Książki
Dwa ognieMiałam gdzieś tam na horyzoncie, bo opis zawierał słowo "średniowiecze", ale ostatecznie decyzja o lekturze zapadła dość spontanicznie. Świetna, świetna, świetna książka. Akcja toczy się w średniowieczu, w trakcie epidemii czarnej śmierci. Grupa bandytów spotyka nieco dziwna dziewczynkę, która ma dla nich kilka zadań i nie przyjmuje "nie" za odmowę. To co następuje to powieść drogi pożeniony z horrorem, miejscami naprawdę wspaniałym - piekielna uczta! - która prowadzi nas przez ogarniętą zarazą i obłędem średniowieczną Francję. Elementy horroru są świetnie wprowadzone, doskonale też współgrają z całością fabuły i konstrukcji świata. To opowieść o dobru i złu, zarówno w wymiarze makro jak i mikro, która daje nam rewelacyjną, stopniową przemianę bohatera. Zachwyca mnie jak Buehlman dzięki przyjętej konwencji uczynił z deus (nomen omen) ex machina zajebisty motyw fabularny pożeniony z rule of cool a nie słabość. Mega się ta książka nakręca, napięcie i nagromadzenie niesamowitości nabudowywane jest świetnie. I jeszcze do tego ta dbałość o różne drobiazgi, które wracają w odpowiednim czasie. Do tego, choć gra toczy się o wielkie stawki, Thomas jest z jednej strony pionkiem w grze znacznie potężniejszych sił, ale z drugiej nie pozostaje bezwolny.
A do tego to tylko jeden tom! Skończona, zwarta historia, dobrze rozplanowana i wykonana. Alleluja!
Bardzo polecam!
Kolejny i jak się okazało, przynajmniej na razie ostatni, klub czytelniczy PIWu. Tym razem międzywojenne powieść Heleny Boguszewskiej, autorki niegdyś bardzo popularnej, obecnie zapomnianej. Główna bohaterka, Sabina, dowiaduje się że nie zostało jej wiele życia (nie wiemy na co dokładnie choruje), kładzie się więc do łóżka i wspomina całe swoje życie przez pryzmat różnych tego życia aspektów: sukien, mieszkań itd. Wpadamy w szereg nadchodzących na siebie pętli, dzięki czemu powoli budujemy dość pełen obraz życia przeciętnej kobiety. Narracja jest mocno spersonalizowana, rwana, fragmentaryczna. Kto lubi modernistyczna powieść psychologiczna ten będzie zachwycony. To nie do końca mój gatunek, więc uczucia mam mieszane. Napisane jest to świetnie (choć nowemu wydaniu PIWu brakuje posłowia, które analizowałoby właśnie język powieści, specyficzny ale trudny do oceny - na ile pewne rozwiązania to Sabina, na ile po prostu polszczyzna tamtych czasów, na ile styl Boguszewskiej), zarówno językowo jak i pod względem konstrukcji.
Również lektura klubowa i nie ukrywajmy - w życiu bym po nią nie sięgnęła w innym wypadku. Nie dlatego że mam coś do mitologii nordyckiej - wręcz przeciwnie - ale po pierwsze Gaiman mnie ani ziębi ani grzeje a po drugie... Czemu Gaiman miałby pisać mitologię nordycką? No i po lekturze nadal nie wiem, czemu ta książka powstała. Poza tym że dla pieniędzy. Sądziłam że będzie to w jakimś stopniu mitologia przetworzona przez autora, jakaś wariacja na temat, jakaś powieść czy zbiór opowiadań a tymczasem to jest... Po prostu mitologia nordycka. I tyle. Czyta się szybko i względnie bezboleśnie, tam gdzie boli to wina Wikingów, nie Gaimana. Poczucie humoru wikingów jest... Trudne. Jest to lektura przystępna, dającą wgląd w mentalność średniowiecznych Skandynawów.
Cieszyłam się na spotkanie z Faulknerem, niestety spotkałam się z Dehnelem. Nie miałam wcześniej do czynienia z tłumaczeniami Dehnela, ale jak się okazuje... Okryte są niesławą. Coś strasznego stało się ponoć Henry'emu Jamesowi. No i coś strasznego stało się niewątpliwie Faulknerowi.
"As I Lay Dying" to książka niełatwa. Niechronologiczna mieszanka strumieni świadomości, niektórych naprawdę posranych, pogrubione podmioty, ogółem gęsto tu jest. Przy tłumaczeniu na polski pojawiają się dodatkowe trudności, bo tam gdzie "it" odróżnia przedmioty od osób, w polskim już się tego nie odda w sposób jasny klepiąc miernie ale wiernie (oczywiście takie tłumaczenie słowo w słowo trudno nazwać wiernym sensu stricto ale wiadomo o co chodzi). A Dehnel klepie i ma w dupie, że u Faulknera wiadomo o co chodzi a u niego nie. O niemrawych próbach stylizacji to już w ogóle nie ma co wspominać... Dehnel jest z Gdańska i mam pewne podejrzenia że z gwarami nie miał wiele do czynienia. Ale też całość tego tłumaczenia pokazuje mi, że tu nie było ani talentu ani woli, żeby zrobić to porządnie (tj. Dehnel pewnie zrobił najlepiej jak umiał, w swoim mniemaniu robiąc wszystko jak trzeba, nie zarzucam mu świadomego odwalenia fuszerki). Trochę nie rozumiem czemu Tarczyński jakoś mu nie podpowiedział... I dlaczego Znak dał Dehnelowi do tłumaczenia kolejnego Faulknera...
Dużo jest czepiania się tytułu i prawda, może nazbyt podniosły jak na Faulknera, ale to cytat z Odysei. Nie wiem czy Dehnel nawiązuje do jakiegoś konkretnego polskiego przekładu (jedyny, który mam w domu brzmi zupełnie inaczej niż angielskie tłumaczenie, które cytuje Faulkner) ale długie trwanie romantyzmu niejako wymaga ten podniosłości i szyku przestawnego. "Kiedy umieram" lepiej może oddaje sens oryginalnego tytułu, ale to naprawdę drobiazg w obliczu tego jak zmasakrowana jest sama powieść.
W obliczu tej sytuacji dość szybko się poddałam i przerzuciłam na oryginał. Ponieważ jednak zaczęłam po polsku, trudno było mi na dobre wkręcić się w styl. Za jakiś czas przeczytam tę powieść raz jeszcze, może w starym tłumaczeniu, może znowu oryginał. Na razie powiedzieć mogę tyle że jest to książka trudna, duszona, bełkotliwa, makabryczna.
Audiobooki
Oślizgłe macki, wiadome siły. Historia Ameryki w teoriach spiskowychCiekawa rzecz, można się dużo dowiedzieć o początkach Stanów i że już wówczas teorie spiskowe miały się znakomicie. Jest też sporo o tym, skąd pewne teorie się wzięły. I można zapytać: na co to komu a właśnie na to, że z konsekwencjami wiary w te teorie spotykamy się na co dzień i wbrew pozorom mają wpływ na nasze życie.









.jpg)


















