Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2025

[Rachunek za] Rok 2024 - seriale, gry i muzyka

 Podsumowania książkowe są tutaj, filmowe tutaj. 


Nie robiłam wcześniej podsumowań ilościowych w tym temacie, więc nie wiem, jak się to ma do lat ubiegłych, ale wydaje mi się, że nie oglądałam w tym roku zbyt dużo serial. Na 14 tytułów, połowa to dokumenty, druga seriale fabularne. 


Dokumenty

Spośród dokumentów na wyróżnienie zasługują:

Bad Surgeon, Farma Clarksona, Six Nations, Będziesz następna

Nie będę przyznawała nagrody dla najlepszego serialu, chociaż skłaniam się ku Farmie Clarksona, bo to rzecz, która - wbrew pozorom - robi bardzo dużo dobrego. Sytuacja rolników w Europie jest zła i Clarkson bardzo sprawnie pokazuje jak bardzo, dlaczego i jak trudno jest cokolwiek zrobić. Six Nations jest doskonale zrobiony, fajnie dobrani bohaterowie. Trochę brakowało mi więcej rugby, ale jaram się na nowy sezon. Pozostałe dwa to true crime. Pierwszy - Bad Surgeon - o lekarzu oszuście, bardzo ciekawy. Będziesz następna to polski dokument o gwałcicielu z Wrocławia. Mocna rzecz. Żaden z nich jednak nie ociera się o jakość dokumentów w rodzaju The Keepers czy Wild, Wild Country. 

Poza tym widziałam jeszcze bardzo solidne Tajemnice polskich morderstw, fascynujące Escaping Twin Flames (to jest poziom absurdu mierzący w stronę Tiger King) i taki sobie American Nightmare. Jest też prawdopodobieństwo, że widziałam jakieś inne trukrajmy, tylko ich nie napisałam - nie pamiętam, kiedy oglądałam Crime Scene: New York (i chyba jeszcze jeden tego typu z innego miasta) czy ten netflixowy o Małej Madzi (dobry, tak swoją drogą).

W 2025 będzie ich mniej, szczególnie takich przypadkowych trukrajmów odpalanych do obiadu, bo zrezygnowałam z netflixa. 


Fabularne

Tutaj jednak przyznam nagrody, ponieważ poziom był jednocześnie wyższy i niższy niż w przypadku dokumentów. 

Na plus:

Shogun, Tulsa King sezon 1, Mask Girl

Rok rozpoczęłam ponownym seansem Mask Girl i... to nie jest tak, że ten serial okazał się gorszy przy ponownym oglądaniu, ale on po prostu się nie nadaje do oglądania ponownie, bo opiera się na niewiarygodnej narracji. Niemniej jest to świetny serial, by nie powiedzieć doskonały. Tulsa King mnie absolutnie zachwycił, to jest dokładnie to, czego mi w życiu było potrzeba, serial jak napisany specjalnie dla mnie, w którym Stallone może pokazać wszystkie swoje umiejętności. No ale zwycięzca może być tylko jeden prawda? Nie będę oryginalna, Shogun podobał mi się szalenie. Nie jestem wobec tego serialu bezkrytyczna (ten angielski zamiast portugalskiego...), ale jest zrobiony świetnie. Natomiast wygrywa z Mask Girl właściwie wyłącznie tematem i powagą. 

Na uwagę zasługują też Briganti, serial kosmicznie durny ale z wizualnymi ambicjami. 

Nagroda specjalna za najlepszy opening

Tu kandydatów jest dwóch: Tulsa King i Mask Girl. Wygrywa Mask Girl, ale Tulsa King depcze jej po piętach. No ale spójrzcie na to cudo. 

A Tulsa King


Nicpan serialowy

Kandydatów jest dwoje:


Pozorna miłość zdołała mnie wkurzyć i zawieść, chociaż odpaliłam ją dla beki i spodziewałam się szrotu. Tu jakieś wyróżnienie za odsetek nieskończonych wątków się należy. Mimo to jednak jest to serial dość sprawnie zrobiony technicznie i póki wciąż sugerował, że jest o czymś to nawet był wciągający. Trudno jednak naleźć jakiekolwiek zalety w Hazbin Hotel. Skrótowy, debilny, zamiast rozwoju postaci mam co chwila piosenki, których nie sposób odróżnić jedna od drugiej. Tu był potencjał i Helluva Boss pokazuje, że autorka potrafi ten potencjał wykorzystać. Hazbin Hotel to jednak był zdecydowanie Nicpan 2024. 



Nie grałam dużo w 2024, ale bądźmy szczerzy, ja generalnie dużo nie gram. Zebrało się tego oszałamiające sześć tytułów. Na minus właściwie tylko Hollow Knight, ale to dlatego, że do mnie kompletnie nie przemawia ten klimat, sama gra jest zupełnie ok. Był to jednocześnie jeden z trzech nowych tytułów, w które zagrałam w tym roku (nowych dla mnie oczywiście), poza tym zapoznałam się z Blasphemous 2, który może trochę stracił na klimacie jedynki, ale dał mi wiele radości i bardzo polecam oraz moja najnowsza fascynacja Astral Ascent, który był bodaj za darmo (albo za grosze) na gogu - to rouglite od twórców Dead Cells, ale klimatem i rozgrywką jest bliżej anime i Hadesa. Vampire Survivors, wiadomo, wielka wieczna miłość. 



Muzycznie działo się może nieco więcej niż w grach, ale też nie jakoś bardzo wiele. 

Wydarzenia

Mieliśmy zaskakująco dobrą muzycznie Eurowizję (Estonia, Chorwacja, Finlandia, Austria, Litwa), która utonęła w kontrowersjach i skandalach paskudnych nawet jak na ten konkurs (dopuszczenie Izraela, dyskwalifikacja Holandii).

Poza tym wybrałam się na dwa koncerty, związane zresztą z tym festiwalem: Bambie Thug i Kääriję. Bambie nieco zawiodła, chociaż głównie problemem była publiczność, trochę z przypadku, chyba nie do końca w klimacie, nieznająca utworów. Käärijä za to dużo lepszy, ale też publiczność mnie zaskoczyła - znali słowa, byli dobrze przygotowani. I przede wszystkim aranżacja koncertowe podobały mi się dużo bardziej od studyjnych: są cięższe, dynamiczniejsze. 


Albumy

W 2024 wyszły dwie interesujące mnie płyty: Wake Up The Wicked i XII A gyönyörű álmok ezután jönnek. 


Nowy Powerwolf mnie zawiódł. To jest więcej tego samego ale chyba dotarliśmy do ściany. Większość tych utworów brzmi jakbym już gdzieś je słyszała - u tego samego zespołu na wcześniejszych płytach. Tak jak Call of the Wild dodawał nieco absurdalnego, tanecznego sznytu, tak tutaj nie ma nic nowego, nic ciekawego. Przesłuchałam to raz po zakupie i potem długo nawet nie pamiętałam, żeby wrzucić na telefon... ot, taka to była płyta. Nie jest zła. Jest nijaka i wtórna i to chyba jest najgorsze, bo zdanie co do złej płyty można ewentualnie zmienić, o tej trudno pamiętać. 

Thy Catafalque za to... Tomek nigdy nie zawodzi. Nawet poprzednia płyta, która jakoś mi się osobiście nie podobała była świetna w swoim gatunku. A to, to jest wszystko to, co kocham w Thy Catflaque. Gitary, elektronika, świetne wokale (skąd on bierze te kobiety). A przy tym jest to tak różnorodne i unikatowe, że można słuchać w kółko. Cały album jest do odsłuchania na kanale wydawcy:

(Jak wam się pierwszy utwór nie spodoba, to przeklikajcie pozostałe, bo to Thy Catafalque, tutaj każdy kawałek jest zupełnie inny)


Ufff, to tyle, jeśli chodzi o podsumowania. Trochę się tego zebrało, cieszę się że się zdecydowałam je podzielić na kawałki. Teraz jeszcze tylko bym chciała to ubrać w jakieś formy instagramowe, ranyboskie. 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 grudnia 2024

[Rachunek za] Listopad 2024

Listopad, jak zawsze, był czasem pracy twórczej a nie konsumowania cudzych twórczych dokonań, więc szału nie będzie, ale za to jakościowo wypadł doskonale. 


Książki

Tajemnice Zamku Udolpho 8/10

To była zaskakująca lektura. Przede wszystkim nie spodziewałam się, że nie będzie w niej w ogóle elementów fantastycznych. Po drugie - jak na powieść z końca XVIII (!) wieku jest zaskakująco nowoczesna pod względem konstrukcji. I chociaż jest w niej dużo sentymentalizmu (głównie w przepięknych opisach przyrody), to nie jest egzaltowana. Do tego plejada świetnych postaci - cioteczka, Anette wreszcie Montoni (którego knowania są nieznane acz straszliwe) - to jest świetna książka. Znajdując się miedzy oświeceniowym szkiełkiem i okiem a romantycznym uwielbieniem dla wszystkiego co dzikie i niezwykłe znajduje doskonałą równowagę. Wprawdzie potrzeba autorki zamknięcia i powiązania wszystkich wątków prowadzi do pewnych elementów zakończenia, które wieją trochę Harlanem Cobenem (to nie jest komplement), ponieważ różne osoby znajdują się tam gdzie fabule najwygodniej bez żadnej przyczyny innej niż imperatyw fabularny, ale generalnie nie mam większych zarzutów. No może poza tym, że pewne postaci jednak kończą ze sobą, bo miałam dużą nadzieję, że jednak się tak nie stanie (i to wynikającą z fabuły, nie pobożnych życzeń).

I całkiem szybko się to czyta! Wiem, że może to brzmieć jak jakiś nieśmieszny żart, biorąc pod uwagę, że spędziłam z Radcliffe miesiąc, ale musicie wziąć pod uwagę, że to jest naprawdę długa książka i to niespecjalnie obfitująca w dialogi. Ale za to ile tu jest wątków, ile akcji. Na pierwszych 50 stronach zdarzyło się więcej niż u Nicpana przez całe te jego dziadoskie Fajerwerki. Mamy - już na samym początku - śmierci, stalkera-poetę, strzelaninę, zbójców i dramatyczne krajobrazy górskie. 

Cholernie dobra to była książka, nie dziwię się, że Radcliffe była tak popularna za życia. Na pewno sięgnę też po inne jej powieści.  


Dzikowy skarb (tomy 1 i 2) 8,5/10

Miałam tę powieść czytać w roku... 2021 w ramach wyzwania, które zawalimy do maja, a które to zostało tak dokumentnie zawalone, że nawet zapomniałam o jego istnieniu. Niemniej w końcu nadejszła ta wiekopomna chwila i... zakochałam się w Karolu Bunschu. Ludzie, rzućcie w cholerę Wojny Wikingów Cornwella i czytajcie Cykl Piastowski. Dzikowy skarb to świetna historyczna powieść przygodowa dziejąca się w czasach Mieszka I, od śmierci Ziemomysła do Bitwy pod Cedynią. Mamy świetnych bohaterów, delikatne wątki fantastyczne (świetne!), klimacik no i historię Polski. Tutaj uwaga: fabuła opiera się o stan wiedzy z roku 1945, więc nie do końca zgadza się z tym, co wiemy dziś, ale nie są to żadne wielkie przekłamania czy coś, czego czytelnik po prostu nie wie ze szkoły (np. miejsce Chrztu Polski, najprawdopodobniej był to Poznań, nie Ostrów Lednicki jak przyjmuje Bunsch) plus jest trochę interpretacji naszej skąpej wiedzy, która działa dobrze na fabułę, ale nie do końca się broni (Bunsch przyjmuje, że Dobrawka miała wcześniej męża i jeszcze, że się z nim... rozwiodła, czy jakoś go tam porzuciła, nie, myślę, że jednak nie, panie Bunsch, nie to musiał mieć Tietmar na myśli nazywając Guncelina bratem Chrobrego xD). Natomiast jest to bardziej kategoria zabawy intelektualnej niż jakikolwiek problem. 

Był czas, że ta powieść była lekturą szkolną i to skandal, że nadal nią nie jest. Czemu mnie w szkole kazali czytać Krzyżaków a nie to?! Mam ogromną ochotę na więcej i bardzo mnie cieszy, że to więcej istnieje aczkolwiek nieobecność Bunscha w bibliotece to też jest jakaś porażka wyższego rzędu. 

Co mnie bardzo ucieszyło, to że powieść ta (i inne) ma nie tylko pozytywne recenzje, ale jest też tych recenzji sporo. Czyli jednak ludzie czytają wartościowe książki. 

To tam porównanie do Wojen Wikingów nie jest wcale przypadkowe, jeśli podobają wam się przygody Utreda z Bebbanburga, to myślę, że to również was zachwyci, bo to ta sama tradycja przygodowej powieści historycznej, gdzie przewijają się zarówno postacie historyczne jak i wesoła twórczość autora. 

Serio, GITUWA, Zbrozło krul, dejcie mi więcej tych powieści. 


Seriale

Briganti 

Jeszcze nie dokończyłam, więc wstrzymuję się z oceną, ale jest to zaskakująco ambitny formalnie historyczny serial przygodowy produkcji włoskiej. Utrzymany jest w estetyce komiksowo-westernowej (jestem w szoku że to nie jest na podstawie komiksu) zarówno jeśli chodzi o postacie, fabułę jak i warstwę wizualną - operator musiał się świetnie bawić, bo tu się naprawdę dzieje. Poza tym jest to serial z gatunku głupkowatych acz rozrywkowych (jako serial historyczny spadł z rowerka, nie wnikajcie bo aż strach jakie to brednie), dobry do oglądania w towarzystwie (osób i promili). Ma też tę zaletę, że jest krótki. 


Muzyka

XII: A gyönyörű álmok ezután jönnek Thy Catafalque

Nowy album Thy Cataflaque dostarcza. to powrót do wcześniejszego stylu (Rengeteg, Naiv, Vadak) po cięższym Aföld i mnie osobiście to cieszy. Aföld nic nie brakowało (Tomasz Katai nie potrafi robić złej muzyki), ale to po prostu nie były do końca moje klimaty. Natomiast XII jest dokładnie tym, czego chciałam. to jedna z tych płyt, kiedy co piosenka człowiek myśli "ta jest najlepsza". A do tego z AMA z Tomaszem wynika, że jest szansa na koncert w Polsce!
Cały album do odsłuchania na oficjalnym kanale wytwórni: 



MiToPiPo

Jak listopad to pisanie powieści w miesiąc. NaNoWriMo spadło z rowerka i sobie głupi ryj rozwaliło, ale nie ma powodu, żeby upadek jednej organizacji zabijał ideę, która tę organizację przerosła już dawno temu. Różne alternatywy powstają już od zeszłego listopada, kiedy sprawa ostatecznie się rypła, więc powołaliśmy w naszej polskiej grupie nową inicjatywę: Miesiąc Towarzyskiego Pisania Powieści. W skrócie MiToPiPo. O co chodzi? Ano dokładnie o to samo, z tym tylko, że dopuszczamy większą elastyczność jeśli chodzi o wyznaczane cele a ci, którzy chcą jakoś porównywać swoje dokonania porównują procent ukończenia swoich celów, a nie bezwzględną ilość słów. 
I poszło rewelacyjnie. Wprawdzie NaNo zawsze dopuszczało najpierw nieoficjalnie, potem oficjalnie ideę "buntowników", którzy np. za miast powieści pisali zbiór opowiadań czy coś w ten deseń, ale nie dostarczało odpowiednich narzędzi do śledzenia tego, a na co odpowiadał nasz prosty arkusz. Mam wrażenie, że większość uczestników była na koniec miesiąca zadowolona z tego, co udało się zrobić. 
Dla mnie osobiście to był jakiś absolutnie wyjątkowy rok, bo... udało mi się skończyć mój tekst w ciągu miesiąca. Od bardzo dawna napisania pięćdziesięciu tysięcy słów w miesiąc nie było dla mnie wielkim problemem, natomiast schody zaczynały się kiedy trzeba było faktycznie skończyć tekst, a te po pierwsze wychodziły zawsze dłuższe a po drugie... dużo dłuższe. Tymczasem w listopadzie 2025 wydarzyło się coś magicznego: 71046 słowo O skonaniu dnia to wyraz "KONIEC". W dodatku nie mam w tym tekście specjalnie dziur, tj. scen, o których wiem, że być powinny a ich nie napisałam z różnych powodów. Oczywiście w trakcie redakcji na pewno wiele zostanie dopisane i pewnie zmienione, ale faktycznie ten tekst jest na etapie, na którym potrzebuje redakcji a nie dalszego pisania. Jest to przedziwna sytuacja, z którą nie do końca umiem sobie poradzić, bo nigdy wcześniej się to nie wydarzyło. Zabiorę się za te powieść pewnie w marcu, kiedy organizujemy sobie MiToEdiTo, czyli analogiczną imprezę, tylko opartą na redagowaniu tekstu. 


Plany

Koniec roku, to i wypada zacząć snuć ambitne plany, no nie? Moje głównie tyczą się nauki języków, więc nie będę się o nich rozpisywała (w regularnej pracy konieczna jest regularność a nie rozbudowane opisy tejże). Czytelniczo ten rok zawaliłam jeśli chodzi o ilość, ale raczej nie jestem niezadowolona. Były miesiące słabsze, ale były tez bardzo dobre i przede wszystkim przestałam się bać grubych książek. Na porządne podsumowanie przyjdzie czas na koniec grudnia, ale nie mam zamiaru jakoś przeć przez najbliższy miesiąc do wypełniania statystyk. Niczego wybitnego już i tak nie osiągnę, mogę dla odmiany trochę odpocząć. Czytam teraz Człowieka do wszystkiego Walsera na klub PIW i nie będę ukrywała, dupy nie urywa. Poza tym wzięłam na tapet Statek widmo - tak, ten Statek widmo i jak na razie jest fajnie. Poza tym chciałabym chyba jeszcze w tym roku rzucić się na Początki Stalowego Szczura, żeby kontynuować zwyczaj czytania książek w tej samej dekadzie, w której się je kupiło. I tak, a propos, jeszcze nie skończyłam Meksyku przed Konkwistą, chociaż mi się podoba. Planuję skończyć do końca roku. 
Poza tym źli ludzie w Internecie mnie namówili na zakup ultrakrótkich drutów i okazało się, że jednak robienie skarpet jest spoko, więc nawalam skarpety, jak mam tylko ręce wolne. Plus muszę skończyć jak najszybciej pewien "tajny projekt" i chcę sobie zrobić rękawiczki bez palców, więc to są moje robótkowe ambicje na najbliższe tygodnie. Ten płacz z kąta to sweter, który robię już pewnie dwa jak nie trzy lata. nie zwracajcie uwagi. 


Czytaj dalej »

czwartek, 31 października 2024

[Rachunek za] Październik 2024

W tym miesiącu kontynuujemy chlubne tradycje tego bloga znane jako "rychło w czas" oraz "o kurwa, ja mam bloga". Na swoje usprawiedliwienie mam to, że listopad. I to zakończony wielkim sukcesem. Także ten, bawcie się dobrze na odcinku z kategorii wspomnień czar.


Książki

Drumindor 6,5/10
Teoretycznie skończony w tym miesiącu ale opisany w rachunku za wrzesień. Trochę rozczarowanko niestety.

Fajerwerki nad otuliną Nie pisz więcej/10
Rzeczy do których nadaje się ta książka:
- napalenie w piecu
- paper mache
- scrapbooking
- uszczelnienie okien
- wyłożenie dna szuflady
- podparcie głośnika/stołu

Rzeczy, do których się nie nadaje:
- czytanie

Spermiarskie pretensjonalne pierdolenie o niczym. To jest dosłownie pamiętnich chłopa, który nie ma nic do powiedzenia, ale wydaje mu się, że jest inaczej.  Realnie przypomniały mi się najgorsze gówna, które trzeba było przeczytać na studiach. I wiecie co? Fajerwerki były gorsze. 


Poza tym większość miesiąca czytałam Tajemnice Zamku Udopho Ann Radcliffe, ale o tym napiszę we wpisie listopadowym. 

Komiksy

Requiem tom 2 (3-4) 8,5/10
Z jednej strony mamy tu naprawdę fajne motywy, szczególnie graficznie - archeologów z ich techno-faraońską stylistyką i wilkołaki (tutaj w roli głównej Torquemada), przepięknie narysowany bal wampirów i absolutnie debilnego Nerona... ale jest też więcej Rebeki, Heinrich/Requiem przypomina sobie coraz więcej (z nieswojej) przeszłości i... w pewnym sensie fabuła się zagęszcza, rzecz w tym jednak że... ja mam obawy co do kierunku tej fabuły.

Requiem tom 3 (5-6) 8,5/10
Nie do końca mogę powiedzieć, że widoczna jest tendencja spadkowa, ale ten tom jest na poziomie zbliżonym do tomu 2. Czyli jest gituwa, ale jednak nie tak dobrze jak w tonie pierwszym. Ta fabuła po prostu nie nadąża za kreską i absurdem świata. Niemniej to wciąż kawał solidnej - i ponadprzeciętnie durnej - zabawy.


Muzyka

Utred "Power"
Chłop wystawia te muzykę za co łaska i łaska moja zawsze jest niewspółmierna do jakości tego, co dostarcza. I zawsze sobie mówię - jak będę miała pieniądze to mu przeleję lepszy hajs... i nigdy nie mam pieniędzy. Do odsłuchania i zakupienia tutaj: https://utred.bandcamp.com/album/power


Inne

Więcej grzechów nie pamiętam. Coś mi się kołacze pod czaszką, że oglądałam jakieś dokumenty na netflixie, ale takie to były dokumenty, że ich nie pamiętam :v Chyba wjechał nowy sezon Niewyjaśnionych tajemnic i było spoko (czyt. nie było nic o duchach w tym, co zobaczyłam). Poza tym odkryłam nowy podcast, który polecam: Behind the Bastards - do obadania na YouTube i wszędzie gdzie tam dają podcasty. Szczególnie godzien uwagi jest odcinek o tym, że papierosy wynalazły wszystko - i myślę, że daje dobre pojęcie o tym, co to jest za audycja. Tylko uwaga, bo goście się zmieniają, więc nie zawsze dynamika jest taka sama. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 września 2024

[Rachunek za] Sierpień 2024

Sierpień upłynął mi pod znakiem urlopu i zemsty. Spędziłam go na Łotwie, w Estonii i w Finlandii a towarzyszył mi Hrabia Monte Christo. O urlopie mam rozgrzebany osobny post - a może zrobię z tego całą serię, bo chciałabym coś dokładnie opisać poszczególne muzea i wyjdzie chyba dość długo - dość powiedzieć, że było świetnie a teraz nie mam za co żyć. Chcecie pojechać do Rygi (plus tam akurat jest tanio).


Książki

Hrabia Monte Christo 9/10

W końcu i ja dotarłam do historii Edmunda Dantesa. Podobno dobrego tłumaczenia opasłej powieści Dumasa nie ma, niemniej padło na Klemensa Łukasiewicza, a że nie mam żadnych kompetencji jeśli chodzi o język Francuski czy Dumasa mogę tylko powiedzieć, że przeczytałam rzecz po polsku a nie polskawemu. Sama powieść...? Świetna. Jest dramaturgia, jest słodka, słodka zemsta, rozplanowana, zrealizowana z wielką dokładnością. Jest w tej lekturze przyjemność podobna do tej, którą się czerpie patrząc jak wszystko idzie zgodnie z planem, jak najmniejsze, rozstawione pieczołowicie pionki po czasie robią dokładnie to, co zrobić miały i z chaosu i ciężkiej pracy wyłania się wspaniały obraz. Piękna rzecz. 

Wady...? Znikome. Ale ze względu na tak skomplikowany, wyszukany charakter zemsty Hrabiego brakuje jej pewnego... ognia. Jest zemsta, ale brak... nienawiści. Ulewa się ona Hrabiemu rzadko i też bliżej jej do okrucieństwa niż prawdziwego gniewu. Trudno to jednak nazwać zarzutem do samej powieści, to po prostu moje luźne przemyślenie. Druga rzecz, to że Dumas popada czasami - acz rzadko - w charakterystyczną dla swojej epoki egzaltację, której naprawdę tej powieści nie trzeba. Szczególnie, że ma tak świetne mroczne, wręcz demoniczne fragmenty. (no i wątek Hayde, fuj)

Taki prawdziwy, duży problem widzę tu w samej konstrukcji powieści, wikipedia w dodatku twierdzi, że jest za to odpowiedzialny nie sam Dumas, ale jego konsultant historyczny. Historyk, jak to historyk, kazał chronologicznie. Moim zdaniem książka dużo traci na dramatyzmie przez to, że od początku znamy motywację Hrabiego, źródło jego fortuny a także prawdziwą tożsamość. Dumas planował zacząć powieść od epizodu rzymskiego i to bardzo widać. Przez większość powieści (licząc od tego rozdziału) widać bardzo, że tożsamość Edmunda właściwie nie miała nam być znana, a scena w której "Edmund Dantes" pada głośno praktycznie kompletnie traci przy tym cały dramatyzm. 

Tak czy owak, to jest cholernie dobra powieść (lepsza niż Muszkieterowie) i nie należy bać się jej objętości, bo czyta się to szybko (no, wiadomo, miesiąc się czytało, ale bez bólu ;) ), postacie są barwne, styl lekki i kpiący a gdy trzeba to robi się odpowiednio mrocznie. 


Fundusz Zbrodni. Kulisy afery FOZZ

Kto się zapoznał z Matką Wszystkich Afer, ten się z seryjnego samobójcy nie śmieje. Pewnie sama z siebie bym po tę pozycję nie sięgnęła, bo to trochę jak z Iwoną Cygan - lepiej nie wiedzieć za dużo - ale dostałm tę ksiązkę, więc wypadało przeczytać. Najlepszą jej częścią jest rozdział pierwszy, przybliżający sposób w jaki powstało zadłużenie PRL. Naprawdę jestem pod wrażeniem i lektura ta dała mi sporo nadziei na to, że i dalsza część będzie napisana równie przejrzyście. Niestety nie do końca tak jest. Z jakiegoś powodu autor uznał, że potencjalny czytelnik może nie mieć pojęcia o PRL i rozdział na ten temat napisał bardzo dbając o jasność przekazu.  Niestety co do kompetencji czytelnika w kwestii prania pieniędzy miał już dużo lepsze zdanie i im dalej w las, tym mniej przejrzyście się robi. Nie jest to bardzo duży problem, ale po pierwszym rozdziale liczyłam na coś innego. 

Swoją drogą, wiedzieliście, że w Bakoma to "Ba" jest od tego gangstera Baraniny?


I to by było na tyle. Teoretycznie skończyłam jeszcze po powrocie z urlopu (a przed Funduszem...) Czarną Ambrozję, ale o niej pisałam już w zeszłym miesiącu i te ostatnie kilkadziesiąt stron nie zmieniły mojego zdania na jej temat. Świetna książka, prawdopodobnie zaskoczenie roku! 


Seriale

Bolivar 

Przypadkiem znalazłyśmy z siostrą na Netflixie telenowelę o Boliwarze. Wiecie, tym chłopie co to wyzwolił kontynent, ma po sobie nazwane państwo i walutę, jest bohaterem narodowym w kilku krajach no i ogółem wpadł do kociołka z zajebistością jak był mały. (żeby była jasność jestem świadoma, że to postać kontrowersyjna i budząca skrajne emocja tak za życia jak i po dziś dzień, niemniej nie możecie chłopu odmówić zajebistości, nawet jeśli negatywnie oceniacie jego działalność). Chwilka googlowania i wyszło, że chyba warto na to jednak spojrzeć, nawet jeśli pewna telenowelowa wrażliwość może razić widza szukającego bardziej serialu historycznego. 

Jak na razie jestem po dziesięciu odcinkach - z sześćdziesięciu, tak SZEŚĆDZIESIĘCIU - i przemyśleń mam tylko garstkę. Po pierwsze: widać napracowanko. Jest tu spora dbałość o to, by w każdym kadrze znajdowali się jacyś statyści, a przy tym by komponować z nich dość malarskie kadry. Jeśli chodzi o kostiumy to absolutnie nie powiem ani słowa na temat ich zgodności historycznej (chociaż wątpię, by istniała jakakolwiek), natomiast jest tu widoczna pewna dbałość o zachowanie wspomnianej już malarskości kadrów. Obsada - trochę trudno mi oceniać, bo nie znam aktorów (poza kobietą, która grała w "Skradzionym Sercu"), natomiast casting zrobiony jest fajnie, niektóre kreacje błyszczą (Pablo Clemente <3), aktorzy grający Bolivara dobrani są może nie podobni do portretów, ale są podobni do siebie nawzajem i aktor grający młodego Simona jest - zgodnie z opisami historycznymi - drobny, niewysoki i pełen wdzięku (absolutnie uwielbiam to, że jest niższy od swojej ukochanej). 

Fragmenty w Caracas, szczególnie te na plantacji, podobały mi się znacznie bardziej niż te w Hiszpanii. Być może dlatego, że mam zerowe pojęcie o Wenezuelskich plantacjach, ale może jednak dlatego, że twórcy mają nie większe o Hiszpanii przełomu XVIII i XIX wieku. To co tam się odjaniepawla to nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać. Telenowela wjeżdża na pełnej. (za to naprawdę dobrali bardzo podobną aktorkę do roli królowej i mówi ona bardzo z włoska a mniej z hiszpańska; czy to są dobrze udane akcenty to nie mnie oceniać - co do Bolivara-chłopca były głosy oburzenia). 

Czy polecam? Trudno powiedzieć prawdę mówiąc. Z pewnością trzeba mieć odporność na telenowelowość; nie jest tu ona może zupełnie na pierwszym planie, myślę że twórcy mieli ambicję stworzenia serialu historycznego, niemniej czasem jak walnie w pysk, to się pozbierać nie można. Z pewnością nie można podchodzi do tego z takim samym nastawieniem jak do seriali z innych stron świata ani też zresztą jak do lekcji historii (aczkolwiek recenzje podpowiadają, że nie jest pod tym względem *aż tak* źle). Dodam jeszcze dla porządku, że ja jednak trochę telenoweli w życiu obejrzałam, nawet jeśli nie nazwałabym się nigdy fanką gatunku - od Palomy i Zbuntownego anioła po Ruby (Ruby jest zajebista, bo to taka odwrócona telenowela, gdzie bohaterką jest "ta zła") czy Skradzione serce: nawet jeśli nie jestem fanką pewnych rzeczy, to jestem z nimi zaznajomiona, wiem skąd się tam wzięły i jak je interpretować. Dla osoby, która pierwszy raz spotyka się tą stylistyką może być to nie do przełknięcia. 


Muzyka

Wake Up the Wicked Powerwolf

Mam bardzo mieszane uczucia co do nowego albumu Powerwolfa. Z jednej strony to więcej tego dobrego, co zawsze a z drugiej... to więcej tego, co zawsze. Utwory są na tyle wtórne, że niestety mózg podsyła inne słowa. Z drugiej strony to wciąż solidna rzecz, więc trudno mówić o zawodzie. Mimo wszystko jednak liczyłam chyba na to, że będzie coś nowego a nawet taneczne rytmy z Call of the Wild nie do końca znajdują tu kontynuację. Chyba najwięcej mówi to, że po kilkukrotnym odsłuchaniu zaraz po zakupie (w 1-2 dni) już do niej nie wróciłam. Ale z drugiej strony, z muzyką jak z oceanem, są przypływy i odpływy, może nadejdzie i dzień,  którym wjedzie ostra faza. 


I już! Jak wspominałam na wstępie, o wrażeniach z urlopu będzie osobny post (lub posty). Jako ciekawostkę mogę dodać, że sierpień okazał się miesiącem rekordowym pod względem ilości przeczytanych stron - wpadło ich aż 1713, oczywiście za sprawą Monte Christo. Na okoliczność wyzwania 52/52 to jestem w tyle o jakieś 10 pozycji i niespecjalnie widzę szanse na nadrobienie tego, co właściwie nie jest aż takie złe - trochę chyba odczarowałam czytanie cegieł (Monte Christo to właściwie są dwie cegły, jak się tak spojrzy na większość wydań). 


Chociaż trudno mówić o jakimś ważnym punkcie w trakcie roku, ale jednak dla mnie wciąż 1 września jest punktem przełomowym (takie poczucia przełomu kompletnie nie czuję na przykład w czerwcu, chociaż to jest w końcu faktyczna połowa roku) - więc zrobiłam trochę planów. Przede wszystkim wiążą się one z Klubem Czytelniczym Państwowego Instytutu Wydawniczego w Bookowskim oraz listopadowym Novel Questem (tak, jest nowa jakość w listopadowym pisaniu, coś tu pewnie jeszcze na ten temat napiszę bliżej samej imprezy, ale dzieje się). Rozpiska Klubu na drugą połowę roku prezentuje się tak:

Zrobiłam też wyzwanie na Storygraphie, gdyby ktoś chciał dołączyć wirtualnie/łatwo znaleźć sobie polskie wydanie wspomnianych powieści. 

Nie będę ściemniać, jak zobaczyłam ten Zamek... na listopad to mi się zrobiło trochę słabo. A nawet mniej iż trochę, bo to straszliwa cegła a do tego trochę się boję jak szybko będzie się ją czytać. Tradycyjnie w listopadzie nie mam specjalnie czasu na czytanie (z drugiej strony, robiłam już w te listopady różne rzeczy, od kupna mieszkania po kursy językowe), więc uznałam, że tutaj bez Pacemakera się nie obejdzie. Rozplanowałam więc czytanie tej powieści (zresztą, rozplanowałam je wszystkie, ale pozostałe to nie są aż takie potwory) z naciskiem na szał w pierwszych dniach i potem tendencję spadkową. Jak mi pójdzie - zobaczymy. Tak w teorii wygląda to... wykonalnie. Zaczynam zaraz po spotkaniu październikowym i cisnę ile fabryka dała, by w listopadzie mieć już mniej do pogryzienia. Ale niech mnie bogowie mają w opiece. 

Generalnie co do rozpiski to zapowiada się moim zdaniem nieźle, tylko do tych Fajerwerków nie mam przekonania, ale może błędnie, nie nastawiam się negatywnie.  


Co tam wcisnę w międzyczasie...? Specjalnie planów nie mam, chociaż chyba, zainspirowana Prawdziwą historią czekolady, którą już zaczęłam, chyba pójdę mocniej w Mezoamerykę, która i tak ma mi towarzyszyć w jakimś stopniu w listopadzie. Planuję więc w końcu przeczytać Meksyk przed konkwistą Justyny Olko, który zakupiłam jak był nowością w roku pańskim 2010. Serio. To nie jest nawet półka wstydu, to są góry szaleństwa. A propos - wypadałoby wreszcie zapoznać się ze Zgrozą w Dunwich w wersji ilustrowanej, bo też leży dosłownie rok (faktura z 31.08.2023). Mam też jeszcze jeden zbiór Lovecrafta, ale nie wiem, czy po niego teraz sięgnę. Poza tym mam zamiar iść raczej na spontan, co mi tam w oko wpadnie, może jakieś Wojny Wikingów (zostało mi jeszcze sporo tomów) i zbiór opowiadań Carson McCullers. Tego czasu tam wcale nie ma tak wiele, biorąc pod uwagę, że ponad miesiąc spędzę z Ann Radclif w zamku Udolpho. 

Czytaj dalej »

niedziela, 4 lutego 2024

[Rachunek za] Styczeń 2024

Nowy rok, nowe rozczarowania. 

Nie no, poważnie mówiąc nie było tak źle. Były za to równe zaskoczenia. Przede wszystkim to jak dużo w tym miesiącu obejrzałam, szczególnie kiedy porównać to do niespecjalnie pozytywnych osiągnięć czytelniczych. Zazwyczaj styczeń to ten Leosia gdzie pożeram najwięcej książek w ciągu roku a tutaj wypadło mizernie. 

Obejrzałam za to filmy, seriale, kreskówki, seriale dokumentalne... Jakiś szał mnie opętał, nie ukrywajmy - częściowo w związku z tym że znowu staram się podrzucać trochę ciężarów, a bez czegoś co odciągnie moja uwagę od tam nudnej czynności nie miałoby sensu nawet próbować. 


Książki 

Światłość w sierpniu 9/10

Moje pierwsze spotkanie z Faulknerem, wszystko w ramach odkrytych w ostatnich latach brakach w klasycznej literaturze amerykańskiej. Wydaje mi się to o tyle dziwne, że przecież popkultura przesiąknięta jest wszystkim made in USA a jakimś cudem ominęła mnie ta bardziej wartościowa cześć. 

Byli już Steinback (przed tą całą akcją, coś jeszcze przeczytam, ale raczej w oryginale), Melville (wspaniały), był Hemingway (bardziej interesujący stylistycznie niż fabularnie, ale jeszcze wrócę do niego), przyszła pora na Faulknera, szczególnie że polski rynek wydawniczy jakoś sobie o nim przypomniał ostatnio i wychodzą nowe tłumaczenia. Skusił mnie oczywiście Płaza, ale jakoś tak wyszło, że pierwsza wjechała "Światłość w sierpniu" w tłumaczeniu Piotra Tarczyńskiego. To tłumacz dotąd mi nieznany, ale coś czuję że się zaprzyjaźnimy, bo ten polski Faulkner jest wspaniały. Kontrowersyjne decyzje edytorskie początkowo mną wstrzasnęły, ale jakimś sposobem to działa, płynie się przez te prozę. W tym kontekście bardzo ciekawi mnie jaki jest Faulkner Płazy. Wjeżdża na klub czytelniczy PIWu już za dwa tygodnie więc biegnę czytać. 

Sama "Światłość..." za to... Nie wiem. Generalnie nie lubię modernizmu. Nie tak że mam coś o niego jakieś konkretne zarzuty, bo prostu jakoś nie możemy się dogadać. Faulkner więc mnie skonfundował, bo to niby coś, czego nie lubię, ale podobało się. I co zrobię, nic nie zrobię. Czy mnie ten tekst zachwycił? Bardziej pewnie językowo niż teściowo, ale to też nie tak, że to tylko ładna buzia. Lektura pozostawiła mnie z poczuciem, że powinnam przeczytać więcej, żeby sobie wyrobić zdanie. Czego i wam życzę. 


Invictus. Igrając z wrogiem 7/10

To tak w ramach mojej aktualnej fascynacji rugby. Spodziewałam się książki bardziej o rugby właśnie, podczas gdy jest to książka o Mandeli. Nie czyni jej to zaraz złą, dowiedziałam się sporo i chciałabym dowiedzieć się więcej. Mniej może o samym Mandeli, ale więcej o RPA i jej historii. 


Czerwony Mars (kurwa jaka chujnia)/10 

Na tym u płynęła mi połowa miesiąca i wciąż nie skończyłam, ale skończę, bo chce z czystym sumieniem pisać wszędzie głośno i wyraźnie jaka ta książka jest słaba po absolutnie każdym względem. Tam jak zwykle uważam że każdy powinien sam wyrabiać sobie opinie tak tę śmierdząca kupę gówna radzę omijać. 


Filmy:

Renfield 8/10

Czy może być coś lepszego niż Nicolas Cage jako Drakula? Wspaniały to był film, dał mi wiele radości i szkoda właściwie, że to pełny metraż a nie jakiś serial proceduralny, bo jest tu bardzo duży potencjał. 

To co "Renfield" robi dobrze to natychmiastowe pozbycie się jakichkolwiek pretensji do powagi czy realizmu. Rządzi się logiką kreskówki, w tym aspekcie blisko mu do South Parku. Całość jest dobrze zagrana a Nicolas jest po prostu doskonały. 

Czy to wybitne dzieło, które zmieni wasze życie? Nie, ale to przyjemna komedia do obejrzenia ze znajomymi. 


Gangubai Kathiawadi 9,5/10

Najlepszy film zeszłego roku. Obejrzany raz jeszcze, bo chciałam go komuś pokazać. Nic nie traci przy kolejnym oglądaniu. A może nawet zyskuje. Przepiękny, Alia Bhatt to chyba moja nowa ulubiona bolywoodzka aktorka. 


Invictus 5/10

Ależ to było słabe. Zainspirowana lekturą (oraz nowo odkrytą miłością do rugby) postanowiłam w końcu obejrzeć film Eastwooda. I to chyba jego najsłabsze dzieło. W gruncie rzeczy pochwalić tu można chyba tylko casting, szczególnie jeśli chodzi o ochroniarzy Mandeli, tam rzecz zadziałała. Przede wszystkim jednak scenariusz jest tu słaby jak barszcz, chaotyczny, bez napięcia, pomija bardzo fajne fragmenty książki (a więc zakładam - prawdziwej historii, nawet jeśli odrobinę podkolorowanej) - chociażby nauka hymnu, która w książce jest sukcesem a tu popisem fochów; właściwie zupełnie pomija rugby, dostajemy różne wyrwane z kontekstu sceny z życia Mandeli, z których żadna nie ma w sobie nic interesującego a końcowy mecz przedstawiony jest żałośnie. Jestem naprawdę zaskoczona nie tylko dlatego, że generalnie lubię Eastwooda, ale przede wszystkim dlatego, że to powinien być film sportowy a spartolenie filmu o sporcie jest naprawdę sztuką. A już szczególnie rugby, które jest tak dynamiczne. I nie mówię tu, żeby wyciąć Mandelę, wręcz przeciwnie, ale można było o zjednoczeniu RPA opowiedzieć znacznie ciekawiej, dynamiczniej i właśnie przez pryzmat sportu, który - sama ta historia tego dowodzi - może mieć potężne oddziaływanie społeczne. 

To jest historia o zmianie nastawienia. Nastawienia Czarnych do sportu Białych, ale też tych żyjących obok siebie, ale tak różnych ludzi do siebie nawzajem. I ta zmiana pokazana nam jest w formie jakichś przerywników, gdzie postacie, których nie znamy i o których nic nie wiemy nagle w połowie meczu zaczynają klaskać. Niektóre z nich są nieco lepsze (scena, w której chłopiec dostaje koszulkę Boksów i odmawia jej przyjęcia), ale generalnie padają płasko na ryjek. Tak samo scena, w której reprezentacja idzie uczyć dzieci grać w rugby... nie zawiera wyjaśnienia zasad, a mam wrażenie, że żenujące przedstawienie meczu na koniec wynika z obawy, że widz i tak nie zrozumie o co chodzi. Dostajemy więc jakiś montaż, z którego niewiele wynika, a myślę, że to powinna być emocjonalna scena. Generalnie ta zmiana nastawienia społeczeństwa do nadchodzących mistrzostw, do rugby, do afrykanerów - ona jest nam przedstawiana w formie oderwanych od siebie scen, gdzie w ogóle nie czuć upływu czasu i w których uczestniczą postacie, których nie znamy i które nic nas nie obchodzą. 

Jak boga kocham to jest chyb jedyny film okołosportowy jaki widziałam, który tak bardzo mi się nie podobał. I nie, nie ma znaczenia, że to niby jest bardziej biografia Mandeli, bo jako film biograficzny też się nie sprawdza, bo my się niczego nie dowiadujemy o Mandeli. A sceny z córką to chyba nie da się specjalnie zrozumieć, jak się nie wie kto, co, dlaczego i jak. 

Nie polecam. 


Chłopiec i czapla 9,5/10

Nagroda dla najlepszego filmu 2025 już chyba przyznana. Czwarty (bodaj) ostatni film Miyazakiego dowozi, oj jak dowozi. Jeśli Miyazaki zamierzał robić te swoje "ostatnie" filmy, póki nie stworzy dzieła doskonałego, to "Chłopiec i Czapla" faktycznie będą ostatnim jego dziełem. Mam wrażenie, że tym razem reżysera nie powstrzymywało już nic, żadna potrzeba dostosowywania się do odbiorcy, do jakichś konwencjonalnych zasad logiki czy scenopisarstwa. Ta historia płynie swoim rytmem, onirycznym korytem baśniowej logiki. Jest mrocznie, jest strasznie, jest miejscami komicznie - i jest to taki nerwowy śmiech przez łzy. Są słodkie stworki, jest przemoc, jest latanie, ogień, wojna, ptaki wszelkich kształtów, jest zdarzenie dorastającego chłopca ze światem - i jest rozliczenie się starego człowieka ze wszystkim co zbudował i co popadnie w ruinę po jego śmierci. Jest w tym filmie niepewność i gorycz, niepokój, nadzieja zderza się z nieuniknionym, dobre intencje wypacza ponura logika rzeczywistości. 

To nie jest banalna historyjka z trzyaktową strukturą (zresztą obcą japońskiej kulturze), fabułą i wyłożonym na talerzu przesłaniem. To jest historia prawdziwa jak życie, płynie jak rzeka, rozmywa się na krawędziach - tak jak płynna, rozedrgana, rozmywa miejscami staje się animacja. Początkowa scena, w której Mahito biegnie przez zbombardowane płonące miasto to prawdopodobnie najlepsze, co w życiu widziałam. Poza tym mamy wręcz orgazmiczną dbałość o detale, o takie drobne szczególiki, jakimi nigdy animatorzy się nie przejmują. Każde otwarcie i zamknięcie drzwi to tutaj rytuał, powolny, pełen drobnych kroczków i zbytecznych gestów. Żadna stopa tak po prostu nie dotyka podłogi, za każdym razem widzimy, jak przenoszony jest na nią ciężar ciała. 

A do tego ta muzyka. Tak, to znowu jest Hisaishi, ale jak inny od tego, do czego nas przyzwyczaił. Tak poważny, mroczny, niepokojący nie był chyba nigdy. Jest minimalistycznie a jednocześnie tak przejmująco. Zresztą sami posłuchajcie: 




Maryla. Tak kochałam 7/10

Film dokumentalny o Maryli Rodowicz. Obejrzałam, bo liczyłam, że pojawi się w nim Daniel Olbrychski i się nie zawiodłam. Jeśli nie macie pojęcia jakim pociesznym narcyzem jest Daniel, to się dowiedzcie, bo każda wypowiedź tego chłopa dostarcza mi wiele radości. Sam dokument jest całkiem sprawnie zrobiony, przedstawia życie Maryli w formie jej wypowiedzi oraz wywiadów z różnymi osobami, które spotkała na swojej drodze - a chyba nie ma osoby, która się nie zgodzi z tym, że talent talentem, ale Rodowicz miała niesamowite szczęście do współpracy z wybitnymi muzykami i poetami. Osobiście wolałabym, żeby w filmie było więcej muzyki, ale myślę, że nie pozwoliły na to ograniczenia metrażowe.  


Seriale:

Mask Girl 8/10

Obejrzałam drugi raz, bo pokazywałam komuś. Za drugim razem traci wyraźnie. Nie dlatego, ze zaczyna dostrzegać się niedociągnięcia, ale po prostu cała ta niewiarygodna narracja nie działa, kiedy się wie, że jest niewiarygodna, podobnie zwroty akcji. Generalnie wciąż bardzo polecam ten serial, ale nie jest to materiał na wielokrotne seanse. 


Tulsa King 10/10

Wow. To dla tego serialu zaczęłam płacić za skyshowtime i tak płaciłam chyba że dwa lata bez obejrzenia tam jednej rzeczy, aż w końcu nadszedł ten czas. I wiecie co? Nie żałuję że wyrzuciłam tyle pieniędzy na usługę z której nie korzystałam bo "Tulsa King" jest wspaniały.

Jak być może wiadomo, żywię głębokie przekonanie że Stallone to najbardziej niedoceniany człowiek w Hollywoodzie. I jak Boga kocham twórcy Tulsa King chyba podzielają moje przekonanie. Przede wszystkim każdy kto wie trochę o możliwościach Slya od razu zauważy, że ten serial, ta rola, zostały napisane pod niego. Od początku do końca, tak by wykorzystać jego możliwości. Stallone doskonale sprawdza się w komediach, więc humoru tu jest co nie miara. Jest też doskonały dramatach, mamy więc dramaty. Nie może się też obyć bez monologu, bo Stallone jest mistrzem monologu (world ain't unicorns and sunshine). Reszta obsady nie zostaje w tyle. Czy to młody szofer, czy właściciel baru dla kowbojów czy ekipa handlująca ziołem, przyjaciele, wrogowie, statyści - wszyscy dają radę. Na szczególną uwagę zasługuje aktorka grająca córkę głównego bohatera, która może nie jest do niego podobna ale *gra* podobną.

A o czym w ogóle mowa? Dwight Manfredi, gangster starego typu odsiedział 25 lat za morderstwo (ogółem wziął na siebie grzechy Rodziny). Kiedy jednak wychodzi z pierdla, zamiast wdzięcznego tłumu czeka go... wygnanie. W Nowym Yorku nie ma dla niego miejsca, ale proszę, oto Tulsa w Oklahomie, pojedziesz tam, rozkręcisz mafijny biznes, praktycznie będziesz na swoim, tylko nam płać mały haracz i będzie git. Dwight nie jest zadowolony, ale co ma zrobić, jedzie i rozkręca. Zderzenie oldskulowego mafioza z nowoczesnym życiem na prowincji jest źródłem masy przezabawnych sytuacji (Stallone błyszczy), przeszłość i skutki długiej odsiadki oraz pewnych decyzji prowadzą do dramatycznych sytuacji (Stallone błyszczy). Kiedy trzeba zawalczyć o swoje Stallone... no wiecie.

Ten serial jest wspaniały. Dopracowany w każdym szczególe, świetnie zagrany, pomyślany, napisany, zrealizowany. Zarwałam nockę, żeby obejrzeć go (prawie, jednak odpadłam na ostatnie 2 odcinki) za jednym zamachem, bo nie sposób się od niego oderwać. 

Prawdopodobnie najlepszy serial jaki zobaczę w tym roku. 


Forst 3/10

Obejrzałam pierwszy odcinek, bo chciałyśmy zobaczyć cameo Remigiusza Mroza. Nie było łatwo, serial test tragiczny, a widziałam w recenzjach, że również w porównaniu do książek wypada słabo. Najjaśniejszym punktem jest tam właściwie Szyc - a nie lubię Szyca - poza tym mamy koszmarne dialogi, drewniane aktorstwo, dziwaczny scenariusz oraz przede wszystkim nieustanną mgłę - zarówno na zewnątrz, jak i w pomieszczeniach tak że zwyczajnie oczy bolą od patrzenia na to, a sensu specjalnego w tej decyzji nie widzę. Tak naprawdę Remigiusz Mróz grający trupa był najlepszy. 


Tajemnice Polskich Morderstw 8/10

Sprawnie zrealizowany serial dokumentalny o - jak sam tytuł mówi - polskich morderstwach. Autorzy fajnie wybrali sprawy oraz osoby, które o nich opowiadają, generalnie solidna rzecz, polecam.  


Pamiętnik gwałciciela 8/10

Kolejny polski serial true crime, tym razem o gwałcicielu, który grasował we Wrocławiu. Tytuł bierze się z tego, że nasz sprawca prowadził dokładne zapiski na temat swoich zbrodni łącznie z rysuneczkami patyczaków przedstawiającymi pozycje w jakich gwałcił swoje ofiary. Sprawnie zrobiony dokument, polecam. 


Escaping Twin Flames 8/10

Kolejny serial dokumentalny, ale tym razem o bardzo dziwacznej sekcie. Wszystko oparte jest na jakimś newage'owym pieprzeniu o bratnich duszach (bliźniaczych płomieniach), a tak naprawdę chodzi o wyciągnie ze zdesperowanych debili kasy na kursy bycia szczęśliwym. I już na tym etapie to brzmi paskudnie, ale to wcale nie jest koniec, bo gdyby to było zwykłe oszustwo to można by się rozejść do domów bez kręcenia seriali dokumentalnych. O nie, tutaj jest znacznie grubiej. Ohydnie. Polecam. 


Bad Surgeon (O CIE PANIE)/10

Lubię true crime i różne medyczne historie, więc ten serial wpasował mi się w gusta idealnie. Wyobraźcie sobie genialnego chirurga, chirurga gwiazd i chirurga-gwiazdę, włoskiego geniusza, który równie dobry co w rewolucjonizowaniu medycyny jest w podrywaniu. Tylko co, jeśli chłop jest oszustem? A nawet gorzej - gdyby był po prostu oszustem, to podobnie jak w przypadku Twin Flames konsekwencje jego działań nie byłyby tak tragiczne. 

Przerażająca historia o mocno zaburzonym i bardzo niebezpiecznym człowieku. Bardzo polecam. 


American Nightmare 7/10

Kolejny serial true crime (ja jego oglądam jak podnoszę ciężary, dlatego tyle tego) Denise zostąła porwana w okolicznościach tak dziwacznych, że nikt jej nie wierzy i sama staje się oskarżoną. Faktycznie dość przerażająca perspektywa.  


Hazbin Hotel (Hide your pain Harold)/10

Nowe dziecko Vivienne Medrano, tej o Helluva Boss. Mam bardzo mieszane odczucia. Przede wszystkim jest tu stanowczo, stanowczo za dużo piosenek, szczególnie, że wszystkie są praktycznie na jedno kopyto. W dodatku cały scenariusz, mimo dorosłych treści, pisany jest bardzo kreskówkowo. Wszystko mamy podane na tacy i to w dodatku błyskawiczni, żaden problem nie ma czasu zaistnieć i się rozwinąć, wybrzmieć - natychmiast dostajemy jego rozwiązanie. Ta fabuła to bardziej taka była na pełen (22 odc.) sezon, a nie 8 króciutkich odcineczków w dodatku w połowie zmarnowanych na śpiewanie. W dodatku humor jest mocno oparty na tym, że postacie okazują się żałosne a już pomijając że mnie to nie bawi do przede wszystkim jest to na jedno kopyto. Są tu fajne elementy i jest potencjał, ale generalnie raczej się zawiodłam. 


Six Nations (5+2)/10

Jeszcze mi zostało parę odcinków, ale mówiąc w skrócie jest to serial dokumentalny o Turnieju Sześciu Narodów, opowiedziany z perspektywy wybranych zawodników i członków sztabów każdej z biorących udział reprezentacji. Miejscami śmieszny, nieco zbyt po amerykańsku dramatyczny, ale ogółem do obejrzenia. Bohaterowie wybrani dość różnorodnie. 



Gry

Hollow Knight 6/10

Jednak mnie wkurza ten klimat, to powolne tempo... Jest też coś w sterowaniu, co nie współgra z moimi przyzwyczajeniami, nie umiem nawet określić, co, ale walczę z tym i to też mnie nie bawi. 


Dead Cells 8,5/10

Wróciłam, bo co miałam nie wracać. Wmawiam sobie, że jak gram w to, to nie gram w Hadesa. Nie żeby to cokolwiek zmieniało. Niemniej dobrze się w to nawala, w końcu miałam czas przejść grę po raz pierwszy i sobie teraz pykam na hardzie. Dobra gra to jest. 



Plany 

Plany mam takie, żeby teraz na szybko obalić "Flagi pokrył kurz" Faulknera, ponieważ 13 lutego jest spotkanie PIWowskiego klubu czytelniczego i chcę na niego iść, potem dokończę "Czerwonego Marsa", potem łyknę "Bufo Blombergi" a potem, jak bóg da, jakąś porządną fantastykę, żeby się jakoś odtruć od tego Robinsona, ale wciąż nie wiem, co to będzie. I może jakieś horrory wlecą. 
Poza tym trwa Turniej Sześciu Narodów oraz zaczyna się sezon kolarski, więc będę zajmowała się sportem a co za tym idzie - może wreszcie skończę coś z rozgrzebanych robótek na drutach. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 stycznia 2024

[Rachunek za] Rok 2023

To był taki rok, co to były w nim rzeczy absolutnie wspaniałe i tragicznie beznadziejne. Trudno mi więc jednoznacznie powiedzieć, czy jako całość był na plus czy na minus. Długofalowo zdecydowanie przeważają minusy, bo to co było pozytywne znajdowało się raczej w kategorii pozytywnych przeżyć, po których zostają tylko wspomnienia, a te rzeczy negatywne są, mają i będą miały konsekwencje. Waha się to od spraw przykrych po absolutnie przytłaczające. No ale jest jak jest, nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Jest chujowo, będzie jeszcze gorzej, więc zajmijmy się kwestiami najważniejszymi, czyli skonsumowaną przeze mnie popkulturą, bo w końcu na tym polegają te rachunki.

 

W momencie, w którym piszę te słowa czytam 52 książkę w tym roku. I jestem trochę w szoku, że jednak – faktycznie, czy nieomal – się to udało, bo wpadłam w kryzys, w listopadzie nie miałam czasu na czytanie i generalnie się poddałam. A tu jakoś, boczkiem, boczkiem… cyk, dojechałam. Faktycznie niektóre z tych ostatnich lektur były bardzo cienkie, ale nie dobierałam ich pod tym kątem (nie moja wina, że Dwukropek postanowił z każdego opowiadania o Elli zrobić osobną książeczkę).

Podsumowanie wyzwań będzie więc wyglądało mniej więcej tak:



52/52

Sukces lub prawie sukces. Niezależnie od tego, czy doczytam tę 52 książkę to jestem równocześnie zadowolona i świadoma, że nie ma z czego się cieszyć – w tych 51-52 książkach jest aż 10 audiobooków, więc tak naprawdę mam 41-42 książki.   

Wyzwanie excellowe

Czyli moja tabelka mająca nieco zrównoważyć twardy fakt iż książka książce nierówna. Tutaj sytuacja jest o wiele lepsza. Fakt, że pomaga mi decyzja o odgruzowaniu półki (regału...) wstydu oraz mocne postanowienie czytania tego, co kupiłam wcześniej niż po dziesięciu latach. Aktualnie (29 grudnia) mam tam wbite 59,25 punkta, jak dokończę Finneya wyjdzie 61 pkt.

W tym roku ten wynik to wypadkowa, jak pisałam, głównie statystyk własnościowych, które zdecydowanie przeważają nad punktami ujemnymi (audiobooki i książki po angielsku, których starałam się w tym roku unikać, a kilka mnie zaatakowało. Albo ja je zaatakowałam, jak w przypadku Yoona Ha Lee).

Choć z powyższych powodów wynik jest nieco skrzywiony, to jestem zadowolona i uważam, że lepiej oddaje mój czytelniczy rok, nawet jeśli nie można tego w żadnym wypadku traktować jako ekwiwalentu przeczytania 60 książek – nie taki zresztą jest cel tej excellowej zabawy. Pierwotnie tabela miała mnie zachęcać do czytania grubszych książek, bo 52/52 skłania może nie tyle do skupiania się na broszurkach, co jednak nieco zniechęca do ogromnych cegieł, które będzie się czytało miesiąc albo dwa. W tym roku tę presję odczuwałam mniej niż w zeszłym i myślę, że w pewnym stopniu to może być niebezpośrednia zasługa takiego patrzenia na czytane książki. Myślę, że dało mi to luz poświęcenia całego czerwca na przeczytanie jednej krótkiej książki – ale za to po rosyjsku.

Największym plusem jest jednak to, że ruszyłam w końcu te Himalaje Wstydu, jakie zalegają na moich półkach od dekady (wpadłam w poważny kryzys na studiach i tak naprawdę nie odzyskałam sił aż do teraz).

Chaotyczne bingo

Tak, ono wciąż się toczy, choć z ledwością, bo odhaczyłam w tym roku tylko jedno pole: Dumas lub Hugo – padło na „Trzech Muszkieterów”. Byłam blisko dodania „Serii Ceramowskiej”, ale jak autorowi „Pokażcie mi testament Adama” ulał się rasizm wymieszany z teorią pustego księżyca (czy co to tam było… to na podstawie czego Emmerich nakręcił film) to się poddałam. Może w przyszłym roku się zepnę i dokończę, bo to jest dobrze napisane, acz treści które przekazuje są… szokujące. Generalnie, jak gdzieś się rozwinęła cywilizacja, to jakimś cudem – choćby z księżyca – musieli tam dotrzeć biali. Z początku nic na to nie wskazywało, ale ostatecznie wiem już dlaczego ta książka nie ma wznowień.

30 stron dziennie

Kiedyś miałam ambitniejsze plany, ale życie zweryfikowało. Wiadomo, że statystyki stronowe są jeszcze mniej wiarygodne niż te książkowe, ale jest to zawsze jakiś dzienny cel, który może nie zawsze ma taką samą wagę, ale zmusza by usiąść na zadzie i jednak poczytać. Planem minimum jest tu przeczytanie co najmniej strony dziennie – poległam, chociaż nie na tyle często, żeby to był problem (plus na wakacjach nie uzupełniałam statystyk, więc mam tam dziurę). Średnio jednak czytałam 35 stron dziennie, więc udało się!

 

Cały ten czytelniczy rok muszę zapisać na plus. Poczytałam aż 28 nowych autorów (10 w antologii), z których tylko 2 z pewnością nie zagości na dłużej na mojej półce, a z paroma zdecydowanie będę chciała się zapoznać bliżej. Były zawody, były odkrycia – postaram się to jakoś usystematyzować w formie nagród podzielonych na kategorie w zależności od tego, co mi akurat pasowało.

Joseph Conrad

Nie do końca tu pasuje, bo był to autor mi znany, ale po raz pierwszy czytałam go po angielsku i to jest właściwa droga, moi kochani. Więcej będzie poniżej, jak przejdziemy do konkretów.

Yoon Ha Lee

Nie umiem wyrazić jak bardzo i jak długo czekałam na książkę, która mnie tak zachwyci. Na takie – prawdziwe, kurwa – sf, które wrzuca nas w środek akcji a potem rzuca w nas kamieniami. Tak. Proszę dać. W drugim i trzecim tomie jest tego trochę mniej (jakby autorowi ktoś uparcie powtarzał, ze nie zrozumiał i on by wolał takie, gdzie nie trzeba myśleć), niemniej całość jest przezajedwakurwabista. W „Revenant Gun” jeden chłop jest jednocześnie ćmą, która jest statkiem kosmicznym, trupem, upiorem i w dwóch miejscach jednocześnie działając przeciwko samemu sobie.

Carson McCullers

Bawi mnie, jak wyraźnie w moich literackich zainteresowaniach rysuje się pewien rodzaj kompletnego – i może pozornego - rozdźwięku między tym, co czytam. Normalnie catholic in the morning, satanist at night, cytując klasyka. Ponieważ moje drugi tegoroczne odkrycie to przedstawicielka literatury pięknej. Przeczytałam maleńki zbiorek opowiadań „The Haunted Boy” i wsiąkłam. Jest w tej prozie jakaś niepokojąca atmosfera, ciężka jak popołudniowy skwar, ale jednocześnie lodowata, przezroczysta, chłodnie milcząca. Będzie czytana.

Octavia E. Butler

Nie powiem, żeby to nazwisko było mim zupełnie obce, ale nie słyszałam go nigdy wcześniej w kontekście, który jakoś wiódłby bezpośrednio do przeczytania jakiejś jej książki. Opowiadanie „Więzy krwi” zmieniło moje podejście do tej autorki o 180 stopni. Ono jest niesamowite. Obrzydliwe, dziwaczne, ohydne i niepokojące. Przypomniało mi nieco „Region węża” Cherryh, jednak u Cherryh zawsze (tak samo w „40000 z Gehenny” czy nawet w „Przybyszu”) te interakcje z Obcym i ich niepokojące konsekwencje pozostają w sferze psychiki, a tutaj mamy ohydę pełną gębą. Mam szczerą nadzieję, ze to nie jest jedyna tak dobra rzecz, jaką Butler napisała.

 

Z tej samej antologii zainteresowali mnie też Connie Willis (od dawna na liście do przeczytania, ale nic nie tknęłam), Gary W. Shockley (tylko on zdaje się prawie nic nie napisał) oraz Tanith Lee (też nazwisko mi znane, ale nigdy się nie zabrałam za nią)

Wasilij Szukszyn

Jakie piękne i dobre są te teksty! Nakupiłam sobie jego powieści i opowiadań w oryginale i wierzę, że się zmuszę i przeczytam. Bo opowiadania były rewelacyjne. Jest w nich pewna ironia wobec bohaterów, ale jest też tak wiele zrozumienia i sympatii dla ich przywar i zalet. No a „Chce się żyć” to chyba nigdy nie zapomnę…  

Erin Morgenstern

To jest dla mnie największe zaskoczenie. Po Yoonie Ha Lee spodziewałam się, że będzie zacny (porównanie do Cordwainera Smitha… którego poznałam właśnie na okoliczność tej polecanki na okładce „Gambitu lisa”), co do Carson McCullers nie miałam żadnej opinii i oczekiwań, tak Morgenstern raczej unikałam, bo popularne książki rzadko kiedy nie zawodzą. Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział, że to jest NO PLOT JUST VIBES?! 


W tym roku było zdecydowanie więcej dobrych niż złych książek i te słabsze pozostawiały mnie raczej obojętną. Najsłabsze książki – w kolejności czytania:

„The Cat Who Saved Books”

Nie jest to może jakaś najgorsza literatura na świecie, ale było to straszliwie proste i niesubtelnie dydaktyczne. Mojej siostrze się podobało i wciąż nie rozumiem czemu.


Niektóre opowiadania z „Don Wollheim proponuje. 1985” – całą antologię zaliczam na plus, bo były tam świetne teksty albo takiego zupełnie ok, natomiast sporo było słabizny.


„Arsene Lupin vs Herlock Sholmes”

Bardzo na siłę. Tak jak pierwsze pojawienie się Herlocka mi się podobało, tak te opowiadania były pisane naprawdę bardziej pod tezę niż pod pomysł.

„Mała syberia”

To zdecydowanie najgorsza książka tego roku i podwójny zawód, bo po Tuomainenie jednak spodziewałam się więcej. Nie żadnej wybitnej literatury, ale solidnego czytadła z dobrym pomysłem (jak chociażby „Człowiek, który umarł”, które choć zamordowane przez nieudolną tłumaczkę wciąż się broni). Nie dostałam tutaj żadnej z tych rzeczy. Bezsensowny pomysł, cały humor oparty na jednym nieudanym tricku – rozmowach, w których każda strona mówi o czymś innym. To było naprawdę straszliwie słabe.

„Orkiestra bezdomnych”

Pochwała stalkingu. Nie jest to książka zła literacko (chociaż oralna tradycja mi nie leży), natomiast to co się w niej odpierdala przechodzi ludzkie pojęcie. Absolutnie okropny bohater, którego bierność, niezaradność, błędy i złe uczynki są nieustannie usprawiedliwiane przez narratora. Ja rozumiem, że to taka konwencja, że taka jest rola tego ducha – ale jaka jest tu rola autora? Co dokładnie Chigozie Obioma chciał nam tą książką przekazać? Że to w porządku zamordować byłą, jak sam sobie na łeb sprowadziłeś nieszczęście?

„Miasto Jadeitu”

Pisałam to wcześniej i napiszę raz jeszcze: Fonda Lee nie umie pisać. Podejrzewam, że ten drobny fakt nie utkwiłby mi tak w pamięci (chociaż scena seksu w tej książce jest wstrząsająco potwornie zła), gdyby nie hajp. Tam jest fabuła w tej książce i nawet wynika jakoś z konstrukcji świata (chociaż jakby się działa po prostu w naszym świecie a zamiast jadeitu było opium czy inna kokaina, to niewiele by trzeba było zmienić…), ale sposób opisania tego woła o pomstę do nieba (albo do Scotta Lyncha). Ja nawet nie wątpię, że Lee tam sobie ten świat wymyśliła, natomiast sposób w jaki go opisuje (jeśli  można się posunąć aż tak daleko) jest tragiczny. Mamy nawet wtręty w czasie teraźniejszym jak rodem z Janloońskiej Wikipedii. Czego nie mamy to jakichkolwiek informacji o rozwoju technologicznym tego świata. Albo sensownych postaci (z tego miejsca zdecydowanie nie pozdrawiam Hilo). Konstrukcyjnie też to leży, bo bohater co powinien zginąć jakoś zaraz na początku męczy się z nami zdecydowanie za długo.

Słowem – ktoś inny zrobiłby z tego niezły tekst. Poczytam sobie tę serię dalej, bo jak wspominałam jakaś tam jest fabuła a lubię gangusów, ale sukcesem bym tego nie nazwała.

 „Omnifagus”

Gdyby nie niechlubne dokonania pana Tuomainena, to byłaby najsłabsza książka tego roku. Pisarstwo rodem z kursów kreatywnego pisania, poprawne i bez duszy, teksty wyraźnie obliczone na klimat i niezdolne do zbudowania go. Z tym panem to już się raczej nie spotkamy.

 


Średnia ocena czytanych przeze mnie w tym roku książek to 7,4. Złożyło się na nie wiele solidnych średniaków – książek może nie wybitnych ale przyjemnych i zupełnie poprawnych (dominująca oceną było 7). Nawet więc bez zachwytów, które wyleję z siebie za moment, mogłabym powiedzieć, że tak zupełnie tego roku nie zmarnowałam.

Najlepsza książka

Nominacje: "Lord Jim", "Doniknąd", "Gambit Lisa"/"Raven Strategem"/"Revenant Gun", "Cyrk nocy", "Endurance"

Wygrywa oczywiście Lord Jim. Pozostali nominowani, chociaż są tam mocni zawodnicy jak „Endurance” czy trylogia Yoona Ha Lee jednak nie mogą się równać z Conradem. Mój boże, jak wiele można powiedzieć… nie mówiąc nic. Jak wspaniale można pisać po angielsku, jak ciężką, poruszającą, mroczną scenę wyznania można napisać..

"Cyrk nocy" odstaje mocno od pozostałych nominacji, ale cholera podobała mi się ta książka, chociaż nie była ani mądra, ani głęboka. 

Nagroda „Ale faza ja pierdolę”

Tutaj nominowany mógł być tylko jeden – Piotr Milczarek „Donikąd”. Wspaniała, poryta książka o tym, czego nie ma, o pustce, o końcu. Gdyby Dukaj i Hemingway mieli dziecko i to dziecko postanowiło napisać książkę podróżniczą to właśnie byłoby „Donikąd”. 


Najważniejsza książka


Nominowani: „Łowcy skór”, „Podziemie pamięci”

Wybór był prosty – „Łowcy skór” to historia bliższa i znacznie mniej abstrakcyjna jak przejmująca diagnoza społeczna Yoko Ogawy. Napisałam o „Łowcach” dość długi tekst w rachunku za kwiecień, więc odsyłam tam: https://silvahevsum.blogspot.com/2023/05/rachunek-za-kwiecien-2023.html

 

Największa przyjemność


Nominacje: "Donikąd","Revnant Gun", "Cyrk nocy"

Są różne rodzaje przyjemności i tu jednak chodziło mi przede wszystkim o pozbawioną głębi frajdę z czytania. Dlatego wybrałam "Cyrk Nocy" Erin Morgenstern, chociaż nie jest to najlepsza książka jaką w tym roku przeczytałam ani nawet najlepsza z nominowanych. Po prostu przyjemnie było poczytać coś z kategorii no plot just vibes.

 

Najlepsza non-fiction 



Nominacje: "Ogień wyszedł z lasu", "Donikąd", "Lepsi od pana Boga", "Endurance"

To nie był łatwy wybór. Wszystkie nominowane teksty są klasą same dla siebie. Pierwsze z wyścigu odpadło "Donikąd", bo chocaż uważam tę książkę za wybitną, to jednak nie do końca jest tym, czego sama oczekiwałabym po zwycięzcy w tej kategorii, o czym świadczy zresztą specjalna nagroda stworzona wyłącznie dla tej jednej pozycji. "Ogień wyszedł z lasu" i "Lepsi od pana Boga" to książki bardzo dobre (ta druga dodatkowo redakcyjnie na najwyższym poziomie), jednak zwyczajnie... przegrały chyba tematem. Heroiczna walka strażaków w innym kontekście wygrałąby z cuglach, ale czy cokolwiek i ktokolwiek może się równać z Ernestem Shackeltonem? "Endurance" czyta się jak coś pomiędzy powieścią przygodową z thrillerem, napięcie nie odpuszcza, nawet jeśli się zna zakończenie. Jest w tym duża zasługa autora, posiłkującego się pamiętnikami uczestników wyprawy i pięknie opisującego antarktyczne warunki, ale nie ukrywajmy - gdyby tę historię ktoś po prostu wymyślił, wyśmialibyśmy ją za przesadny dramatyzm, nadmierne okrucieństwo i cukierkowy happy end.  



Podczas tworzenia tego podsumowania sekcja filmowa zaskoczyła mnie najbardziej. Przeczytane książki śledzę na bieżąco i to bardzo dokładnie (co do strony), a tymczasem filmy wpadają jakoś to tu to tam. Ogółem jestem jednak przekonana, że oglądam mało. A tymczasem... samych filmów o Montalbano obejrzałam 32, łącznie 42. 
Z racji samej ilości Montalbano zdecydowanie zdominował ten rok. Jak mi się skończy, to nie wiem, co będę robiła, serio, haha. Bardzo przyjemna seria. Nie zmienia świata, nie mówi nic wiekopomnego, ale jest to sprawnie napisane, zagrane i nakręcone (dosłownie jeden film był słaby). Koniecznie chcę wrócić na Sycylię i zrobić sobie wycieczkę śladami Komisarza. 

Najlepszy film 


Nominowani: Gangubai Kathiawadi, Trzej Muszkieterowie: D'Artagnian
Wybór nie był prosty, głównie dlatego, że te filmy są tak od siebie różne. Najnowsza ekranizacja klasycznej powieści Dumasa to superprodukcja pełną gębą. Z jednym wyjątkiem (Aramis) świetny casting, dobry scenariusz, całość, mimo zmian, wierna jest książkowemu oryginałowi. 
Wygrywa jednak "Gangubai Kathiawadi", najnowszy film Sanjaya Leeli Bhansaliego. "Muszkieterzy", mimo rozmachu, mają jedną scenę takiego kalibru jak każdy najmniejszy fragment "Gangubai". 

 

Najgorszy film


 Nominowani: Hobbit, Stargate, Rebel Moon

 "Stargate" to nie jest dobry film, ale jak to u Emericha jest solidnie no a pomysły rozpoczęte tutaj dały nam całe uniwersum. Tak naprawdę to jest porządny film i tylko Kurt Russel ciągnie go w dół. "Hobbit" (część 1) to większa chała niż zapamiętałam. Serio, przy kolejnym oglądaniu kompletnie się nie broni. Nawet jednak "Hobbit" wypada... Może nie przyzwoicie ale ma lepsze momenty, w porównaniu do "Rebel Moon". 

Lubię Snydera. "Armia Umarłych" podobała mi się szalenie. Podobnie jak "Sucker Punch", "Watchmen" czy "300". Nawet ten jego "Człowiek ze stali" był całkiem ok. Przywykłam do tego, że filmy Snydera się ludziom nie podobają, więc nie zrażałam się negatywnymi opiniami. I po obejrzeniu mam pytanie do piszących je - czy wyście oszaleli?? Ten film jest ZNACZNIE GORSZY. Cały ten film to takie "w poprzednim odcinku". Rzeczy dzieją się błyskawicznie, jedna po drugiej, chociaż powinny zająć miesiące, może lata. Bohaterka zbiera drużynę z grubsza nie wiadomo kogo i nie wiadomo po co, a ta drużyna to też jakaś banda przypadkowych kretonów z jakimś ujeżdżającym gryfy indiańskim księciem z paździerza na czele. Pomijając już nawet kretynizm i zbędność masy elementów (ten gryf...) to wszystko sprawia wrażenie na szybko sklejone go streszczenia jakiegoś serialu i sprowadza się do "Ej, chodź z nami bronić wioski w 4 chłopa przeciwko imperialnemu krążownikowi" "No dobra". 

Jest tam jakaś wojna, co to nie wiadomo po co, o co i z kim, jest magiczna księżniczka co wskrzesza ptaszki, jest chłop przez którego wszyscy mają kłopoty, ale najwyraźniej nie wypada wyciągać z tego konsekwencji... Tylko rebelianckie rodzeństwo jest spoko, Ed Skrien, wiadomo, piękny jak ludobójstwo, jest w końcu jeden jedyny zwrot akcji taki z kategorii "DZIĘKUJĘ, NARESZCIE", ale bezsensowna akcja prowadząca do niego jest zbyt bezsensowna żeby ktokolwiek dał się na nią nabrać (poza oczywiście bohaterami tego filmu). 

Snyder próbuje budować klient ale kompletnie mu to nie wychodzi, przede wszystkim dlatego że ten film jest tak żałośnie na serio, jednocześnie mając postacie i wydarzenia rodem z bardzo taniej kreskówki. Albo co gorsza sesji RPG. W dodatku ktoś tam ewidentnie miał pomysł żeby zrobić taki nieoczywisty casting w efekcie czego jest jeszcze gorzej bo albo mamy kompletnie przerysowanego Skriena (którego ubóstwiam ale nawet on przebrany za kosmo-naziste tego nie uratował, szczególnie że jak wspominałam ten film stara się być na serio) albo bandę jakichś patałachów z innej bajki (budżetowy Hugh Jackman w roli naiwnego wsiura, co to sprowokował te wszystkie kłopoty ale udajemy ze nikt tego nie widział). 

Wiele elementów tego filmu dałoby się uratować, gdyby zrobiono go w lżejszej, jawnie przerysowanej konwencji (a wątki skrócono lub rozwinięto) . A zamiast tego dostajemy ocean krindżu. Jak to ktoś ładnie powiedział (o czymś zupełnie innym) "Wydaje ci się że to Szekspir a tak naprawdę to pietnastoletni angst". Ten film jest jak blogowe opko, które traktuje się tak straszliwie serio, oni się wszyscy zachowują, jakby to było na serio, jakby to miało sens i było mroczne a tak naprawdę są grupą kolegów w ciuchach ukradzionych siostrze i makijażu zrobionym kosmetykami wyciągniętymi z kosmetyczki mamy. 

To nie jest tylko najgorszy film zeszłego roku. To jeden z najgorszych filmów jakie w ogóle w życiu widziałam. On nie jest nawet tak zły, że aż śmieszny on jest tak zły, że aż żenujący i człowiek nie wie, gdzie wzrok podziać. Scenariusz jest tu tak potwornie zły, że można nawet powiedzieć, że było do dupy, ale. Tu nie ma żadnych ale, ten film nie ma żadnych zalet, jednego dobrego elementu w nim nie ma. 



Seriali nie oglądałam w tym roku prawie wcale, wjechały zaledwie 2 nowe tytuły, jeden nowy sezon i 3 niepełne powtórki. W kategorii nowych zdecydowanie wygrywa "Mask Girl". Fakt, że serial nie do końca broni się przy drugim oglądaniu (nie że coś tam jest nie tak, ale jego fajność polega na tym, że zawsze robi to czego chcesz, ale na co zwykle nikt nie ma odwagi, więc pozbawiony tego elementu zaskoczenia nie jest aż tak fajny).  Drugi nowy serial to "Trom", rzecz działa się na Wyspach Owczych i była ok. 

Drugi sezon "Palpito" ("Ukradzionego serca") był znacznie głupszy od pierwszego - a to jest osiągnięcie - co się jednak pośmiałam to moje i pewne rozwiązania (chociażby, że skorumpowany polityk, taki śliniący się na sekretarki pan Janusz okazuje się najporządniejszym moralnie bohaterem) mi się podobały. 

Powtórki to "Lepsi niż my", "Chłopaki z baraków", "SG-1". Trzy świetne i bardzo od siebie różne tytuły, do których można wraca wielokrotnie i zawsze cieszą. 

 


Myślę że grałam więcej niż oglądałam seriali, ale jak pokazuje kwestia filmowa, mogą to być wrażenia kompletnie oderwane od rzeczywistości. Na plus na pewno klasyki - Hades i Vampire Survivors. Poza tym, nowy tytuł - Frostpunk. Święta gra. Klimat, ta nieustanna pogoń za warunkami pogodowymi, konieczność podejmowania drastycznych decyzji. Świetne dodatki. Najsłabiej wypadł chyba Hollow Knight, ale z czasem się do niego przekonałam, więc myślę że jak kiedyś nagle znajdę czas na granie to go skończę. 


W 2023 roku wyszła nowa płyta Thy Catafalque i.. I mi nie podeszła. To wciąż rewelacyjny album, bo prostu za blisko blackmetalowych korzeni zespołu. Za to ten sam zespół (jednoosobowy) zaczął jakiś czas temu koncertować i chociaż nie udało mi się pojechać na żaden koncert, to wytwórnia Season of Mist (Która wydaje niesamowita muzykę) udostępniła koncert z Budapesztu na yt. O tutaj: 



Skoro o koncertach mowa, to byłam na całych dwóch: Little Big i Villagers of Ioannina City, oba w tym samym tygodniu. Na Little Big zdecydowanie zawiodło nagłośnienie, wokalistów zwyczajnie nie było słychać. Skakało się fajnie, ale to był bardzo słaby koncert (nie z winy zespołu). Wsiury z Joanniny za to dali czadu. Mam nadzieję, że jeszcze wrócą do Polski, bo czekam! 
Odbyła się też Eurowizja pozostawiająca - jak zawsze - niesmak, w tym roku chyba wyjątkowo duży. Niemniej prawdziwy zwycięzca - Käärijä - rozpoczął porządną karierę. Koncertuje nieustannie od maja, współpracuje z licznymi uznanymi artystami i dał wiele radości Finom, bo promuje ich język. Cza-cza-cza, szwedzkie sukinsyny. 
Najlepszy album? "As Above" Northern Lights. 



Podsumowanie

I to by było na tyle, jak sądzę. Rok długi to i podsumowania się zebrało sporo. Z rzeczy poza-popkulturalnych, to obyłam dwie podróże zagraniczne - na Sycylię oraz w Pireneje (Andora i Francja). Oba wyjazdy były wspaniałe, we wszystkie te miejsca chcę wrócić i bardzo polecam. Nazwiedzałam się, widziałam starożytności (katedra w Syrakuzach!), nowożytności (BICI Lab! Muzeum Airbusa!), wspaniałą przyrodę, poznałam wspaniałych ludzi. 
Zdjęcia z Sycylii wrzuciłam tutaj: silvahevsum: Galeria. 
A bardzo skrócony wybór fotek z Andory i Francji zamieszczam poniżej.

Vall del Madriu (Andora)

Mirador de la Grau de Llosa (2036m) - punkt widokowy nieopodal schroniska Sorteny (Andora)

Refugi de l'Angonella, które uratowało nas w czasie załamania pogody (Andora)

Lago del Mig (?) (Andora)

Kawusia w naszym hotelu (Hotel Sirakusa, Andora)

Camping w Gavarnie z widokiem na cyrk lodowcowy (lodowca już nie było) (Francja)

Znowu cyrk lodowcowy w Gavarnie (Francja)

manga o św. Bernadecie, ponieważ Lourdes to stan umysłu (Fronacja)

pomnik kolarza na Col du Tourmalet (Francja)

Widok z naszego tarasu w Tuluzie (Francja)

Zabrałam się w końcu za niemiecki i nawet napisałam całą notkę na ten temat i jakoś nigdy jej nie opublikowałam. W każdym razie nauka języka we własnym zakresie, we własnym... nie, nie chodzi nawet o tempo (to sobie narzucam zawsze dość mordercze), ale o styl - nauka we własnym stylu pokazała mi, że nawet notatki z języków mają sens (nigdy nie miałam zeszytu do żadnego z języków, których się uczyłam poza rosyjskim, bo był wymagany skoro uczyliśmy się alfabetu). Polecam. 
Obecnie (styczeń 2024) zaczęłam przerabiać książkę z serii "Niemiecki 365 na każdy dzień" - za rok dam znać, jak to wyszło ;) 
Przeczytałam jedną książkę po rosyjsku - niezbyt grubą i zajęło mi to miesiąc, ale za to bez przerywania, ciągiem, jak na czytanie jednej książki zupełnie na serio przystało. Jestem więc zadowolona. Mimo wszystko idzie mi to czytanie po rosyjsku nadal bardzo wolno i zastanawiam się, co dalej. Druga książka po rosyjsku za która się zabrałam utknęła na dość wczesnym etapie, myślę, że częściowo dlatego, że opowiadania Jefremowa niespecjalnie mnie wciągnęły. Zastanawiam się, czy nie rzucić wszystkiego i nie zabrać się za "Kłamstwa Locke'a Lamory". Niemniej wiem, że zajmie mi to sporo czasu i dlatego się waham. Tak czy owak - nauka języków na plus. 
Sportowo był to też dobry rok. Nie tylko absolutnie rewelacyjne Tour de France (odsyłam do rachunku z lipiec), ale też odkryłam nowy sport - rugby. I wkręciłam się na maksa, od zakończenia mistrzostw nosi mnie, żeby obejrzeć więcej tego szaleństwa. 

I już, tyle, koniec, ile można. Jeśli dotarłeś do końca tej epopei, to szczerze gratuluję i podziwiam. Pędzę pisać zaległy rachunek za grudzień i może skreślę parę słów o planach. (a i zdjęcia z wyjazdów przydałoby się obrobić, wywołać, zrobić albumy...).

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia