wtorek, 6 września 2022

[Rachunek za] Sierpień 2022

Będzie krótko i na temat, tak dla odmiany, bo większość miesiąca upłynęła mi na urlopie. W efekcie zajmowałam się czytaniem. I to nie że tak trochę, tylko bardzo. Śmiem twierdzić, że prawie jak za dawnych czasów, szczególnie w pierwszym tygodniu urlopu, który spędziłam na tym, czego mi tak bardzo w życiu brakowało a nie zdawałam sobie sprawy - na niczym. Tego rodzaju wakacji nie miałam właściwie od liceum czy 1-2 roku studiów, bo potem zawsze jednak pracowałam chociaż jeden miesiąc, zwykle dwa. No a potem, jak już zaczęłam pracę na etat, to każdy cenny dzień mizernego urlopu należało wykorzystać na maksa. Jechałam to tu to tam, zwykle ruszając już w piątek po ostatnim dniu pracy. Przejazdy, wyjazdy, znajomi, rodzina, zwiedzanie, nawet pobyt nad morzem to nie to samo, bo chociażby na tę plaże trzeba się spakować, pójść i tak dalej. A ja w tym roku robiłam NIC. Poza wypucowaniem mieszkania pierwszego dnia zajmowałam się leżeniem i czytaniem. A także czytaniem i leżeniem. A potem trochę leżałam i czytałam. Z drobnymi porannymi przejażdżkami po okolicach Poznania, ale wyruszywszy rano, koło dziesiątej mogłam już, no kto zgadnie...?

I wydawać by się mogło, że to nic takiego, ale to nie prawda. Nie pamiętam, kiedy tak bardzo wypoczęłam. I wrócił mi nawyk czytania zamiast robienia jakichś innych rzeczy. Od tamtej pory raczej mi nie przechodzi. Mam nadzieję, że już na tym etapie pozostanę. Zresztą to nie tylko jakieś tam teoretyczne subiektywne rozważania, ja mam na to papiery. Statystyki z ostatniego roku wyglądają tak:

strony przeczytane w danym miesiącu (grudzień 2021 niepełen)

strony przeczytane w danym tygodniu

250-300 stron tygodniowo to nie był dla mnie w tym roku zły wynik a w sierpniu zrobiłam go tylko w drugim tygodniu, gdzie przez 3 dni nie miałam czasu ani sił nawet spojrzeć na kindla. Ten wyjazd do Finlandii był naprawdę masakrycznie aktywny, codziennie robiłyśmy po 25k kroków lekko licząc. Nie było czasu na czytanie - a jednak

Wiadomo, że strona stronie nierówna a w dodatku lektury sierpniowe są z kategorii czytadlanej, niemniej 



Z racji czytelniczego szału (10/10, polecam) nie oglądałam nic, ledwo coś tam może przesłuchałam jeden podcast (po urlopie nadrobiłam tylko Zbrodnie Prowincjonalne, no bo jak inaczej?), nie grałam w gry i wcale nie żałuję. 


Książki

Nim zawisną

Drugi tom "Pierwszego prawa" Abercrombiego. Dużo się dzieje, autor robi dobry użytek z tego jak wielu wprowadził bohaterów, możemy jednocześnie śledzić różne miejsca i różne aspekty intrygi. A także Ferro I Wkurwiona jest najlepsza

Ostateczny argument 

Trzeci tom "Pierwszego Prawa". Dobrze rozwinięte i podsumowane wątki. Zakończenie ładną klamrą. Jedyne czego żal, to że nie ma więcej nic o tych bohaterach, bo cholera, chcę wiedzieć więcej o ich losach. 

Jeśli chodzi o całość to:

  • tłumaczenie daje radę (chociaż miejscami z imionami jest ciężko), szczególnie podobało mi się użycie wszystkich tych "cymbałów" i "tak sobie miarkuję". Zdaje się, że nie wszystkie pozostałe książki z tego świata są tłumaczone przez tę samą osobę i trochę się boję, ale może redaktor był ten sam i czuwał. 
  • fajna zbieranina różnorodnych postaci 
  • faktycznie nie można było mieć pewności czy ten i ów przeżyje niezależnie od tego, jak ważną toczył w fabule rolę a także z czyjej ręki zginie
  • w recenzjach widziałam zachwyty nad tym, jakie zwroty akcji i jakie zaskoczenia i prawdę mówiąc ja nie wiem, to jest zboczenie zawodowe czy jednak ludzie nieuważnie to czytali, bo jeśli miałabym coś tej serii zarzucić, to że wszystko było w niej przewidywalne. Foreshadowing szpadlem i drukowanymi literami. Mnie to generalnie nie przeszkadza, lubię widzieć jak się wszystko składa do kupy, ale jeśli coś tam miało być zaskakujące, to autorowi nie wyszło 
  • miejscami bohaterowie byli zmuszani przez autora do zachowań dziwnych, żeby mu się składało do kupy. Szczególnie West miał takie elementy (ale może miał za mało czasu ekranowego na początku tekstu), no i Adree, ale ona jest najsłabszą postacią całości. 


The Crown Tower 

Jakoś tak wyszło, że na fali czytelniczego szału wróciłam i tutaj. Nie pamiętam już właściwie dlaczego, no ale przeprosiłam się z Sullivanem, którego "Pierwsze Imperium" pozostawiło mi spory niesmak. "The Crown Tower" jest jedną z najsłabiej napisanych książek Sullivana (chociaż to co się dzieje w 2 tomie "Imperium" to jest chujnia niespotykanych rozmiarów, nawet nie porównuję), niemniej zawiera to, co tygrysy lubią najbardziej: Rojsia. Zdecydowałam się nie czytać najpierw podstawowej serii i właściwie nie była to za dobra decyzja, prequele smakują najlepiej, kiedy się zna podstawę, bo wiecie. To Sullivan. Sullivanuje na całego, teksty o pokonywaniu smoków i ratowaniu księżniczek mogą się wydawać niewinne, ale wcale takie nie są, hehehehe. No i są też te wątki, które wcale nie są hehe, jak się wie, jaką kupą gówna są niektóre postacie. 

Ech, no co tu gadać, nie umiem być zła na Sullivana, chociaż na to zasługuje :P Czytam dalej prequele, nie wiem jeszcze na którym się zatrzymam, czy może łyknę wszystkie (ostatecznie idzie o Rojsia). A może i w ogóle podstawkę też przeczytam, chociaż ją pamiętam akurat chyba wciąż zbyt dobrze (co nie zmienia tego, że na bank znowu się nabiorę na sullivanowe sztuczki).  I czekam na Drumindor (coś tam Sullivan nie tak dawno bąkał, że jest w połowie). 


Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

[Rachunek za] Lipiec 2022

Zgodnie z planem acz wbrew przewidywaniom udało mi się wyjść choć odrobinę z kryzysu. Niby wszystkie miesiące są podobne a każdy wydaje się zupełnie innej długości. Ten - był całkiem pokaźny. Miałam czas poczytać - szczególnie w ostatnim tygodniu, kiedy po raz pierwszy od czasów studiów jeśli nie liceum miałam naprawdę wolne. Nigdzie nie wyjechałam nic nie robiłam - i błyskawicznie okazało się, że nagle jest czas posprzątać mieszkanie, pojechać na zakupy i pozałatwiać sprawy, ogarnąć wycieczkę rowerową a w dodatku całymi dniami czytać. Nie umiem opisać jak bardzo mi tego brakowało w życiu. Następny urlop też tak spędzam, pierdole :v jest to o tyle ciekawe, że tak poza tym lipiec to miesiąc w którym tradycyjnie mam czas co najwyżej na robienie na drutach - bo to można a nawet wypada robić oglądając Tour de France. I co to był za Tour w tym roku! On przejdzie do legendy, powstanie o nim niejedna książka. Takie rzeczy nie zdarzają się co roku - ale jednocześnie mam nadzieję że to znak nowych czasów, czasów bez pana Portala (choć szkoda, że chłop musiał umrzeć, żeby coś się zmieniło), nowego pokolenia kolarzy, pokolenia które szanuje tradycję i walczy jak wściekłe. Jeszcze tylko żeby radia zabrali i będzie idealnie. 


Książki:

Głodne kamienie 9/10

Opóźniony ale jednak finisz drugiego wspólnego czytania z siostrą (pierwszy był Kuwajew). Rabindranah Tagore to pierwszy Indyjski i pierwszy Azjatycki Noblista. "Głodne kamienie" to zbiór opowiadań przetłumaczonych jeszcze przed wojną i ma to dodatkowa wartość dodaną w postaci języka który doskonale oddaje epokę. (samą jakość tłumaczeń trudno mi ocenić - tłumaczenia są z angielskiego a nie z oryginału, więc przekłamania są na pewno). Ale cóż to? Zbiór opowiadań osadzonych mocno w indyjskiej kulturze, często przerażających, czasem zabawnych, niekiedy zupełnie niesamowitych (jak chociażby tytułowe "Głodne kamienie"). 

To mój pierwszy kontakt z literaturą indyjską i z pewnością nie ostatni. 


Zderzenie czołowe 8/10

Trochę się bałam co z tego wyniknie bo reportaż wydała Krytyka Polityczna, ale moje obawy były niesłuszne. Bardzo szczegółowy opis katastrofy kolejowej pod Szczekocinami oraz, przede wszystkim, próba opisania jej systemowych przyczyn. Bardzo polecam wszystkim zainteresowanym tematyką kolejową. 


Ostrze 8/10

Trylogię Pierwszego Prawa polecano mi dawno temu, jakoś nie do końca uwierzyłam, potem zresztą przeczytałam inne książki Abercrombiego ("Pół króla" i kolejne tomy) i nawet mi się podobały. Teraz sięgnęłam po Ostrze wiedziona desperacją zrodzoną z kryzysu czytelniczego i się nie zawiodłam. Wartka akcja, wiele wątków. Oczywiście nie jest to żadna wielka literatura ale jak na czytadło fantasy to duży plus. A że przewidywalne i miejscami grubymi nic i szyte? Pff, mnie to nie przeszkadza, wciąż leczę Post Sullivan Stress Disorder, lol Bohaterowie fajni (choć niekiedy autor ich naprawdę szpadlem po łbie okłada, żeby robili to co chce, szczególnie Westa). Jak ktoś szuka czytadła na odtrutkę to polecam, szczególnie dobra rzecz na urlop/plażę.


Filmy 

Om Shanti Om 10/10

Nie umiem zliczyć ile razy widziałam ten film.  z pewnością obejrzę go jeszcze minimum drugi tyle. To jest taki film, w którym czasem śmieję się bo na ekranie dzieją się śmieszne rzeczy... A czasem dlatego że jestem szczęśliwa. Sprawia, że czuję się jak *King of the World*. 


Dziewczyna ze zdjęcia 8/10

Wow. Z tak pokręcona historia się jeszcze, prawdę mówiąc, nie spotkałam. Nawet nic nie będę więcej pisać bo to jeden z tych dokumentów, gdzie zwroty akcji następują jeden po drugim.


Untold: Deal with the Devil 9/10 

Lubie boks, lubię dokumenty a ten w dodatku z zacięciem kryminalnym. Ciekawa historia ciekawej osoby, której wielka kariera nieco mnie ominęła (byłam za mała). 


Seriale

The Boys sezon 3 

Jestem ciekawa jak na mój odbiór sezonu wpłynęło oglądanie go w odstępach cotygodniowych zamiast nacpania się w jeden wieczór i zdecydowanie muszę obejrzeć całość za jednym zamachem żeby to ocenić. Niemniej znajdą się pewne wady. Niektóre wątki padają płasko na pyszczek (backstory Butchera), nie wszystko się do końca trzyma kupy. Z drugiej strony jest tu Jensen Ackless, a ja obejrzałam wszystko co nakręcił jak jeszcze Fontanny Żalu nie były Fontanami Żalu tylko Supernaturalem i miały 3 sezony. 


Kandydat 9/10

Meksykański serial oparty na faktach. Kandydat na prezydenta Donaldo Colosio zostaje zamordowany. Jego umierająca na raka żona oraz uparty policjant będą próbowali (niezależnie od siebie) dociec jak do tego doszło i pociągnąć sprawcow do odpowiedzialności. Dobrze zrealizowane (bardzo sprawne wykorzystanie materiałów archiwalnych, z drobnymi wyjątkami świetna charakteryzacja), dobrze zagrane, ogółem na plus. Totalnie obejrzę inne seriale z tego cyklu. 


Bądźcie życzliwi: Modlitwa i posłuszeństwo 8/10
Nie wiem nawet ilu jest Mormonów w Polsce. Co którzy zaczepili mnie kiedyś na ulicy byli bardzo mili i tyle mam o nich wiedzy co z South Parka i "Mordesrstwa wśród Mormonów" (swoją drogą polecam). Obraz ten jednak różni się znacznie od stereotypu, który gdzieś tam klatal mi się w głowie wcześniej. I na to wchodzą oni, fundamentaliści mormonscy, którzy są jak z horroru o sekcie tylko właściwie nieco bardziej. Serial dokumentalny Netflixa zdecydowanie wart polecenia. 

Capitani sezon 1 7/10

Odpalony z ciekawości jak właściwie brzmi ten luksemburski, wciągnięty w dwa wieczory serial z kategorii każda wieś to Sandomierz. Znaczy, nie ma księdza. Tj. jest ksiądz, ale nie jeździ na rowerze i nie rozwiązuje zagadek kryminalnych. Tym zajmuje się tytułowy Capitani, glina z wielkiego miasta, który jakimś zrządzeniem losu zjawia się w urokliwym miasteczku nieopodal którego znaleziono zwłoki nastolatki. Siostra bliźniaczka dziewczyny zaginęła. 

Zrealizowane jest to sprawnie. Pewnych kwestii, które wydały nam się dziwne nie umiałyśmy rozstrzygnąć (bo może takie jest luksemburski prawo lub obyczaj), poza tym jednak dobrze zagrane, nieźle napisane. Jedyne ale, to że jest to wieś w rodzaju Sandomierza - każdy tu jest w coś umoczony, nawet przejezdni i kumpel proboszcza od brydża. 

Zdecydowanie obejrzę dalsze sezony. 


Muzyka:

Knorkator

Tego nie da się opisać słowami. Może poza: Dominik to znalazł. To jeden z tych zespołów, które dostarczają prostą, czystą radość. Coś jak Gnome tylko bardziej... Po niemiecku.



A z kategorii poważniejszej, to Hazy Sea. Zespół znam już od dość dawna, może paru lat, ale teraz jakoś ostro mnie wzięło. Instrumentalna muzyka z Grecji (no bo skąd, co ci Grecy mają w sobie...). Jak ktoś napisał w komentarzu - potrafią zrobić instrumentalny album, od którego nie można się oderwać. 


Gry

Vampire Survivors

Po krótkim urlopie nadrobiłam wreszcie aktualizacje które mnie ominęły i wbiłam brakujące osiągnięcia. Na szczęście w oczekiwaniu na nowa zawartość mam jeszcze do odblokowania ukryte postacie, bo mi ich trochę jeszcze zostało. Ta gra jest *najlepsza*.


Podcasty

Taka nowa kategoria, bo właściwie czemu by nie. Tutaj królują niepodzielnie Zbrodnie Prowincjonalne czyli nasze swojskie Small Town Murder i jest tak dobre jak dobry jest bigos. Perfekcyjna mieszanka humoru ale i wrażliwości, małe miasteczka i wsie, grabarze, mordercy na WSce, policja, milicja, plany działań priorytetowych dzielnicowych i statystyki dotyczace dostępu do toalet z bieżącą wodą. I ufo. Ufo w głębokim prlu. Uczeń zdecydowanie przerasta mistrza. 


Plany

Sierpień to czas urlopu. Pierwszy jego tydzień zdecydowanie poświęcę na czytanie ale potem czeka mnie większy wyjazd i tu już nie wiem jak będzie z czasem, chociaż mam trochę transferów, więc tam zawsze z godzinkę-dwie się poczyta. A co się poczyta? Abercrombiego. Naprawdę było mi trzeba czegoś takiego. 

Z wyzwaniem tygodniowym jestem trochę w dupie i urlop tego raczej nie poprawi, ale kto wie, może jeszcze zrobię maraton reportaży. 

Czytaj dalej »

piątek, 1 lipca 2022

[Rachunek za] Czerwiec 2022

I nagle człowiek się budzi z ręką w nocniku, bo się okazuje, że jest połowa roku. Jak do tego doszło - nie wiem. Napiszę za to jakieś podsumowanie tego półrocza i może wtedy uda mi się wysnuć wnioski. Czerwiec minął jakoś po pierwsze błyskawicznie, a po drugie po niezłym początku natrafiłam na ścianę i tak sobie tkwię w pierwszym tego roku poważnym kryzysie czytelniczym. I nawet nie wiem, czemu, skąd to się wzięło i w ogóle o co chodzi, bo nawet książki, które męczę (a raczej do których rzadko zaglądam...) mi się podobają. Tylko mi jakoś do nich nie po drodze. Poniekąd winne są wysokie temperatury, bo jak upał w dzień mi nie przeszkadza, tak w nocy oznacza brak snu. Niemniej - coś mi się tam przeczytać udało na początku miesiąca. Obejrzałam też to i owo, no i oczywiście pograłam (to poniekąd wyjaśnia też kryzys czytelniczy... ale cii...)


Książki

Wszystkie te światy 

Kolejny tom przygód Bobów. Nie zawiódł, ale trudno też mieć wobec tej serii wielkie wymagania. Z czasem niewątpliwie uspokoiło się "hello fellow nerds", więc to na plus. Fabuła meandruje pomiędzy różnymi epokami, problemami, skalą i Bobami. Wciąż pomysł przerasta nieco autora, Taylorowi brak rozmachu, na jaki właściwie w pełni pozwala taka formuła. wiadomo, że nie będzie się mógł nadmiernie skupić na którymkolwiek ze światów, więc mógłby poszaleć, a jest... nieporywająco. Nawet w miejscach gdzie niby Bobowie napotykają rzeczy niezwykłe brakuje mu chyba warsztatu do pokazania pełni tej niezwykłości. Wiecie... to jest jednak bardziej Marsjanin niż Ogień nad otchłanią. Ale jako czytadło, szczególnie plażowe, sprawdzi się świetnie. 


Podglądając wieloryby. Historia i przyszłość gigantów z głębin

Nie tylko Herman Melville i ja lubimy wieloryby. Członkiem naszego klubu jest też Nick Pyenson, paleontolog zajmujący się waleniami. Z racji zainteresowań autora, książką dotyczy przeszłości i ewolucji wielorybów. Z racji objętości jest też niestety mocno skrótowa. To tekst, który bardziej sygnalizuje pewne zagadnienia czy problemy, a nie wyczerpująco je opisuje. Niemniej podobało mi się, że autor w prostą narrację o własnych badaniach (o bardzo ciekawych rezultatach) wplata liczne dygresje na temat przeszłości i przyszłości wielorybów, czy losów konkretnych gatunków. Widziałam jednak recenzje, w których uznano to za chaotyczne, więc ostrzegam. Dla mnie osobiście taki tok snucia opowieści jest bardzo naturalny. Zdecydowanie polecam, jedyny minus tej książki, to brak zdjęć. Zamiast nich dostajemy jakieś kompletnie od czapy ilustracje, które niewiele wnoszą poza wypełnianiem miejsca na stronie. 


Ella Na Wycieczce klasowej 

Kolejne opowiadanie o Elli, w którym dzieciaki jada na wycieczkę, a pan Parvela wreszcie odnajduje głos dla swoich opowieści. Poprzednie opowiadania o Elli wydawały mi się nieco wymuszona, nadmiernie inspirowane Mikołajkiem a jednocześnie pozbawione jego staromodnego a jednak ponadczasowego uroku. Teraz zagrało naprawdę na 5. Tak jak Mikołajek podbija czytelnika swoim rozumieniem świata, tak Ella i przyjaciele robią to poprzez powodowanie maksymalnej ilości chaosu w jak najkrótszym czasie.  W tej opowieści zdecydowanie jestem kierowcą autobusu. 


Filmy

Nasz ojciec

Kolejna (po "Wszystkich dzieciach Louisa", świetnym reportażu o Holandii) sprawa oszustw w bakach spermy. W skrócie mówiąc pan doktor opowiadał pacjentkom legendy o tym, że używa nasienia ich mężów albo ładnie opisanych w papierach dawców a tymczasem używał własnego :) Oczywiście chłop nie poczuwa się do winy, no bo on miał przecież rączki tam, gdzie mu nikt nie zaglądał. Do obejrzenia na netflixie.

 

Kutassss

Wybitnej wartości artystycznej i translatorskiej którkometrazowe arcydzieło do zobaczenia na youtubie. 




Seriale

Wyszło jakoś tak, że niby sporo (jak na mnie) oglądałam, ale z różnych powodów nie skończyłam nic z tego, co zaczęłam. Zabrałam się więc za:

Zaginięcie Brigit Meyer 

Pani była w domu a potem już jej nie było i nikt nie wie, co się działo, a śledztwo, tradycyjnie, było psartaczone. Więcej nie wiem, bo obejrzałam może z jeden odcinek. 


Kroniki kryminalne. Kandydat.

Świetny, oparty na faktach (do stopnia używania nagrań archiwalnych tam gdzie pasują) serial meksykański (nie, to nie jest telenowela) o zabójstwie Luisa Colosio, kandydata na prezydenta. nidokończony, bo nie było czasu, ale zdecydowanie będzie obejrzany w 100% bo jest świetnie zrobiony (casting!) i sama historia jest fascynująca. 


The Boys sezon 3

Ten serial śmiało podąża tam, gdzie nie poszedł wcześniej nikt, bo ludzie generalnie mają więcej rozumu i godności człowieka. Tym razem jest tu nawet Jensen Ackles, jest bosko, wszystko jest tu chore, kocham, polecam, Timothy pamiętamy. 

Niedokończony, bo jeszcze zostało trochę odcinków a ukazują się co tydzień. 

 

Gry

Vampire Survivors

Gampelay jest wszystkim. Trochę nie grałam i nazbierało mi się zaległych updejtów (przypominam: gra jest we wczesnym dostępie i bardzo prężnie rozwijana), więc jestem zagubiona i znowu mam trochę acziwmentów do ogarnięcia. Kocham nad życie. 


Hades

Stary nałóg nie rdzeweje. Ale pamiętajcie, to nie jest prawdziwe uzależnienie, jeśli się nie prostytuujesz za działkę, albo gra nie nazywa się Factorio. 


Plany?

Wyrwać się z czytelniczego marazmu. Tylko, aż - zobaczymy, jak to wyjdzie. 


Czytaj dalej »

czwartek, 9 czerwca 2022

[Rachunek za] Maj 2022

Maj pojawił się i zniknął może dość szybko, ale w międzyczasie zdążyłam zaskakująco dużo przeczytać, obejrzeć, zapomnieć, że obejrzałam... ogółem nie był to wcale taki krótki miesiąc, jak by się mogło wydawać.


Książki

Fiesta. Sun Also Rises

Mam problem z oceną tej książki. Styl Hemingwaya jest dokładnie na tej dziwacznej granicy między tym co bardzo złe a tym, co doskonałe. To nie jest dobre, ale jednocześnie jest idealne. Dolphins jumped and the waves waved, jak to napisał ktoś w recenzji parodiując ten styl. Z pewnością ta lektura nauczyła mnie bardzo dużo o literaturze po Hemingwayu.

Sama powieść, cóż... Wycinek z życia absolutnie okropnych ludzi, którzy marnują tlen swoim istnieniem. Nie są źle napisani, w żadnym razie, wręcz przeciwnie. Awantury urządzane przez Mike’a czy żałosne akcje Roberta są aż nazbyt realistyczne, czytało mi się to w gruncie rzeczy dość niekomfortowo (w dobrym sensie). Nawet ta beznadziejna kurwa Bret, czy idiotyczne uwielbienie żywione do niej przez pozostałych jest opisana bardzo realistycznie. Tylko, no, kurwa i nieroby na wakacjach, tak by to można określić.

W ogóle wydaje mi się przerażające, że taka szmata jak Bret stała się wzorem dla kobiet w tamtych czasach. Z drugiej strony, to nie jest tak, że nie znam takich kobiet, więc cóż... Najstarszy zawód świata i tak dalej...

Jestem dość ciekawa polskich tłumaczeń, bo styl Hemingwaya jest bardzo..., zwodniczo prosty i bardzo amerykański. Swoją drogą, właśnie ukazało się nowe tłumaczenie, kontynuujące „kontrowersyjną” serię Marginesów, tym razem Słońce nie wschodzi "też", ale wschodzi "zaś". „Zaś słońce wschodzi”. Biorąc pod uwagę, że tłumacz przynajmniej wykształcony był w Poznaniu wychodzi na to, że nie "również" a "potem". No co zrobisz, przynajmniej nikt tutaj nie szczytuje. Tak więc odkładam czytanie polskiej wersji na zaś.


Nasze imię Legion. Nasze imię Bob.

Gdyż jest nas wielu

Skusiłam się, no bo jak nie ulec takiemu tytułowi? Sam koncept też wydał mi się świetny: główny bohater zostaje przepisany na SI i jako sonda kosmiczna wiedzie żywot, który, cóż, wymaga od niego replikacji. Wkrótce okazuje się, że Bobów robi się całkiem sporo a i zajęcia im nie brakuje.

Autor sprawnie wykorzystuje możliwości, jakie daje mu to rozwiązanie. Poszczególne wątki są bardzo różnorodne, od postapokaliptycznego ratowania cywilizacji przez eksplorację kosmosu aż po pierwszy kontakt i rozwijanie kultury epoki kamienia łupanego. Skala jest różna, od globalnej polityki po proste międzyludzkie przyjaźnie. Wszystko to łącza pewne wątki wspólne dla wszystkich Bobów.

Nie jest to najgłębsza i najmądrzejsza lektura, niesamowicie irytujące są też powierzchowne nawiązania do literatury z kategorii „hello, fellow nerds”. Muszę jednak przyznać, że z czasem robi się z tym lepiej (zdecydowanie najgorszy jest sam początek). Taka prostacka odwoławczość – bohater przywołuje pewne teksty kultury wyłącznie po to, żeby pokazać że o nich słyszał – bardzo spłyca tekst i przede wszystkim pokazuje miałkość bohatera. Bo boi oh boi, Bob jest nieciekawym sukinsynem. Jakimś jednak cudem nie stanowi to aż tak wielkiego problemu. Ponieważ opisane wydarzenia i problemy są tak różnorodne i gęsto się że sobą przeplatają, sam bohater schodzi na dalszy plan. Jego miałkość właściwie nawet pomaga, bo ostatecznie nie jest to historia Boba (Bobów), ale wszystkiego tego, co napotykają na swojej drodze. Brak zainteresowań czy ambicji tłumaczy też, czemu Bobowie tak bardzo angażują się w poszczególne tematy.

Podsumowując: jest to ciekawa książka, która może nie zmienia świata ale jest sprawnie napisana (pod względem kompozycyjnym, bo miejscami tłumacz bardzo nie daje rady a i autor nie wydaje się mieć ciągot to nadmiernej literackości). Warto rozważyć całość jako lekturę na plażę.


Hieroglify egipskie

Człowiek może sobie wmawiać ze go to już nie jara, ale prawda jest taka że Starożytny Egipt to są moje dinozaury (no... Ok, prawdopodobnie astronomia to są moje dinozaury). Kocham ten temat nad życie i chociaż udało mi się jakoś o tym zapomnieć, Andrzej Ćwiek przypomniał mi to z hukiem. Kocham te tematykę a książka poznańskiego egiptologa to sprawny kurs hieroglifów – a tych nie sposób zrozumieć bez zrozumienia Egipskiej kultury, tak więc bardzo polecam. 

To ta książka, w której cytaty są w oryginale aka hieroglifami. Deal with it.

Wygrzebałam też z odmętów półek "Mumie egipskie" Boba Briera, moją ulubioną i chyba najbardziej zaczytaną książkę w kolekcji. Będzie czytana i ona. 


Profesor i cyjanek

Zgarnięta przypadkiem na legimi historia sprawy bardzo głośnej w PRL, o której... Nigdy wcześniej nie słyszałam. Dość znany profesor wraca do domu i zastaje tam martwa małżonkę. Kobieta zmarła na skutek zatrucia cyjankiem. Ale czy było to przypadkowe samobójstwo, jak utrzymuje mąż ofiary? Samobójstwo jak najbardziej celowe, być może z zemsty na niewiernym małżonku? A może Tarwid sam zamordował żonę? Sprawa okazała się na tyle niejasna, że przemaszerowała przez wszystkie instancje i pierwsze strony gazet.

Sama książka Molendy cierpi na coś, co wydawało mi się w recenzjach dość dziwnym zarzutem, ale ostatecznie okazało się prawdziwe: Molenda zebrał mnóstwo źródeł i potem zamiast je jakoś opracować, wysnuć z nich jakieś wnioski, to po prostu stworzył książkę jak się pisało referat w podstawówce: ctrl+c ctrl+v. Część tych tekstów jest godna przytoczenia w oryginale (milicyjna ortografia zawsze bawi), inne jednak (jak przesłuchanie niekompetentnego śledczego) można by po prostu streścić.

Krótkie, czyta się szybko, ale w gruncie rzeczy równie niejasne co sama sprawa i której traktuje.


Как мы учимся

Wreszcie skończyłam rosyjskiego audiobooka książki, która w Polsce wydało Copernicus Center Press jako „Jak się uczymy”. Ciekawa rzecz traktująca o tym, cóż, jak się uczymy. Jak mózg przyswaja i przetwarza informacje. Zahacza to miejscami o praktyczne porady oraz, przede wszystkim, jak się to ma do uczących się komputerów.

Najważniejszy wniosek jest chyba taki, że niewłaściwie myśleć jest o pamięci jako o czymś skierowanym w przeszłość. To system przechowywania informacji na przyszłość. Dlatego trzeba wszystko ciągle powtarzać w zaskakujących momentach, żeby mózg nie znał dnia ani godziny, kiedy mu się ta informacja przyda.


Muzyka

Wagdans

Na nowy album Galaverny rzuciłam się jak dzik na osiedlowy śmietnik. Byłam dosłownie trzecią osobą, która kupiła tę płytę na Bandcampie (a przynajmniej trzecią, która się nie bała do tego przyznać). Sam zespół poznałam przy okazji ich po przedniego albumu, Dodsdans. Wagdans jest zdecydowanie mniej dziwny, może łatwiejszy ale przez to nie mniej wart uwagi. Miłośnikom muzyki umiarkowanie dziwnej – polecam. Gatunkowo to jest akustyczny psychodeliczny prog folk. Zespół jest włoski ale klimaty są bardziej skandynawskie, I guess.


Wagsdans jest w formie playlisty TUTAJ


Seriale

Skradzione Serce

Zupełnie zapomniał że oglądałam to w maju... A właściwie to że w ogóle. Z drugiej strony nie wiem czy można aż tak winić za to sam serial, biorąc pod uwagę że obejrzałam go chyba w czasie poniżej doby, haha. "Skradzione serce" jest dostępne na Netflixie, odkryła go moja siostra i nie pytałam nawet jaki przebłysk algorytmicznego geniuszu ją tam zawiódł. Serial bowiem jest... Kolumbijski. I nie chodzi mi o to, że hur dur, wszystko, co z Południowej Ameryki to telenowela, ALE... Pewien rodzaj narracyjnej wrażliwości oraz logiki jest ten sam. Z tego powodu oglądanie „Skradzionego serca” na poważnie jest właściwie niemożliwe. Nie wyklucza to jednak, że pod uproszczeniami, magią i ogólnym absurdem (wiecie, metal to pojemna kategoria, ale to co tu się uważa za ciężkie brzmienie poruszyłoby może tylko czyjąś prababcię) kryje się całkiem ciekawa kryminalno-polityczno-obyczajowa fabuła. W skrócie: bohaterowie zostają napadnięci, żonę bohatera porywają nieznani sprawcy, wkrótce jej pozbawione serca ciało zostaje odnalezione w pobliskim jeziorze. Śledztwo dociera wprawdzie do tropu sugerującego, że kobietę porwano na organy, ale jakoś utyka w miejscu. Próbujący się jakoś pozbierać po tym wszystkim bohater (który ma pizzerię, tak człowiek robiący pizzę po hiszpańsku to pizzero) poznaje Piękna Panią Fotograf. PPF miała dopiero co przeszczep serca, który załatwił jej Złowrogi Mąż. Swoją drogą, #zmdidnothingwrong. Oczywiście początkowo nasz dobroduszny acz marzący o zemście pizzero nie ma pojęcia, że jego nowa znajoma jest po uszy zamieszana w całą sprawę. Poza wątkiem romantycznym, mamy przede wątek kryminalny oraz polityczny i oba są ciekawe.

Jest to serial, którego nie mogę polecić osobom, które nie mogą przejść do porządku dziennego nad absurdem i śmiesznością, ale z drugiej strony, jeśli cenicie robienie rzeczy dla beki, to „Skradzione Serce” naprawdę daje radę bo pod warstwą całkiem rozrywkowego absurdu (tu jest nawet Gang Homoseksualistów Handlujących Organami) kryje się ciekawa intryga polityczna i dramat człowieka, który dla ratowania żony wkopał się po same uszy w naprawdę wielkie bagno. 

Na dodatkowy, trochę mimowolny plus dodam, że przy okazji dowiedziałam się sporo Kolumbii, choć tu bardziej dlatego, że googlałyśmy intensywnie różne nie do końca zrozumiałe dla nas rzeczy (np. kwestię ślubów).  


Reacher

Właściwie to go nie dokończyłam, więc jeszcze pewnie napisze o nim coś więcej potem ale tymczasem, cóż... Serial jak serial. Jeszcze dziesięć lat temu przeszedłby bez echa ale jego aktualna popularność jest znakiem naszych czasów. Ludzie są tak spragnieni serialu, w którym w pierwszych 10 minutach nie będzie sceny gejowskiego seksu, że zachwyca się nawet czymś takim jak „Reacher”. Marysujny do bólu zębów bohater w krainie zbiegów okoliczności. 


Filmy

Upadek: Sprawa Boeinga

Czy mnie coś w tym filmie zaszokowało? Nie, bo dobrze wiem, jak działają takie firmy, szczególnie amerykańskie, plus byłam zaznajomiona ze sprawą Maxa. Niemniej to i tak potworne, jak bardzo można olewać bezpieczeństwo i życie setek ludzi i ostatecznie nie czuć się w ogóle odpowiedzialnym za swoje czyny.

Swoją drogą, to te samoloty latają, tylko im zmienili nazwę, już nie są Max i Ryanair was nimi wozi na wakacje ❤️


Gry komputerowe

Nie prowadziłam notatek, więc nie mam pewności, ale zdaje się, że spędzam czas w "Vampire Survivors" oraz, niestety, wróciłam do nałogu, czyli "Hadesa". 


Czytaj dalej »

niedziela, 1 maja 2022

[Rachunek za] Kwiecień 2022

Kolejny miesiąc, który zniknął, zanim na dobre się pojawił. Upłynął mi głównie pod znakiem ambicji czytania książek które kupuję (wiem, wiem, śmieszna myśl) - chciałabym chociaż przeczytać te książki, które kupiłam na targach książki w marcu. I jakoś mi idzie, odhaczyłam już trzy!


Książki 

Treasure Island 7/10

To niesamowite jak dużo trudności sprawiła mi ta książka. Jest coś w stylu Stevensona, jakiś rytm tej prozy, który sprawia, że czytanie było dla mnie mordęgą. Nie chodzi o treść, to nie tak, że mnie ta książka nudziła, czy coś w tym stylu - sama jej materia bardzo mi stała na przeszkodzie. W ogólnym rozrachunku jednak - nie mogę powiedzieć, żebym bawiła się źle. Czego tu nie ma: piraci, skarby, rozbitkowie na bezludnych wyspach, więcej piratów, więcej skarbów, bunty na statkach, no i oczywiście Długi John Silver, który jest równie zajebisty, co jego imię. 


Moja przyjaciółka opętana 9/10

Grady Hendrix udowodnił mi, że "Sprzedaliśmy dusze" nie było przypadkiem. Tym razem mamy do czynienia z nastolatkami w latach 80. i chociaż wiele poruszonego tła (muzyka, reklamy, książki) było mi obce (inaczej niż w przypadku muzyki w "Sprzedaliśmy..."), to i tak bawiłam się doskonale, bo niektóre z tych rzeczy, choć w szczególe obce, w ogóle były mi dobrze znane (psychotesty z Bravo, anyone?). Hendrix potrafi łączyć ironiczny dystans ze szczerym zaangażowaniem w losy swoich bohaterów, absurd sytuacji łączyć z autentyczną grozą. Wydaje mi się, że to właśnie tak mocno do mnie przemawia - zamiast starać się uczynić opisywane wydarzenia śmiertelnie poważnymi, pozwala wybrzmieć ich codziennym absurdom, bo absurd wcale nie musi wykluczać grozy tak długo jak zgadzamy się, że pewne rzeczy są śmieszne i straszne zarazem. I to jest, jak głosi opis na okładce, chwytająca za serce opowieść o przyjaźni i opętaniu. 

Jestem na etapie, kiedy bardzo ale to bardzo chcę przeczytać resztą jego książek, ale jednocześnie boję się, co zrobię, jak mi się skończą. Czy istnieje lepsza rekomendacja?  


Poławiacz 7/10

Trudno mi było ocenić tę powieść, ponieważ niestety ale mam wrażenie, że tłumaczenie zrobiło jej bardzo dużo bardzo złych rzeczy. Pozbawienie opowieści o kosmicznej, przedwiecznej grozie jej prawdziwego głosu jest zbrodnią. Czy naprawdę "Poławiacz" w oryginale jest aż tak porywający, jak głoszą zagraniczne recenzje nie mogę w stu procentach potwierdzić (czytałam tylko bardzo małe fragmenty), jednak mam swoje podejrzenia. Z pewnością jeszcze tę książkę w oryginale przeczytam.


Resztę miesiąca spędziłam nad "Fiesta. Sun Also Rises" Hemingwaya, ale że ostatnie 60 stron padło już w maju, to będzie w rachunku za maj. 


Seriale

Jimmy Savile. Brytyjski Horror. 8/10

Czy byłam jakoś specjalnie zainteresowana tematem? Niespecjalnie. Miniserial przedstawił mi jednak sporo kontekstu, którego mi, jako osobie kompletnie niezaznajomionej z Savilem i jego miejscem w brytyjskiej popkulturze, bardzo brakowało. Solidnie zrobione niezbyt długie - można obejrzeć. 


Taśmy Johna Wayne'a Gacy'ego 8/10

Kolejny temat, który niespecjalnie mnie jara, ale serial zrobiony dość sprawnie. Z drugiej strony widziałam, że osoby bardzo zaangażowane w temat wytykają mu wiele błędów i niedomówień, więc myślę, że można go potraktować jako punkt wyjścia a potem uderzyć do bardziej szczegółowych źródeł. 


Filmy

The Batman 7/10

Wszyscy tak zachwalali, to obejrzałam, zresztą tego filmu akurat byłam ciekawa. Obejrzałam i mam trochę pytań i przemyśleń. Przede wszystkim: czemu to nie jest serial? Materiału jest w tym filmie za dużo. Ewidentnie są rzeczy, które się w nim nie zmieściły, a sprawiłyby, że cała historia byłaby ciekawsza. I mam wrażenie, że powszechna chęć do obejrzenia go jeszcze raz wynika właśnie z tego niedosytu - bo po seansie miałam wrażenie, że wciągnęłam na raz pół sezonu serialu i pora usiąść do drugiej połowy. 

Pattinson dostaje okejkę, kocham ten jego ryj jak siekiera. Wiem, że nie wszystkim to podeszło, ale mnie się naprawdę podoba, jaki on jest niezręczny i społecznie nieprzystosowany i jak to się przenosi z Bruce'a na Batmana. Niektóre sceny, w których on stoi między ludźmi ubrany jak debil i nie wie, gdzie oczy podziać są bezcenne. 

Kobieta kot też wypada dobrze. Jest dobrze zagrana, konsekwentnie pasuje do reszty filmu. 

Pingwin, wiadomo, słuszny jest tylko jeden. 

Ten cały złol z tiktoka w niektórych scenach jest świetny, w innych drze ryja bez powodu i wypada w nich strasznie nieautentycznie. Może o to chodziło, nie wiem, mnie się jego internetowa persona w ogóle nie podoba. Twórcy chyba przesłuchali za mało Sword and Scale i obejrzeli za mało faktycznych świrów na yt.  

Artur okropny :'( Zdecydowanie najgorszy element w całym filmie. Gotham niestety jest niewiele lepsze. W sensie, co to jest za Gotham, to jest jakiś Nowy Jork czy ki chuj, równie dobrze to by się mogło dziać w Warszawie. To jest jakieś miasto. I to takie całkiem nowoczesne. I nic z tego nie wynika. Gotham, tak samo jak Pingwin, słuszne jest tylko jedno.  

Uwaga natury ogólnej jest taka, że jak wam ludzie mówili, że ten film jest ciemny, to mieli na myśli to, że w dupie byli i gówno widzieli. Jako osoba, która naprawdę słabo widzi w półmroku, w ciemnych trybach i tak dalej, nie jestem pewna, czy mogę właściwie powiedzieć że ja ten film w ogóle widziałam. Masakra. Ja rozumiem, że ma być mroczno, ale tutaj naprawdę miejscami ocieramy się o film o Murzynach w metrze... Na plus jednak klub Pingwina, tam było zacnie. 


Gry komputerowe

Ghostrunner 8/10

Wróciłam. Pokonałam swoje demony. Kocham. To jedna z niewielu naprawdę trudnych (i nie mam na myśli tego, ze jest super trudna, po prostu to, że ma normalny poziom trudności a to nie jest oczywiste) gier w jakie ostatnimi laty grałam i dawno już żadna inna gra nie dała mi takiej satysfakcji. Właśnie dla tego cudownego uczucia gry powinny być trudne. Rzekłam. 


Vampire Survivors 9/10

Gameplay jest wszystkim. 

Swoją droga, gdyby ktoś się zastanawiał - updejty są bardzo częste i bardzo sensowne, gra jest rozwijana (wbrew temu jak wygląda xD).


Hades 9/10

Wróciłam do nałogu. Siłą mnie od tego pada nie oderwiecie, SIŁOM. 


Maj

Z planami na maj mam taki problem, ze wiem, ze coś bym sobie przeczytała, ale nie wiem co. Znaczy, no... pewnie kolejnego Hendrixa, ale jak pisałam wyżej chcę sobie zostawić coś na potem, bo jak mi się Hendrix skończy, to co będę robiła? No więc nie wiem. wisi nade mną oczywiście topór tych "ostatnio kupionych", które wypadałoby jednak przeczytać, tak raz jeden w życiu, ale to po pierwsze - zawiera Hendrixa, po drugie zawiera książkę non-fiction a po trzecie zawiera horror ("Harry Angel"), a chyba bym chciała odpocząć od horrorów na moment, bo w tym moim queście, żeby zacząć je czytać, czytam w tym roku właściwie tylko horrory i klasykę. Może wjedzie jakiś Abercrombie.

W maju czeka mnie też wyjazd na parę dni, muszę wybrać coś do czytania na noclegu i wciąż nie mam pomysłu, co dokładnie. 


Czytaj dalej »

środa, 6 kwietnia 2022

[Rachunek za] Marzec 2022

Kiedy ten miesiąc minął to ja nawet nie. Z jednej strony wydawał mi się ciągnąć bez końca, z drugiej nic w jego trakcie nie zrobiłam. Nie spodziewam się więc, że ten wpis będzie długi bądź interesujący. 


Książki 

Na okoliczność remontu (który wciąż trwa i mam wrażenie że prędzej ja ze sobą skończę niż on wreszcie dobiegnie do finału) i spowodowana nim kompletna dezorganizacją życia nie zostało mi wiele czasu na czytanie a w dodatku wzięłam na siebie dość duży kaliber, więc, uwaga, w marcu przeczytałam 1 książkę. Przynajmniej była gruba. 

"Nowele i opowiadania" Herman Melville 8/10

Zbiór krótszych (choć nie wszystkie są krótkie) tekstów Melville'a. Przyjemna, choć powolna lektura. Jak pisałam gdzie indziej Melville był świrem i tu to widać, haha. 

"Ella w teatrze" Timo Parvela 7/10

Ella, jak to Ella. Mikołajek to to nie jest, ale daje radę. 

Poza tym zaczęłam "Wyspę skarbów", tak tę Wyspę skarbów. Po angielsku. I nie jest łatwo. Wręcz zaskakująco trudno, jakiś dziwny rytm jest w tej prozie, który utrudnia mi lekturę bardziej nawet niż miejscami dość niezrozumiała piracka gwara. 


Targi książki

W końcu wróciły targi książki w Poznaniu! Poprzednia edycja odbyła się w marcu 2020, tuż przed końcem świata i nabyłam wtedy między innymi... Moby Dicka. Więc to nie tak, że NIC nie przeczytałam... W tym roku niestety wypiął się na nas Kraków, więc nie uzupełniłam zbiorów o książki PiWu - ich strata.

Poza tym jednak plan zrealizowałam - szlam głównie po Grady'ego Hendrixa od wyd. Vesper i to się udało. Poza tym dwie księgarnie anglojęzyczne (które wobec absurdalnych cen na bookdepository zaczęły być realna konkurencją) miały w ofercie sporo klasyki w niskiej cenie (15-20 zł). Ostatecznie upolowałam:

  • Grady Hendrix "Moja przyjaciółka opętana"
  • Grady Hendrix "Poradnik zabójców wampirów Klubu Książki z Południa"
  • Robert Louis Stevenson "Treasure Island"
  • Ernest Hemingway "Fiesta. Sun Also Rises"
  • Harry Harrison "Przestrzeni! Przestrzeni!"
  • Andrzej Ćwiek "Hieroglify Egipskie"

Poza tym od Polskiego Wydawnictwa Muzycznego - śliczne mini metalowe zakładeczki w kształcie gitar.


łupy

Wszystko to jednak pikuś w porównaniu z fenomenem literackim, z jakim zapoznałam się przy okazji. Otóż, snujemy się z siostrą po terenie targów. Ludzi sporo, ale bez przesady. Przy niektórych stoiskach było trzeba chwilę poczekać albo nieco się poprzepychać. Wtem! Tłum zgęstniał do stopnia, w którym nie można było się ruszyć. Gorzej niż na koncercie rockowym. Poza ogromnym morzem głów, które utworzyło się w jednym kącie targów, uformowała się gruba kolejka (4-5 osób na szerokość) przez którą nie można było się przecisnąć. Ogonek ciągnął się przez całe targi (połowa pawilonu 5A), zakręcał i wychodził na zewnątrz. Do którego stoiska stał nie można było nawet zobaczyć. Przeciskając się i obchodząc kolejkę dookoła (chciałyśmy się dostać do sekcji "świadomych wydawców") usłyszałyśmy, że nie tylko my nie wiemy o co chodzi. Sprzedawcy pytali jeden drugiego, za czym ta kolejka. Pewna lepiej poinformowana pani powiedziała, że to "jakiś erotyk dla dzieci" (SIC!). 

Cudem udało nam się dotrzeć do "świadomych wydawców" i tam w trakcie rozmowy o literaturze pięknej (dosłownie moja siostra mówiła, co czytała po fińsku, pan Fabian polecał opowiadania łotewskie) temat zszedł na przepychającą się za naszymi plecami ciżbę. 

- Czy wiecie za czym ta kolejka? 

Nie wiemy. 

- Ja też nie wiedziałem, musiałem podpytać. To młoda autorka, publikująca pod pseudonimem, zrobiła karierę na wattpadzie, dwa miliony odsłon. No i wniosek taki, że mężczyźni nie czytają (to nam uświadomiło, że faktycznie w kolejce stały właściwie wyłącznie nastolatki). Kolega (kolega był ze stoiska obok) mówi, że ci pojedynczy mężczyźni to są ojcowie. 

No i tak się dowiedziałyśmy o co chodzi. W domu jednak postanowiłyśmy sprawdzić, co to właściwie jest, co ona napisała, skąd ten szał - bo zupełnie poważnie NIGDY nie widziałam takiego zainteresowania książkami, nawet jak byłam kupować "Harry'ego Pottera i Zakon Feniksa" w dniu premiery. Przez cały ten czas nie poświęciłyśmy uwagi temu tajemniczemu stwierdzeniu "publikuje pod pseudonimem". No bo jaki może być pseudonim? Albo to to nazwisko, które było w programie Targów albo jakaś inna Anna Kowalska. 

Otóż nie. 

OTÓŻ NIE. 

Ten pseudonim, który nie przeszedł panu Fabianowi przez usta to, uwaga,

PIZGACZ

dowód, że tak było i nie zmyślam


Także ten. 

Poza tym poznałyśmy też przemiłego pana Juana Diego z wydawnictwa Claroscuro, który z wielką pasją (i jak szybko O_O) opowiedział nam o tym, czym się zajmuje. Rewelacyjny człowiek bardzo zaangażowany w to co robi. Aż miło i tak dla kontrastu dla ludzi wydających "erotyki dla dzieci", bo się klikają. Siostra kupiła dwie książki, ja się zgapiłam, bo też bym wzięła coś od nich, ale ostatecznie wyszło inaczej. Przy okazji dokupię sobie chociaż jedną z serii "Noir", no i totalnie pożyczę od siostry to, co ona kupiła. O Wydawnictwie możecie poczytać więcej na ich stronie, mają też kanał na YT.

Targi uważam za udane. Szkoda, że nie przyjechał Kraków, ale to ich strata, nie moja. 


Seriale

"L'Agence" sezon 2 9/10 (Netflix)
No co poradzę, lubię ten program, wielka szkoda, że tylko 6 odcinków. Czekam niecierpliwie na kolejny sezon. 

"Tattoo Redo" 6/10 (Netflix)
Program o przerabianiu złych tatuaży na... nieznacznie lepsze. Ogółem do oglądania w towarzystwie by kpić z tego, co się dzieje na ekranie. Budżetowe dość mocno. 


Gry 

"Vampire Survivors" 9/10
Gameplay jest wszystkim. Kocham. 


W kategorii osiągnięć innych, to napisałam posta na bloga, który nie jest podsumowaniem a nawet jest w dwóch wersjach językowych. O tu -> https://silvahevsum.blogspot.com/2022/03/gdzie-jest-herman-w-ogrodzie.html


Więcej grzechów nie pamiętam. To był dziwny miesiąc, spędzony trochę na budowie, trochę w gościach u mamy. Dużo stresu, mało treści. 
Czytaj dalej »

sobota, 26 marca 2022

Gdzie jest Herman? W ogrodzie

To głupi żart, to tam na górze. Kto wie. Może niektórzy już załapali o czym to będzie. Kto wie, może Herman Melville doceniłby ten dowcip. A może nie. Tak naprawdę, to co on by sobie o tym pomyślał jest znacznie mniej istotne w porównaniu do tego, co na ten temat sądzi potencjalny czytelnik. O czym więc będzie niniejszy tekst? O Melville’u, z pewnością. Ale przede wszystkim o tym, jak odbieramy teksty kultury i co dokładnie ma na to wpływ.

 

Wąż Fifonż, dziedzic Slytherina

Ku fenomenologii wielorybów

Teorii interpretacji i znaczenia dzieła literackiego jest wiele. Ciekawskim polecam pogooglać chociażby takie terminy jak psychoanaliza, fenomenologia, formalizm rosyjski, formalizm amerykański, Bachtinowska antropologia kultury i literatury, hermeneutyka, strukturalizm, semiotyka, post-strukturalizm, pragmatyzm, historyzm…  I jeszcze parę bym mogła wymienić. Każda z nich nieco inaczej podchodzi do roli czytelnika (oraz roli autora) w odbiorze tekstu. Niektóre poszukują uniwersalnego, czystego sensu, inne uważają, że każdy kontekst do dobry kontekst. Z pewnością każdemu co innego bardziej przypadnie do gustu, ja mogę zaprosić was tylko do refleksji spod znaku [fenomenologicznej] teorii o warstwowej budowie dzieła literackiego. Głównie dlatego, ze wydaje mi się ona posiadać największe zastosowanie praktyczne, szczególnie w kontekście tezy, którą spróbuję udowodnić.

Wprawdzie niektóre nurty uśmierciły autora już dawno temu, osobiście uważam, że to zbyt daleko idący wniosek. Intencji autora nie możemy po prostu zignorować chociażby dlatego, że bez niej dzieła by nie było. Trudno też udawać, że autor istniał w próżni i znajomość kontekstu w jakim żył jest nam zbędna. [Oczywiście, że można wszystko zignorować i sobie coś wymyślić, wyciągając wnioski z dupska i aktualnej pogody. I jeśli znaleźliście satysfakcjonującą odpowiedź na pytanie „y tho”, to krzyż na drogę. Przy takich założeniach trudno o dyskusję.] Jednocześnie jednak udawanie, że czytelnik i kontekst w jakim on się znajduje nie ma znaczenia jest dość śmieszne. I żeby było jasne: chodzi mi właśnie o znalezienie równowagi pomiędzy tym, co autor napisał a tym, co my czytamy, ze szczególnym uwzględnieniem nie poszukiwania jakiejś jedynie słusznej interpretacji, ale o świadome interpretowanie. Nie chodzi o to, żeby nie nosić różowych okularów, ale wiedzieć, że się je ma na nosie.

Dzieło z którym się zapoznajemy to właśnie mieszanka autorskiej intencji przefiltrowana przez to, co się twórcy udało uzyskać oraz nasze przedsądy – oczekiwania,  opinie, wyobrażenia, słowem to, czego się spodziewamy.

Przedsądow nie sposób się pozbyć, często zresztą zupełnie nie zdajemy sobie z nich sprawy – i rzecz w tym właśnie żeby być ich świadomym. Kiedy spodziewamy się dramatu a dostajemy komedie, nietrudno o zawód, ale czyja to jest wina? W znakomitej większości autor wcale nie próbował nas oszukać. Oczywiście świadomość przedsądow nie sprawi, że zacznie nam się podoba h coś, co nas ewidentnie nie zachwyca ale pozwoli przynajmniej zrozumieć dlaczego coś nam się nie podoba i E niekoniecznie oznacza to, że sama książka jest niskiej jakości. Wszystko powinniśmy oceniać na podstawie tego czym jest i czym stara się być a nie naszych oczekiwań. Zawód nie będzie mniej prawdziwy ale za to sprawiedliwiej ukierunkowany.

 

Kilkudziesięciu chłopa na rybach czy gejowski seks i czarne msze?

Nie można negować, że różnych ludzi bawią i wzruszają różne rzeczy. Choć pewne style będą bardziej wciągające niż inne (halo, V.C. ANDREWS anyone?) niektórych zafascynują „Chłopi” a inni na samo wspomnienie pójdą przekąsić coś wysoce przetworzonego i powdychać spaliny. Sądzę jednak że kiedy oddalimy się od poziomu mikro, będziemy mogli wysnuć pewne wnioski natury ogólnej.

Jaka jest ogólna, stereotypowa opinia o literaturze dawnej, czy nawet pięknej w ogólności? No, nie wstydźcie się. Jaka jest, co? Nudna, co? A nawet jeśli nie nudna, to przynajmniej poważna. Śmiertelnie by nie rzec zabójczo.

I teraz każdy kto się trochę tej literatury naczytał (dajmy na to jakiegoś Dickensa czy Prusa), złapie się dramatycznie za głowę i zapyta uprzejmie co ja do diaska pierdolę. Otóż wyjaśniam, że ja się nie pytam jak się rzeczy faktycznie mają, tylko jaka jest ich percepcja. Skąd się bierze to przekonanie o powadze i nudzie klasyków? Myślę że z tego samego miejsca co systemowa niechęć do czytania lektur „bo są zadane” – dziwaczna mieszanka stereotypów, kiepskiego sposobu nauczania (uczniom nie mówi się po co czytają lektury) oraz źle ukierunkowanego buntu.

 Czy do książek trzeba dorosnąć? W pewnym sensie owszem, tj. Pewne tematy będą może bliższe osobom z większym lub innym bagażem doświadczeń niż może mieć nastolatek, co nie zmienia faktu, że dzieci w ogólności nie są zbyt głupie żeby coś docenić i nie należy im tego powtarzać. Co jednak chcę powiedzieć, to że najważniejsze w przypadku lektury, szczególnie ambitniejszej literacko (i już samo to określenie niesie ze sobą bagaż przedsądow) jest nasze nastawienie a nie nasz wiek, doświadczenie czy nawet zainteresowania.

Jeśli przeczytamy Moby Dicka jako powieść o polowaniu na wieloryba, czy nawet epicką powieść o zemście, to nic dziwnego, że wyda się nudny, bo tego jest w nim jak na lekarstwo. W ogóle fabuła w tej powieści jest trochę pasażerem na gape, wywalonym za burtę i wciągniętym na pokład gdzieś pod koniec. Oczywiście że się zawiedziemy szukając tradycyjnej powieści tam gdzie jej zwyczajnie nie ma. Nie oznacza to, że uważam że Moby Dick będzie się podobał każdemu, jestem od tego bardzo daleka. Niemniej oceniajmy go za czym jest, a nie ze nie jest czymś innym.

Jeśli czytamy coś z założeniem że jest zupełnie na serio, to nic dziwnego, że wyda nam się bez sensu. Moby Dick jest jak ocean, należy mu się dać porwać, akceptować wszystko co się dzieje i bawić tą bezkresną, absolutnie szaloną wizją. Tu jest miejsce i dla gejowskiego romansu i dla czarnej mszy, to wydarzeń zaiste SPEKTAKULARNYCH (poród Tasztego!!!), które Melville opisuje obrazowo i z fantazja jak nikt inny. Tu są wybory narracyjne, które i w naszych czasach kazałyby się większości autorów popukać w czoło, a Melville, Melville nie boi się nikogo. Żodyn, ŻODYN mu nie będzie mówił że Ahab nie może być taką drama queen, że jak wychodzi na pokład to się wszystko nagle zmienia w dramat. Precz z rozwinięciem dialogowym, niech żyją didaskalia! Jeśli czytelnik podejdzie to takiej książki z całkowita, surową powaga i będzie wszystko co się wydarzy kompletnie na serio i bez pewnej... Fantazji cechującej opisywane wydarzenia, styl czy nawet samego narratora i jego chorobliwa fascynację wielorybami – to oczywiście że ostanie wyrzucony na brzeg w stanie kompletnej konsternacji.

To że coś powstało dawno nie oznacza, że napisał to ten straszny stary wujek, którego baliście się całe dzieciństwo. Poczucie humoru nie jest wynalazkiem nowym. A nawet o sprawach zupełnie poważnych można mówić lekko i dowcipnie. Ojcowie i dzieci przekazują pewne uniwersalne prawdy o walce pokoleń w formie sympatycznej komedii. Raskolnikow zabija staruchę siekiera z powodu czegoś, co dziś nazwalibyśmy memem. Ludzie naprawdę nie różnili się tak bardzo przez wieki. Są pewne kulturowe uwarunkowania które odsuwają nas od siebie ale tak naprawdę więcej nas pewnie łączy niż dzieli. Żarty były może zakazane na lekcji polskiego, ale zupełnie niesłusznie i z tej sztucznej powagi musimy się wyrwać. Stara książka nie musi być ani nudna, ani poważna, ani tak naprawdę specjalnie mądra. Klasyki to nie są święte krowy. Można ich nie lubić, nie zgadzać się z nimi, można się świetnie BAWIĆ, czytając je. I nie mówię tu o wysokiej intelektualnej przyjemności obcowania z wielką literaturą (choć w tym oczywiście nie ma nic złego). Durna uciecha to też uciecha. Głupi rechot, dobieranie bohaterów w pary i traktowanie dziewiętnastowiecznych zwyczajów jak elfickiej kultury w książce fantasy – naprawdę wolno tak robić!

 

Zachwycać się nie trzeba, ale wypada spojrzeć w oczy

Herman Melville był świrem. Jego proza jest wariacka. Sprawia to że z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. W Moby Dicku jest cały rozdział o wielorybim ogonie. Ale na Boga, ten chłop nie był NUDNY. Odnoszę wrażenie że gros lektur tej powieści to właśnie polowanie na białego wieloryba, podczas gdy Melville napisał tysiąc stron o tym, dlaczego to kompletnie bez sensu (to oczywiście tylko jedna z interpretacji; tych jest bardzo wiele i które są naprawdę dzikie). Moby Dick jest jak morze, jak ocean. Bezkresny i znacznie od nas potężniejszy. Nie da się go pokonać, nie da się ujarzmić – ale można radośnie podskakiwać na falach i cieszyć się tą podróżą.

 

Szaleństwo czy metoda

Zapewne wypadałoby podsumować te rozważania garścią rad, dotyczących tego jak żyć, w tym jednak rzecz, że nie chce sprzedawać jednego słusznego rozwiązania poza byciem świadomym swoich oczekiwań i nie zrzucaniem ich konsekwencji na osoby trzecie (na przykład autora). Można i zapoznać się z autorem, książka, kontekstem epoki a można iść zupełnie na pałę, pamiętając że nic się nie wie i wszystko może się wydarzyć. Najważniejsze to pozwolić tekstowi na pełna dowolność, nie zamykać go w naszych wyobrażeniach ale dla odmiany pozwolić jemu wpłynąć na nas.




Czy to jednak nie jest krok za daleko? 


 

 

 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia