Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lipca 2026

[Rachunek za] Pierwsze sześć miesięcy roku 2026

Na początku tego roku podjęłam decyzję o kilku wyzwaniach opartych na liczbie 6. Sądzę więc, że powinnam coś o nich napisać po 6 miesiącach roku. 

1. C.J. Cherryh - 3/6

  1. "Faded Sun: Kesrith"
  2. "Faded Sun: Shon'jir"
  3. "Faded Sun: Kutath"
  4. "Serpents Reach"
  5. "Downbelow Station"
  6. "Wave Without a Shore"

Ponieważ pierwsze trzy powieści z tej listy stanowią całość, to jestem całkiem zaawansowana w tym akurat wyzwaniu. Na "Serpent's Reach" umówiona jestem na drugą połowę sierpnia, co sprawia, że zupełnie realne jest przeczytanie "Downbelow Station" na jesieni. "Wave Without a Shore" jest jednak mniej prawdopodobne. Tutaj opóźnienie wynika głównie ze strony moje partnera (ale nie mam najmniejszych pretensji, po prostu tak się ułożyło żyćko). Generalnie - jestem zadowolona. 
 

2. Klasyki - 2/6

  1. "Anna Karenina" Lew Tołstoj
  2. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte
  3. "Faraon" Bolesław Prus
  4. "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltari
  5. "Ojciec i syn" Karol Bunsch
  6. "Droga donikąd" Józef Mackiewicz



Wyzwanie klasykowe zaczęło się z grubej rury od Anny Kareniny, która choć szybkoczytająca się to jednak zajęła mi duuużo czasu. Do tego zaraz potem połknęłam "Wichrowe wzgórza", potem jednak inne zobowiązania i lektury odciągnęły mnie od tej listy. Ale powracam! Któraś z egipskich powieści pojedzie ze mną na urlop (jeszcze nie wiem, która), kolejną chciałabym przeczytać w październiku. Być może zmieszczę gdzieś w międzyczasie Bunscha. Jeśli chodzi o Mackiewicza to nie bardzo widzę szanse, ale jeszcze go nie skreślam. 

3. Książki ze Styrty Zażenowania 

  1. "Faded Sun"
  2. "Wave Without a Shore"
  3. "Guns, Germs and Steel"
  4. "Zew nocnego ptaka"
  5. "Dzieci Czasu"
  6. "Gdy leżę konając"


Tutaj zażenowanie jednak się utrzymuje. Przeczytałam na razie jedną książkę ("Faded Sun"), kuszą mnie okazjonalnie to Faulkner, to Diamond (Cherryh jest czytana wspólnie, więc tutaj nie bardzo mam opcje) ale zawsze coś mnie odciągnie. Rozważam Dimonda na drugą połowę urlopu. Najgorzej ma się sprawa z cegłami od Vespera, trochę czuję presję z ich strony. Te książki oczywiście nie są tak długie, na jakie wyglądają, bo Vesper nie ma szacunku do miejsca na naszych półkach, ale to z kolei oznacza, że mamy do czynienia z dość nieporęcznymi tomiszczami. Realnie przewiduję lekturę raczej na jesień, już po zakończeniu sezonu rowerowego (nawet mimo rozmiarów tych tomiszcz). 

4. 15000 stron - 6989/15000

Jestem na górce, nawet jeśli w dwóch miesiącach (lutym i czerwcu) nie udało mi się doczytać do 1000 stron. Jest więc ok, ale nie można osiadać na laurach. Mam nadzieję, że wpadka lutowa już się nie powtórzy, chociaż wtedy odciągał mnie od książek sport i to samo totalnie wydarzy się w lipcu. O czerwiec obwiniam chorobę, bo chociaż i tak czytałam niewiele to w dwa tygodnie najgorszego samopoczucia przeczytałam poniżej 90 stron. 

5. 52 książki punkty 

Jeśli chodzi o przeczytane książki, to na koniec czerwca było ich 23 sztuki, ale to wlicza komiksy i audiobooki. Bez szału, ale też nie mam zamiaru się biczować. Poczytałam w tym roku trochę cegieł i to doceniam znacznie bardziej niż jakieś ilościowe rekordy, chociaż wolałabym zdecydowanie po prostu więcej czasu dziennie przeznaczać na czytanie. 
Punktowo wychodzi za to bardzo obiecująco! Uzbierałam już 32 punkty, głównie za sprawą objętości (książki powyżej 500 stron dostają 2 pkt) oraz własności (wciąż staram się czyścić półki). Swoje dołożyła też książka po rosyjsku. Na minus poszły audiobooki i komiksy. Generalnie jestem zadowolona i kolejny raz uważam, że ta punktacja dość dobrze odzwierciedla moje wrażenia z dotychczasowych lektur. 

6. Czytać po rosyjsku

  1. Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́
Może ta lista nie wygląda imponująco, ale jestem z siebie bardzo zadowolona. Poczyniłam wyraźne postępy i nauczyłam się sporo o samej nauce języka. Zdecydowanie dobrze podziałało to, że "Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́" były jedyną książką, którą w tym czasie czytałam. Nie było, ze boli, że się nie chce - to się czytało, więc się czytało. To bardzo pomogło moim oczom przyzwyczaić się do cyrylicy. Ponieważ po rosyjsku wciąż czytam dość wolno - ale dużo lepiej, niż kiedy zaczynałam powieść Sanina! - to nie wiem, czy w tym roku jeszcze coś przeczytam po rosyjsku, ale tę część wyzwania zaliczam na duży plus! 

Pozostałe

Anime

Jak na razie to obejrzałam "Ruchomy zamek Hauru", ale nie zaliczam go do tego wyzwania, bo chodziło o zapoznanie się z jakąś nową serią a nie odświeżeniem klasyka. Ogółem o tym planie przypomniałam sobie pisząc tego posta, więc sami widzicie, jak się sprawy mają. 

Filmy

  1. Avatar III
  2. Ruchomy zamek Hauru
  3. Salvatore Giuliano
Szału nie ma. Moja niemoc filmowa trwa. Z drugiej strony nie widzę sensu w zmuszaniu się do oglądania czegoś. Zobaczymy jak się sprawy potoczą. 


Seriale

Nie jestem pewna, czy oglądałam w tym roku cokolwiek, może jakiś jeden odcinek "Z Archiwum X". 



Tyle raportu, ale co z podsumowaniem? Chociaż generalnie jestem dość zadowolona z tego roku, to z wyzwaniami idzie już tak sobie. Z wymienionych z tytułu książek przeczytałam 6/18, czyli 1/3 a nie połowę. Oczywiście są też plusy - ilość przeczytanych stron, książka po rosyjsku czy wynik punktowy. Jest nieźle. 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 czerwca 2026

[Rachunek za] Maj 2026

Był to miesiąc dość nierówny, zakończony mieszanką wybuchową: z jednej strony zachwytem tegorocznym Pulizerem (o czym więcej będzie w rachunku za czerwiec), z drugiej kryzysem zdrowotnym zwieńczonym posiadówką na SOR. W związku z tym ostatnim, zachwyt trochę został przerwany a mnie dopadł kryzys czytelniczy. Mam nadzieję, że z czasem poczuję się na tyle dobrze, żeby w ramach L4 jeszcze coś poczytać. 


Książki

Włóczędzy Hao Jinfang "kurwa ale gówno"/10 

Jeśli jakaś powieść gatunkowa zostaje doceniona przez mainstream, szczególnie taki bardziej nadęty, to opcje są dwie. Może być to powieść na tyle wybitna, że nie da się jej zignorować (a potem marudzić jaka to szkoda, że dotychczas autor miał łatkę pisarza fantastyki), ale nie oszukujmy się, takie przypadki są bardzo rzadkie. Dużo częściej jakimś cudem człowiek, który nigdy nie przeczytał książki fantastycznej czyta jakieś żałosne gówno i doszukuje się w nim wzniosłych treści (których tam nie ma) i potem ja muszę czytać takie ścierwo jak "Włóczędzy" Hao Jingfang. Żeby jeszcze to było słabe sf ale miało w sobie coś ciekawego - formę, treść, przesłanie. Ale nie, wcale tak nie jest. Ta "powieść" ma dosłownie zero zalet. A do tego jeszcze PIW dorzuca tak daremne tłumaczenie, że aż trudno uwierzyć, że jakikolwiek redaktor to przeczytał. Gdyby nie to że była to książka na klub PIWu (a na jaki inny...) to rzuciłabym ja w cholerę po 


od kącików jej ust odchodziły dwie zmarszczki w kształcie księżyca w nowiu. ("Statek") 

co oszczędziłoby mi tych wszystkich scen w blasku księżyca. Na Marsie. I całej reszty bredni, które są szczególnie uderzające, gdy wziąć pod uwagę że autorka skończyła ponoć fizykę... 

Pomijając jednak jak beznadziejne to jest SF, pod innymi względami nie jest lepiej. Jeśli chodzi o styl to daję autorce taryfę ulgową, aczkolwiek ani wersja polska, od której zaczęłam ani marginalnie lepsza angielska, na którą dość szybko się przerzuciłam nie dają zbyt wielu podstaw by wierzyć, że tam się dzieją jakieś językowe akrobacje usprawiedliwiające wydanie tego kupska. Pozostają nam jednak postacie - papierowe, niedojrzałe, mdłe i nudne. Pozostaje "fabuła", którą trudno właściwie określić oraz przede wszystkim pozostaje przesłanie. No więc co nam chce powiedzieć Hao Jingfang? Otóż, że buntować się jest pięknym przywilejem młodości, bo młodzi są szlachetni i głupi, ale kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa tę rękę utnie. Obrzydliwe propagandowe gówno i nawet nie będę słyszała waszych protestów, tak mocno mam owinięta głowę folią aluminiową - jestem przekonana, że to jest powód dla którego tak słaby tekst jest promowany nie tylko w Chinach, ale i na świecie. 

Ta książka nie ma zalet. Żadnych, bo jeszcze w dodatku jest gruba. 

(przeczytałam 10% po polsku, do 40% po angielsku a resztę przesłuchałam po angielsku w audiobooku x1.7 a i tak żałuję zmarnowanego czasu) 


Blackwater I: Powódź Michael McDowell "potwór z bagien do wzięcia"/10

Na książki z tej serii natknęłam się już kilka lat temu we Włoszech. Zwracają uwagę wydaniem - kieszonkowym, ale na bogato, w bardzo charakterystycznym stylu. Rzecz jest w dodatku nie tylko estetyczna ale jeszcze do tego niesamowicie praktyczna. Czytało się to niezwykle przyjemnie. Co do samej powieści - to dopiero pierwszy tom serii, poznajemy bohaterów i pewien zarys problemu. Zaciekawiło mnie to na tyle, że chętnie sięgnęłabym po kolejne tomy, ale zwyczajnie... Żal mi pieniędzy, nawet uwzględniając ładne wydanie. Ta seria to takie czytadło, które się łyka na plaży w Łebie i zapomina na wsze czasy. To 40 zł, które już wydałam to i tak za dużo. 





Milczenie owiec Thomas Harris 7/10

Z racji przynależności klubowej miałam pretekst do zapoznania się z tym klasykiem. Początek mnie nie zachwycił, Lecter wręcz karykaturalny. Potem Buffalo Bill zlepiony z dobrze mi znanych seryjnych morderców (to nie jest może zarzut sam w sobie, po prostu, no, trochę za bardzo widoczne dla mnie było z czego autor klei tego typa). Ale w drugiej części powieści całkiem sprawnie zbudowane napięcie. Ogółem z jednej strony utwierdziła mnie ta książka w przekonaniu, że thrillery i kryminały nie są dla mnie, z drugiej pokazała, że thriller to jednak coś bardziej pode mnie - jak już muszę - niż kryminał. 

Z ciekawostek, to uderzyło mnie tłumaczenie. Nie jest niby stare - z 1990 roku - a jednak jest takie... archaiczne. Nie jest to język dla mnie obcy - wręcz przeciwnie, to język mojego dzieciństwa i chyba dlatego wywarł na mnie takie wrażenie. Uświadomiłam sobie, że on zniknął, że od dawna już tak wcale nie mówimy. Na swój sposób ta książka pachniała gazetami, które czytali moi dziadkowie. 


Przyszłość prawdy "WERNEEEEEEEEEEER"/10


Kocham Wernera Herzoga i się tego nie wstydzę. "Przyszłość prawdy" to krótki esej dający dobry wgląd w to jak Werner Herzog postrzega prawdę i jak konstruuje ją w swoich filmach. Warto się zapoznać. Z drugiej strony będzie też łyżka dziegciu - kto to kurwa składał. Już sama okładka wieje jakąś bardzo nieudaną próbą elegancji a w środku jest jeszcze gorzej. Jakby ktoś kiedyś widział dobrze zrobioną książkę, ale nie miał pojęcia, dlaczego ona była dobra i spróbował odtworzyć efekt nie znając zasad. Odległości zbyt duże, proporcje nie takie, paginacja bez sensu, Dobry Jeżu Anaszpanie, skład aktywnie przeszkadzał w czytaniu. A tu obawiam się, cała seria będzie takim kupskiem. 




Komiksy 

Requiem. Rycerz wampir. Tom 4: Klasztor Sióstr Krwi. Królowa dusz zmarłych 

Jak pisałam już wcześniej - ta seria zaczyna się lepiej niż się kończy, więc im dalej w las tym większe znaczenie mają przepiękne ilustracje Ledroita, bo fabuła... To od samego początku nie jest żadne arcydzieło, ale po prostu cały ten motyw reinkarnacji i podwójnej tożsamości jest słaby jak barszcz, a w każdym razie słabo zrealizowany. Niemniej oczywiście, że kupię wszystko i wszystko przeczytam. Piękny jest to komiks i durny rozkosznie.    


Pulizer 2026 

Końcówkę miesiąca spędziłam - na ile mi to pozwoliło zdrowie - czytając powieść Angel Down Daniela Krausa, która zdobyła Pulizera. I nie byłoby w tym nic godnego nadmiernej uwagi, gdyby nie to, że "Angel Down" to pierwszy w historii laureat tej nagrody będący tzw. powieścią gatunkową (konkretnie horrorem). Co? Jak? Jakim cudem? 

Już pierwsze otwarcie książki pokazuje pewne... znaki. A właściwie jeden znak: powieść napisana jest jednym zdaniem, zaczętym od środka i każdy akapit zaczyna się od "and". Pozdrawiam polskiego tłumacza i mam nadzieję, że będzie to ktoś w rodzaju Tarczyńskiego. 

Więcej napiszę, kiedy skończę, bo niestety choroba mnie dość mocno wyłączyła z życia, ale napisane jest to pięknie i autorowi udaje się doskonale oddać potworność ale i swoisty absurd sytuacji ekstremalnych. Akcja toczy się w czasie IWŚ a nasi bohaterowie muszą dobić... anioła. 


Plany 

Przede wszystkim - odżyć. Potem dokończyć "Angel Down" i dwie lektury na kluby - "Wygnanie i królestwo" Camusa oraz "Poranek dnia zagłady" C.L. Moore. Na koniec miesiąca - "Region Węża" C.J. Cherryh. Gdzieś pomiędzy powinna znaleźć swoje miejsce "Tajemna historia", ale nie jestem pewna, czy dam radę (zaczęłam, ale nie wciągnęła mnie). 












Czytaj dalej »

czwartek, 2 stycznia 2025

[Rachunek za] Rok 2024 - książki

Ponieważ zawsze wychodzą mi te podsumowania bardzo długie, postaram się zrobić kilka krótszych postów bardziej tematycznych. 



Patrząc na listę przeczytanych w tym roku trochę trudno mi uwierzyć, ze niektóre z nich czytałam zaledwie w styczniu tak dawno mi się to wydaje... a jednocześnie oczywiście, jakim cudem znowu trzeba zmieniać numerek w dacie? 

Co to był za rok? 
Poznałam nowych autorów, upewniłam się, że uwielbiam starych, brałam udział w klubie czytelniczym (konsekwentnie wszystkie spotkania!). Przeczytałam też parę gniotów, trochę książek mało ciekawych, nieco się zawiodłam i całkiem przyjemnie zaskoczyłam. 

Z czego jestem zadowolona? 
Przede wszystkim z odczarowania cegieł. Wciąż mnie boli męczenie jednego tekstu miesiąc, ale już nie jest tak, że w ogóle się za opasłe tomiszcza nie zabieram, że konsekwentna walka o 52 książki rocznie trochę mnie do nich na pewien czas zraziła. Nie uważam tej, eee, kultury czytelniczego zapierdolu za główny powód mojej niechęci do grubych książek, ale jest to jakiś tam czynnik. Właściwie od dawna bolą mnie książki, nie długie, ale takie, które mi zajmują dużo czasu. Bo ja tego czasu nie mam za wiele i jednak mi ciąży, że zamiast czterech książek czytam w tym samym czasie jedną. To jest głupie, ale podświadome, więc co poradzić? No, coś poradziłam. 

Z czego jestem niezadowolona? 
Oczywiście z ilości. Wiadomo, od paru lat walczę z ilościówką moją wspaniałą tabelą i systemem punktowym, jednak w tym roku mi się do tych upragnionych puntów nie udało dociągnąć. Wyszło 47,75 punktów z 33 książek (+4 komiksy +1 audiobook). Stanowczo za mało i miesięczne statystyki dobrze pokazują dlaczego: 

Wykres ze Storygrapha


dane z aplikacji Loop (Nawyki), wykres w excelu 

Paradoksalnie, w porównaniu z rokiem ubiegłym jest lepiej, ale wydaje mi się, że ta statystyka uwzględnia komiksy (październikowe szaleństwo to tak naprawdę 3x120 stron Requiem), jednak są tu miesiące straszliwej posuchy - kwiecień i maj to jakaś kompletna tragedia a czerwiec i wrzesień nie są wcale lepsze. Listopad wypada nieźle, biorąc pod uwagę, że nie czytaniem się w tym miesiącu tradycyjnie zajmuję. W sierpniu wydarzył się Hrabia Monte Christo, stąd ten rekord.

Poza tym po raz kolejny nie wyszło mi z dziennikiem czytelniczym i tym razem naprawdę ekstremalnie, bo mam w nim stronę tytułową i wklejone okładki na jednej stronie zbiorczego podsumowania. Podobnie rzecz się ma z publikowaniem czegoś w social mediach. Plany mam rzecz jasna bardzo ambitne ale biorąc pod uwagę, że regularnie zapominam nawet o istnieniu tego bloga to nie mam wielkich nadziei. 

Jeszcze garść statystyk 
Najgrubsza książka tego roku, bez zaskoczenia, Hrabia Monte Christo i jego 1420 stron. Ale jest to książka, której objętości zdecydowanie nie trzeba się bać (no chyba, że macie któreś z tych wydań wielkości lotniskowca), bo czyta się szybko. Nie była to jednak jedyna opasła pozycja w moim menu w tym roku - po piętach depczą jej Czerwony Mars (916 stron cierpienia) oraz Tajemnice zamku Udolpho (864). 

Najkrótsza książka (nie licząc Imprezy neispodzianki, która ma 28 stron ;) ) to The Missing Girl Shirley Jackson. Ogółem książek poniżej 200 stron było 8 (+1 komiks) a tych powyżej 500 stron - 7. Średnio wypada 372 strony na książkę, męczone przez 15 dni. No czyli właśnie bez szału. 

CZAS SĄDU

Kategorie nagród wybieram zgodnie z tym, co przeczytałam, a więc bardziej wymyślam kategorię do książki niż odwrotnie. Wzięłam się do roboty i oceniłam wszystkie książki przeczytane, więc mam ładne statystyki ze Storygrapha:
Rozkład nienormalny, chyba widać, że jednak było więcej dobrego niż złego ;)


Statystycznie rzecz biorąc najgorzej było w czerwcu (Dziennik roku zarazy i Imperium ciszy) a najlepiej w kwietniu (Przejście przez Morze Czerwone), natomiast ten kwietniowy wynik to raczej żart, bo to po prostu jedyna książka skończona w kwietniu a akurat była doskonała. Podchodząc do spraw mniej liczbowo, z pewnością dobrze wypadł początek roku (aż dwa Faulknery) potem sierpień spędzony z Dumasem i październik z Sullivanem (choć słabym) i Requiem (doskonałym). 


Najlepsza książka roku 2024
Przeczytałam w tym roku sporo dobrych książek. Ten wykres powyżej dość dobrze obrazuje znaczącą przewagę tekstów naprawdę bardzo dobrych. Ta grupa wysoko ocenionych jest jednak dość różnorodna i trudno nominować do tytułu najlepszej książki roku Requiem jakkolwiek bym gonie lubiła. Pierwszy album to naprawdę lektura na 5, ale w kategorii rozrywki bardzo głupiej. Dlatego po chwili zastanowienia przedstawiam państwu nominowanych: 

Światłość w sierpniu, Flagi pokrył kurz, Zmierzchanie świata, Przejście przez Morze Czerwone

Z nominacjami było jeszcze dość łatwo ale potem to już kompletnie nie mam pojęcia, co zrobić. Wszystkie nominowane książki są świetne i chociaż z jednej strony różnią się od siebie znacznei, to wszystkie poruszają podobne tematy. Wojnę, traumę, choroby psychiczne, rodzaj... izolacji od społeczeństwa. Z nich wszystkich najlżejsze są Flagi..., jest w nich dużo humoru, zabawnych postaci i epizodów, chociaż nie brakuje tam też poważnych przemyśleń. Zarówno Zmierzchanie świata i Przejście przez Morze Czerwone to historie ludzi, którzy nie mogą uciec od wojny, tak samo jak bohater Światłości w sierpniu jest osaczony przez społeczną percepcję swojej osoby (lub to jak sam siebie w kontekście tego społeczeństwa postrzega) i można to porównać do tego, jak bohaterka Przejścia... nie może wydostać się z obozu koncentracyjnego. I ostatecznie to właśnie powieść Zofii Romanowiczowej zdobywa tytuł najlepszej książki przeczytanej przeze mnie w roku 2024! Choć nie ukrywam, że absolutnie wspaniałe Zmierzchanie... depcze jej po piętach, a zaraz za nim postępuje dusza atmosfera Światłości... W porównaniu dość lekka atmosfera Flag... wydaje się niemal nie na miejscu, ale to jest naprawdę, naprawdę doskonała powieść. 

Najgorsza książka roku 2024 (Nicpan 2024)
Żeby było zabawnie to tutaj już w lutym wiedziałam, kto tę nagrodę dostanie a potem pojawił się on, Łukasz Nicpan, którego imię od tego roku ta nagroda będzie nosiła. A więc, nominowani do nagrody im. Łukasza Nicpana dla najgorszej książki roku za rok 2024: 

Czerwony Mars, Zapiski z Hiroszimy, Fajerwerki nad otuliną

Czerwony Mars to własnie ten ancymon, co do którego byłam pewna, że nie zostanie zdetronizowany. A jednak myliłam się. Pierwszym pretendentem do tytułu okazał się Kenzaburo Oe (noblista!) ze swoimi Zapiskami z Hiroshimy, pozbawioną z grubsza sensu opowiastką o tym, że całe szczęście, że bomby atomowe spadły na Japonię a nie Kinszasę, bo tamci by sobie nie poradzili ani trochę. Mesjanizm narodu japońskiego, biednych ofiar II WŚ, podlany sosem z rasizmu. Nie polecam. Ale potem nadszedł on, Łukasz Nicpan i jego Fajerwerki nad otuliną. 
Chwilę wahałam się, jak tę nagrodę rozdysponować, aż zrozumiałam jedną bardzo ważną rzecz. Czerwony Mars to jest bardzo słaba powieść. A jednak jest to powieść. Jak bardzo mi się nie podobała to napisałam całą długaśną recenzję z memami, więc nie będę się powtarzała. Niemniej to zupełnie inna kategoria niż Zapiski, które są zbiorem tekstów prasowych - nieudanych, rasistowskich, niezbornych - brak w nich konkretnej przewodniej myśli, autor sam się gubi w swoim pierdolamento. Mimo wszystko jednak stanowią zapis jakiejś sytuacji, jakiegoś stanu mentalnego, są próbą pogodzenia się z wydarzeniem na skalę apokaliptyczną. Próbą nieudaną, z gruntu skazaną na porażkę, ale sama ta próba a może nawet i jej niepowodzenie wynikają ze zderzenia z niepojmowalnym. Fajerwerki... za to są po prostu gównem. Spermiarskim wysrywem starego dziada, który nie ma nic do powiedzenia, ale wydaje mu się, że każda banalna myśl, jaka przychodzi mu do głowy jest głęboka i poruszająca. 
Tak więc, nagroda dla najgorszej książki roku od tego momentu nazwana będzie nazwiskiem swojego najwybitniejszego laureata - Łukasza Nicpana. Gratulacje, nie pisz więcej. 


Największe odkrycie 2024
W 2024 roku przeczytałam aż 20 nowych autorów! To wypada 65%, nieźle nie? Wybranie jednak nominowanych do tytułu największego odkrycia roku nie było aż tak trudne. Chociaż jest paru autorów, którzy mnie nie zachwycili, to większość nie wywarła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Wyjątek stanowią: 
William Faulkner, Zofia Romanowiczowa

Ponownie, nie było łatwo wybrać. Faulkner mnie zachwycił, Romanowiczowa rozjechała. Z racji tego, że wcześniej o tej autorce nie słyszałam (na filologii polskiej nie wspomniano o niej ani słowem!) wydaje się, że to ona powinna zgarnąć tę statuetkę, ale chyba nie do końca o takie dosłowne odkrycie tutaj chodzi. Bardziej o znalezienie autora, którego będę wciągała jak pewien biały proszek. I tu jednak wychodzi Faulkner, szczególnie, że jego książki przeczytałam dwie, kolejne czekają w kolejce, a jeśli chodzi o Romanowiczową... trochę się boję jej kolejnych książek.Bardzo możliwe, że po dalszych lekturach zmienię zdanie, ale na razie, 1 stycznia 2025 roku, odkryciem 2024 zostaje William Faulkner. 


Największe rozczarowanie 2024
Staram się trzymać swoje oczekiwania na uwięzi, więc chociaż wiele książek może mi się nie podobać, to rozczarowana jestem rzadko, dlatego sama jestem zaskoczona ilu nominowanych udało mi się zebrać: 

Invictus, Problemski Hotel, Zapiski z Hiroshimy, Prawdziwa historia czekolady, Drumindor

Invictus jest książką bardziej o Mandeli niż o rugby i tutaj rozczarowanie to raczej moja wina, nie autora. Sama książka jest zresztą dobra, może nie tak porywająca, jak mogłaby być, ale godna uwagi (i zdecydowanie lepsza niż ekranizacja). Problemski Hotel to próba napisania edgy reportażu przez kogoś, kto nie tylko nie jest edgy, ale w ogóle czarny humor go oburza. Left can't meme/10 Rozczarowanie przede wszystkim dlatego, że jest tu doży potencjał, który wywala się na ryjek. Nie załapał się na nominację do Nicpana 2024 bo nawet na to jest zbyt... nijaki. Prawdziwej historii czekolady odpuszczam ze względu na historię powstania tej książki - autorka zmarła w czasie pracy nad nią i dokończył to jej mąż. Też znawca tematu, ale ewidentnie mniej nim zajarany, no i biorąc pod uwagę okoliczności trudno wymagać od niego entuzjazmu. Zapiski z Hiroszimy opisałam przy Nicpanach. Ten temat zasługuje na o wiele lepszą książkę. I w ten sposób przechodzimy do zwycięzcy - Drumindoru Michaela J. Sullivana. Ten autor niestety ostatnimi czasu zawodzi częściej niż nie. I nie, nie nastawiałam się na tę książkę jak gracze na Cyberpunka 2077, ale od Sullivana wymagam pewnego poziomu, poziomu, do któego nie udało się doskoczyć. Bardzo widać, że to książka napisana niejako na kolanie, szybko wypchnięta w świet (kickstarter) i że zabrakło jej porządnego leżakowania w szufladzie i redakcji. W wielu miejscach to jest dziadowski fanficzek, który spłyca i ośmiesza związek Roysia i Gwen i budzi to mój gniew. 

Największe zaskoczenie 2024
I na koniec kategoria pozytywna, odwrotność poprzedniej: coś, po czym nie spodziewałam się nic, albo zgoła rzeczy strasznych a okazało się super. Nominowani:

Czarna Ambrozja, Dzikowy skarb, Tajemnice Zamku Udolpho

Nie są to wszystkie książki, które podobały mi się bardziej niż zakładałam, ale taka Światłość w sierpniu to raczej był zachwyt roku 2024 a nie zaskoczenie. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czego się spodziewać po Dzikowym skarbie, ale jest we mnie jakaś obawa przed powieściami historycznymi, chociaż chyba wszystkie, które czytałam mi się podobały. Winię Historię żółtej ciżemki. Niemniej nie spodziewałam się, że to będzie aż tak dobra powieść przygodowa, w dodatku historia Polski jest tu przedstawiona w sposób należycie fascynujący. Ujmujący bohaterowie (Zbrozło, coś między Batmanem a Gandalfem FTW xD), wartka akcja, ważne postacie wydarzenia historyczne przeplecione z osobistymi przygodami postaci fikcyjnych. Klasa. Jara mnie, że ten cykl jest dłuuuugi. Tajemnice zamku Udolpho próbowałam kiedyś przeczytać i nic z tego nie wyszło, dlatego podchodziłam trochę jak pies do jeża, ale okazało się, ze zupełnie niepotrzebnie. Książka choć długa czyta się świetnie. Co zaskoczyło mnie najbardziej? To że sentymentalizm nie jest tu egzaltowany i w ogóle nie przeszkadza, przepiękne opisy przyrody oraz to, że... nie ma tu żadnych elementów nadprzyrodzonych. Ann Radcliffe była cholernie racjonalną osobą, jak się okazuje. Te dwie świetne książki muszą jednak ustąpić Czarnej Ambrozji. Horror z rozkosznie paskudną okładką, zgarnięty na targach książki za, bodaj, 15 zł, niemal dosłownie książka z kosza a tu... szok. To jest absolutnie rewelacyjna książka o wampiryzmie. Oryginalna, fascynująca, z nieświadomie zmieniającą się w wampira bohaterką. Rewelacja i zdecydowanie największe zaskoczenie 2024. 

Brukselka w czekoladzie dla najgorzej wydanej książki 
Szeroka kategoria, do której można trafić za bardzo różne grzeszki. Nominowani:

Vesper, za Czerwony Mars, Rebis za Imperium ciszy, PIW za Tajemnice zamku Udolpho

Z tłumaczeniami u Vespera jest bardzo różnie. Czasem mamy coś świetnego (Pan ciemności) czasem trafia nam się Czerwony Mars. Książka gruba i nudna, trochę mnie nie dziwi, że nie chciało się nikomu robić nowego tłumaczenia, natomiast wypadałoby, żeby to tłumaczenie przeczytać. Błędy są tu tak ko(s)miczne, że nie trzeba nawet porównywać z oryginałem, żeby widzieć że dzieją się tu rzeczy, które nie śniły się nawet google translate. Geologicznej redakcji też najwyraźniej zabrakło. PIW w Tajemnicach zamku Udolpho popełnił inny wydawniczy grzech: błyszczący papier, na którym druk wydaje się szary i jest tylko jeden dość dziwny kąt pod którym można to jako-tako przeczytać a do tego waży tonę. Inne książki w tej serii mają normalny papier, nie wiem, co tu się odjaniepawliło, ale naprawdę fizyczna forma tej książki uparcie utrudniała czytanie. 
Zwycięzca może być tylko jeden i jest to Imperium ciszy, które łączy w sobie wady pozostałych nominowanych. Fizyczna forma Imperium... sprawiła, ze dołożyłam je na miejsce zanim jeszcze na dobre wzięłam je go ręki. Już tam chrzanić paskudną oładkę, ale format lotniskowca i niewiele mniejsza waga sprawiają wrażenie jakiegoś mało śmiesznego żartu. A to zupełnie nic w porównaniu z "tłumaczeniem", gdzie autorowi się pomyliła porcelana z chinami, gdzie tłumacz zapomniał o istnieniu rodzaju nijakiego i pomijał sobie akapity, które mu nie pasowały do błędów, które popełnił wcześniej. Poziom wydania tej książki jest skandaliczny. 

No i na koniec łapcie jeszcze rozpiskę wszystkich przeczytanych w tym roku:
za: Storygraph

2025?

Nie mam żadnych ambitnych czy nawet konkretnych planów na ten rok. Chciałabym na pewno czytać więcej, w tym więcej fantastyki, bo tej było w 2024 zdecydowanie za mało. Poza tym klub PIWu, Wojny wikingów, Cykl Piastowski... no i znowu mi się fantastyka nie zmieści, ech. No ale działam, mam nadzieję, że uda się więcej czytać i tyle. Czego i Wam życzę. 




Czytaj dalej »

czwartek, 31 października 2024

[Rachunek za] Październik 2024

W tym miesiącu kontynuujemy chlubne tradycje tego bloga znane jako "rychło w czas" oraz "o kurwa, ja mam bloga". Na swoje usprawiedliwienie mam to, że listopad. I to zakończony wielkim sukcesem. Także ten, bawcie się dobrze na odcinku z kategorii wspomnień czar.


Książki

Drumindor 6,5/10
Teoretycznie skończony w tym miesiącu ale opisany w rachunku za wrzesień. Trochę rozczarowanko niestety.

Fajerwerki nad otuliną Nie pisz więcej/10
Rzeczy do których nadaje się ta książka:
- napalenie w piecu
- paper mache
- scrapbooking
- uszczelnienie okien
- wyłożenie dna szuflady
- podparcie głośnika/stołu

Rzeczy, do których się nie nadaje:
- czytanie

Spermiarskie pretensjonalne pierdolenie o niczym. To jest dosłownie pamiętnich chłopa, który nie ma nic do powiedzenia, ale wydaje mu się, że jest inaczej.  Realnie przypomniały mi się najgorsze gówna, które trzeba było przeczytać na studiach. I wiecie co? Fajerwerki były gorsze. 


Poza tym większość miesiąca czytałam Tajemnice Zamku Udopho Ann Radcliffe, ale o tym napiszę we wpisie listopadowym. 

Komiksy

Requiem tom 2 (3-4) 8,5/10
Z jednej strony mamy tu naprawdę fajne motywy, szczególnie graficznie - archeologów z ich techno-faraońską stylistyką i wilkołaki (tutaj w roli głównej Torquemada), przepięknie narysowany bal wampirów i absolutnie debilnego Nerona... ale jest też więcej Rebeki, Heinrich/Requiem przypomina sobie coraz więcej (z nieswojej) przeszłości i... w pewnym sensie fabuła się zagęszcza, rzecz w tym jednak że... ja mam obawy co do kierunku tej fabuły.

Requiem tom 3 (5-6) 8,5/10
Nie do końca mogę powiedzieć, że widoczna jest tendencja spadkowa, ale ten tom jest na poziomie zbliżonym do tomu 2. Czyli jest gituwa, ale jednak nie tak dobrze jak w tonie pierwszym. Ta fabuła po prostu nie nadąża za kreską i absurdem świata. Niemniej to wciąż kawał solidnej - i ponadprzeciętnie durnej - zabawy.


Muzyka

Utred "Power"
Chłop wystawia te muzykę za co łaska i łaska moja zawsze jest niewspółmierna do jakości tego, co dostarcza. I zawsze sobie mówię - jak będę miała pieniądze to mu przeleję lepszy hajs... i nigdy nie mam pieniędzy. Do odsłuchania i zakupienia tutaj: https://utred.bandcamp.com/album/power


Inne

Więcej grzechów nie pamiętam. Coś mi się kołacze pod czaszką, że oglądałam jakieś dokumenty na netflixie, ale takie to były dokumenty, że ich nie pamiętam :v Chyba wjechał nowy sezon Niewyjaśnionych tajemnic i było spoko (czyt. nie było nic o duchach w tym, co zobaczyłam). Poza tym odkryłam nowy podcast, który polecam: Behind the Bastards - do obadania na YouTube i wszędzie gdzie tam dają podcasty. Szczególnie godzien uwagi jest odcinek o tym, że papierosy wynalazły wszystko - i myślę, że daje dobre pojęcie o tym, co to jest za audycja. Tylko uwaga, bo goście się zmieniają, więc nie zawsze dynamika jest taka sama. 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia