  • Przypowieść o siewcy 
Staram się podchodzić do książek z czystą głową, więc rozczarowania spotykają mnie rzadko. Pani Butler niestety jednak mocno sobie nagrabiła rewelacyjnym opowiadaniem "Blood Child". A tymczasem "Przypowieść o siewcy" nie jest jakaś specjalnie dobra nawet bez bagażu oczekiwań. 
 

Zaskoczenie 

Nominowani: 

  • Jak nakarmić dyktatora?
  • Hunter of Worlds
"Hunter of Worlds" zrobił na mnie duże wrażenie, bo to wspaniały miks rewelacyjnych pomysłów i nie do końca działającego wykonania i to właśnie ta niedoskonałość i chropawość tak mnie zaskoczyła. Mimo wszystko jednak to Cherryh, spodziewałam się po niej czegoś dobrego a że dostałam coś lepszego i gorszego jednocześnie to było ciekawe doświadczenie. Nie może się jednak równać z tym, że książka, po której spodziewałam się chłamu okazała się jedną z najlepszych z jakimi miałam do czynienia w tym roku. Nic mnie od dawna nie zaskoczyło tak bardzo jak Jak nakarmić dyktatora?

Najgorzej wydana (Brukselka w czekoladzie)

Nominowani: 

  • Czekanie na smoka
  • Początki Stalowego szczura 
Nominuję "Czekanie..." nieco zaocznie, ponieważ wydaje mi się, że jest w tej bezbożnej serii złożonej bezszeryfem. Natomiast ja to czytałam w ebooku, bo ebook jest. Nie ma za to ebooka "Początków Stalowego Szczura" co skazało mnie na targanie tomiszcza wielkości solidnej cegły, chociaż w środku są 3 krótkie powieści przygodowe. Stare wydania (te najstarsze) były idealną formą dla tego typu literatury. Vesper, ogarnij dupę i zacznij wydawać te książki ze świadomością, jaką mają objętość i że my mamy zamiar to czytać. 

Powrót

Nominowani: 

  • Harry Harrison
  • C.J. Cherryh 
  • Jacek Dukaj
Królowa jest tylko jedna. Po kilku latach wróciłam do czytania Dukaja - pretekstem było nowe wydanie "Katedry", takie na wypasie. Wydanie piękne, opowiadanie chyba mi się bardziej podobała teraz niż poprzednio, ale tak naprawdę to nie rozumiem fenomenu tego tekstu (a filmu to już w ogóle). Marzy mi się takie wypasione wydanie "Innych pieśni", ale wiadomo, marzenie ściętej głowy. Lubię Harrisona i cieszy mnie, że po latach Stalowy Szczur bawi mnie tak samo jak kiedyś, niemniej to nie jest ten poziom, zarówno literacki jak i mojego uwielbienia, jak w przypadku C.J. Cherryh. Wzięłam się za re-read Przybysza, wzięłam się za Unię/Sojusz i przypomniałam sobie zarówno dlaczego tak kocham tę autorkę jak i że mam jeszcze wiele do odkrycia. 

Wydarzenie/doświadczenie 

  • Re-read Unii/Sojuszu
  • Targi książki w Poznaniu
  • Klub PIW
Kontynuowałam uczestnictwo w klubie PIWu. Jak pisałam powyżej - ludzie świetni, tylko książki kurwy. Niemniej zamierzam dalej się w to bawić, bo fajna sprawa taki stacjonarny klub. Liczę tylko że nowa selekcja będzie lepsza niż tegoroczna. Targi Książki w Poznaniu to już od dawna stały punkt programu. A wręcz jest to cały mocno wypchany atrakcjami dzień - od rana targi, potem wizyta u Gruzina po coś do zjedzenia i biegiem na mecz (w tv, Turniej Sześciu Narodów). Nakupiłam książek, dostałam autograf, chyba przeczytałam jedną książkę z tych kupionych no i tego... było miło. Więcej o tym w rachunku za marzec 2025. Natomiast oba te fakty bledną w obliczu rozpoczęcia projektu, do którego latami się zbierałam i który kilka lat potrwa: wreszcie zabrałam się za czytanie całego cyklu Unii/Sojuszu w kolejności wydawania. Najbardziej mnie cieszy, że znalazłam sobie wariata, który robi to ze mną. Na razie za nami 2 książki, ponad 30 przed nami. 

Najlepsze opowiadanie 

Nominowani: 

  • To-morrow
  • Broooksmith 
"To-morrow" zgarnęło najlepszą ksiazkę roku a jednak przegrywa z "Brooksmithem" Henry'ego Jamesa. Co to było za opowiadanie, głowa mała. Nie jest to najlepsze opowiadanie, jakie w życiu przeczytałam (tu wygrywa jednak Szukszyn i jego "Ochota żyć", w ogóle opowiadania Szukszyna są wspaniałe), ale zdecydowanie w pierwszej trójce. 

Najbrzydsza okładka 

Nominowani: 

  • Królewski smok


Chociaż kolejne tomy "Korony gwiazd" też są paskudne, nic nie może się równać z tym retro gównem. To jedna z tych ilustracji, które im dłużej na nie patrzysz, tym więcej debilizmu przed tobą odkrywają. Penie to wiecie, ale dodam dla jasności, że w tej książce nie ma żadnych smoków, gołych bab ani nawet (S)He-mena. Niestety nie mam lepszej jakości obrazka. 


Najładniejsza okładka 

Nominowani: 

  • Lucky Day
  • Brothers of Earth
  • O bestiach i ptakach 
  • Słońce dziesięciu linii
  • Przypowieść o siewcy

Czy sięgnęłabym z takim entuzjazmem (to prawdopodobnie pierwsza od prawie dwudziestu lat książka, którą przeczytałam od razu po wyjęciu z paczkomatu) po nową powieść Chucka Tingle, gdyby nie ta okładka? Zapewne nie, chociaż opis brzmiał interesująco a sam Chuck, no to Chuck. Okładki "Bestii" i "Słońca" są bardzo estetyczne, "Przypowieść" to ładna, mocna grafika (chociaż nie bardzo ma się do treści), ale żadna z nich nie może się równać z tą wspaniałą retro-okładką "Brothers of Earth". Czy wiedzieliście kiedyś coś, co bardziej wrzeszczałoby "lata 70." a nie było brązowe? Nacieszcie oczy:



Tl;dr 



Pełna lista winowajców

  1. „Taipi” Herman Melville
  2. „Czekanie na smoka” John M. Ford
  3. „50 short stories” 
  4. „Diaspora” Greg Egan
  5. „Invitations” C.J. Cherryh
  6. „Deliberations” C.J. Cherryh
  7. „Wojna” Ferinand Celine
  8. „Foreigner” C.J. Cherryh
  9. „Invader” C.J. Cherryh
  10. „Czerwona Kraina” Joe Abercrombie
  11. „Pan Prezydent” Miguel Angel Asturias
  12. „Wyspa snów” Heikki Kännö
  13. „Inheritor” C.J. Cherryh
  14. „Przypowieść o siewcy” Octavia Butler
  15. „Astronomia i księgi” Piotr Pokora
  16. „Głębia oceanu” Susan Casey
  17. „Umierając, żyjemy” Robert Silverberg
  18. „Taki dobry chłopak” Hanna Dobrowolska 
  19. „Katedra” Jacek Dukaj
  20. „Sztuka czytania i pisania w Babilonie” Dominique Charpin
  21. „Precursor” C.J. Cherryh
  22. „La Bestia” Przemysław Piotrowski
  23. „Defender” C.J. Cherryh
  24. „Krolewski smok” Kate Elliott
  25. „Kola Zębate” Ryunsuke Akutagawa
  26. „Glupie zwierzeta Polski i jak je znaleźć” Marek Maruszczak
  27. „Książę psów” Kate Elliott
  28. „Głaz gorejący” Kate Elliott
  29. „Dzicy detektywi” Robarto Bolano
  30. „Brothers of Earth” C.J. Cherryh
  31. „Nie oświadczam się” Wiesław Łuka
  32. „Dziecko Płomienia” Kate Elliott
  33. „Lucky Day” Chuck Tingle
  34. „Kobieta z wydm” Kobo Abe
  35. „Dzieci jesionu, dzieci wiązu” Neil Price
  36. „Ostre ciecia” Joe Abercrombie
  37. „Słońce dziesięciu linii” Zofia Romanowiczowa
  38. „Jak nakarmic dyktatora” Witold Szabłowski
  39. „O bestiach i ptakach” Pilar Adon
  40. „Narodziny Stalowego Szczura” Harry Harrison
  41. „Hunter of Worlds” C.J. Cherryh
  42. „To-morrow” Joseph Conrad
  43. „Stalowy Szczur idzie w kamasze” Harry Harrison

Czytaj dalej »

czwartek, 1 stycznia 2026

6/2026 czyli plany na 2026

Od razu zaznaczam, że nie zamierzam się rygorystycznie trzymać tego, co tu sobie zaplanowałam, to bardziej takie zestaw wskazówek dla mnie samej w momentach kryzysu czytelniczego albo braku pomysłu po co sięgnąć. Będę zadowolona jeśli zrealizuję chociaż jedną trzecią tych ambitnych planów. Niektóre są bardziej prawdopodobne w realizacji (czyt. ktoś będzie je realizował razem ze mną, więc będzie presja), inne raczej dopisane w nadziei, że jednak się uda. 

26/2026

Już od paru lat krążą po necie postanowienia w rodzaju "25 książek na 2025 rok", biorąc jednak po uwagę, że ja przy klęsce urodzaju przeczytam tych książek w nowym roku około 50, wydaje mi się to kompletnym wariactwem. Ja czytam dla przyjemności a nie odkreślam lektury z listy. Wpadłam więc na dużo sensowniejszy pomysł: 6 książek na 2026 rok. Żeby nie było za bardzo minimalistycznie, po 6 książek wybiorę z kilku kategorii, a łącznie uzbieram 6 wyzwań w ogóle.  Co ważne: te listy mogą na siebie zachodzić, traktowane są jak zupełnie niezależne.

1. C.J. Cherryh 

Jedziemy sobie powoli i stabilnie z ponownym czytaniem Unii/Sojuszu. Na razie mamy dwie książki za sobą, a czy uda się obalić sześć w roku przyszłym...? Trudno powiedzieć. Nie nastawiam się, zależy mi, żeby nas ten re-read bawił a nie męczył. Niemniej może się to udać, bo już na pierwszy rzut idzie trylogia (luty/marzec - jeszcze nie mamy daty). Nie jestem pewna, czy zmieścimy "Wave Without a Shore", ale zobaczymy, jak się sprawy ułożą. Jeśli pójdziemy w luty - maj - wrzesień - grudzień, to powinno się udać, pytanie na ile nas wymęczy "Faded Sun" ;) 
  1. "Faded Sun: Kesrith"
  2. "Faded Sun: Shon'jir"
  3. "Faded Sun: Kutath"
  4. "Serpents Reach"
  5. "Downbelow Station"
  6. "Wave Without a Shore"


2. Klasyki

Tutaj zestawienie dość chaotyczne, po prostu rzeczy, które mi się nie zmieściły jakoś w latach ubiegłych, a jednak wypadało je przeczytać dawno temu. 
  1. "Anna Karenina" Lew Tołstoj
  2. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte
  3. "Faraon" Bolesław Prus
  4. "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltari
  5. "Ojciec i syn" Karol Bunsch
  6. "Droga donikąd" Józef Mackiewicz



3. Książki ze Styrty Zażenowania 

Tradycyjnie już będę próbowała sięgać po książki, które mi zalegają na półkach a nie kupować ich jeszcze więcej. 
  1. "Faded Sun"
  2. "Wave Without a Shore"
  3. "Guns, Germs and Steel"
  4. "Zew nocnego ptaka"
  5. "Dzieci Czasu"
  6. "Gdy leżę konając"



Tutaj dochodzi oczywiście dużo więcej tytułów, chociażby to, co kupiłam na targach książki 2025 (a pewnie i 2024...), więc i tam chciałabym spojrzeć, tak samo jeśli chodzi o książki z Vespera, których też trochę mam nieprzeczytanych. Dobierała to będę zgodnie z tym, jak mi dusza zagra, ale mam nadzieję wyrobić sobie nawyk sięgania najpierw po książki ze Styrty. 

4. 15000 stron

To wyzwanie niewiele oznacza, bo strona stronie nierówna, ale całkiem skutecznie motywuje. Wersja minimum to ponad 1000 stron przeczytanych miesięcznie - nie średnio, ale w każdym miesiącu. Wykonalne, więc będę walczyć :)

5. 52 książki punkty 

Tradycyjnie już, nie ustaję w wysiłkach, ale oczywiście z późniejszymi zmianami, tj. żeby nie bać się tłuściochów dalej stosuję system punktowy. Też uważam, że wykonalne, więc będę cisnąć. 

6. Czytać po rosyjsku

Jak zwykle, chęci są a potem mi idzie za wolno i mnie żre frustracja i nic z tego nie wychodzi. Mam rozgrzebanego Lamorę, mam opowiadanka dla uczących się języka, mam jednego Dostojewskiego: będę starała się skończyć chociaż jedną z nich. 


Są to plany dość ambitne. Jak pisałam na początku, nie łudzę się, że uda mi się zrealizować je wszystkie, ale też nie o to chodzi. To jakiś plan podróży, ogólne wytyczne, które mnie mają przywracać na właściwe tory w razie gdybym zwątpiła. 


Pozostałe

Anime

Chciałabym od czasu do czasu coś obejrzeć a jakoś nigdy nie mogę się zebrać. Ustaliłam na razie, że spróbuję jakoś to rozkładać - np. odcinek co drugi dzień czy coś w tym guście. Jak wyjdzie, zobaczymy, na razie nie mam konkretnych planów.

Filmy

W roku pańskim 2025 obejrzałam... 3 filmy. Planuję oglądać jeden miesięcznie, ostatniego dnia miesiąca. Jeśli chodzi o to, co - to wyjdzie w praniu, chcę iść zgodnie z tym, na co mam w danym momencie ochotę. 

Seriale

Nawet nie wiem, ile ich obejrzałam. Zaczęłam powtórkę "Z Archiwum X", ale przerwałam i to chyba tyle. Chcę więc podokańczać, co mam rozpoczęte, to gdzie wyszły nowe sezony. Jak wyjdzie - zobaczymy. Plany też są takie, żeby po perwsze oglądać przy układaniu puzzli, po drugie (jeśli coś wymaga większego patrzenia na ekran) to jakoś to rozplanować na zasadzie odc./dziennie czy coś w tym guście. 




Czytaj dalej »

środa, 31 grudnia 2025

[Rachunek za] Grudzień 2025

Wchodząc w grudzień byłam optymistycznie nastawiona do realizacji moich tegorocznych postanowień i życie mnie zrewidowało dość okrutnie. Przeczytanie 52 książek nie wchodziło w grę, ale zupełnie sensownie wyglądało dobicie do 15k przeczytanych stron. A potem mnie dobił jakiś kosmiczny kryzys czytelniczo-zdrowotny i wyszło jak zawsze (mija 6 rocznica odwalenia 15 książek w grudniu żeby dobić do 52 tak swoją drogą i przypominam, że żadna nie miała poniżej 200 stron). Dopiero po wigilii coś we mnie pękło i wróciłam do czytania w jakichś normalnych ilościach (a nie że po 5 stronach miałam wrażenie, że wyczerpałam wszelkie siły witalne i umysłowe). Także było bez szału. 


Książki

Hunter of Worlds "Piękna katastrofa"/10

WPCUS część 2 

Nadejszła wiekopomna chwila - na ruszt wjechała druga powieść z Unii/Sojuszu. I co to była za powieść.

 

C.J. Cherryh przyzwyczaiła mnie (wg statystyk na Storygraphie przeczytałam pomiędzy 52 a 59 książkami jej autorstwa... rozbieżność wynika zapewne z re-rereadów) do pewnej niezachwianej solidności. Solidności tak doskonałej, że aż łatwo jej nie zauważyć, przyjąć za pewnik i coś zupełnie normalnego, że wszystko w tych książkach się zgadza, że wszystko pasuje, że ci kosmici i te wszystkie światy są po prostu z natury rzeczy tak doskonałe. W Hunter of Worlds tego nie ma. I jest to wspaniałe. 

Powieść zaczyna się mocnym rozdziałem, pełnym akcji i niezwykłych wydarzeń. Na stację kosmiczną przybywają wysłannicy śmiertelnie niebezpiecznych iduve, przybywają by wezwać na służbę niejakiego Aielę, dość przypadkowego kallię. Nikt przy zdrowych zmysłach - a nawet większość wariatów - nie odmówiłby wykonania jakiegokolwiek rozkazu iduvich, Aiela pakuje więc manatki i trafia na pokład gigantycznego statku Ashanome. Tam, z rozkazu przywódczyni klanu, pięknej Chimele, zostaje połączony za pomocą implantu nie z jedną, a dwiema osobami - co jest niespotykane. Co jeszcze bardziej niespotykane, to że jedną z tych osób jest przedstawiciel innego gatunku. Nie, nie iduve. To jest człowiek. Ludzie to prymitywne istoty, których inteligencja jest poddawana w wątpliwość przez inne rasy, ale Daniel ma informacje, których potrzebuje Chimele. I tak zaczyna się historia o zemście, która może pochłonąć cały klan Ashanome, nie tylko jakichś przypadkowych kallia czy złapanego w niewolę człowieka, którzy mają posłużyć jako tej zemsty narzędzia. 

Jak zawsze u Cherryh dostajemy bardzo ciekawe rasy obcych. Prym wiodą tu iduve, drapieżniki, które dorobiły się cywilizacji kosmicznej, ale nie stępiło to ich krwiożerczych instynktów. Funkcjonują w stanie nieustanego szczerzenia kłów i walki o honor i pozycję w stadzie. Łatwo ich sprowokować, a odruchy mają śmiercionośne. To oczywiście czyni ich cool as fuck, ale też nie jest to dobre czy spokojne życie, na co nieco światła rzuca nam narracja Tejefa.

Cherryh pokazuje nam wszystkie strony konfliktu, nie szczędząc każdej z nich solidnej motywacji i argumentów za swoją sprawą. W efekcie każdy z wątków i każdą z narracji czyta się z dużym zainteresowaniem, a kiedy konflikt zbliża się do kulminacji naprawdę trudno wytrzymać napięcie, bo kibicuje się obydwu stronom. Świetne to jest. 

Co zatem nie zagrało?

Cherryh nie bierze jeńców. Obce słówka - w trzech językach... - atakują od pierwszych stron. I to początkowo jest naprawdę świetne. Problemy zaczynają się im dalej w las wchodzimy. Nie chodzi o to, ile tych nowych słów tu jest, natomiast niestety ich znaczenie nie jest dobrze wyjaśniane w kontekście, a co gorsza - one wszystkie wyglądają praktycznie tak samo. I jak rozumiem, że to kwestia słowotwórcza, że pokrewieństwo, seks, ciąża, że te wszystkie słowa mogą w jakimś języku pochodzić od wspólnego korzenia. Ale miejmy litość dla czytelnika, to jest naprawdę trudne do ogarnięcia,  jest tego mnóstwo, miejscami wpadamy w jakiś kompletny bełkot, bo nawet jeśli znamy koncepcje, to niekoniecznie ogarniemy, że właśnie to słowo ją oznacza. Przez to ta powieść jest jakaś... kanciasta, niespasowana, surowa, chropawa... i to jest w niej wspaniałe. Koresponduje na pewnym poziomie z dzikością iduve

Należy sobie powiedzieć wprost: ta książka C.J. Cherryh nie wyszła. Młoda autorka wzięła sobie na warsztat bardzo ambitny pomysł i na nim poległa. Gdybym ją znała pisząc moją pracę magisterską, to podałabym Hunter... jako przykład negatywny. Ale mimo to, jest w tym jakiś surowy, pokraczny geniusz, którego, prawdę mówiąc, nieco brakuje mi w reszcie twórczości Cherryh. Precyzyjna doskonałość jej pozostałych tekstów odziera nieco fantastykę z tego zachwytu nad czymś wariackim. A to, co się odwala na poziomie językowym w tej powieści jest po prostu wariackie.

Czy polecam? Jeszcze jak! Ale nie nowym fanom, to jest ciekawostka, literacki cukierek w dziwnym smaku.


To-morrow "Nienawidzę witamin i ludzi szczęśliwych"/10

Joseph Conrad widział kiedyś szczęśliwego człowieka, ale nie skumał o co temu wariatowi chodzi. Niezbyt mądrze sobie wybrałam to ponure opowiadanie na lekturę na święta. Rzecz jest o ojcu, który czeka na powrót syna-marynarza. Ani w powrót potomka ani we wszystkie jego szlachetne cechy nie wierzy nikt poza popadającym w obłęd ojcem. Poruszająca rzecz, jak to zwykle u Conrada, nieco duszna, niedopowiedziana a postacie niejednoznaczne. Jest tu bohater, o którym trudno powiedzieć coś dobrego, a który mówi rzeczy piękne. Ludzie to cholernie skomplikowane istoty i Conrad jak nikt potrafił to uchwycić. Piękny tekst i spina pewną klamrą ten rok, bo w styczniu przeczytałam inne doskonałe opowiadanie - Brooksmith Henry'ego Jamesa. Zaczęłam ten rok opowiadaniem doskonałym i skończyłam równie dobrym. 

To-morrow jest wydane w małej czarnej serii Pingwina i nawet abstrahując od mojego uwielbienia dla tych małych książeczek, to po prostu to opowiadanie doskonale sprawdza się solo. Zamknięcie go w okładki, oddzielenie od innych utworów chociażby w ten symboliczny sposób sprawia, że czytelnik ma czas na refleksję, że można tę książeczkę zamknąć, podnieść wzrok i odetchnąć głęboko. 

Polski tytuł tego opowiadania to "Jutro", acz nie wiem nic o tłumaczeniach ani w jakich zbiorach się ukazało; nie ma go w "Opowiadaniach" z Czarnego. Oryginał jest dostępny w Projekcie Gutenberg. Generalnie polecam czytać Conrada w oryginale, bo on po prostu lubił używać tych konstrukcji gramatycznych, których w polskim zwyczajnie nie ma plus był bardzo wnikliwym obserwatorem różnych językowych ciekawostek (w Lordzie Jimie dzieję się rzeczy niesłychane jak Niemcy albo Francuzi mówią po angielsku!). 


Stalowy Szczur idzie w kamasze 

Siódmy tom przygód Jima DiGriz rusza z kopyta tam, gdzie zakończył się tom szósty, a Jim marzy o zemście na człowieku odpowiedzialnym za nieszczęścia, jakie go niedawno spotkały. Znowu dostajemy mnóstwo humoru i mnóstwo akcji, tym razem wyśmiewając zarówno wojsko jak i utopijne społeczeństwo pacyfistów. W tej jednej cienkiej książce dzieje się więcej niż w niejednej wielotomowej sadze. Okoliczności zmieniają się szybko i Jim musi się do nich dostosowywać. Jak tom poprzedni jest to przygodówka akcji w nieco absurdalnym świecie. Te książki nie mają wielkich ambicji. Mają bawić i robią to wyśmienicie.   


Planszówki

Na okoliczność świąt byłą wreszcie okazja nieco pograć. Z racji towarzystwa wjechały lżejsze tytuły, ale każdy kto trochę obcuje z planszówkami wie, że tytuł bardziej skomplikowany niekoniecznie jest tytułem lepszym.  


Wszystkie państwa świata "nienazwana groza Oceanii"/10

Tactic przyzwyczaił mnie do gier o prostych zasadach i wciągającej rozgrywce. "Wszystkie państwa świata" to nie tylko quiz w rozpoznawanie flag - mamy dodatkowo możliwości odpowiedzenia na pytania dotyczące danego kraju. Punktuje się nie tylko za nazywanie krajów oraz odpowiadanie na pytania, ale również za każdy "zdobyty" kontynent, co wprowadza do gry prosty ale skuteczny mechanizm strategiczny. Iść w pewniaka, czy może zaryzykować z państwem w regionie, gdzie jeszcze nasze pionki nie postały? Zasady można wytłumaczyć błyskawicznie, poziom trudności generalnie zależy zaś po prostu od naszej wiedzy plus losowego doboru flag w danej turze. Za jedyny minus uznałabym to, że pytania mają bardzo różny poziom trudności. Czasem mamy podać stolicę i podpowiedzi są dość oczywiste, czasem chodzi o wybranie nieprawdziwego zdania o danym państwie i to ponownie, czasem odpowiedzi do wyboru nie pozostawiają wątpliwości, która jest prawidłowa a czasem chodzi o coś bardzo szczegółowego. Niemniej jest to świetna gra dla dowolnie dobranych graczy, możecie zaangażować ojca, babcię i młodszego brata a na dodatek dorzuć córkę, co jest wciąż w podstawówce i każdy właściwie powinien bawić się równie dobrze. 


Niepożądani goście "Czyli właściwie mu się należało"/10

Królowa regrywalności znowu zagościła na moim stole. Punkt wyjścia jest zawsze taki sam: znaleziono trupa w gabinecie, należy odkryć, kto zabił. Podejrzanych oraz plan domu, na którym będziemy notować mamy zawsze tych samych, ale każda sprawa wymaga od nas dobrania innego zestawu kart z informacjami. Kartami tymi będziemy się wymieniać z innymi graczami, próbując jako pierwsi odkryć, kto i dlaczego zabił. Spraw jest nieco w pudełku plus jakiś 1000 w aplikacji. 

Nie jest to mózgotrzep w rodzaju "Detektywa", informacje dostajemy tu w większości na talerzu (np. karta wprost mówi nam "narzędziem zbrodni nie była broń biała"), ale podejrzani mogą kłamać a z tych danych niekoniecznie wprost wyjdzie nam, kto zabił - bardziej, co jest lub nie jest prawdopodobne. 


Senet "Kek"/10

Gra ze Starożytnego Egiptu. Tak, serio. Była tak popularna, że plansze znajdowane są w grobowcach i wiele jest też przedstawień na malowidłach. Haczyk jest taki, że nie znamy zasad. Współczesne reguły odtworzono na podstawie fragmentów zapisków. No i mamy dość prostą, ale wcale nie tak oczywistą grę, która polega na przeprowadzeniu swoich pionów do końca planszy - zanim zrobi to przeciwnik. Można sobie blokować drogę, czekają też na nas pułapki i utrudnienia. To również gra, w którą można zagrać nawet z kimś, kogo nowoczesne planszówki nie bawią, szczególnie jak upoluje się eleganckie wydanie. 


Plany

O planach na przyszły rok napiszę osobnego posta, więc tutaj będzie o planach blogowych. Mianowicie w najbliższych dniach pojawi się Rachunek za rok 2025. Raczej jednoczęściowy, bo konsumowałam głownie książki. Będzie trochę statystyk będą nagrody i to tyle. Poza tym wspomniany już post z planami na 2025 rok. A potem to już wiadomo, zaraz święta, majówka i znów będą wakacje ;) 

Czytaj dalej »

piątek, 5 grudnia 2025

[Rachunek za] Listopad 2025

Listopad to miesiąc intensywny, aczkolwiek nie czytelniczo. Biorąc pod uwagę, że zajmowałam się głownie pisaniem, to jestem bardzo zadowolona z tego, że udało mi się wyrobić moją normę ponad 1000 stron w miesiącu - mnie samą mocno to zaskoczyło. 

Książki 

Dzieci jesionu dzieci wiązu

Dziwna to była książka. W sensie... nie była zła jako taka, natomiast podjęto w jej przypadku szerego bardzo dziwnych - i moim zdaniem błędnych - decyzji. Autor przybliża nam wikingów niejako od środka, próbuje opisać ich z ich własnej perspektywy, nie z perspektywy najeżdżanych przez nich ludów. Skupia się na różnych aspektach życia codziennego i polityki, opierając w dużej mierze na źródłach archeologicznych. Tu wszystko gra i nie mam podstaw, żeby wątpić w jego wiedzę w tym zakresie. Natomiast:

- w książce nie ma przypisów (poza durnymi przypisami tłumacza, o czym za moment)

- nie padają żadne nazwiska. Gość powołuje się na "znanych badaczy" albo "specjalistów w tym zakresie". Kogo dokładnie? Nie wiadomo, chociaż polemizuje z nimi albo przytacza ich poglądy. 

Wydaje mi się, że to dziwaczna decyzja wydawcy oryginalnego, który chciał chyba stworzyć książkę, która nie przestraszy potencjalnego czytelnika, który ściągnie ją z półki w księgarni. Wyszło bardzo słabo. 

(na końcu dostajemy kilkadziesiąt stron bibliografii, więc to nie jest tak, że autor te różne kwestie bierze z zadu, rzeczy w tym że przypis końcowy to słaby pomysł nawet jeśli jest numerowany a tu nie mamy numeracji tylko bibliografię do rozdziałów opatrzoną krótkim omówieniem)

Co gorsza, tłumaczenie jest z kategorii daremnych. Miejscami ewidentnie tłumacz nie zrozumiał zdania, ale się tym nie przejął, miejscami nie chciało mu się sprawdzić chociażby na wikipedii czym jest wrzeciono i czym się różni przęślica od przęślika. Autor często używa argumentów językowych, bo w języku angielskim faktycznie sporo jest pozostałości po wikińskim podboju. Można by to bez problemu przełożyć na polski, dodając po prostu "angielskie słowo" oraz znacznie w nawiasie, ale po co, jak można dosłownie przełożyć całość i się nie przejmować, że nie ma to sensu? Plus mamy przypisy tlumacza w rodzaju wesołego stwierdzenia, że w Polskim wydaniu będziemy używali innego zapisu nazw niż autor - ale zostawilismy przed owe autora dotyczącą tych kwestii, bo nie chciało nam się myśleć. 

Nie jest to książka jakoś fundamentalnie zła, ale mogła by być lepsza, a polskie wydanie ciągnie na dno słabe tłumaczenie. Niemniej uważam że można zerknąć, szczególnie, że na Storytelu jest angielski audiobook ("Children of Ash and Elm"). 


Ostre cięcia 

Rewelacyjny zbiór opowiadań ze świata Pierwszego Prawa. Nie ma sensu czytać bez znajomości wcześniejszych książek, bo sporo tu tekstów, których się po prostu nie zrozumie, ale kiedy się zna bohaterów i cały kontekst to jest to masa świetnej zabawy. Absolutnie rewelacyjne jest opowiadanie o Glokcie, ot scenka rodzajowa, która nabiera zupełnie innego wydźwięku, kiedy uświadomimy sobie, w którym momencie jego życia dokładnie się znajdujemy. Każde pojawianie się Whirruna z Bligh to z kolei taka dawka humoru, że można się popłakać ze śmiechu. Abercrombie w ogóle ma niesamowity talent do pisania świrów i w tym zbiorku to udowadnia. Świetne to było i dało mi wiele radości.  


Słońce dziesięciu linii

Trawiona kryzysem czytelniczym - winię "Dzikich detektywów" - sięgnęłam po niedługiego pewniaka i się nie zawiodłam. Romanowiczowa duszna, piękna językowo, szamocząca się z myślami, uwikłana tak w przeszłość jak i w teraźniejsze wydarzenia. Świetna. Do tego, co się PIWowi raczej  nie zdarza, sensowne posłowie. 


O bestiach i ptakach 

Książka na klub PIWu. I będę wnioskowała o całkowity ban prozy hiszpańskojezycznej w przyszłości. Ja rozumiem, że można czasem wyjść ze strefy komfortu. Nawet warto. Ale my tu jesteśmy tak od niej daleko jak ta książka od rozumu i godności człowieka. Po co to było, po co zmarnowano cenne godziny mojego czasu, na cholerę ja to czytałam i po chuja wafla ona to napisała? Że co, że bohaterka w depresji, że uwikłana, że się nawet nie miota, tylko poddaje bezwolnie osobom, które nie tyle jej nie słuchają - mamy dowody na to, że doskonale ją słyszą - co ich po prostu jej zdanie nie obchodzi. Są tu elementy horroru i... i tyle właściwie. Słabe to było. 


Narodziny Stalowego Szczura

Ponieważ bezlitosne algorytmy Zdjęć Google czy innego OneDrive przypomniały mi, że minął ROK odkąd zakupiłam tę książkę - z zamiarem natychmiastowego przeczytania, oczywiście - uznałam, że dość wymówek, pora się zabrać za Stalowego Szczura, szczególnie, że potrzeba mi było czegoś lekkiego i rozrywkowego na odtrutkę po tej cholernej Pilar Adón. 

Jakież było moje rozczarowanie, kiedy zorientowałam się, że Vesper z jakichś nieznanych powodów (znaczy, zakładam, że to kwestia licencji) postanowił zacząć wydawanie serii o Śliskim Jimie DiGriz od tomów... 6, 7 i 8. Rozumiem, że nie wszyscy wyznają (jedynie słuszną) zasadę, że czytać należy w kolejności wydawania, a nie chronologii wydarzeń, ale to już jest trochę absurd, bo jaka jest zabawa czytać napisany w latach 80. prequel do serii zapoczątkowanej w roku 1961? 

No dobrze, może zabawa sama w sobie nie jest taka zła, bo powieść o początkach naszego przyjaciela jest rewelacyjna. To przepełniona akcją i humorem powieść przygodowa. Na niecałych 300 stronach dzieje się tu więcej niż w niejednej wielotomowej sadze - napady na banki, ucieczki z więzienia, wpadanie w niewolę, szantaże, bitwy, ucieczki, pościgi i cała masa kradzieży. 

Wyczytałam gdzieś, że wizja przyszłości zaprezentowana przez Harrisona się zdezaktualizowała i nie wiem, ja tego tak nie widzę. Może jestem po prostu starsza od węgla i nie razi mnie świat bez telefonów komórkowych, bo go po prostu pamiętam? Harrison w ogóle nie wydaje się skupiać na przewidywaniu przyszłości. On pisze książkowy odpowiednik komedii akcji z lat 80. (choć jest to stwierdzenie anachroniczne, przypominam, że ta seria narodziła się na samiuśkim początku lat 60.!), pełen przyszłościowych gadżetów, opisanych zgodnie z (ponownie anachronizm) najlepszymi zasadami cyberpunka: żadnych konkretów; jak to działa? doskonale działa, dziękuję. Tak, to świat bez komórek i mediów społecznościowych, ale jest to też świat lotów międzygwiezdnych, sztucznej grawitacji, latających samochodów, dziwacznej broni i niesamowitych gadżetów. Czy sześćdziesiąt (w przypadku tej powieści 40) lat później możemy (anachronicznie) powiedzieć, że to już retrofuturyzm? A jeśli tak, to co w tym złego? 

Uwielbiam Stalowego Szczura. Nowe wydanie Vesper ma taką cool okładkę:


Podoba mi się ona i moim zdaniem młody Jim całkiem fajnie na niej wygląda. Generalnie pasuje ona do treści, chociaż wyraźnie pokazuje jak dużą skłonność do rozmaitego mroku mamy w dzisiejszych czasach (tutaj najwyraźniej pokazuje to przypadek "Księżniczki Marsa" i jej ekranizacji "John Carter") - bo świat Stalowego Szczura jawi mi się raczej jako taki dość słoneczny. Niemniej, ta okładka generalnie pasuje do treści. A jednak nie oddaje klimatu tych książek tak doskonale jak okładki pierwszych polskich wydań:



Audiobooki

Jak nakarmić dyktatora?

Sięgnęłam po tę pozycję trochę dla śmiechu, spodziewając się durnej książczyny z kategorii "Kochanki nazistów" albo inna "Prawdziwa historia królewskich gaci", a tymczasem dostałam naprawdę świetną rzecz. Autor zjechał pół świata, by odnaleźć i porozmawiać z kucharzami dyktatorów. No i można było do tego podejść po łebkach, napisać, że ten lubił placki a tamten bułkę z dżemem, ale nie tak to wygląda. Dostajemy obraz - od kuchni - niejako codziennego życia dyktatorów, organizacji pracy na ich dworach, wiele o ich charakterze. Autor dodaje kontekst historyczny i polityczny, przeplata to z przepisami, a cała narracja jest dość lekka, miejscami humorystyczna, miejscami popada w groteskę czy makabrę, szczególnie w wątku Pol Pota, bo opowiadająca o nim kobieta ma po prostu - nie bójmy się słów - nasrane. Chciałabym wyróżnić któryś z rozdziałów, ale wszystkie są ciekawe a każdy inny. Odwiedzamy: Saddama Hussajna (rewelacyjny jest ten rozdział), Idiego Amina (czy szerzej Ugandę w czasach dekolonizacji), Envera Hodźę (ten rozdział relatywnie najsłabszy), Pol Pota (tu się dzieją rzeczy nie do opisania) i Fidela Castro (wiedzieliście, że miał swoją ulubioną krowę?). Intrygujący jest nie tylko obraz tych ludzi, ale też to, jak podchodzą do nich ich kucharze, jak ich widzą, jak ich opisują. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. 


MiToPiPo 2025

Kolejny rok, kolejna powieść... ;) Tym razem pisało mi się bardzo źle, czego może nie obrazuje wykres moich dziennych postępów, ale nie byłam zadowolona z tego, co się dzieje. Z jednej strony trochę sobie olałam przygotowania (wrzesień i październik miałam zabiegany, jakiś chaotyczny), a drugiej niemal cały rok poświęciłam na redakcję "Zwycięzcy" i to też miało znaczenie. Co więcej ciąg dość okropnych lektur (nie polecam "Dzikich detektywów"...) też nie pomógł. W drugiej połowie miesiąca jednak się odblokowałam, coś kliknęło, rzecz zaczęła się toczyć. Pomogły lepsze lektury, to niewątpliwie. 
Nie udało mi się skończyć tekstu, ale jestem blisko i mam nadzieję zamknąć "Podłogi i powietrza" do końca roku. Niewątpliwie czeka je WIELE poprawek, ale to problem przyszłej mnie. 
Co do samego MiToPiPo - udało nam się bez pomocy bota zrobić ponad 100h sztachety, czy trzeba mówić więcej? Plus, tegoroczna naklejka jest łogiń: 

Plany

Grudzień to czas na drugą odsłonę Wielkiego Ponownego Czytania Unii/Sojuszu -> buddy reading na Storygraphie znajduje się TUTAJ. Bierzemy na tapet "Huner of Worlds" i spodziewam się, że będzie zajebiście, bo raz, że to Cherryh a dwa patrzcie tę okładkę: 


Poza tym czeka mnie książka na klub PIWu (styczniowa) - "Pierwsze słowo", ceramka - liczę na ciekawą lekturę. Dalej czytam "Początki Stalowego Szczura" i... nie wiem, czy coś jeszcze zmieszczę. Został mi też do dokończenia rewelacyjny audiobook "Weavers, Scribes and Kings" Amandy Podany (jest na Storytelu, czyta autorka) o Mezopotamii z takiej... ludzkiej perspektywy (na bazie źródeł oczywiście) - więcej o nim będzie w grudniowym rachunku, ale już teraz mogę powiedzieć, że to mój TOP 3 najlepszych non-fiction. 

A potem to już tylko podsumowanie roku, Wielkanoc i znowu będą wakacje ;) 


Czytaj dalej »

sobota, 22 listopada 2025

[Recenzja] Boox Palma 2

O Palmie napisałam już parę(naście) słów w rachunku za lipiec 2025, ale sądzę, że to urządzenie wymaga jednak nieco większej ilości słów i osobnego wpisu. 


Dla porządku zaznaczę, że będę mówiła o czytniku Onyx Boox Palma 2, nawet kiedy będę pisała po prostu "palma". Różnice między urządzeniami nie są duże, ale są.


Parę słów kontekstu 

Zacznijmy zgodnie z tradycją - od opowieści o moim życiu. Dobrze, stop, nie będzie aż tak strasznie. Ale uważam, że w przypadku opinii o czytnikach a szczególnie tym czytniku niezbędne jest zaznaczenie jakie się ma doświadczenie z tymi urządzeniami. Bo "recenzji" Palmy nazywających ją smartfonem jest aż za wiele...

Otóż pierwszy swój czytnik dostałam w łapki w październiku 2010 roku. Był to nieodżałowany Kindle 3. Wcześniej miałam w rękach jakiś czytnik z e-papierem, bodaj Sony, ale i tak złapałam się na to, na co złapali się wszyscy moi ówcześni ebookowi znajomi, syndrom "to nie jest naklejka". Bo tak, e-papier robił wówczas ogromne wrażenie. Może zresztą robi je i teraz - po prostu przywykłam, szczególnie, że podświetlenie jednak zmienia odbiór - ekran bardziej przypomina wyświetlacz. Niepodświetlone cenówki w marketach wyglądają tak, że pewnie nawet nie zwróciliście uwagi na to, że to jest e-ink. 

Ten wstęp jest tu po to, żebyście wiedzieli, że znam się z e-inkiem od bardzo dawna, od czytników bez podświetlenia ale za to z fizycznymi przyciskami (pamiętam jak wszyscy się zachwycaliśmy ich umiejscowieniem na krawędzi; Kindle 3 to było w ogóle doskonale zaprojektowane urządzenie, jeśli chodzi o ergonomię), poprzez Kindle Voyage (300 dpi! to był dopiero szał) do dziś uznawany za najlepsze urządzenie ze stajni Amazonu aż po Palmę z Androidem. Lubię e-ink, śledzę losy tej technologii, czytam ebooki od bardzo dawna, słowem: siedzę w tym temacie. 

Od czasu Kindle 3 e-papier zrobił ogromne postępy, szczególnie jeśli chodzi o szybkość działania - o czym będzie jeszcze niżej. Same czytniki jednak już niekoniecznie, szczególnie jeśli chodzi o czytniki Amazona. Pominę już samo oprogramowanie (chociaż jest ohydne), bo jak już się odpali książkę to nie ma to znaczenia. Ale kiedy konkurencja Amazona zdecydowanie poprawiła swoje dokonania (miałam ostatnio w rękach InkBooka Solaris i nie miałam wrażenia, że jest zepsuty!), Jeffrey wsadzał łeb coraz głębiej w swój zadek. Widziałam nowego Kindla i to wygląda jak nieśmieszny żart. Wiecie jaki jest czytnik, który ma 7 cali? ZA DUŻY. 

Jedynym z tych konkurentów jest forma Onyx i ich dość szeroki wybór urządzeń z serii Boox. Są duże, są małe... i jest też ciekawostka: Palma. Czytnik wielkości telefonu. 


Co to jest ta Palma?

Z zakupem nowego czytnika nosiłam się już jakiś czas, falami nachodziło mnie nieco mocniej - mój Voyage, bezdyskusyjnie wspaniały, niestety nie młodnieje. Guma dosłownie zaczęła się na nim rozkładać, nowe okładki są do luftu, stara składa się już chyba bardziej z kleju niż okładki, a oprogramowanie miewa czkawkę (tu raczej pomoże reset, ale leniwa jestem, musiałabym zrobić sobie kopię zawartości). Nie chcę się z nim rozstawać, ale wiem, że kiedyś to nastąpi. 

Nie bez znaczenia oczywiście jest też prosta sprawa chciejstwa i fakt, że ostatni raz nowy czytnik kupiłam sobie w październiku 2015. (to był zły moment w moim życiu pod chyba każdym względem poza twórczym i finansowym...). Za czymś małym jak smartfon rozglądałam się już od lat. Pierwszy był chyba Woxter Scriba 195S, ale jakoś się nie skusiłam - były tam jakieś problemy z czcionkami i a samo urządzenie, nie oszukujmy się, wygląda jak coś z odpustowego straganu (chociaż słyszałam ostatnio od użytkowniczki, że jest ogółem zadowolona). Były też telefony z einkiem (Yota Phone), daaawno i raczej w sferze tematu, którym trzeba się będzie zainteresować, jak się rozwinie. Rozwinął się tyle o ile - ograniczenia einku zderzają się z wymaganiami wobec urządzenia, które jednak ma ekran zupełnie innego rodzaju - obecnie na rynku mamy chociażby Bigme HiBreak: smartfon z einkiem. Recenzje: mieszane. 

"Smartfonem z einkiem" nazywana jest też omawiana tutaj Palma (a także jej poprzedniczka) i trochę mnie krew zalewa jak to widzę w tytułach filmików na yt, ponieważ jednak to "fon" w nazwie wciąż coś oznacza. Palma nie obsługuje kart SIM, jeśli już nie chcemy nazywać jej czytnikiem, powiedzmy że jest to tablet. Wyjątkowo mizerny, ale co kto lubi. 

Ja lubię, ale o tym będzie za moment. (recenzenci oczekujący smartfona oczywiście nie lubią, szok i niedowierzanie, nie udało się zjeść zupy widelcem?!)

Nie chcę wdawać się tu w szczegóły techniczne (te można łatwo znaleźć), powiem tylko o najważniejszym: Palma to czytnik z androidem. Obsługuje karty pamięci, ale jeśli chodzi o łączność oferuje WiFi i Bluetooth. Uważam że to dobre rozwiązanie - pomaga ograniczyć używanie urządzenia do celów innych niż czytanie/pisanie. Oczywiście to może być dla kogoś poważny minus, dla mnie to jednak w największych zalet. Poza tym, w nagłej potrzebie można zawsze ze smartfona zrobić hotspot i sobie dociągnąć kolejny tom serii ;) 

Samo urządzenie jest... Większe i cięższe niż się spodziewałam. Fakt, używam go w solidnej okładce (Tudia), ale i bez niej to kawał cegły. W okładce jest cięższa od mojego POCO X5 i mniej więcej takiej samej wielkości. Liczyłam na coś mniejszego niż Voyage i wyszło tak średnio jeśli chodzi o wagę - pretekstem do zakupu Palmy był wyjazd w góry i pakowanie się zgodnie z kolarska filozofią minimal gains. Myślę jednak, że ten ciężar to bardziej kwestia stosunku wagi do rozmiaru oraz porównania do urządzeń innego rodzaju (w tym wypadku telefonu). Palma, w okładce, waży 242 gramy, tyle co lekka książka, a jej rozmiar kompletnie zmienia podejście zarówno do czytania samego w sobie, ale też noszenia jej że sobą. 


Czy na tym w ogóle da się czytać? 

"Przecież to za mały ekran" "Musi być niewygodnie" - usłyszałam więcej niż raz, od osób, które nigdy czytać na Palmie nie spróbowały. Sama miałam wątpliwości, bo zdarzało mi się od wielkiego dzwonu poczytać coś na telefonie i szału nie było. Nie było też jednak einku... 

Uczciwie trzeba zaznaczyć, że Palma nie jest urządzeniem dla osób o słabym wzroku i/lub lubiących duże litery. Ja jestem z tych, co wszędzie mają ustawione możliwie najmniejsze napisy itp. więc jestem zadowolona, daję radę zmieścić ile trzeba tekstu w linijce. 

Czytać na Palmie nie tylko się da. To jest jakiś drobiazg, szczególik, rzecz oczywista, z którą daje sobie radę większość czytników ;) w przypadku Palmy cały na biało wchodzi tzw. form factor czyli kwestia jej rozmiarów i kształtu. Recenzje i reddit pełne są za chwytów nad tym, jak Palma zmieniła podejście autorów do czytania i, nie ukrywam, to był jeden z powodów, dla których ją kupiłam. I tak, to prawda, to działa, szokujące ale prawdziwe. Otóż na Palmie... Czyta się wszędzie. 

I tak, możecie powiedzieć, że to przecież głupie, że mało jest miejsc, w które można zabrać Palmę a nie można większego czytnika, szczególnie że są czytniki znacznie bardziej wodoodporne. I ja się zgadzam... Ale się nie zgadzam. Jest coś w tym, jak solidna wydaje się Palma, jak jej rozmiar sprawia że łatwo pewnie trzymać ją w dłoni i w końcu jest coś z w tym, że do chodzenia wszędzie z urządzeniem tego rozmiaru jesteśmy przyzwyczajeni (a nawet uzależnieni). 

Kindla postrzegam jako delikatnego, jego rozmiar (w końcu nieduży), szczególnie to, jaki jest cienki, sprawiają że obawiam się go upuścić, zahaczyć czymś o niego, nieopatrznie przygnieść w torbie lub plecaku. Palma raczej sama stanowi zagrożenie dla otoczenia xD no, przesadzam. Ale bardzo łatwo się Palmę trzyma w dłoni, nie mam problemu z tym, żeby chociażby iść ulicą i na niej czytać. I tak, wiele aspektów tego siedzi wyłącznie w mojej głowie. Tylko co z tego? Siedzi, wyleźć nie chce, a żyć trzeba. 

Czytałam sporo relacji o tym, że ktoś wraz z zakupem Palmy zaczęli więcej czytać, bo czytają tam, gdzie wcześniej skrolowali na smartfonie albo gapili się w ścianę. Mnie samej wydawało się to przesadą, ale... Nie jest. To naprawdę jakaś magiczne sztuczka polegająca na przekierowaniu uzależnienia od smartfona na czytanie. Wniosek się z tego wysuwa raczej przykry, ale chyba należy się cieszyć, że istnieje jakiś sposób na wyrwanie się ze złych nawyków, a w dodatku przekierowanie ich na inne, pozytywne. Mam odruch sięgania po telefon, kiedy stoję w kolejce, czekam na autobus, aż się obiad podgrzeje. Kiedyś był to odruch sięgania po książkę, ale już nie jest. Wkurza mnie to, walczę z tym, ale jednak ten cholerny telefon jest nie tyle bardziej interesujący, co właśnie wygodniejszy. Kiedy przyjedzie autobus wkładam go do kieszeni. Książkę muszę założyć, zamknąć, schować gdzieś znacznie ostrożniej. I na to wchodzi Palma, cała na biało (no, ja akurat mam czarną, bo biała ma pewne niedociągnięcia). Jest tej samej wielkości co telefon, super poręczna, mieści się w kieszeni (bardziej: zewnętrznej kieszonce plecaka, nie oszukujmy się, damskie ubrania są pozbawione normalnych kieszeni), można ją natychmiast schować lub wyjąć, nie trzeba zakładać ani uważać, żeby się nie pogniotła (choć oczywiście trzeba uważać, żeby się nie potłukła, ale to mam wytrenowane z telefonem). Nawet w okładce z klapką (nie wyobrażam sobie innej do e-inku) jest zwyczajnie poręczniejsza. I nie chodzi o to, że założenie książki i włożenie jej do torby to jest jakiś straszliwy wysiłek, bo przecież robiłam to latami, po prostu jestem leniwa, sięgam po łatwiejsze rozwiązania, nawet jeśli są łatwiejsze tylko ociupinkę. I, sądząc po opiniach w internecie, nie jestem w tym sama. 

Wiadomo, dzięki Androidowi można i tę palmę zapaskudzić masą czasoumilaczy, działać będzie pewnie wszystko, co pójdzie na sprzęcie o takiej specyfikacji, choć oczywiście czarnobiały ekran ma swoje ograniczenia. 


Zady i walety czyli walka pro-botów z robofobami

Palma ma Androida. Ma to szereg zalet, nie przeczę. Ma też szereg wad. Nienawidzę Androida. Używam go, bo Google zarżnęło Windows Phone i teraz nie możemy mieć ładnych rzeczy, ale lata cierpień nie sprawiły że go polubiłam. W przypadku Palmy pewną zaletą jest to, że wielu funkcji pewnie nie będziecie używać (np. ustawiać dźwięków powiadomień), ale z drugiej strony na twarz dostajecie nakładką systemową od Onyxa i chociaż mam dowody na to, że ludzie jej używają, dla mnie była absolutnie nie do przejścia. No i nie wygrałam walki z ustawianiem tapety... Ambitnie chciałam zainstalować jakiś minimalistyczny launcher, ale w końcu się poddałam (instalacja była prosta, Palma ma dostęp do sklepu play, wygląda to dokładnie jak na smartfonie) i mam tak jak na telefonie Nova Launcher, odruchy nie stają mi na drodze. Do tego dorzuciłam zestaw ikon Arcticons, który dobrze wygląda na e-inku. Chociaż, przyznaję, nie tak dobrze jak emotikony od booxa (acz widziałam jakiś sposób na podkręcenie ich, wypróbuje w wolnej chwili).

Dostęp do Google Play i możliwość zainstalowania (również normalnie przez .apk) właściwie dowolnej aplikacji to niewątpliwie duża zaleta. Schody zaczynają się kiedy przychodzi do oferty. Z plusów to działają bez problemu aplikacje takie jak Legimi, Kindle czy Bookbeat a także te nieczytelnicze czyli np. Office albo Mega (którego używam do wrzucania plików na Palmę). Gdzie więc problem? Otóż nie udało mi się znaleźć aplikacji do czytania, która dorównałaby standardom, do których przez 15 lat (!) przyzwyczaiły mnie czytniki Kindle. 

Od razu zaznaczę, że nie dla każdego może to być problem. W końcu zaglądam czasem ludziom przez ramię na czytniki w kominikacji miejskiej (ja naprawdę lubię ten temat) i to co tam widzę często budzi grozę xD niemniej:

Aplikacja Kindle to śmieć, a ponurym żartem jest to, że wygląd czytników dorównał do jej koszmarnego projektu. Niemniej działa. Zmianę stron przyciskami należy ustawić w ustawieniach aplikacji w Androidzie. 

Legimi działa, ale traktuje Palmę jak smartfona. Nie testowałam synchronizowania Kindla za jej pomocą, na dwoje babka wróżyła. Trzeba wyłączyć animację zmiany stron (kto to w ogóle wymyślił, wtf) i generalnie działa, chociaż nie radzi sobie z przypisami. 

Aplikacji do audiobooków nie testowałam, ale nic nie wskazuje na to, żeby nie miały zadziałać. 

No ale co z czytaniem? 

Teoretycznie wybór jest duży. Teoretycznie, bo żeby się te aplikacje jakoś od siebie znacząco różniły to nie powiem. Wiele z nich nie jest też dostosowanych do einku (albo w ogóle do rozumu i godności człowieka, o co chodzi z tymi paskudnymi "drewnianymi" tłami?), co trzeba brać pod uwagę. Nie oznacza to, że nie będą działały, ale mogą być bardzo nieczytelne w widoku biblioteki i różnych menu. 

Z aplikacji, które przetestowałam: 

ReadEra - tego używałam w tych rzadkich momentach, kiedy czytałam na telefonie. Na telefonie sprawdza się świetnie, na Palmie niestety niekoniecznie. Aplikacja ma tylko tryb ciemny (poza widokiem czytania) i jak półka jeszcze wygląda znośnie tak menu są kompletnie nieczytelne. 

MoonReader - druga chyba najczęściej polecana aplikacja do czytania, również przez użytkowników Palm. Jak dla mnie "ain't nobody got time for that"/10. Teoretycznie w MoonReaderze da się ustawić wszystko. W praktyce można, ale nie tak, jak bym chciała, a poza tym, to jeden z tych nieskończenie topornych programów, gdzie projektowanie odpuszczono sobie zupełnie. Tu trzeba ustawić wszystko i to przy pomocy koszmarnie wyglądających menu, które mają swoje własne menu. To nie jest robota dla mnie, tym powinien się zająć autor. Niemniej, jeśli komuś się chce i nie ma takich konkretnie potrzeb jak ja jeśli chodzi o umiejscowienie wywoływania menu itp. prawdopodobnie będzie zadowolony. 

KOReader, absolutna gwiazda wśród apek do czytania, ludzie jailbreakują Kindle, żeby sobie to zainstalować. Ponownie, rzecz dość toporna, ale jest lepiej niż w MoonReaderze. Niestety na Palmie ma błąd, który przy wybudzaniu daje nam czarny ekran. Ludzie tak używają (wystarczy zrestartować aplikację) i niby nic się nie dzieje, ale to nie na moje nerwy. Zresztą, jak mówiłam, jest to też aplikacja dość toporna jeśli chodzi o wygląd. Kiedy okazało się, że nie chce mi wyświetlać stron (analogicznych do wydania papierowego, na cholerę mi jakieś inne), to sobie odpuściłam. Kiedy błąd zostanie naprawiony (został zgłoszony) to może wrócę i jednak się przekonam. 

Przetestowałam też szereg jakichś pomniejszych aplikacji, żadna nie robiła tego co chciałam (strony, grrr), paskudne drewniane tła albo reklamy - wywaliłam z palmy, nawet nie pamiętam jak się nazywały. 

A więc w czym czytam? W domyślnym Palmowym Neo Readerze. Raz spacyfikowana (umiejscowienie niektórych opcji wydaje mi się nieco sprzeczne z logiką, może to kwestia tego, że aplikacja jest chińska i po prostu różnice kulturowe dają o sobie znać) działa płynnie i nie trzeba się zastanawiać, gdzie kliknąć, jak coś ustawić. Można sobie wrzucić czcionki jakie się chce po prostu wrzucając je do domyślnego folderu, ustawić odrębny krój do tytułów, sztucznie pogrubić (wygląda paskudnie, tak samo zresztą jak absolutnie zawsze, ale może komuś to potrzebne) itp. ogółem ustawień tekstu jest sporo. Można też ustawić marginesy jakie się chce, przenoszenie, kodowanie itp. Aplikacja działa płynnie, są nawet statystyki (aczkolwiek jak uparły się, że przeczytałam pewne książki, które przeklikałam, to niestety nie umiem im powiedzieć, że jednak nie tak się sprawy mają). Są słowniki i można dograć własne, ale tutaj niespecjalnie mogę ogłosić sukces, chociaż to może być kwestia tego, że słowniki znalazłam słabe (chodzi głównie o rosyjski), działa to podobnie jak na kindlu. Absurdem jest za to jakiś limit tłumaczeń w google translate, ale przyznam, że tego nie testowałam specjalnie. Największy minus? Brak numerów stron (plik jest ok, na kindlu się wyświetlają bez problemu), opcja wyświetlania "prawdziwych numerów stron"... pokazuje ilość ekranów przy aktualnej wielkości czcionki xD Dzięki, Ropuch, naprawdę mi pomogłeś. 

Nie wykluczam, że kiedyś będę się na tyle nudziła, że potestuję aplikacje do czytania raz jeszcze, może się pokaże coś nowego, może się coś zaktualizuje. Niemniej uważam, że pod tym względem android nie daje zbyt wiele, inaczej niż w przypadku aplikacji abonamentowych (Legimi, BookBeat itp.), tutaj oczywiście sprawa wygląda zupełnie inaczej. 


Co jest w Palmie specjalnego? 

Ten ekran. Ranyboskie, ten ekran. Ktoś, kto nie miał do czynienia z einkiem, szczególnie einkiem sprzed 15 lat, ten myślę nie będzie w stanie w pełni docenić jakim arcydziełem jest to, co oferuje Palma. Tu można przewijać rzeczy. Można odpalić filmik na yt. Oczywiście dzieje się to kosztem jakości i właśnie dlatego Palma oferuje różne tryby odświeżania: HD, Zrównoważony, Szybki, Ultraszybki i Regal. Ten ostatni dodany został w niedawnej aktualizacji i chyba dlatego jest na samym końcu, chociaż to tryb najwyższej jakości. Odświeża się co chwila, ale faktycznie wszystko wyświetlane jest przepięknie. Nie nadaje się do przewijania ekranu czy tekstu, ale do statycznego wyświetlania jest świetny. W trybie Ultraszybkim ekran reaguje nie gorzej od zwykłego wyświetlacza z tym, że oczywiście mamy sporo ghostingu. Odświeżanie - które możemy indywidualnie ustawić dla każdej aplikacji!) to jednak nie wszystko - mamy też możliwość wzmocnienia ciemnych kolorów i filtr barw światła, opcję wysokiego kontrastu, a dodatkowo również możliwość optymalizacji aplikacji, gdzie dostosujemy rozdzielczość (czasem domyślnie jakaś aplikacja może nie mieścić się na ekranie), wygląd czcionek, funkcje przycisków głośności. Wszystko to znajduje się w "centrum e-ink", które znaleźć możemy w kilku różnych miejscach, ponieważ - i tu przechodzimy do kolejnej fajnej cechy Palmy - możemy tu sobie dużo skonfigurować po swojemu. 

Palma oferuje nam przycisk wybudzania/włączania z czytnikiem linii papilarnych, przyciski głośności oraz przycisk funkcyjny po lewej stronie urządzenia. Zarówno przyciski głośności, jak i szczególnie przycisk funkcyjny możemy sobie skonfigurować. Możemy przypisać im po 3 funkcje (np. zmiana stron lub odświeżenie ekranu) lub aplikacje - pojedyncze naciśnięcie, podwójne oraz przytrzymanie. 

Androida możemy obsługiwać gestami albo włączyć pasek dolny i tutaj też wszystko możemy sobie ustawić po swojemu, w tym dodać dodatkowe elementy na pasku. Ja mam centrum e-ink oraz odświeżanie. Wszystko to robimy w czytelnym menu, w którym wszystko jest dokładnie opisane po polsku. Mamy też "kulkę nawigacyjną" - pływające menu, gdzie możemy sobie ustawić zarówno jego wygląd jak i poszczególne elementy. 

Palma posiada podświetlenie oraz regulację barwy - możemy sobie zrobić pięknie rzujty ekran, jak taka wola. Ja osobiście nie przepadam za mocno żółtym podświetleniem, więc tylko trzymam kolor na rozsądnym poziomie białości (myślę - oba suwaki na 40%), można też ustawić automatyczną regulację obu lub jednego z tych czynników. I ta funkcja działa super! Przede wszystkim zwykle wyłącza podświetlenie w ogóle, bo ono zupełnie nie jest potrzebne - przy dobrym oświetleniu naturalnym lub sztucznym ekran jest pięknie czytelny bez dodatkowego światła. 

Sama barwa oświetlenia, jest równomierność są ok, ale w porównaniu do Kindle Voyage jednak widać różnicę in minus. Jak to wypada w porównaniu z nowszymi kindlami nie wiem, nie mam porównania, ale słyszałam, że pod tym względem Voyage to najlepszy czytnik Amazonu. Tudno to pokazać na zdjęciu, ale machnęłam kilka fotek. 

Dumam, dumam i chyba o niczym nie zapomniałam - ale możliwe, że i owszem, bo Palma, mimo swojej wyjątkowości na tle innych czytników jest - przynajmniej dla mnie - tym właśnie. Urządzeniem o konkretnej funkcji, które w trakcie korzystania staje się niejako przezroczyste. 


Bateria

Baterie czytników robiły wrażenie jeszcze w czasach, kiedy telefonu nie trzeba było ładować co noc, a teraz już w ogóle trochę trudno w nie uwierzyć. To znaczy, nie w baterie. Te baterie nie mają w sobie nic specjalnego, tylko tylko, że e-ink pobiera prąd tylko, kiedy zmienia stronę, no i - ostatnimi czasy - prąd zjada też podświetlenie. Mimo to wciąż mówimy o tygodniach pracy na jednym ładowaniu. 

Sprawa się komplikuje, kiedy zrzucimy baterii na głowie Androida, dlatego przez zakupem to była jedna z podstawowych rzeczy, jakie sprawdzałam. Miało być w porządku. I jest w porządku. W dodatku Palma dostała na twarz z miejsca duże wyzwanie - zabrałam ją na trzy tygodnie w góry. W tym czasie ładowałam ją raz, po 11 dniach, kiedy miała wciąż ponad 50% baterii (ruszałam w miejsca bez prądu, więc dostała jeść, ale myślę, że nie było to konieczne i pewnie wytrzymałaby może cały wyjazd). Oczywiście miałam wyłączone wifi i bluetooth, dość nisko ustawione podświetlenie (ale naprawdę nie trzeba go dużo) i odpalałam wyłącznie neoreadera. Czytałam jednak dość sporo niemal każdego dnia. Słowem: jak w każdym czytniku baterią nie trzeba się przejmować, prawdopodobnie wciąż jest w porządku. Raz na ruski rok zerkniecie i będzie git. 

Ale dlaczego? Otóż Palma ma brutalne zarządzanie energią, nic tam nie ma prawa działać w tle (poddałam się w kwestii ustawienia zegarka na ekranie głównym xD). Do tego ma fajną opcję wyłączania się całkowicie po określonym czasie nieaktywności (np. 24 lub 48h), więc nie trzeba się przejmować, że bateria padnie, jak akurat czytacie papierowe książki - albo na innym waszym czytniku. Natomiast jeśli będziecie używać jej jak smartfona - sieć, yt, może gierki, włączone wifi, bluetooth, audiobooki (te są podobno wyjątkowo bateriożerne) no to bateria będzie starczała jak w smartfonie. Niemniej dla mnie - zdecydowanie na plus. 


Życie to nie są tęcze i jednorożce...

No dobra, ale czy naprawdę jest tak super? Otóż... jest super, ale nie zawsze tak było i myślę, że to ważne, żeby o tym napisać. Pierwsze kilka godzin z Palmą to była czysta rozpacz. Tak, wynika to zapewne z mojej nienawiści do Androida, ale z drugiej strony, telefony jakoś jednak udawało mi się do tej pory dość szybko pacyfikować. Tutaj, fakt, trochę błąd z mojej strony, bo chciałam sobie zainstalować jakiś bardzo minimalistyczny launcher, żeby to jak najbardziej przypominało czytnik i walka była długa i krwawa, by ostatecznie padło na Nova Launcher, który mam na telefonie, żeby po prostu to cholerne gówno robiło to, czego od niego chcę. 

Domyślny launcher Onyxa ma w sobie za dużo z domyślnego launchera androida, którym nie umiem się posługiwać, więc nie było we mnie entuzjazmu, ale chciałam go wypróbować... niestety tapety mi się nie udało zmienić. I to nie tak, że jestem jakimś wyjątkowym debilem, to podobno wcale nie jest łatwe, ale choć wydawało mi się, że wszystko robię jak trzeba, to jednak się nie udawało. 

Potem przyszła pora na znalezienie aplikacji do czytania i dogranie czcionek. Z czcionkami poszło szybko, gorzej z aplikacjami, o czym pisałam wyżej. Czemu aplikacja "Biblioteka" upiera się na wyświetlanie tylko 6 książek chociaż zmieściłoby się ich pewnie i 12 na jednym ekranie pewnie nie dowiem się nigdy... Tak więc są tu pewne niedociągnięcia, widoczne szczególnie na samym początku użytkowania, na szczęście takie, do których można przywyknąć albo nie musieć się z nimi użerać. Na pewno bardzo pomaga to, jak wiele rzeczy można sobie ustawić po swojemu (przyciski, gesty, paski). Brak tu jednak tego, do czego przyzwyczaił mnie Kindle - dopracowania, skupienia się na tej jednej funkcji, o którą chodzi. I nie twierdzę bynajmniej, że oprogramowanie na Kindlu (przypominam, że mam Voyage, a więc ominęły mnie ostatnie okropne zmiany) jest perfekcyjne (wiele rzeczy kiedyś działało lepiej), ale jednak nie mam tam wrażenia, że coś się rozjechało albo nie działa... na Palmie tej pewności brak, co nie oznacza, że w codziennym użytkowaniu napotykam na jakieś większe problemy - poza oczywiście brakiem normalnej numeracji stron, ale to już kwestia aplikacji a nie samego urządzenia. 


A więc czy polecam? 

Trudne się wylosowało. Nie dlatego że jestem z tego zakupu niezadowolona albo że bym go nie dokonała ponownie. Wręcz przeciwnie. Ale Palma to nie jest urządzenie dla każdego. Odpowiada na zapotrzebowanie pewnego wycinka rynku i podejrzewam że nie jest to wycinek bardzo duży. Takiego Kindla (w normalnym rozmiarze) polecić można i 10 letniej siostrze i stuletniej babci. Tak, czytniki to świetne rozwiązanie dla osób starszych! (w tym wypadku nawet te nowe kindle wielkości lotniskowca) 

Nie uważam też, żeby Palma była dobrym rozwiązaniem na pierwszy czytnik, jej wady (android...) mogą przyćmić zalety epapieru, a zalety samej Palmy tkwią w dużej mierze w byciu alternatywą dla tradycyjnych czytników. 

To właściwie zabawka dla koneserów, dziwaczny gadżet dla tych, którym nie wystarcza normalność. W dodatku gadżet bardzo drogi - 1200zł to jest cena telefonu, nie czytnika. Więc absolutnie nie mogę powiedzieć każdemu, żeby rzucał wszystko i leciał kupować Palmę. *natomiast* jeśli siedzisz w temacie i kusi Cię tak mały czytnik to istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziesz zadowolony.


Galeria










Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia