Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rugby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rugby. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2026

[Rachunek za] Marzec 2026

 Po dość żałosnym lutym przyszedł czas na całkiem znośny marzec. Czy to kwestia wiosny, czy doboru lektur czy może Palmy - nie wiem, ale się domyślam, że wszystkie te czynniki plus nadchodząca z oporami wiosna. Grunt, że wskoczyłam jakoś w normalny tryb czytania, tj. czytania dużo, zawsze i bez tracenia czasu na inne rozrywki. Wprawdzie ucierpiało to czy inne hobby, ale ja jestem bardzo zadowolona, przeczytałam grubo ponad 1000 stron, nadrabiając straty z lutego i jak tak dalej pójdzie to w ogóle wyjdę na prostą względem celu 15000 stron rocznie. Jeśli chodzi o 52 książki to wciąż jestem nieco w plecy, ale nadrabiam. Pozostaje mieć nadzieję, że książki na klub PIWu mnie nie dobiją (a są dwie z czarnej serii, więc może być różne). 


Książki

Ser i Robaki "żółte napisy ale to 1599"/10

Po raz kolejny sprawdziła się wypracowana przez kilka lat klubowania mądrość - starsze książki nadają się do czytania, nowe niekoniecznie. Rozprawa naukowa Carlo Ginzburga z 1976 roku to lektura niezwykle ciekawa. Na przykładzie jednego człowieka oraz akt z jego procesu w inkwizycji włoski historyk pokazuje nam, że wbrew pozorom możemy coś powiedzieć o klasach niższych oraz że ich życie intelektualne było naprawdę ciekawe. Menocchio, zwyczajny, zdawałoby się młynarz, naczytał się różnych publikacji i sam sobie usiadł i tak sobie pokombinował... aż wykombinował herezję. I to jaką!
Menocchio to cesarz chłopskiego rozumu, człowiek niezwykle dociekliwy, ale pozbawiony wyższego wykształcenia. Daje mu to wolność wnioskowania, którą prawdopodobnie zniszczyłaby w nim edukacja. Menocchio nie wie, jak świat został stworzony i jak funkcjonuje, więc tak sobie usiadł i tak sobie kombinował... jest to człowiek wręcz owładnięty obsesją zrozumienia, to tego stopnia, że nawet na przesłuchaniu w Świętym Oficjum nie potrafi zbyt długo powstrzymywać się przed głoszeniem wniosków, jakie wyciągnął. O tym, że świat na początku był chaosem, trochę jak ser, w którym samoistnie rodzą się robaki, że te robaki to aniołowie a największym z nich jest Bóg... Zaczynacie chyba rozumieć, że to nie mogło się spodobał Kościołowi, prawda? Jednocześnie jednak nie jest to historia o szybkim pojmaniu, torturach i egzekucji. Inkwizytorzy, którzy zainteresowali się sprawą na podstawie donosu osoby skonfliktowanej z Menocchiem, próbują dociec o co mu chodzi i ewidentnie widzą, że chłop jest zaburzony a nie że jest jakimś fałszywym prorokiem.

Ginzburg we wstępie mówi o tym, że chce przedstawić historię z perspektywy zwykłego człowieka, członka klasy podporządkowanej, co w ówczesnych (lata 70) realiach historiograficznych było uznane za niemożliwe i nieistotne. To mu się niewątpliwie udaje, odmalowuje przed nami (przy pomocy rozległych cytatów z akt) ciekawy i wieloaspektowy obraz nie tylko Menocchia, ale również jego otoczenia. Druga teza Ginzburga, jakoby wymiana intelektualna zachodziła w dwie strony przekonuje mnie znacznie mniej. Moim zdaniem autor nie daje na to żadnego dowodu. Menocchio niewątpliwie czyta modne książki, jest zaznajomiony z ogólnymi trendami epoki, ale nie widzę żadnego momentu, w którym realnie na nie wpływa. 

"Ser i robaki" to lektura interesująca, ale dość męcząca z powodu absurdalnej ilości absurdalnych przypisów, w tym długich cytatów w językach obcych, które nie zostały przetłumaczone. A to są takie filologiczne przypisy, gdzie autor dyskutuje nad znaczeniem użytego przez francuskiego autora słowa. W dodatku przypisy te są na końcu (co jednak nie dziwi biorąc pod uwagę, ze niektóre mają po kilka stron a jest ich więcej niż kartek w książce...), a w ebooku to w ogóle jakaś porażka. Tyle że mnie to zachęciło do ogarnięcia ReadEry na Palmie (to chyba jedyna aplikacja do czytania, która pokazuje przypisy na dole ekranu!) z czego jestem bardzo zadowolona. 

Zainteresowanym mentalnością szesnastowiecznych foliarzy polecam i nie zraźcie się bardzo gęstym wstępem, potem jest znacznie znośniej napisane. 



Wichrowe Wzgórza Heathcliff did plenty wrong but you deserved it/10


Premiera filmu (na który się nie wybrałam i którego raczej nie mam zamiaru oglądać) była dobrym pretekstem, żeby przeczytać tego klasyka. Zaskoczyła mnie ta książka - klasyki, chyba w ogóle tak mają. Przede wszystkim tym, jak rozkosznie okropni są wszyscy ci ludzie. Pierwsze pojawienie się Heathcliffa to scena naprawdę godna najwyższych pochwał. Jest wspaniale... niezręcznie, nieprzyjemnie, jakoś po gotyckiemu dziwnie i niepokojąco. Cała ta patologia odmalowana jest świetnie.

To książka krótka, szybka i właściwie dość przyjemna, bo chociaż porusza ciężkie tematy to jest jednak trochę na krawędzi śmieszności, jak to z romansami gotyckimi bywa. To nie wada, to po prostu jest tego typu literatura. Możemy oczywiście rozmawiać o tym, że Wichrowe poruszają kwestie rasizmu i jego konsekwencji, bo tak jest... ale wydaje mi się, że w tej materii napisano znacznie lepsze książki (porównanie ze "Światłością w sierpniu" nasuwa się samo). 

Jestem więc na etapie 2/6 z wyzwaniem "klasykowym", jak na razie idzie świetnie. Zobaczymy, jak mi się uda wcisnąć kolejne do planów czytelniczych. 


Psia Kalevala 10/10

Kalevala to fiński epos narodowy, ten sam, który tak mocno wpłynął na Tolkiena. Akseli Gallen Kallela to fiński malarz z przełomu XIX i XX wieku, który Kalevalę zilustrował w serii słynnych (i pięknych) obrazów. A pan Mauri Kunnas miał psa i postanowił połączyć to wszystko we wspaniałą książeczkę dla dzieci i dorosłych. Mamy tu więc historię z Kalevali przepisaną na psy, wilki a nawet jednego kota, wspaniale zilustrowaną. Wiele z obrazów Gallen Kalleli znalazło tu swoje odwzorowanie, a orka na żmijowym polu to jest wręcz lepsza niż oryginał. Jeśli macie pod ręką jakieś dziecko, któremu przyda się ładna i ciekawa książka, to biegnijcie kupić. Zresztą dla siebie też możecie, bo Kalevala jest zajebista a ta ma jeszcze na dodatek pieski.  



Faded Sun: Son'jir "if he dies he dies"/10

Drugi tom "Gasnącego słońca", 4 książka w wielkim rereadzie Unii/Sojuszu, straszliwie opóźniona. "Kesrith" czytałam już wcześniej, lata temu, z dalszą częścią tej historii zapoznałam się dopiero teraz. I jakież to było wspaniałe. Ciężar opowieści przenosi się na Duncana, ciężar opowieści i ciężar odpowiedzialności za wydarzenia, które rozpoczął i których w swojej naiwności nie przewidział. Ponownie, mri są mri, ludzie są ludźmi a regule to regule. Z jednej strony mamy małą skalę relacji między jednostkami, gdzie ponownie upór mri ściera się z ludzką elastycznością i nie do końca potrafi docenić jej poświęcenia. Z drugiej - skala wielkiej polityki obnaża cynizm i okrucieństwo nieznane szlachetnym wojownikom, których bezwzględność okazuje się tylko pozorna. 

Świetna to książka - choć inne niż "Kesrith" - i teraz, kiedy uporałam się z innymi zobowiązaniami, pędzę do "Shon'jir". 



Семьдесят два градуса ниже нуля (72 stopnie poniżej zera) 9/10

Władymir Sanin urodził się w roku 1928 i myślę sam ten fakt mówi wiele o tym, co w życiu przeżył. Był uczestnikiem kilku antarktycznych ekspedycji i to właśnie tej tematyce poświęcił większość swoich tekstów. Ponieważ czytałam już tę powieść w 2021 roku, dokonam bezczelnego autoplagiatu:

"72° poniżej zera" Władimir Sanin 9/10

Dzielni polarnicy, twardzi jak skała i mięciusi w środku jak małe pingwinki bohatersko zmagają się z przeciwnościami antarktycznej zimy. Paliwo gęstnieje na galaretę, ciągniki zawodzą, odmrożenia, głód i brak papierosów dręczą naszych bohaterów, ale kto jak kto, ale oni nie poddadzą się bez walki. I to wszystko w dodatku oparte na faktach, napisane przez najprawdziwszego polarnika. 

Powieść składa się w równym stopniu z akcji współczesnej co i retrospekcji przybliżających nam bohaterów. I jacy to są bohaterowie! Dzielny czołgista, co to go Niemcy zastrzelili a on uciekł, nieśmiały kucharz-sierota w szponach strasznej "cioteczki", były bokser, lekarz, kierowca, traktorzyści i mrukliwy obrońca sierot, słowem POLARNICY. Ach, uwielbiam. Natrafiłam na te książkę przypadkiem ale niewątpliwie jeszcze do niej wielokrotnie wrócę. 

Niestety to jedyny tekst Sanina wydany po polsku (za to na allegro chodzi po 2zł). Ale właśnie wychodzą dzieła zebrane po rosyjsku, więc trzeba znaleźć jakiś piniondz i zakupić... 

Moje zdanie się nie zmieniło, chociaż w związku z polityką niestety tych dzieł zebranych nie kupiłam, a ponieważ Sanin nie jest specjalnie znany w Polsce, to w księgarniach sprowadzających książki nie ma żadnych wydań. Na szczęście da się paypalem płacić w litres na stronie (w aplikacji jakoś nie, ale nie wiem, czy to sankcje, czy jakieś moje problemy techniczne)  - pomijając oczywiście nieskończone zasoby rosyjskiego Internetu, który zachował wiele cech starych dobrych czasów. 

To nie było moje pierwsze czytanie tej książki, tak samo, jak nie była to pierwsza książka po rosyjsku, którą przeczytałam, ale myślę, ze to był swego rodzaju kamień milowy w mojej nauce języka - czy może bardziej konkretnie: w czytaniu cyrylicy w tempie, które nie doprowadza mnie do szału. Jeszcze daleko jestem od perfekcji, ale pod koniec czytania złapałam się kilka razy na tym, że ten alfabet jest już dla mnie kompletnie przezroczysty, że myśli nie uciekają mi na boki, bo są znacznie szybsze od oczu. Żeby była jasność, jak pisałam na początku, to nawet nie jest pierwsza - ani podejrzewam najgrubsza - książka po rosyjsku, jaką przeczytałam, ale coś się zmieniło w moim mózgu. Alleluja. Podejrzewam, że pomogły dwa czynniki: termin, który wymuszał na mnie czytanie więcej niż pewnie bym zrobiła w innym wypadku oraz to, że od pewnego momentu czytałam wyłącznie tę książkę. Brak porównania do tego, jak szybko czytam po polsku czy po angielsku pomógł z pewnością trochę oswoić wolniejsze tempo. Chociaż, wydaje mi się, przyspieszyłam znacznie w ciągu trwania tej zabawy. 
Co jednak istotne: cieszę się, że to nie było moje pierwsze czytanie. Nie dlatego, że jakoś bardzo mocno mi to pomogło (od maja 2021 minęło jednak dużo czasu...), ale dlatego, że ta lektura przypominała mi mocno moje pierwsze książki czytane po angielsku. Coś mi tam jednak umykało a powolne tempo lektury też nieco przeszkadzało w poczuciu napięcia w jakim bohaterowie próbują przetrwać w ekstremalnych warunkach. Ale mnie to cieszy, bo to oznacza, że materia już mi nie przeszkadza i jesteśmy na etapie, gdzie wyłącznie muszę podszkolić się ze słownictwa. 





Targi Książki 

W marcu, jak co roku, odbyły się Poznańskie Targi Książki. Jak zwykle tłum straszliwy, na szczęcie znowu zrobiono osobną strefę autografow, więc przynajmniej częściowo rozładowano sytuację. Właściwie kupiłam niedużo książek, jakoś nie wpadłam w szał, zaraz na początku były niedaleko od siebie Znak i Vesper, więc plecak miałam ciężki od godziny 0. Chciałam się obkupić w PIWie, ale nie wzięli nic z tego, co sobie zaplanowałam kupić... może trochę żałuję, że nie wzięłam Kauri, ale jakoś nie było we mnie takiego szału zakupowego jak zwykle. Niestety nie zdążyłam wejść na strefę książek dla dzieci. 
Co do kwestii organizacyjnych - musiałam przejść przez pawilon targów edukacyjnych i co tam się działo to jakieś nieporozumienie. Panował tam potworny hałas (jakaś scena?), nie wyobrażam sobie wypytywania ludzi o swoją przyszłość w takich warunkach. Na samych targach książki niestety okropny chaos w ustawieniu stoisk. Ominęłam stoisko, które chciałam zobaczyć, bo się po prostu nie dało go znaleźć. Do innego trudno było trafić, bo z jednego miejsca było je widać, ale potem już w tym labiryncie trudno się było zorientować. W czym komu przeszkadzają równe rządki? Ja tam chcę obejść wszystko. Po to tam idę, chcę odkryć coś nowego, porozmawiać z jakimiś obcymi ludźmi. 




6 Nations 2026

Ach, co to był za turniej. Oglądałam głównie na telewizji francuskiej, więc z komentarza rozumiałam niewiele, ale pod koniec meczu już się darłam po francusku razem z komentatorami, no bo tak każe obyczaj. Do samego końca ważyły się losy turnieju, do tego Walia grała znacznie lepiej niż latach ubiegłych, a Włochy... ach, Włochy... Zacny to był turniej i szkoda mi, że pewnie z rok poczekam na następne rozgrywki rugby, które będę mogła śledzić z taką uwagą. 



Plany

Plany na kwiecień są zwięzłe: dokończyć rozgrzebane wątki i ogarnąć kluby czytelnicze. A więc:
- There Is No Antimemetics Division (jestem w połowie)
- Faded Sun: Kutath - ten reread miał się skończyć w lutym...
- Grzeszni chłopcy - na klub PIW
- Wędrowcy - na klub PIW w maju, książka gruba a czasu będzie mało (do tego, kto wie, jak się to będzie czytać...)

Czytaj dalej »

sobota, 1 marca 2025

[Rachunek za] Luty 2025

Zaczęliście kiedyś czytać ponownie dwudziestodwutomową serię... przypadkiem? Pewnie nie, bo nie jesteście mną. Tak, nandiin-ji, zapraszam do rachunku za luty 2025. 


Książki

Wojna Patusiarnia/10

Ile ja mam problemów z tą książką to głowa mała i one wcale nie ograniczają się do tej książki treści, ale może od niej zacznijmy. 

Dostajemy chaotyczny, być może dosłownie gorączkowy opis perypetii rannego w pierwszej wojnie światowej żołnierza, który dochodzi do siebie  (lub odchodzi od zmysłów) w szpitalu gdzieś za linią frontu. Jest to właściwie książka pornograficzna i to z gatunku takich maksymalnie wulgarnych i obrzydliwych. W odbrązowaniu wojennej rzeczywistości posuwa się do obrzucania wszystkiego gównem. Co samo w sobie mi nie przeszkadza i nie mogę powiedzieć, że nie zgadzam się z tezą autora, że wojna to gówniana sprawa, ale... ale chyba właśnie o to chodzi: forma pasuje do treści, zasada decorum zachowana w pełni i... i właśnie dlatego nie ma tu dla mnie nic interesującego. Lubię kontrast. Nawet niech będzie skandal. Ale tu jest po prostu wulgarnie i brzydko o tym, że na wojnie jest wulgarnie i brzydko. Powstaje pytanie: po co? Uważam, że nie powiedziano tu ani nic mądrego ani w żaden odkrywczy sposób. 

natomiast

Chociaż książka mi się nie podobała, raczej nie będzie to końcówka mojej znajomości z Celinem, ponieważ "Wojna" to odnaleziony po latach zaginiony rękopis i bardzo, ale to bardzo widać, że jest to pierwszy szkic tekstu, bez początku, choć być może z zakończeniem. Do stopnia, w którym bohaterom zmieniają się imiona, mówimy o takim poziomie ukończenia tekstu. 

Po drugie redakcja (francuska) powinna spojrzeć sobie w oczy i zastanowić się nad etyczną stroną swoich działań. Jedną rzeczą jest publikowanie niedokończonego tekstu autora, który zmarł kilkadziesiąt lat temu, ale już zupełnie inną dowolne wprowadzanie poprawek, bo uważa się, że "autor ewidentnie omyłkowo to przekreślił" albo poprawianie czasów gramatycznych, kiedy dwie strony później pisze się o tym, że proza autora charakteryzuje się mieszaniem czasów gramatycznych... 

Styl to kolejna rzecz, powiedzmy, problematyczna. Czytałam to w przekładzie polskim, francuskiego nie znam, biogram autora mówi mi jednak, że największym jego osiągnięciem było mieszanie rejestrów, używanie argotu (tutaj jest językoznawcze zamieszanie terminologiczne, bo tego określenia się za bardzo w Polsce nie używa, bardziej mówi się o slangu czy idiolekcie, aczkolwiek to nie do końca jest to samo... tak czy owak chodzi o mowę skrajnie potoczną)... i ja tego w przekładzie polskim nie widze. To znaczy widzę słówka z gwary więziennej i takie tam, ale one jakoś się nie wybijają, nie robią wrażenia w polszczyźnie i zastanawiam się na ile tłumaczka w ogóle mogła coś zrobić, a na ile w polszczyźnie nie funkcjonują po prostu tak skrajnie oddzielne rejestry jak w języku francuskim i tego po prostu nie da się oddać (lub być można należałoby oddać to bardziej składniowo a mniej leksykalnie...? natomiast tu już mi teoria wjeżdża trochę za mocno). 

No co mam powiedzieć? Nie podobało mi się. W podobnej tematyce i z podobnym podejściem mamy znacznie lepsze książki - jest "Na Zachodzie bez zmian", są opowiadania Borowskiego. Lubię tematykę pierwszej wojny światowej, nie potrzebuję opowieści o heroizmie, żeby taka opowieść mi się podobała, ale może faktycznie właśnie dlatego nie potrzebuję, żeby mi ktoś tak naturalistycznie opowiadał o tym, że wojna jest zła, bo ja to wiem. Potrzebuję czegoś więcej, żeby mnie ta opowieść zainteresowała. 


Czerwona kraina 8/10

Krążąc po bibliotece w poszukiwaniu czegokolwiek do czytania - musiałam się z nią przeprosić po tym, jak Legimi się zesrało - i trochę popadając w desperację, bo na boga, nic tam nie ma, poszłam po ratunek do autora, któremu można zawsze zaufać. I Abercrombie, jak zawsze, dowiózł. Uniwersum to samo, nawet pewnych bohaterów spotykamy ponownie (Cosca! <3 ), ale znajdujemy się na pograniczu. Płoszka Południe wraca z miasteczka, gdzie była sprzedać swoje zboże tylko po to, żeby zastać gospodarstwo spalone, parobka zamordowanego, a dwójkę młodszego rodzeństwa - porwaną. Zabiera więc swojego tchórzliwego ojczyma, parę wołów i sporą dawkę wkurwienia na poszukiwania, które zawiodą ją daleko, daleko od domu. 

Dostajemy to co zawsze u tego autora - doskonałą mieszaninę brudnej powagi i absurdalnego humoru, świetne postacie (Cosca tu jest, czego chcieć więcej?), dobrą intrygę. Abercrombie już parę książek temu zyskał moje pełne zaufanie, sięgam po niego, kiedy chcę czegoś co będzie się dobrze i szybko czytać, solidnie zmontowanego. 

Żal tylko, że poza pierwszą trylogią tłumacz jest inny i chociaż nie jest jakoś bardzo zły, to brakuje mi tych wszystkich cymbałów i głąbów... 

Kusi mnie zabranie się za kolejną książkę tego autora, ale chyba zwycięży rozsądek - co zrobię, jak mi sę Abercrombie skończy? Myślę, że następny pojedzie ze mną na urlop. 


Czytaj dalej »

sobota, 1 lutego 2025

[Rachunek za] Styczeń 2025

Nie uwierzycie - to był dziwny miesiąc :D ale tak serio, to był dziwny miesiąc, mianowicie tak się złożyło że tylko w ostatnim tygodniu przepracowałam pełne 5 dni. Tu święto, tam święto, tam jakiś odebrany dzień... I mi wyszły same długie weekendy. Polecam. 

 

Książki

Taipi 8,5/10

Debiutancka powieść Melville'a, która przyniosła mu wielką sławę. Fabularyzowane (nie tylko w formie ale i treści) wspomnienia z pobytu wśród mieszkańców Nuku Hivy. Świetna książka, miejscami przewspaniale zjadliwa, pełna ironii, humoru i zwyczajnej kpiny. Znacznie mniej gęsta niż Moby Dick, dobra na początek z tym autorem, tak myślę. 

Melville, czerpiąc ze swoich osobistych doświadczeń, których mu w życiu nie brakowało, nie tylko opisuje swój pobyt wśród (domniemanych) kanibali, sporo czasu poświęcając ich zwyczajom i stylowi życia, ale również, a może przede wszystkim, krytykuje kolonializm i religię. Można się zakwiczeć ze śmiechu, sporo dowiedzieć (Melville zmyśla przygody Tommo, ale opiera się na prawdziwych badaniach oraz własnych doświadczeniach) a ostatecznie przeczytać bardzo trzeźwą ocenę podłych postępków różnorakich krzewicieli "cywilizacji". Daje to ciekawe spojrzenie na czasy, o których dość czesto opowiada się w raczej jednostronny sposób. To znaczy, oczywiście, że działy się wtedy bardzo złe rzeczy, ale to nie oznacza, że wszyscy je popierali lub brali w nich udział. Nie piszę tego, by kogokolwiek usprawiedliwiać, ale by zaznaczyć, że to te same czasy, w których - lub na bazie doświadczeń których - wiele złych rzeczy zostało ostatecznie ukróconych. Melville w ogóle, nie tylko tutaj, był człowiekiem bezlitośnie krytycznym wobec wielu praktyk szeroko pojętego Zachodu. 

Chociaż książka ta bardzo różni się od Moby Dicka pod względem formalnym (tj. nie zawiera żadnych eksperymentów), już tutaj widać coś, co uważam za najbardziej dla tego autora charakterystyczne: wieloznaczność. Melville nie daje odpowiedzi (lub może daje ich wiele, niekoniecznie zgodnych ze sobą), przedstawia po prostu problemy z różnych stron podkreślając to właśnie, że sytuacja nie jest niejednoznaczna, że można ją różnorodnie interpretować w zależności od punku widzenia i nie twierdzi ani że jeden z tych punktów jest prawidłowy ani że prawidłowe są wszystkie. 

Chociaż pozornie życie w dolinie Taipi wydaje się utopijne, Melville dostrzega jego wady z perspektywy człowieka cywilizacji Zachodniej jednocześnie stawiając pytanie, czy antyintelektualny charakter codzienności Taipisów jest naprawdę taki zły... albo taki dobry. Choć można tę książkę odczytać jako przygodówkę dość złośliwie sobie poczynającą względem współczesnych jej wydarzeń, to myślę, że jest w niej o wiele więcej. 


Czekanie na smoka "co się dzieje"/10

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę znalazłam jakąś recenzję, której autor, parafrazując napisał "Ani przez moment nie miałem pojęcia o co w tym chodzi". I rozbawiło mnie to wielce, bo byłam młoda, naiwna i wciąż jeszcze czytałam pierwsze trzy rozdziały. Potem okazało się jednak, że kompletnie pozbawiona sensu przedmowa Scotta Lyncha nie wzięła się znikąd za to autor napotkanej przeze mnie recenzji miał z grubsza rację. Ja osobiście wiedziałam co się dzieje przez te pierwsze trzy rozdziały, które wprowadzają nam bohaterów i świat. Ale potem? Nie mam pojęcia. 

Wiele recenzentów powieści Forda mówi o tym, że przeszkadzał im w lekturze brak znajomości historii Anglii i w tym upatrują problemów ze zrozumieniem, co się tam do diabła dzieje. Otóż nie zgadzam się. Nie zgadzam się ani jako człowiek, ani jako obywatel, ani jako osoba, która pracę magisterką napisała o kreacji świata w historii alternatywnej. Te wszystkie brakujące informacje powinny znaleźć się w tej książce, bo to jedno mieć jakieś pojęcie o Ryszardzie III a inne żeby odnaleźć się w świecie historii alternatywnej, gdzie naprawdę dużo się pozmieniało (w tym kontekście zresztą absurdem jest to, jak mało zmienia się historia Ryszarda). A to wszystko to i tak jest pikuś, kiedy weźmie się pod uwagę to jak ta fabuła po prostu nie ma najmniejszego sensu czy się kuma zmiany poczynione przez autora, czy nie. Ta książka jest napisana w taki sposób, że równie dobrze mogłaby być w innym języku, języku, którego kompletnie nie znam. Bohaterowie robią różne rzeczy i nie tylko nie wiadomo dlaczego, ale często nie wiadomo co właściwie się dzieje. 

Dlatego trudno jest mi nawet jakoś zarysować fabułę, czy nawet w jednym zdaniu wspomnieć o konstrukcji świata, bo najwięcej na jego temat można się dowiedzieć z posłowia autora, gdzie łaskawie wspomina nam to i owo. A i to nie wyjaśnia, o co właściwie chodziło w fabule przez większość czasu. 

Nie polecam. 


Diaspora 7/10

Moje drugie spotkanie z Eganem. Potrzebowałam tego. Potrzebowałam twardej SF. Za mało ostatnio czytam fantastyki i to takiej solidnie odlecianej, dlatego "Diaspora" podpasowała mi bardzo. Moje zdanie na temat Egana, wyrobione dawno temu lekturą "Kwarantanny" pozostaje w mocy: to gość, który ma absolutnie rewelacyjne pomysły, ale niestety nie jest zbyt dobrym powieściopisarzem. Zupełnie serio myślę, że wszystkim nam było wygodniej, gdyby pisał po prostu książki popularno-naukowe (albo zgoła naukowe) na temat swoich pomysłów i nie bawił się w dorabianie im fabuły, która właściwie jest tylko pretekstem do tego, żeby bohaterowie rozmawiali sobie o zmyślonej fizyce. 

Popytałam jednak i podobno opowiadania Egana znacznie mniej cierpią na tę przypadłość, jestem więc bardzo ciekawa. Obawiam się tylko, że żaden ze zbiorów nie został przetłumaczony na polski, no ale cóż, trzeba będzie po prostu po angielsku. 


Filmy:

Zemsta Pingwina 9/10

Uwielbiam animacje studia Aardman, co tu kryć, nie jestem pod tym względem oryginalna. Do nowego Wallace'a i Grommita dobiegłam więc jak polityk do koryta. I było warto. Film jest świetny, doskonale nawiązuje do klasyki kina, daje nam gromadkę świetnych postaci, jest gdzie trzeba bawet dość niepokojący a stworzenie tak straszliwej postaci jak Feathers McGraw z plasteliny zasługuje na jakieś osobne wyróżnienie. 

Film jest na netflixie, więc jeśli jeszcze macie subskrypcję, to lećcie oglądać. 


Gry 

Astral Ascent 

Wciągnęłam się. Podoba mi się klimat taki trochę rodem z anime (w dobrym sensie), podoba mi się wiele elementów gameplayu. Wieje to mocno Hadesem ale w najlepszym sensie. Jedno co, że jest to gra znacznie od Hadesa łatwiejsza, niemniej rekompensuje to satysfakcjonującym zabijaniem mobków. Czy to jest najgłębsza, najlepsza, najmądrzejsza gra świata? Nie, ale nie mam wrażenia, że próbuje taka być. Nie jest też tak nastawiona na humor, jak inna gra tych samych twórców - Dead Cells. Jak pisałam jednak, jest tu wiele rozwiązań bliższych w duchu Hadesowi niż tej właśnie grze. 

Mamy kilkoro bohaterów do wyboru, każdy wymusza nieco inny styl gry, do tego kilka rodzajów wzmocnień, co pozwala na pewną zabawę buildem w każdym runie, dodatkowe efekty, dwa rodzaje wsparcia od innych postaci, fabułę, która swoją logiką trzyma się blisko klimatów anime. 


Z rzeczy innych, to ostatniego dnia miesiąca zaczął się Turniej Sześciu Narodów, czyli półtora miesiąca rugby. Jest to jedna z niewielu imprez w tym sporcie, który można dość łatwo obejrzeć (pozostałe zawody są niestety często poukrywane za paywallami - i nie przeszkadzałoby mi zapłacenie za transmisję, gdyby nie to, że ceny są kosmiczne), więc jaram się bardzo. 

Plany czytelnicze obejmują w tym momencie właściwie wyłącznie klub czytelniczy PIWu oraz w dalszej perspektywie Targi Książki. Ponieważ Legimi posysa zrobię tam sobie jaki-taki przegląd, co jeszcze zostało i na podstawie tego zdecyduję, kiedy zrezygnować z subskrypcji, bo że to zrobię to pewnik. Przeprosiłam się z Biblioteką Raczyńskich, ale powiem wam, że nie jest łatwo, bo przez te parę lat, jak tam nie zaglądałam zadziało się tak źle, jak słyszałam plotki. Praktycznie nie ma żadnych starych książek (np. Bunscha... serio) tak samo jak większości... nowszych. Nie wiem, co oni tam kupują, ale praktycznie nic, co mnie interesuje a stare chyba wywalają na śmietnik. Nie polecam. 

Czytaj dalej »

sobota, 4 stycznia 2025

[Rachunek za] Rok 2024 - seriale, gry i muzyka

 Podsumowania książkowe są tutaj, filmowe tutaj


Nie robiłam wcześniej podsumowań ilościowych w tym temacie, więc nie wiem, jak się to ma do lat ubiegłych, ale wydaje mi się, że nie oglądałam w tym roku zbyt dużo serial. Na 14 tytułów, połowa to dokumenty, druga seriale fabularne. 


Dokumenty

Spośród dokumentów na wyróżnienie zasługują:

Bad Surgeon, Farma Clarksona, Six Nations, Będziesz następna

Nie będę przyznawała nagrody dla najlepszego serialu, chociaż skłaniam się ku Farmie Clarksona, bo to rzecz, która - wbrew pozorom - robi bardzo dużo dobrego. Sytuacja rolników w Europie jest zła i Clarkson bardzo sprawnie pokazuje jak bardzo, dlaczego i jak trudno jest cokolwiek zrobić. Six Nations jest doskonale zrobiony, fajnie dobrani bohaterowie. Trochę brakowało mi więcej rugby, ale jaram się na nowy sezon. Pozostałe dwa to true crime. Pierwszy - Bad Surgeon - o lekarzu oszuście, bardzo ciekawy. Będziesz następna to polski dokument o gwałcicielu z Wrocławia. Mocna rzecz. Żaden z nich jednak nie ociera się o jakość dokumentów w rodzaju The Keepers czy Wild, Wild Country

Poza tym widziałam jeszcze bardzo solidne Tajemnice polskich morderstw, fascynujące Escaping Twin Flames (to jest poziom absurdu mierzący w stronę Tiger King) i taki sobie American Nightmare. Jest też prawdopodobieństwo, że widziałam jakieś inne trukrajmy, tylko ich nie napisałam - nie pamiętam, kiedy oglądałam Crime Scene: New York (i chyba jeszcze jeden tego typu z innego miasta) czy ten netflixowy o Małej Madzi (dobry, tak swoją drogą).

W 2025 będzie ich mniej, szczególnie takich przypadkowych trukrajmów odpalanych do obiadu, bo zrezygnowałam z netflixa. 


Fabularne

Tutaj jednak przyznam nagrody, ponieważ poziom był jednocześnie wyższy i niższy niż w przypadku dokumentów. 

Na plus:

Shogun, Tulsa King sezon 1, Mask Girl

Rok rozpoczęłam ponownym seansem Mask Girl i... to nie jest tak, że ten serial okazał się gorszy przy ponownym oglądaniu, ale on po prostu się nie nadaje do oglądania ponownie, bo opiera się na niewiarygodnej narracji. Niemniej jest to świetny serial, by nie powiedzieć doskonały. Tulsa King mnie absolutnie zachwycił, to jest dokładnie to, czego mi w życiu było potrzeba, serial jak napisany specjalnie dla mnie, w którym Stallone może pokazać wszystkie swoje umiejętności. No ale zwycięzca może być tylko jeden prawda? Nie będę oryginalna, Shogun podobał mi się szalenie. Nie jestem wobec tego serialu bezkrytyczna (ten angielski zamiast portugalskiego...), ale jest zrobiony świetnie. Natomiast wygrywa z Mask Girl właściwie wyłącznie tematem i powagą. 

Na uwagę zasługują też Briganti, serial kosmicznie durny ale z wizualnymi ambicjami. 

Nagroda specjalna za najlepszy opening

Tu kandydatów jest dwóch: Tulsa King i Mask Girl. Wygrywa Mask Girl, ale Tulsa King depcze jej po piętach. No ale spójrzcie na to cudo. 

A Tulsa King


Nicpan serialowy

Kandydatów jest dwoje:


Pozorna miłość zdołała mnie wkurzyć i zawieść, chociaż odpaliłam ją dla beki i spodziewałam się szrotu. Tu jakieś wyróżnienie za odsetek nieskończonych wątków się należy. Mimo to jednak jest to serial dość sprawnie zrobiony technicznie i póki wciąż sugerował, że jest o czymś to nawet był wciągający. Trudno jednak naleźć jakiekolwiek zalety w Hazbin Hotel. Skrótowy, debilny, zamiast rozwoju postaci mam co chwila piosenki, których nie sposób odróżnić jedna od drugiej. Tu był potencjał i Helluva Boss pokazuje, że autorka potrafi ten potencjał wykorzystać. Hazbin Hotel to jednak był zdecydowanie Nicpan 2024. 



Nie grałam dużo w 2024, ale bądźmy szczerzy, ja generalnie dużo nie gram. Zebrało się tego oszałamiające sześć tytułów. Na minus właściwie tylko Hollow Knight, ale to dlatego, że do mnie kompletnie nie przemawia ten klimat, sama gra jest zupełnie ok. Był to jednocześnie jeden z trzech nowych tytułów, w które zagrałam w tym roku (nowych dla mnie oczywiście), poza tym zapoznałam się z Blasphemous 2, który może trochę stracił na klimacie jedynki, ale dał mi wiele radości i bardzo polecam oraz moja najnowsza fascynacja Astral Ascent, który był bodaj za darmo (albo za grosze) na gogu - to rouglite od twórców Dead Cells, ale klimatem i rozgrywką jest bliżej anime i Hadesa. Vampire Survivors, wiadomo, wielka wieczna miłość. 



Muzycznie działo się może nieco więcej niż w grach, ale też nie jakoś bardzo wiele. 

Wydarzenia

Mieliśmy zaskakująco dobrą muzycznie Eurowizję (Estonia, Chorwacja, Finlandia, Austria, Litwa), która utonęła w kontrowersjach i skandalach paskudnych nawet jak na ten konkurs (dopuszczenie Izraela, dyskwalifikacja Holandii).

Poza tym wybrałam się na dwa koncerty, związane zresztą z tym festiwalem: Bambie Thug i Kääriję. Bambie nieco zawiodła, chociaż głównie problemem była publiczność, trochę z przypadku, chyba nie do końca w klimacie, nieznająca utworów. Käärijä za to dużo lepszy, ale też publiczność mnie zaskoczyła - znali słowa, byli dobrze przygotowani. I przede wszystkim aranżacja koncertowe podobały mi się dużo bardziej od studyjnych: są cięższe, dynamiczniejsze. 


Albumy

W 2024 wyszły dwie interesujące mnie płyty: Wake Up The Wicked XII A gyönyörű álmok ezután jönnek


Nowy Powerwolf mnie zawiódł. To jest więcej tego samego ale chyba dotarliśmy do ściany. Większość tych utworów brzmi jakbym już gdzieś je słyszała - u tego samego zespołu na wcześniejszych płytach. Tak jak Call of the Wild dodawał nieco absurdalnego, tanecznego sznytu, tak tutaj nie ma nic nowego, nic ciekawego. Przesłuchałam to raz po zakupie i potem długo nawet nie pamiętałam, żeby wrzucić na telefon... ot, taka to była płyta. Nie jest zła. Jest nijaka i wtórna i to chyba jest najgorsze, bo zdanie co do złej płyty można ewentualnie zmienić, o tej trudno pamiętać. 

Thy Catafalque za to... Tomek nigdy nie zawodzi. Nawet poprzednia płyta, która jakoś mi się osobiście nie podobała była świetna w swoim gatunku. A to, to jest wszystko to, co kocham w Thy Catflaque. Gitary, elektronika, świetne wokale (skąd on bierze te kobiety). A przy tym jest to tak różnorodne i unikatowe, że można słuchać w kółko. Cały album jest do odsłuchania na kanale wydawcy:

(Jak wam się pierwszy utwór nie spodoba, to przeklikajcie pozostałe, bo to Thy Catafalque, tutaj każdy kawałek jest zupełnie inny)


Ufff, to tyle, jeśli chodzi o podsumowania. Trochę się tego zebrało, cieszę się że się zdecydowałam je podzielić na kawałki. Teraz jeszcze tylko bym chciała to ubrać w jakieś formy instagramowe, ranyboskie. 

Czytaj dalej »

piątek, 3 stycznia 2025

[Rachunek za] Rok 2024 - filmy

 Książkowe podsumowanie znajdziecie tutaj.


Co widziałam? 
W 2024 obejrzałam 18 filmów, w tym 4 dokumentalne i 2 animacje. Większość na licznych streamingach. Rok zaczął się przyjemnie - Renfieldem, który jest akurat na tyle niepoważny, żeby bawić przez cały czas. Polecam, do zobaczenia na Sky Showtime. Ostatni film 2022 - Paddington 2 również jest wielce godzien uwagi (znajdziecie go na Amazon Prime). 

Najlepszy film fabularny
Filmy fabularne zdecydowanie dominowały w tym roku i niemal wszystkie są godne uwagi. Niemniej, nominowani w kategorii najlepszy film fabularny to: 

Gangubai Kathiawadi, Chłopiec i czapla, Opadające liście, Na rauszu

Kusiło mnie dorzucenie tutaj i Paddingtona 2 ale to jednak trochę inny kaliber. Z tej czwórki zresztą wcale nie jest łatwo wybrać. Gangubai jest wybitna pod każdym względem, jak to zwykle u Bhansaliego. Chłopiec i czapla dokonał niemożliwego - to film Miyazakiego, który naprawdę mnie zachwycił. I ta muzyka! Opadające liście są przepięknie, takie niezręczne, przyziemne, codzienne i prawdziwe. Na rauszu zaś to film o wesołych pijakach, świeży oddech po abstynenckich wysrywach, których pełno ostatnio w internecie. Co spojrzę na któryś z tych plakatów, to myślę sobie, że tak, to jest ten najlepszy. A potem patrzę na następny i jednak ten jest chyba najlepszy. Dlatego wszystkie 4 zajmują pierwsze miejsce ex aequo. 


Gangubai jest do zobaczenia na Netflixie, ale chyba nie ma polskich napisów (więc wam się nie wyświetli jeśli nie macie ustawionego języka aplikacji - nie napisów! - na angielski). Chłopiec i czapla też jest na Netflixie. Opadające liście można wypożyczyć na kilku platformach, chociażby na Nowych Horyzontach za 12,90zł, Uważam, że warto. Na rauszu jest dostępne na Maxie albo do wypożyczenia na TVP VOD za 8zł. 


Najlepszy dokument
Nie będę się nawet bawiła w nominacje. Jakkolwiek zarówno dokument o Maryli jak i ten o Smoleniu są bardzo dobre, to nie mają startu do Wernera Herzoga.

Into the Inferno

Opis tego filmu na upflixie mnie spłakał "Werner Herzog i jego przyjaciel Clive Oppenheimer eksplorują aktywne wulkany na całym świecie." 
No tak, można tak powiedzieć. Można też powiedzieć, że Moby Dick to książka o wprawie na ryby (no, polowanie). Ten film to jakieś metafizyczne doświadczenie, traktuje wulkany jako punkt przejścia pomiędzy światem który rozumiemy i tym, czego pojąć nie można, jako granicę między światem ludzi a światem... nieludzkim. A wszystko to z jakąś chorobliwą intensywnością charakterystyczną dla Herzoga. On patrzy światu w duszę. 


Do zobaczenia na Netflixie. 


Najgorszy film 
Tutaj oskarżonych jest dwóch: 
Invictus, Hrabia Monte Christo 


Invictus jest nudny, bez polotu i bez rugby. Jestem w szoku, że Clint Eastwood zdołał zrobić tak słaby film. W dodatku film sportowy, który nie jest ciekawy - nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe. Ok, powiecie, to biografia. I to nie sportowca ale polityka. Tylko, że ma to być biografia opowiedziana z perspektywy wydarzenia sportowego, które odegrało ogromną rolę w historii. Które zjednoczyło naród, chociaż nie miało prawa tego zrobić. Książka nie jest porywająca, ale jest zdecydowanie, zdecydowanie lepsza. Mimo wszystko jednak słaby film to jeszcze nie to samo co bezczelna próba poprawienia Dumasa. Także filmowy Nicpan wędruje do Hrabiego Monte Christo, gniota o którym dość już się rozpisałam. Zmiana motywacji bohaterów, dodanie bredni w rodzaju templariuszy, okropne zdjęcia, prymitywna muzyka... ba, za sam casting na Eugenię należałby się Nicpan. 


Wszyscy podejrzani w kolejności oglądania: 

Renfield

Ganghubai Kathiawadi

Invictus

Chłopiec i czapla

Maryla. Tak kochałam

Wandea. Zwycięstwo albo śmierć 

Opadające liście 

Into the Inferno

Fighter

Piekło '63

Muminki na Rivierze 

Bohdan Smoleń

Yooper Creoles: Finnish Music in Michigan's Copper Country

Hrabia Monte Christo 

Na rauszu

Kina i Yuk

Paddington

Paddington 2 

Czytaj dalej »

czwartek, 2 stycznia 2025

[Rachunek za] Rok 2024 - książki

Ponieważ zawsze wychodzą mi te podsumowania bardzo długie, postaram się zrobić kilka krótszych postów bardziej tematycznych. 



Patrząc na listę przeczytanych w tym roku trochę trudno mi uwierzyć, ze niektóre z nich czytałam zaledwie w styczniu tak dawno mi się to wydaje... a jednocześnie oczywiście, jakim cudem znowu trzeba zmieniać numerek w dacie? 

Co to był za rok? 
Poznałam nowych autorów, upewniłam się, że uwielbiam starych, brałam udział w klubie czytelniczym (konsekwentnie wszystkie spotkania!). Przeczytałam też parę gniotów, trochę książek mało ciekawych, nieco się zawiodłam i całkiem przyjemnie zaskoczyłam. 

Z czego jestem zadowolona? 
Przede wszystkim z odczarowania cegieł. Wciąż mnie boli męczenie jednego tekstu miesiąc, ale już nie jest tak, że w ogóle się za opasłe tomiszcza nie zabieram, że konsekwentna walka o 52 książki rocznie trochę mnie do nich na pewien czas zraziła. Nie uważam tej, eee, kultury czytelniczego zapierdolu za główny powód mojej niechęci do grubych książek, ale jest to jakiś tam czynnik. Właściwie od dawna bolą mnie książki, nie długie, ale takie, które mi zajmują dużo czasu. Bo ja tego czasu nie mam za wiele i jednak mi ciąży, że zamiast czterech książek czytam w tym samym czasie jedną. To jest głupie, ale podświadome, więc co poradzić? No, coś poradziłam. 

Z czego jestem niezadowolona? 
Oczywiście z ilości. Wiadomo, od paru lat walczę z ilościówką moją wspaniałą tabelą i systemem punktowym, jednak w tym roku mi się do tych upragnionych puntów nie udało dociągnąć. Wyszło 47,75 punktów z 33 książek (+4 komiksy +1 audiobook). Stanowczo za mało i miesięczne statystyki dobrze pokazują dlaczego: 

Wykres ze Storygrapha


dane z aplikacji Loop (Nawyki), wykres w excelu 

Paradoksalnie, w porównaniu z rokiem ubiegłym jest lepiej, ale wydaje mi się, że ta statystyka uwzględnia komiksy (październikowe szaleństwo to tak naprawdę 3x120 stron Requiem), jednak są tu miesiące straszliwej posuchy - kwiecień i maj to jakaś kompletna tragedia a czerwiec i wrzesień nie są wcale lepsze. Listopad wypada nieźle, biorąc pod uwagę, że nie czytaniem się w tym miesiącu tradycyjnie zajmuję. W sierpniu wydarzył się Hrabia Monte Christo, stąd ten rekord.

Poza tym po raz kolejny nie wyszło mi z dziennikiem czytelniczym i tym razem naprawdę ekstremalnie, bo mam w nim stronę tytułową i wklejone okładki na jednej stronie zbiorczego podsumowania. Podobnie rzecz się ma z publikowaniem czegoś w social mediach. Plany mam rzecz jasna bardzo ambitne ale biorąc pod uwagę, że regularnie zapominam nawet o istnieniu tego bloga to nie mam wielkich nadziei. 

Jeszcze garść statystyk 
Najgrubsza książka tego roku, bez zaskoczenia, Hrabia Monte Christo i jego 1420 stron. Ale jest to książka, której objętości zdecydowanie nie trzeba się bać (no chyba, że macie któreś z tych wydań wielkości lotniskowca), bo czyta się szybko. Nie była to jednak jedyna opasła pozycja w moim menu w tym roku - po piętach depczą jej Czerwony Mars (916 stron cierpienia) oraz Tajemnice zamku Udolpho (864). 

Najkrótsza książka (nie licząc Imprezy neispodzianki, która ma 28 stron ;) ) to The Missing Girl Shirley Jackson. Ogółem książek poniżej 200 stron było 8 (+1 komiks) a tych powyżej 500 stron - 7. Średnio wypada 372 strony na książkę, męczone przez 15 dni. No czyli właśnie bez szału. 

CZAS SĄDU

Kategorie nagród wybieram zgodnie z tym, co przeczytałam, a więc bardziej wymyślam kategorię do książki niż odwrotnie. Wzięłam się do roboty i oceniłam wszystkie książki przeczytane, więc mam ładne statystyki ze Storygrapha:
Rozkład nienormalny, chyba widać, że jednak było więcej dobrego niż złego ;)


Statystycznie rzecz biorąc najgorzej było w czerwcu (Dziennik roku zarazy i Imperium ciszy) a najlepiej w kwietniu (Przejście przez Morze Czerwone), natomiast ten kwietniowy wynik to raczej żart, bo to po prostu jedyna książka skończona w kwietniu a akurat była doskonała. Podchodząc do spraw mniej liczbowo, z pewnością dobrze wypadł początek roku (aż dwa Faulknery) potem sierpień spędzony z Dumasem i październik z Sullivanem (choć słabym) i Requiem (doskonałym). 


Najlepsza książka roku 2024
Przeczytałam w tym roku sporo dobrych książek. Ten wykres powyżej dość dobrze obrazuje znaczącą przewagę tekstów naprawdę bardzo dobrych. Ta grupa wysoko ocenionych jest jednak dość różnorodna i trudno nominować do tytułu najlepszej książki roku Requiem jakkolwiek bym gonie lubiła. Pierwszy album to naprawdę lektura na 5, ale w kategorii rozrywki bardzo głupiej. Dlatego po chwili zastanowienia przedstawiam państwu nominowanych: 

Światłość w sierpniu, Flagi pokrył kurz, Zmierzchanie świata, Przejście przez Morze Czerwone

Z nominacjami było jeszcze dość łatwo ale potem to już kompletnie nie mam pojęcia, co zrobić. Wszystkie nominowane książki są świetne i chociaż z jednej strony różnią się od siebie znacznei, to wszystkie poruszają podobne tematy. Wojnę, traumę, choroby psychiczne, rodzaj... izolacji od społeczeństwa. Z nich wszystkich najlżejsze są Flagi..., jest w nich dużo humoru, zabawnych postaci i epizodów, chociaż nie brakuje tam też poważnych przemyśleń. Zarówno Zmierzchanie świata Przejście przez Morze Czerwone to historie ludzi, którzy nie mogą uciec od wojny, tak samo jak bohater Światłości w sierpniu jest osaczony przez społeczną percepcję swojej osoby (lub to jak sam siebie w kontekście tego społeczeństwa postrzega) i można to porównać do tego, jak bohaterka Przejścia... nie może wydostać się z obozu koncentracyjnego. I ostatecznie to właśnie powieść Zofii Romanowiczowej zdobywa tytuł najlepszej książki przeczytanej przeze mnie w roku 2024! Choć nie ukrywam, że absolutnie wspaniałe Zmierzchanie... depcze jej po piętach, a zaraz za nim postępuje dusza atmosfera Światłości... W porównaniu dość lekka atmosfera Flag... wydaje się niemal nie na miejscu, ale to jest naprawdę, naprawdę doskonała powieść. 

Najgorsza książka roku 2024 (Nicpan 2024)
Żeby było zabawnie to tutaj już w lutym wiedziałam, kto tę nagrodę dostanie a potem pojawił się on, Łukasz Nicpan, którego imię od tego roku ta nagroda będzie nosiła. A więc, nominowani do nagrody im. Łukasza Nicpana dla najgorszej książki roku za rok 2024: 

Czerwony Mars, Zapiski z Hiroszimy, Fajerwerki nad otuliną

Czerwony Mars to własnie ten ancymon, co do którego byłam pewna, że nie zostanie zdetronizowany. A jednak myliłam się. Pierwszym pretendentem do tytułu okazał się Kenzaburo Oe (noblista!) ze swoimi Zapiskami z Hiroshimy, pozbawioną z grubsza sensu opowiastką o tym, że całe szczęście, że bomby atomowe spadły na Japonię a nie Kinszasę, bo tamci by sobie nie poradzili ani trochę. Mesjanizm narodu japońskiego, biednych ofiar II WŚ, podlany sosem z rasizmu. Nie polecam. Ale potem nadszedł on, Łukasz Nicpan i jego Fajerwerki nad otuliną
Chwilę wahałam się, jak tę nagrodę rozdysponować, aż zrozumiałam jedną bardzo ważną rzecz. Czerwony Mars to jest bardzo słaba powieść. A jednak jest to powieść. Jak bardzo mi się nie podobała to napisałam całą długaśną recenzję z memami, więc nie będę się powtarzała. Niemniej to zupełnie inna kategoria niż Zapiski, które są zbiorem tekstów prasowych - nieudanych, rasistowskich, niezbornych - brak w nich konkretnej przewodniej myśli, autor sam się gubi w swoim pierdolamento. Mimo wszystko jednak stanowią zapis jakiejś sytuacji, jakiegoś stanu mentalnego, są próbą pogodzenia się z wydarzeniem na skalę apokaliptyczną. Próbą nieudaną, z gruntu skazaną na porażkę, ale sama ta próba a może nawet i jej niepowodzenie wynikają ze zderzenia z niepojmowalnym. Fajerwerki... za to są po prostu gównem. Spermiarskim wysrywem starego dziada, który nie ma nic do powiedzenia, ale wydaje mu się, że każda banalna myśl, jaka przychodzi mu do głowy jest głęboka i poruszająca. 
Tak więc, nagroda dla najgorszej książki roku od tego momentu nazwana będzie nazwiskiem swojego najwybitniejszego laureata - Łukasza Nicpana. Gratulacje, nie pisz więcej. 


Największe odkrycie 2024
W 2024 roku przeczytałam aż 20 nowych autorów! To wypada 65%, nieźle nie? Wybranie jednak nominowanych do tytułu największego odkrycia roku nie było aż tak trudne. Chociaż jest paru autorów, którzy mnie nie zachwycili, to większość nie wywarła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Wyjątek stanowią: 
William Faulkner, Zofia Romanowiczowa

Ponownie, nie było łatwo wybrać. Faulkner mnie zachwycił, Romanowiczowa rozjechała. Z racji tego, że wcześniej o tej autorce nie słyszałam (na filologii polskiej nie wspomniano o niej ani słowem!) wydaje się, że to ona powinna zgarnąć tę statuetkę, ale chyba nie do końca o takie dosłowne odkrycie tutaj chodzi. Bardziej o znalezienie autora, którego będę wciągała jak pewien biały proszek. I tu jednak wychodzi Faulkner, szczególnie, że jego książki przeczytałam dwie, kolejne czekają w kolejce, a jeśli chodzi o Romanowiczową... trochę się boję jej kolejnych książek.Bardzo możliwe, że po dalszych lekturach zmienię zdanie, ale na razie, 1 stycznia 2025 roku, odkryciem 2024 zostaje William Faulkner


Największe rozczarowanie 2024
Staram się trzymać swoje oczekiwania na uwięzi, więc chociaż wiele książek może mi się nie podobać, to rozczarowana jestem rzadko, dlatego sama jestem zaskoczona ilu nominowanych udało mi się zebrać: 

Invictus, Problemski Hotel, Zapiski z Hiroshimy, Prawdziwa historia czekolady, Drumindor

Invictus jest książką bardziej o Mandeli niż o rugby i tutaj rozczarowanie to raczej moja wina, nie autora. Sama książka jest zresztą dobra, może nie tak porywająca, jak mogłaby być, ale godna uwagi (i zdecydowanie lepsza niż ekranizacja). Problemski Hotel to próba napisania edgy reportażu przez kogoś, kto nie tylko nie jest edgy, ale w ogóle czarny humor go oburza. Left can't meme/10 Rozczarowanie przede wszystkim dlatego, że jest tu doży potencjał, który wywala się na ryjek. Nie załapał się na nominację do Nicpana 2024 bo nawet na to jest zbyt... nijaki. Prawdziwej historii czekolady odpuszczam ze względu na historię powstania tej książki - autorka zmarła w czasie pracy nad nią i dokończył to jej mąż. Też znawca tematu, ale ewidentnie mniej nim zajarany, no i biorąc pod uwagę okoliczności trudno wymagać od niego entuzjazmu. Zapiski z Hiroszimy opisałam przy Nicpanach. Ten temat zasługuje na o wiele lepszą książkę. I w ten sposób przechodzimy do zwycięzcy - Drumindoru Michaela J. Sullivana. Ten autor niestety ostatnimi czasu zawodzi częściej niż nie. I nie, nie nastawiałam się na tę książkę jak gracze na Cyberpunka 2077, ale od Sullivana wymagam pewnego poziomu, poziomu, do któego nie udało się doskoczyć. Bardzo widać, że to książka napisana niejako na kolanie, szybko wypchnięta w świet (kickstarter) i że zabrakło jej porządnego leżakowania w szufladzie i redakcji. W wielu miejscach to jest dziadowski fanficzek, który spłyca i ośmiesza związek Roysia i Gwen i budzi to mój gniew. 

Największe zaskoczenie 2024
I na koniec kategoria pozytywna, odwrotność poprzedniej: coś, po czym nie spodziewałam się nic, albo zgoła rzeczy strasznych a okazało się super. Nominowani:

Czarna Ambrozja, Dzikowy skarb, Tajemnice Zamku Udolpho

Nie są to wszystkie książki, które podobały mi się bardziej niż zakładałam, ale taka Światłość w sierpniu to raczej był zachwyt roku 2024 a nie zaskoczenie. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czego się spodziewać po Dzikowym skarbie, ale jest we mnie jakaś obawa przed powieściami historycznymi, chociaż chyba wszystkie, które czytałam mi się podobały. Winię Historię żółtej ciżemki. Niemniej nie spodziewałam się, że to będzie aż tak dobra powieść przygodowa, w dodatku historia Polski jest tu przedstawiona w sposób należycie fascynujący. Ujmujący bohaterowie (Zbrozło, coś między Batmanem a Gandalfem FTW xD), wartka akcja, ważne postacie wydarzenia historyczne przeplecione z osobistymi przygodami postaci fikcyjnych. Klasa. Jara mnie, że ten cykl jest dłuuuugi. Tajemnice zamku Udolpho próbowałam kiedyś przeczytać i nic z tego nie wyszło, dlatego podchodziłam trochę jak pies do jeża, ale okazało się, ze zupełnie niepotrzebnie. Książka choć długa czyta się świetnie. Co zaskoczyło mnie najbardziej? To że sentymentalizm nie jest tu egzaltowany i w ogóle nie przeszkadza, przepiękne opisy przyrody oraz to, że... nie ma tu żadnych elementów nadprzyrodzonych. Ann Radcliffe była cholernie racjonalną osobą, jak się okazuje. Te dwie świetne książki muszą jednak ustąpić Czarnej Ambrozji. Horror z rozkosznie paskudną okładką, zgarnięty na targach książki za, bodaj, 15 zł, niemal dosłownie książka z kosza a tu... szok. To jest absolutnie rewelacyjna książka o wampiryzmie. Oryginalna, fascynująca, z nieświadomie zmieniającą się w wampira bohaterką. Rewelacja i zdecydowanie największe zaskoczenie 2024. 

Brukselka w czekoladzie dla najgorzej wydanej książki 
Szeroka kategoria, do której można trafić za bardzo różne grzeszki. Nominowani:

Vesper, za Czerwony Mars, Rebis za Imperium ciszy, PIW za Tajemnice zamku Udolpho

Z tłumaczeniami u Vespera jest bardzo różnie. Czasem mamy coś świetnego (Pan ciemności) czasem trafia nam się Czerwony Mars. Książka gruba i nudna, trochę mnie nie dziwi, że nie chciało się nikomu robić nowego tłumaczenia, natomiast wypadałoby, żeby to tłumaczenie przeczytać. Błędy są tu tak ko(s)miczne, że nie trzeba nawet porównywać z oryginałem, żeby widzieć że dzieją się tu rzeczy, które nie śniły się nawet google translate. Geologicznej redakcji też najwyraźniej zabrakło. PIW w Tajemnicach zamku Udolpho popełnił inny wydawniczy grzech: błyszczący papier, na którym druk wydaje się szary i jest tylko jeden dość dziwny kąt pod którym można to jako-tako przeczytać a do tego waży tonę. Inne książki w tej serii mają normalny papier, nie wiem, co tu się odjaniepawliło, ale naprawdę fizyczna forma tej książki uparcie utrudniała czytanie. 
Zwycięzca może być tylko jeden i jest to Imperium ciszy, które łączy w sobie wady pozostałych nominowanych. Fizyczna forma Imperium... sprawiła, ze dołożyłam je na miejsce zanim jeszcze na dobre wzięłam je go ręki. Już tam chrzanić paskudną oładkę, ale format lotniskowca i niewiele mniejsza waga sprawiają wrażenie jakiegoś mało śmiesznego żartu. A to zupełnie nic w porównaniu z "tłumaczeniem", gdzie autorowi się pomyliła porcelana z chinami, gdzie tłumacz zapomniał o istnieniu rodzaju nijakiego i pomijał sobie akapity, które mu nie pasowały do błędów, które popełnił wcześniej. Poziom wydania tej książki jest skandaliczny. 

No i na koniec łapcie jeszcze rozpiskę wszystkich przeczytanych w tym roku:
za: Storygraph

2025?

Nie mam żadnych ambitnych czy nawet konkretnych planów na ten rok. Chciałabym na pewno czytać więcej, w tym więcej fantastyki, bo tej było w 2024 zdecydowanie za mało. Poza tym klub PIWu, Wojny wikingów, Cykl Piastowski... no i znowu mi się fantastyka nie zmieści, ech. No ale działam, mam nadzieję, że uda się więcej czytać i tyle. Czego i Wam życzę. 




Czytaj dalej »

sobota, 30 marca 2024

[Rachunek za] Marzec 2024

Ja to napisałam chyba jeszcze w marcu i byłam przekonana, że to opublikowałam. I tak sobie weszłam na koniec kwietnia napisać podsumowanie kwietnia i odkryłam, że nie, nie opublikowałam tego. A potem napisałam podsumowanie kwietnia i też go nie opublikowałam xD Proszę bardzo, oto odgrzewany kotlet. 

Książki

"Zmierzanie świata" 9/10

Niesamowita rzecz. Obawiałam się trochę, jak Herzog - w końcu filmowiec - poradzi sobie z formą powieściową, ale wyszło świetnie. Jest w tym dużo ze scenariusza filmowego, ale nie złym sensie. Wszystko opisane jest skrótowo, ale jednocześnie bardzo obrazowo (świetna scena zamykania drzwi). Punktem wyjścia jest dla nas historia Hiroo Onody, japońskiego żołnierza, który walczył w drugiej wojnie światowej jeszcze w latach 70. Z pewnością o nim słyszeliście, nawet jeśli niezbyt wiele. To jednak tylko miejsce startu do rozważań nad wiecznością, nad oniryczną naturą samotności, nad paranoją i siłą nawyku. 


Panowie północy 7/10

Wróciłam do tej serii! Co oznacza, ze nawet mogę sobie skreślić jedną pozycję na mojej liście na ten rok! Sam Utred, jak to Utred - solidna przygodowa powieść historyczna, fajne postacie, trochę humoru, zwroty akcji, bitwy, pościgi, głębokie średniowiecze - czego tu nie lubić? To jedna z tych książek, co na koniec dnia człowiek wpisuje w storygrapha ile przeczytał i się okazuje że znacznie więcej niż mu się wydawało. 


Pieśń miecza 7/10

Właściwie - jak wyżej. Tutaj znalazłaby się nawet jedna postać, którą naprawdę polubiłam. Autor fajnie wykorzystuje przesądność bohatera do wprowadzania elementów pozornie fantastycznych (a przynajmniej takie są w oczach Utreda i jego ziomków), do tego - jak zawsze - dobrze pokazuje położenie Utreda między światami (Sas wychowany przez wikingów; walczący po stronie Sasów, ale jednak z dużą słabością do wikingów) i pozwala każdej ze stron mieć cechy pozytywne i negatywne (Eryk chociażby jest tu najporządniejszy a Aethelred to straszliwe ścierwo, ale też ten sam Aethelread nie jest już taki ostatni i coś tam potrafi). 


Generalnie jak ktoś lubi przygodowe fantasy to mu się "Wojny wikingów" spodobają. A mnie zostało jeszcze 9 tomów, to może dziabnę sobie po jednym miesięcznie... 


Problemski Hotel "Left can't meme"/10

Nie pykło. 
Są w tej książce świetne fragmenty, ale wiele jest irytujących. Przede wszystkim nie śmieszy mnie to, co śmieszy autora: humor opiera się na sprzecznościach, na absurdach, a tam gdzie autor tę sprzeczność widzi, ja jej nie dostrzegam. Absolutnie irytująca jest roszczeniowa postawa bohaterów, których oburza, że kiedy nielegalnie przybywają do jakiegoś kraju dostają używane ubrania i zabawki i nie są zakwaterowani w pałacu, bo im się ten pobyt w Belgii po prostu należy. 
Miejscami jest też obrzydliwie i właściwie nie widzę po co. To chyba też ma być taki humor, taki szok dla domyślnego czytelnika - wypindrzonego lewicowca-banana, którego ma poruszyć, że o nielegalnych imigrantach można powiedzieć coś innego niż że to inżynierowie i lekarze. Brakuje w tym autentycznego humoru. 
Spora część tej książki jest dość wymuszona, ten cyniczny styl autorowi wyraźnie nie leży (choć być może to kwestia tłumaczenie) i myślę, że całość byłaby znacznie lepsza, gdyby autor zajął się przedstawieniem historii swoich bohaterów (w jakimś stopniu wzorowanych na prawdziwych osobach, które spotkał) a nie swoją dejową ideologią. Zamiast pokazać prawdziwe ludzkie tragedie, podkreślając je czarnym humorem dostajemy coś zrobionego bardzo na siłę. Mam wrażenie, że autora nie bawią jego własne żarty, nie do końca widzi co tu ma być śmieszne i nie trafia w cel. Więcej brutalnej prawdy o świecie można znaleźć na 9gagu. 


Przeklęty bębenek 6/10

Ech. Opowiadania zawarte w zbiorze "Piekło w butelkach" bardzo mi się podobały. "Blaszany bębenek" to najsłynniejsze dzieło tego autora... I jest marne :/ Może to zawsze być jeszcze kwestia tłumaczenia, więc zostawiam jakiś tam margines błędu, ale tak naprawdę nie do końca wierzę, że tłumaczenie poprawiłoby pewne fabularne problemy. Ot chociażby motyw napalonej sado-masochistki, mhm, nie dziękuję. Tak samo zmieniająca się tożsamość jednego typa - to naprawdę nie były tak sprytne zwroty akcji, jak się najwyraźniej autorowi wydawało. Przede wszystkim jednak brak w tym tekście klimatu. 


Filmy

Into the Inferno 9,5/10

Doskonały film dokumentalny Wernera Herzoga na temat wulkanów. Na temat tego, jaką rolę pełnią dla ludzi w równych kulturach, jakie stanowią przejście do świata wymykającego się naszemu pojmowaniu. Herzog pozwala się wypowiedzieć swoim rozmówcom i nie dodaje własnego komentarza. Nie daje odpowiedzi, nie stawia nawet pytań. Pokazuje pewien wycinek świata i zostawia nas z tym, co nam pokazał. Piękna rzecz. 

Jest na netflixie, więc nie macie wymówek. 


Fighter "Lepsze niż airshow w Lesznie"/10

Indyjska patriotyczna ramota z gwiazdorską obsadą (Hrithik Roshan, Deepika Padukone). Technicznie zrobione jest to bardzo ładnie, samoloty latają, prawa fizyki nie obowiązują. Co muszę oddać twórcom, to że wykorzystują od dawna nieobecny w zachodniej kinematografii motyw tego, że główny bohater ma, uważajcie, wady. I coś w przeszłości mocno spierdolił i go to teraz gryzie. Oczywiście, wiadomo, będzie mógł te grzechy odkupić, ale trochę go to będzie kosztowało. 

Fabularnie mamy do czynienia z Dzielnymi Indyjskimi Pilotami, którzy będą walczyli ze Złymi Pakistańczykami. A są ci Pakistańczycy tak źli, jak jacyś złole z Marvela, albo i gorzej. Natomiast, wiadomo, łzy wzruszenia się cisną jak człowiek patrzy na naszych dzielnych chłopców. I dziewczynę, no bo mamy dziewczynę i jest tu całkiem ładnie zrobiony motyw równouprawnienia (Bohaterka idzie do wojska wbrew woli rodziców, którzy ją wydziedziczają, ale oczywiście potem Hrithik robi pod ich adresem taki Maślany Ryj, że rozumieją, że Matuszka India jest ważniejsza niż mąż i dzieci; natomiast sama bohaterka jest po prostu kompetentna i nikomu nie musi nic udowadniać, szczególnie kosztem swoich kolegów). Czyli jednak można. 

Ogółem... nie zrozumcie mnie źle, to nie jest jakiś szczególnie dobry film i jeśli macie ochotę na indyskie patriotyczne filmidło, to zdecydowanie bardziej polecam "Laakshię" (też z Hrithikiem Roshanem, który ma tam rewelacyjne sceny tańczone). Ale jak lubicie samoloty i nie przeszkadza wam że towarzyszy im dość absurdalne otoczenie, to oczywiście można. Myślę też że większe wrażenie ten film robiłby w kinie (najlepiej w Imaxie, chociaż przy tym metrażu to chyba oczy do wymiany), bo na telewizorze sceny latane nie były tak porywające jak zapewne miały być (no i fakt jak są absurdalne nieco wybija z zaangażowania, co wcale nie jest takie oczywiste w przypadku filmów indyjskich, bo one potrafią odstawić taki ekwiwalent walk bokserskich w Rocky'm - niby za bardzo, ale człowiek się angażuje bez pamięci). Jak to powiedziała moja siostra: Lepsze niż airshow w Lesznie. 

Jedno, co wiem na pewno, to że pewien cytat zostanie ze mną na zawsze, ponieważ jest to pocisk właściwie nuklearny: "Pakistan może być twoim ojcem ale Indie zawsze będą moją matką". 

(w ogóle twórcy podjęli dziwną decyzję, żeby Hrithik tańczył w scenach zbiorowych i wyszło jak zawsze - Hrithik sobie, dookoła przypadków przechodnie, chociaż przecież ci ludzie naprawdę potrafią tańczyć. Po prostu przy Hrithiku każdy wygląda jak paralityk)


"Piekło '63" 8/10 

Bardzo solidny film. Masa świetnego humoru, bardzo fajne postacie. 

Jedyny minus to kompletnie bezsensowna personalizacja zamieci, która... No nie wiem, może w tym jest jakiś żart słowny, który ma sens. 

Rzecz jest o wyścigu łyżwiarskim, oparte na faktach. Kilkoro bohaterów z różnych powodów bierze udział w Wyścigu Jedenastu Miast - bagatela 200 km na łyżwach, po rzekach, kanałach i jeziorach. Motywacje mają różne. Od osobistej satysfakcji po upamiętnienie zmarłego ukochanego czy zdobycie pożyczki na wykup gospodarstwa rodziców. No a potem, to już wiecie - jedziemy. W mrozie poniżej 18 stopni, wbrew rozmaitym przeciwnościom, począwszy od braku łyżew po ścigające za dezercję wojsko. Wszystko to doskonale łączy bardzo poważne niekiedy motywacje bohaterów z dużą ilością humoru. 

Jak to film o sporcie - wciąga. 


Seriale 

Shogun 

To jeden z tych niewielu seriali, gdzie po prostu śledzisz historie, a nie co chwila krzywisz się bo coś nie działa. Gdybym oglądała to sama, to pewnie wciągnęłabym całość na raz, no, z przerwami na pracę. Jedyny wyraźny problem to tragiczna decyzja by angielski był angielskim *i* portugalskim. To jest nie tylko głupie, to dodatkowo kompletnie nie działa bo za cholerne nie wiadomo w którym języku bohaterowie aktualnie się porozumiewają. Rozumiem tę decyzję z punktu widzenia... Producenta oraz rynku amerykańskiego, który nie umie czytać, ale artystycznie jest straszliwe. Poza tym jednak - świetna rzecz.


6 Nations 

Dokument o Turnieju Sześciu Narodów. Nie powiedziałabym, żeby rzecz była jakaś wybitnie porywająca, ale fajnie przybliża zawodników i trenerów. Bohaterowie zostali dobrze wybrani, mają ciekawe historie i/lub osobowości, świetne jest też to, że dostajemy perspektywę każdej z drużyn. Jak ktoś lubi rugby, to niech obejrzy. Dla laika jednak nie wiem, czy będzie interesujący.  


Zaczęłam też oglądać "Człowieka, który umarł" na podstawie powieści Tuomainena. Serial fiński, jak na razie (po jednym odcinku) - trzyma poziom. 


Targi Książki w Poznaniu 

Melduję, że strategia segregacji nastolatek od reszty uczestników zadziałała wspaniale, było znacznie, znacznie lepiej niż w latach ubiegłych, nie dało się podejść do może dwóch-trzech stoisk, gdzie sprzedawano te pornusy dla nastolatek popularne tytuły, poza tym było zupełnie normalnie. Cały ten okropny kolejkon, który uniemożliwiał normalne uczestnictwo w targach został ograniczony do dwóch "Stref Autografów". Wspaniałe rozwiązanie, mam nadzieję, ze zagości na dłużej. 

Poza tym, same targi... jak zawsze kłuje w oczy nieobecność PIWu, niestety w tym roku nie przyjechał też Marpres. Było za to Claroscuro z niezastąpionym Juanem Diego, który jak nikt potrafi namówić do kupienia kolejnej książki. Wielkie wrażenie jak zawsze od paru lat robią publikacje dla dzieci, w tym roku najpiękniejsze przywiozło wydawnictwo Tatarak. 

Osobiście najbardziej cieszę się z tego, że dość przypadkiem i z obowiązku podeszłam do stoiska Scream Comics (obchodzę wszystko, ale komiksów zachodnich nie czytam) a tam czekało na mnie POLSKIE WYDANIE "REQUIEM: CHEVALIER VAMPIR". Na razie pierwsze dwa tomy w omnibusie w dużym formacie i z twardą oprawą, ale już mi się łapy trzęsą na kolejne. 

Czytaj dalej »

niedziela, 4 lutego 2024

[Rachunek za] Styczeń 2024

Nowy rok, nowe rozczarowania. 

Nie no, poważnie mówiąc nie było tak źle. Były za to równe zaskoczenia. Przede wszystkim to jak dużo w tym miesiącu obejrzałam, szczególnie kiedy porównać to do niespecjalnie pozytywnych osiągnięć czytelniczych. Zazwyczaj styczeń to ten Leosia gdzie pożeram najwięcej książek w ciągu roku a tutaj wypadło mizernie. 

Obejrzałam za to filmy, seriale, kreskówki, seriale dokumentalne... Jakiś szał mnie opętał, nie ukrywajmy - częściowo w związku z tym że znowu staram się podrzucać trochę ciężarów, a bez czegoś co odciągnie moja uwagę od tam nudnej czynności nie miałoby sensu nawet próbować. 


Książki 

Światłość w sierpniu 9/10

Moje pierwsze spotkanie z Faulknerem, wszystko w ramach odkrytych w ostatnich latach brakach w klasycznej literaturze amerykańskiej. Wydaje mi się to o tyle dziwne, że przecież popkultura przesiąknięta jest wszystkim made in USA a jakimś cudem ominęła mnie ta bardziej wartościowa cześć. 

Byli już Steinback (przed tą całą akcją, coś jeszcze przeczytam, ale raczej w oryginale), Melville (wspaniały), był Hemingway (bardziej interesujący stylistycznie niż fabularnie, ale jeszcze wrócę do niego), przyszła pora na Faulknera, szczególnie że polski rynek wydawniczy jakoś sobie o nim przypomniał ostatnio i wychodzą nowe tłumaczenia. Skusił mnie oczywiście Płaza, ale jakoś tak wyszło, że pierwsza wjechała "Światłość w sierpniu" w tłumaczeniu Piotra Tarczyńskiego. To tłumacz dotąd mi nieznany, ale coś czuję że się zaprzyjaźnimy, bo ten polski Faulkner jest wspaniały. Kontrowersyjne decyzje edytorskie początkowo mną wstrzasnęły, ale jakimś sposobem to działa, płynie się przez te prozę. W tym kontekście bardzo ciekawi mnie jaki jest Faulkner Płazy. Wjeżdża na klub czytelniczy PIWu już za dwa tygodnie więc biegnę czytać. 

Sama "Światłość..." za to... Nie wiem. Generalnie nie lubię modernizmu. Nie tak że mam coś o niego jakieś konkretne zarzuty, bo prostu jakoś nie możemy się dogadać. Faulkner więc mnie skonfundował, bo to niby coś, czego nie lubię, ale podobało się. I co zrobię, nic nie zrobię. Czy mnie ten tekst zachwycił? Bardziej pewnie językowo niż teściowo, ale to też nie tak, że to tylko ładna buzia. Lektura pozostawiła mnie z poczuciem, że powinnam przeczytać więcej, żeby sobie wyrobić zdanie. Czego i wam życzę. 


Invictus. Igrając z wrogiem 7/10

To tak w ramach mojej aktualnej fascynacji rugby. Spodziewałam się książki bardziej o rugby właśnie, podczas gdy jest to książka o Mandeli. Nie czyni jej to zaraz złą, dowiedziałam się sporo i chciałabym dowiedzieć się więcej. Mniej może o samym Mandeli, ale więcej o RPA i jej historii. 


Czerwony Mars (kurwa jaka chujnia)/10 

Na tym u płynęła mi połowa miesiąca i wciąż nie skończyłam, ale skończę, bo chce z czystym sumieniem pisać wszędzie głośno i wyraźnie jaka ta książka jest słaba po absolutnie każdym względem. Tam jak zwykle uważam że każdy powinien sam wyrabiać sobie opinie tak tę śmierdząca kupę gówna radzę omijać. 


Filmy:

Renfield 8/10

Czy może być coś lepszego niż Nicolas Cage jako Drakula? Wspaniały to był film, dał mi wiele radości i szkoda właściwie, że to pełny metraż a nie jakiś serial proceduralny, bo jest tu bardzo duży potencjał. 

To co "Renfield" robi dobrze to natychmiastowe pozbycie się jakichkolwiek pretensji do powagi czy realizmu. Rządzi się logiką kreskówki, w tym aspekcie blisko mu do South Parku. Całość jest dobrze zagrana a Nicolas jest po prostu doskonały. 

Czy to wybitne dzieło, które zmieni wasze życie? Nie, ale to przyjemna komedia do obejrzenia ze znajomymi. 


Gangubai Kathiawadi 9,5/10

Najlepszy film zeszłego roku. Obejrzany raz jeszcze, bo chciałam go komuś pokazać. Nic nie traci przy kolejnym oglądaniu. A może nawet zyskuje. Przepiękny, Alia Bhatt to chyba moja nowa ulubiona bolywoodzka aktorka. 


Invictus 5/10

Ależ to było słabe. Zainspirowana lekturą (oraz nowo odkrytą miłością do rugby) postanowiłam w końcu obejrzeć film Eastwooda. I to chyba jego najsłabsze dzieło. W gruncie rzeczy pochwalić tu można chyba tylko casting, szczególnie jeśli chodzi o ochroniarzy Mandeli, tam rzecz zadziałała. Przede wszystkim jednak scenariusz jest tu słaby jak barszcz, chaotyczny, bez napięcia, pomija bardzo fajne fragmenty książki (a więc zakładam - prawdziwej historii, nawet jeśli odrobinę podkolorowanej) - chociażby nauka hymnu, która w książce jest sukcesem a tu popisem fochów; właściwie zupełnie pomija rugby, dostajemy różne wyrwane z kontekstu sceny z życia Mandeli, z których żadna nie ma w sobie nic interesującego a końcowy mecz przedstawiony jest żałośnie. Jestem naprawdę zaskoczona nie tylko dlatego, że generalnie lubię Eastwooda, ale przede wszystkim dlatego, że to powinien być film sportowy a spartolenie filmu o sporcie jest naprawdę sztuką. A już szczególnie rugby, które jest tak dynamiczne. I nie mówię tu, żeby wyciąć Mandelę, wręcz przeciwnie, ale można było o zjednoczeniu RPA opowiedzieć znacznie ciekawiej, dynamiczniej i właśnie przez pryzmat sportu, który - sama ta historia tego dowodzi - może mieć potężne oddziaływanie społeczne. 

To jest historia o zmianie nastawienia. Nastawienia Czarnych do sportu Białych, ale też tych żyjących obok siebie, ale tak różnych ludzi do siebie nawzajem. I ta zmiana pokazana nam jest w formie jakichś przerywników, gdzie postacie, których nie znamy i o których nic nie wiemy nagle w połowie meczu zaczynają klaskać. Niektóre z nich są nieco lepsze (scena, w której chłopiec dostaje koszulkę Boksów i odmawia jej przyjęcia), ale generalnie padają płasko na ryjek. Tak samo scena, w której reprezentacja idzie uczyć dzieci grać w rugby... nie zawiera wyjaśnienia zasad, a mam wrażenie, że żenujące przedstawienie meczu na koniec wynika z obawy, że widz i tak nie zrozumie o co chodzi. Dostajemy więc jakiś montaż, z którego niewiele wynika, a myślę, że to powinna być emocjonalna scena. Generalnie ta zmiana nastawienia społeczeństwa do nadchodzących mistrzostw, do rugby, do afrykanerów - ona jest nam przedstawiana w formie oderwanych od siebie scen, gdzie w ogóle nie czuć upływu czasu i w których uczestniczą postacie, których nie znamy i które nic nas nie obchodzą. 

Jak boga kocham to jest chyb jedyny film okołosportowy jaki widziałam, który tak bardzo mi się nie podobał. I nie, nie ma znaczenia, że to niby jest bardziej biografia Mandeli, bo jako film biograficzny też się nie sprawdza, bo my się niczego nie dowiadujemy o Mandeli. A sceny z córką to chyba nie da się specjalnie zrozumieć, jak się nie wie kto, co, dlaczego i jak. 

Nie polecam. 


Chłopiec i czapla 9,5/10

Nagroda dla najlepszego filmu 2025 już chyba przyznana. Czwarty (bodaj) ostatni film Miyazakiego dowozi, oj jak dowozi. Jeśli Miyazaki zamierzał robić te swoje "ostatnie" filmy, póki nie stworzy dzieła doskonałego, to "Chłopiec i Czapla" faktycznie będą ostatnim jego dziełem. Mam wrażenie, że tym razem reżysera nie powstrzymywało już nic, żadna potrzeba dostosowywania się do odbiorcy, do jakichś konwencjonalnych zasad logiki czy scenopisarstwa. Ta historia płynie swoim rytmem, onirycznym korytem baśniowej logiki. Jest mrocznie, jest strasznie, jest miejscami komicznie - i jest to taki nerwowy śmiech przez łzy. Są słodkie stworki, jest przemoc, jest latanie, ogień, wojna, ptaki wszelkich kształtów, jest zdarzenie dorastającego chłopca ze światem - i jest rozliczenie się starego człowieka ze wszystkim co zbudował i co popadnie w ruinę po jego śmierci. Jest w tym filmie niepewność i gorycz, niepokój, nadzieja zderza się z nieuniknionym, dobre intencje wypacza ponura logika rzeczywistości. 

To nie jest banalna historyjka z trzyaktową strukturą (zresztą obcą japońskiej kulturze), fabułą i wyłożonym na talerzu przesłaniem. To jest historia prawdziwa jak życie, płynie jak rzeka, rozmywa się na krawędziach - tak jak płynna, rozedrgana, rozmywa miejscami staje się animacja. Początkowa scena, w której Mahito biegnie przez zbombardowane płonące miasto to prawdopodobnie najlepsze, co w życiu widziałam. Poza tym mamy wręcz orgazmiczną dbałość o detale, o takie drobne szczególiki, jakimi nigdy animatorzy się nie przejmują. Każde otwarcie i zamknięcie drzwi to tutaj rytuał, powolny, pełen drobnych kroczków i zbytecznych gestów. Żadna stopa tak po prostu nie dotyka podłogi, za każdym razem widzimy, jak przenoszony jest na nią ciężar ciała. 

A do tego ta muzyka. Tak, to znowu jest Hisaishi, ale jak inny od tego, do czego nas przyzwyczaił. Tak poważny, mroczny, niepokojący nie był chyba nigdy. Jest minimalistycznie a jednocześnie tak przejmująco. Zresztą sami posłuchajcie: 




Maryla. Tak kochałam 7/10

Film dokumentalny o Maryli Rodowicz. Obejrzałam, bo liczyłam, że pojawi się w nim Daniel Olbrychski i się nie zawiodłam. Jeśli nie macie pojęcia jakim pociesznym narcyzem jest Daniel, to się dowiedzcie, bo każda wypowiedź tego chłopa dostarcza mi wiele radości. Sam dokument jest całkiem sprawnie zrobiony, przedstawia życie Maryli w formie jej wypowiedzi oraz wywiadów z różnymi osobami, które spotkała na swojej drodze - a chyba nie ma osoby, która się nie zgodzi z tym, że talent talentem, ale Rodowicz miała niesamowite szczęście do współpracy z wybitnymi muzykami i poetami. Osobiście wolałabym, żeby w filmie było więcej muzyki, ale myślę, że nie pozwoliły na to ograniczenia metrażowe.  


Seriale:

Mask Girl 8/10

Obejrzałam drugi raz, bo pokazywałam komuś. Za drugim razem traci wyraźnie. Nie dlatego, ze zaczyna dostrzegać się niedociągnięcia, ale po prostu cała ta niewiarygodna narracja nie działa, kiedy się wie, że jest niewiarygodna, podobnie zwroty akcji. Generalnie wciąż bardzo polecam ten serial, ale nie jest to materiał na wielokrotne seanse. 


Tulsa King 10/10

Wow. To dla tego serialu zaczęłam płacić za skyshowtime i tak płaciłam chyba że dwa lata bez obejrzenia tam jednej rzeczy, aż w końcu nadszedł ten czas. I wiecie co? Nie żałuję że wyrzuciłam tyle pieniędzy na usługę z której nie korzystałam bo "Tulsa King" jest wspaniały.

Jak być może wiadomo, żywię głębokie przekonanie że Stallone to najbardziej niedoceniany człowiek w Hollywoodzie. I jak Boga kocham twórcy Tulsa King chyba podzielają moje przekonanie. Przede wszystkim każdy kto wie trochę o możliwościach Slya od razu zauważy, że ten serial, ta rola, zostały napisane pod niego. Od początku do końca, tak by wykorzystać jego możliwości. Stallone doskonale sprawdza się w komediach, więc humoru tu jest co nie miara. Jest też doskonały dramatach, mamy więc dramaty. Nie może się też obyć bez monologu, bo Stallone jest mistrzem monologu (world ain't unicorns and sunshine). Reszta obsady nie zostaje w tyle. Czy to młody szofer, czy właściciel baru dla kowbojów czy ekipa handlująca ziołem, przyjaciele, wrogowie, statyści - wszyscy dają radę. Na szczególną uwagę zasługuje aktorka grająca córkę głównego bohatera, która może nie jest do niego podobna ale *gra* podobną.

A o czym w ogóle mowa? Dwight Manfredi, gangster starego typu odsiedział 25 lat za morderstwo (ogółem wziął na siebie grzechy Rodziny). Kiedy jednak wychodzi z pierdla, zamiast wdzięcznego tłumu czeka go... wygnanie. W Nowym Yorku nie ma dla niego miejsca, ale proszę, oto Tulsa w Oklahomie, pojedziesz tam, rozkręcisz mafijny biznes, praktycznie będziesz na swoim, tylko nam płać mały haracz i będzie git. Dwight nie jest zadowolony, ale co ma zrobić, jedzie i rozkręca. Zderzenie oldskulowego mafioza z nowoczesnym życiem na prowincji jest źródłem masy przezabawnych sytuacji (Stallone błyszczy), przeszłość i skutki długiej odsiadki oraz pewnych decyzji prowadzą do dramatycznych sytuacji (Stallone błyszczy). Kiedy trzeba zawalczyć o swoje Stallone... no wiecie.

Ten serial jest wspaniały. Dopracowany w każdym szczególe, świetnie zagrany, pomyślany, napisany, zrealizowany. Zarwałam nockę, żeby obejrzeć go (prawie, jednak odpadłam na ostatnie 2 odcinki) za jednym zamachem, bo nie sposób się od niego oderwać. 

Prawdopodobnie najlepszy serial jaki zobaczę w tym roku. 


Forst 3/10

Obejrzałam pierwszy odcinek, bo chciałyśmy zobaczyć cameo Remigiusza Mroza. Nie było łatwo, serial test tragiczny, a widziałam w recenzjach, że również w porównaniu do książek wypada słabo. Najjaśniejszym punktem jest tam właściwie Szyc - a nie lubię Szyca - poza tym mamy koszmarne dialogi, drewniane aktorstwo, dziwaczny scenariusz oraz przede wszystkim nieustanną mgłę - zarówno na zewnątrz, jak i w pomieszczeniach tak że zwyczajnie oczy bolą od patrzenia na to, a sensu specjalnego w tej decyzji nie widzę. Tak naprawdę Remigiusz Mróz grający trupa był najlepszy. 


Tajemnice Polskich Morderstw 8/10

Sprawnie zrealizowany serial dokumentalny o - jak sam tytuł mówi - polskich morderstwach. Autorzy fajnie wybrali sprawy oraz osoby, które o nich opowiadają, generalnie solidna rzecz, polecam.  


Pamiętnik gwałciciela 8/10

Kolejny polski serial true crime, tym razem o gwałcicielu, który grasował we Wrocławiu. Tytuł bierze się z tego, że nasz sprawca prowadził dokładne zapiski na temat swoich zbrodni łącznie z rysuneczkami patyczaków przedstawiającymi pozycje w jakich gwałcił swoje ofiary. Sprawnie zrobiony dokument, polecam. 


Escaping Twin Flames 8/10

Kolejny serial dokumentalny, ale tym razem o bardzo dziwacznej sekcie. Wszystko oparte jest na jakimś newage'owym pieprzeniu o bratnich duszach (bliźniaczych płomieniach), a tak naprawdę chodzi o wyciągnie ze zdesperowanych debili kasy na kursy bycia szczęśliwym. I już na tym etapie to brzmi paskudnie, ale to wcale nie jest koniec, bo gdyby to było zwykłe oszustwo to można by się rozejść do domów bez kręcenia seriali dokumentalnych. O nie, tutaj jest znacznie grubiej. Ohydnie. Polecam. 


Bad Surgeon (O CIE PANIE)/10

Lubię true crime i różne medyczne historie, więc ten serial wpasował mi się w gusta idealnie. Wyobraźcie sobie genialnego chirurga, chirurga gwiazd i chirurga-gwiazdę, włoskiego geniusza, który równie dobry co w rewolucjonizowaniu medycyny jest w podrywaniu. Tylko co, jeśli chłop jest oszustem? A nawet gorzej - gdyby był po prostu oszustem, to podobnie jak w przypadku Twin Flames konsekwencje jego działań nie byłyby tak tragiczne. 

Przerażająca historia o mocno zaburzonym i bardzo niebezpiecznym człowieku. Bardzo polecam. 


American Nightmare 7/10

Kolejny serial true crime (ja jego oglądam jak podnoszę ciężary, dlatego tyle tego) Denise zostąła porwana w okolicznościach tak dziwacznych, że nikt jej nie wierzy i sama staje się oskarżoną. Faktycznie dość przerażająca perspektywa.  


Hazbin Hotel (Hide your pain Harold)/10

Nowe dziecko Vivienne Medrano, tej o Helluva Boss. Mam bardzo mieszane odczucia. Przede wszystkim jest tu stanowczo, stanowczo za dużo piosenek, szczególnie, że wszystkie są praktycznie na jedno kopyto. W dodatku cały scenariusz, mimo dorosłych treści, pisany jest bardzo kreskówkowo. Wszystko mamy podane na tacy i to w dodatku błyskawiczni, żaden problem nie ma czasu zaistnieć i się rozwinąć, wybrzmieć - natychmiast dostajemy jego rozwiązanie. Ta fabuła to bardziej taka była na pełen (22 odc.) sezon, a nie 8 króciutkich odcineczków w dodatku w połowie zmarnowanych na śpiewanie. W dodatku humor jest mocno oparty na tym, że postacie okazują się żałosne a już pomijając że mnie to nie bawi do przede wszystkim jest to na jedno kopyto. Są tu fajne elementy i jest potencjał, ale generalnie raczej się zawiodłam. 


Six Nations (5+2)/10

Jeszcze mi zostało parę odcinków, ale mówiąc w skrócie jest to serial dokumentalny o Turnieju Sześciu Narodów, opowiedziany z perspektywy wybranych zawodników i członków sztabów każdej z biorących udział reprezentacji. Miejscami śmieszny, nieco zbyt po amerykańsku dramatyczny, ale ogółem do obejrzenia. Bohaterowie wybrani dość różnorodnie. 



Gry

Hollow Knight 6/10

Jednak mnie wkurza ten klimat, to powolne tempo... Jest też coś w sterowaniu, co nie współgra z moimi przyzwyczajeniami, nie umiem nawet określić, co, ale walczę z tym i to też mnie nie bawi. 


Dead Cells 8,5/10

Wróciłam, bo co miałam nie wracać. Wmawiam sobie, że jak gram w to, to nie gram w Hadesa. Nie żeby to cokolwiek zmieniało. Niemniej dobrze się w to nawala, w końcu miałam czas przejść grę po raz pierwszy i sobie teraz pykam na hardzie. Dobra gra to jest. 



Plany 

Plany mam takie, żeby teraz na szybko obalić "Flagi pokrył kurz" Faulknera, ponieważ 13 lutego jest spotkanie PIWowskiego klubu czytelniczego i chcę na niego iść, potem dokończę "Czerwonego Marsa", potem łyknę "Bufo Blombergi" a potem, jak bóg da, jakąś porządną fantastykę, żeby się jakoś odtruć od tego Robinsona, ale wciąż nie wiem, co to będzie. I może jakieś horrory wlecą. 
Poza tym trwa Turniej Sześciu Narodów oraz zaczyna się sezon kolarski, więc będę zajmowała się sportem a co za tym idzie - może wreszcie skończę coś z rozgrzebanych robótek na drutach. 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia