Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2025

[Rachunek za] Marzec 2025

 Marzec to miesiąc intensywny. Finałowe mecze Pucharu Sześciu Narodów, Targi Książki w Poznaniu, praca, MiToEdiTo, wizyty znajomych... działo się. 


Książki 

Z czytaniem nie było aż tak źle, wyszło 1160 stron, więc ponad minimum, ale z drugiej strony skończyłam... jedną książkę. Dwie, jeśli liczyć opisywaną w zeszłym miesiącu "Czerwoną Krainę". Poza "Panem prezydentem" (o którym poniżej) czas zajęła mi głównie kolejna książka na klub PIWu - "Wyspa snów" Heikkiego Kanno. O niej będzie w rachunku za kwiecień. Czytałam też i nie skończyłam (przez względ na "Wyspę...", której spora objętość - 520 stron - wymogła na mnie porzucenie innych zainteresowań) "Przypowieść o siewcy" Octavii Butler, o niej też będzie w podsumowaniu kwietnia. Trwam też wciąż w lekturze "Przybysza", ale tom trzeci ("Inheritor") również poszedł w odstawkę na rzecz Kanno. 


"Pan Prezydent" "a piękny był i niecny jak sam Szatan"/10

Wypada powiedzieć na wstępie, że nie wajbuję z literaturą latynoamerykańską i "Pan Prezydent" mojego zdania w tej kwestii nie zmienił radykalnie, ale nie mogę powiedzieć, by nie miał elementów, które mi się podobały. Przede wszystkim to skarbnica po prostu przepięknych zdań. Mam tu pozaznaczanych mnóstwo cytatów, których główną cechę jest nie celność ale po prostu językowe piękno. Tutaj zdecydowanie brawa dla tłumacza, Kacpra Szpyrki. 
A o czym jest ta powieść? O bezsilności. O bezsilności jednostki wobec absurdu machiny dyktatury. Zanurzeni w surrealistycznym, absurdalnym świecie Gwatemali pod rządami tytułowego "Pana Prezydenta" bohaterowie, dobrzy, źli, bogaci, ustawieni i bezdomni, nie są w stanie nic zdziałać. Asturias doskonale pokazuje - znany nam zresztą, jeśli nie z autopsji, to z literatury, szczególnie Rosjanie celują w jego opisie - tragikomizm i wszechmoc totalitarnej dyktatury.  


Gry

Age of Empires II: The Age of Kings Definitive Edition

Naszło mnie tak jakoś na tę grę i ona, cholera, jest tak samo dobra, jak w dzieciństwie, chociaż oczywiście szkoda, że Definitive Edition nie ma wersji z jedynym w swoim rodzaju bazarowym dubbingiem. Mimo to gierka sztos, a w dodatku ta edycja zawiera kampanie o których jako dziecko mogłam sobie tylko pomarzyć. Polecam, zawsze i na wieki wieków amen. 


Targi Książki w Poznaniu 

Jedyna właściwie impreza książkowa, w której regularnie uczestniczę, więc nie mogło mnie zabraknąć i na tej edycji. Zachowano segregację, był osobny wielki pawilon na wydawnictwo niezwykłe i strefę autografów, co myślę było z dużą korzyścią dla wszystkich. Gorzej, że ta segregacja nie była jakaś stuprocentowa (w tym osobnym pawilonie było chyba właśnie tylko Niezwykłe, a nie wszystkie wydawnictwa romansów dla nastolatek) ale myślę że i tak było lepiej niż gorzej. 

Rozmiar tych targów to jednocześnie plus i minus. Plus wiadomo, fajnie, że jest dużo wydawnictw, duża różnorodność, liczę, że odbywa się to z korzyścią tak dla czytelników, jak i dla wydawców. Z pewnością plusem jest to, że - święto lasu - przyjechały znowu wydawnictwa z Krakowa oraz Warszawy, był PIW! Szkoda tylko, ze nie wzięli tych książek, po które do nich poszłam :P W każdym razie, fajnie że było dużo wystawców. Mniej fajnie, że było również bardzo, ale to bardzo dużo ludzi. Strefa spotkań i autografów była tylko dla wybranych, więc tu i ówdzie i tak tworzyły się kolejki. Wentylacja na MTP też się nie wyrabiała, nie było bardzo źle, ale mimo wszystko dość duszno. 

Za największy minus uważam fatalne ustawienie stoisk. Parę lat temu wszystko było ładnie w rzędach, można było obejść wszystkie stoiska wężykiem. W tym roku był jakiś kompletny chaos, tu stoiska w prawo, tam w lewo, jakieś przejścia między nimi, masakra. Jestem przekonana, że coś pominęłam a i tak nadrobiłam drogi. 

Najwięcej wydałam oczywiście na stoisku Vespera - wjechali Silverberg, Tchaikovsky (Czajkowski chłop ma w dowodzie, no ale tak żyjemy) i McCammon. Od PIWu Sterne, od Rebisu inny Silverberg (tzn. ten sam, ale powieść inna), od ArtRage "Król w żółci", a od Media Rodzina "Rowery" Andrzeja Komendzińskiego, z autografem autora. Cztery i pół kilo towaru, z pięć godzin przepychania się w tłumie i na koniec nie dotarłyśmy do strefy komiksu, bo była w innym pawilonie i musiałyśmy biec na finał Turnieju Sześciu Narodów, więc ostatecznie zakup najnowszego tomu Requiem w przedsprzedaży okazał się dobrą decyzją (może nie finansową, ale logistyczną na pewno). 


MiToEdiTo 2025

Chyba pierwsza moja udana tego rodzaju impreza (konkretnie pod redakcję, pierwszy udany "camp" miałam zeszłego lipca z "Nudesami") - zrobiłam naprawdę sporo i systematycznie. Gorzej, że to co sobie wziełam na tapetę jest straszliwie opasłe. Już po pierwszych czystkach wyszło 730 stron, a pewnie coś trzeba będzie dopisać - na szczęście nie zanosi się na duże dopiski. Pewną pracę wykonałam już wcześniej, tj. spisanie konspektu z uwagami. W marcu przyszło mi wyczyścić literówki i opisać sceny. Wahałam się trochę, czy ten drugi element jest konieczny, ale ostatecznie uznałam, że lepiej to zrobić wcześniej niż później (tj. w trakcie prowadzania redakcji albo może wcale) - konspekt w wordzie daje pewien pogląd na to, jak ten tekst naprawdę wygląda, co się gdzie znajduje itd. Po tych wstępnych działaniach i wydrukowaniu tego potwora przyszło do redagowania. Początek tego tekstu już raz był przeze mnie ogarniany i tak się złożyło, że do końca marca nie natrafiłam na żadne duże poprawki. To kwiecień zapowiada się na poważną orkę. No ale co zrobić'? Sama sobie zgotowałam ten los. 



Czytaj dalej »

czwartek, 2 stycznia 2025

[Rachunek za] Rok 2024 - książki

Ponieważ zawsze wychodzą mi te podsumowania bardzo długie, postaram się zrobić kilka krótszych postów bardziej tematycznych. 



Patrząc na listę przeczytanych w tym roku trochę trudno mi uwierzyć, ze niektóre z nich czytałam zaledwie w styczniu tak dawno mi się to wydaje... a jednocześnie oczywiście, jakim cudem znowu trzeba zmieniać numerek w dacie? 

Co to był za rok? 
Poznałam nowych autorów, upewniłam się, że uwielbiam starych, brałam udział w klubie czytelniczym (konsekwentnie wszystkie spotkania!). Przeczytałam też parę gniotów, trochę książek mało ciekawych, nieco się zawiodłam i całkiem przyjemnie zaskoczyłam. 

Z czego jestem zadowolona? 
Przede wszystkim z odczarowania cegieł. Wciąż mnie boli męczenie jednego tekstu miesiąc, ale już nie jest tak, że w ogóle się za opasłe tomiszcza nie zabieram, że konsekwentna walka o 52 książki rocznie trochę mnie do nich na pewien czas zraziła. Nie uważam tej, eee, kultury czytelniczego zapierdolu za główny powód mojej niechęci do grubych książek, ale jest to jakiś tam czynnik. Właściwie od dawna bolą mnie książki, nie długie, ale takie, które mi zajmują dużo czasu. Bo ja tego czasu nie mam za wiele i jednak mi ciąży, że zamiast czterech książek czytam w tym samym czasie jedną. To jest głupie, ale podświadome, więc co poradzić? No, coś poradziłam. 

Z czego jestem niezadowolona? 
Oczywiście z ilości. Wiadomo, od paru lat walczę z ilościówką moją wspaniałą tabelą i systemem punktowym, jednak w tym roku mi się do tych upragnionych puntów nie udało dociągnąć. Wyszło 47,75 punktów z 33 książek (+4 komiksy +1 audiobook). Stanowczo za mało i miesięczne statystyki dobrze pokazują dlaczego: 

Wykres ze Storygrapha


dane z aplikacji Loop (Nawyki), wykres w excelu 

Paradoksalnie, w porównaniu z rokiem ubiegłym jest lepiej, ale wydaje mi się, że ta statystyka uwzględnia komiksy (październikowe szaleństwo to tak naprawdę 3x120 stron Requiem), jednak są tu miesiące straszliwej posuchy - kwiecień i maj to jakaś kompletna tragedia a czerwiec i wrzesień nie są wcale lepsze. Listopad wypada nieźle, biorąc pod uwagę, że nie czytaniem się w tym miesiącu tradycyjnie zajmuję. W sierpniu wydarzył się Hrabia Monte Christo, stąd ten rekord.

Poza tym po raz kolejny nie wyszło mi z dziennikiem czytelniczym i tym razem naprawdę ekstremalnie, bo mam w nim stronę tytułową i wklejone okładki na jednej stronie zbiorczego podsumowania. Podobnie rzecz się ma z publikowaniem czegoś w social mediach. Plany mam rzecz jasna bardzo ambitne ale biorąc pod uwagę, że regularnie zapominam nawet o istnieniu tego bloga to nie mam wielkich nadziei. 

Jeszcze garść statystyk 
Najgrubsza książka tego roku, bez zaskoczenia, Hrabia Monte Christo i jego 1420 stron. Ale jest to książka, której objętości zdecydowanie nie trzeba się bać (no chyba, że macie któreś z tych wydań wielkości lotniskowca), bo czyta się szybko. Nie była to jednak jedyna opasła pozycja w moim menu w tym roku - po piętach depczą jej Czerwony Mars (916 stron cierpienia) oraz Tajemnice zamku Udolpho (864). 

Najkrótsza książka (nie licząc Imprezy neispodzianki, która ma 28 stron ;) ) to The Missing Girl Shirley Jackson. Ogółem książek poniżej 200 stron było 8 (+1 komiks) a tych powyżej 500 stron - 7. Średnio wypada 372 strony na książkę, męczone przez 15 dni. No czyli właśnie bez szału. 

CZAS SĄDU

Kategorie nagród wybieram zgodnie z tym, co przeczytałam, a więc bardziej wymyślam kategorię do książki niż odwrotnie. Wzięłam się do roboty i oceniłam wszystkie książki przeczytane, więc mam ładne statystyki ze Storygrapha:
Rozkład nienormalny, chyba widać, że jednak było więcej dobrego niż złego ;)


Statystycznie rzecz biorąc najgorzej było w czerwcu (Dziennik roku zarazy i Imperium ciszy) a najlepiej w kwietniu (Przejście przez Morze Czerwone), natomiast ten kwietniowy wynik to raczej żart, bo to po prostu jedyna książka skończona w kwietniu a akurat była doskonała. Podchodząc do spraw mniej liczbowo, z pewnością dobrze wypadł początek roku (aż dwa Faulknery) potem sierpień spędzony z Dumasem i październik z Sullivanem (choć słabym) i Requiem (doskonałym). 


Najlepsza książka roku 2024
Przeczytałam w tym roku sporo dobrych książek. Ten wykres powyżej dość dobrze obrazuje znaczącą przewagę tekstów naprawdę bardzo dobrych. Ta grupa wysoko ocenionych jest jednak dość różnorodna i trudno nominować do tytułu najlepszej książki roku Requiem jakkolwiek bym gonie lubiła. Pierwszy album to naprawdę lektura na 5, ale w kategorii rozrywki bardzo głupiej. Dlatego po chwili zastanowienia przedstawiam państwu nominowanych: 

Światłość w sierpniu, Flagi pokrył kurz, Zmierzchanie świata, Przejście przez Morze Czerwone

Z nominacjami było jeszcze dość łatwo ale potem to już kompletnie nie mam pojęcia, co zrobić. Wszystkie nominowane książki są świetne i chociaż z jednej strony różnią się od siebie znacznei, to wszystkie poruszają podobne tematy. Wojnę, traumę, choroby psychiczne, rodzaj... izolacji od społeczeństwa. Z nich wszystkich najlżejsze są Flagi..., jest w nich dużo humoru, zabawnych postaci i epizodów, chociaż nie brakuje tam też poważnych przemyśleń. Zarówno Zmierzchanie świata Przejście przez Morze Czerwone to historie ludzi, którzy nie mogą uciec od wojny, tak samo jak bohater Światłości w sierpniu jest osaczony przez społeczną percepcję swojej osoby (lub to jak sam siebie w kontekście tego społeczeństwa postrzega) i można to porównać do tego, jak bohaterka Przejścia... nie może wydostać się z obozu koncentracyjnego. I ostatecznie to właśnie powieść Zofii Romanowiczowej zdobywa tytuł najlepszej książki przeczytanej przeze mnie w roku 2024! Choć nie ukrywam, że absolutnie wspaniałe Zmierzchanie... depcze jej po piętach, a zaraz za nim postępuje dusza atmosfera Światłości... W porównaniu dość lekka atmosfera Flag... wydaje się niemal nie na miejscu, ale to jest naprawdę, naprawdę doskonała powieść. 

Najgorsza książka roku 2024 (Nicpan 2024)
Żeby było zabawnie to tutaj już w lutym wiedziałam, kto tę nagrodę dostanie a potem pojawił się on, Łukasz Nicpan, którego imię od tego roku ta nagroda będzie nosiła. A więc, nominowani do nagrody im. Łukasza Nicpana dla najgorszej książki roku za rok 2024: 

Czerwony Mars, Zapiski z Hiroszimy, Fajerwerki nad otuliną

Czerwony Mars to własnie ten ancymon, co do którego byłam pewna, że nie zostanie zdetronizowany. A jednak myliłam się. Pierwszym pretendentem do tytułu okazał się Kenzaburo Oe (noblista!) ze swoimi Zapiskami z Hiroshimy, pozbawioną z grubsza sensu opowiastką o tym, że całe szczęście, że bomby atomowe spadły na Japonię a nie Kinszasę, bo tamci by sobie nie poradzili ani trochę. Mesjanizm narodu japońskiego, biednych ofiar II WŚ, podlany sosem z rasizmu. Nie polecam. Ale potem nadszedł on, Łukasz Nicpan i jego Fajerwerki nad otuliną
Chwilę wahałam się, jak tę nagrodę rozdysponować, aż zrozumiałam jedną bardzo ważną rzecz. Czerwony Mars to jest bardzo słaba powieść. A jednak jest to powieść. Jak bardzo mi się nie podobała to napisałam całą długaśną recenzję z memami, więc nie będę się powtarzała. Niemniej to zupełnie inna kategoria niż Zapiski, które są zbiorem tekstów prasowych - nieudanych, rasistowskich, niezbornych - brak w nich konkretnej przewodniej myśli, autor sam się gubi w swoim pierdolamento. Mimo wszystko jednak stanowią zapis jakiejś sytuacji, jakiegoś stanu mentalnego, są próbą pogodzenia się z wydarzeniem na skalę apokaliptyczną. Próbą nieudaną, z gruntu skazaną na porażkę, ale sama ta próba a może nawet i jej niepowodzenie wynikają ze zderzenia z niepojmowalnym. Fajerwerki... za to są po prostu gównem. Spermiarskim wysrywem starego dziada, który nie ma nic do powiedzenia, ale wydaje mu się, że każda banalna myśl, jaka przychodzi mu do głowy jest głęboka i poruszająca. 
Tak więc, nagroda dla najgorszej książki roku od tego momentu nazwana będzie nazwiskiem swojego najwybitniejszego laureata - Łukasza Nicpana. Gratulacje, nie pisz więcej. 


Największe odkrycie 2024
W 2024 roku przeczytałam aż 20 nowych autorów! To wypada 65%, nieźle nie? Wybranie jednak nominowanych do tytułu największego odkrycia roku nie było aż tak trudne. Chociaż jest paru autorów, którzy mnie nie zachwycili, to większość nie wywarła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Wyjątek stanowią: 
William Faulkner, Zofia Romanowiczowa

Ponownie, nie było łatwo wybrać. Faulkner mnie zachwycił, Romanowiczowa rozjechała. Z racji tego, że wcześniej o tej autorce nie słyszałam (na filologii polskiej nie wspomniano o niej ani słowem!) wydaje się, że to ona powinna zgarnąć tę statuetkę, ale chyba nie do końca o takie dosłowne odkrycie tutaj chodzi. Bardziej o znalezienie autora, którego będę wciągała jak pewien biały proszek. I tu jednak wychodzi Faulkner, szczególnie, że jego książki przeczytałam dwie, kolejne czekają w kolejce, a jeśli chodzi o Romanowiczową... trochę się boję jej kolejnych książek.Bardzo możliwe, że po dalszych lekturach zmienię zdanie, ale na razie, 1 stycznia 2025 roku, odkryciem 2024 zostaje William Faulkner


Największe rozczarowanie 2024
Staram się trzymać swoje oczekiwania na uwięzi, więc chociaż wiele książek może mi się nie podobać, to rozczarowana jestem rzadko, dlatego sama jestem zaskoczona ilu nominowanych udało mi się zebrać: 

Invictus, Problemski Hotel, Zapiski z Hiroshimy, Prawdziwa historia czekolady, Drumindor

Invictus jest książką bardziej o Mandeli niż o rugby i tutaj rozczarowanie to raczej moja wina, nie autora. Sama książka jest zresztą dobra, może nie tak porywająca, jak mogłaby być, ale godna uwagi (i zdecydowanie lepsza niż ekranizacja). Problemski Hotel to próba napisania edgy reportażu przez kogoś, kto nie tylko nie jest edgy, ale w ogóle czarny humor go oburza. Left can't meme/10 Rozczarowanie przede wszystkim dlatego, że jest tu doży potencjał, który wywala się na ryjek. Nie załapał się na nominację do Nicpana 2024 bo nawet na to jest zbyt... nijaki. Prawdziwej historii czekolady odpuszczam ze względu na historię powstania tej książki - autorka zmarła w czasie pracy nad nią i dokończył to jej mąż. Też znawca tematu, ale ewidentnie mniej nim zajarany, no i biorąc pod uwagę okoliczności trudno wymagać od niego entuzjazmu. Zapiski z Hiroszimy opisałam przy Nicpanach. Ten temat zasługuje na o wiele lepszą książkę. I w ten sposób przechodzimy do zwycięzcy - Drumindoru Michaela J. Sullivana. Ten autor niestety ostatnimi czasu zawodzi częściej niż nie. I nie, nie nastawiałam się na tę książkę jak gracze na Cyberpunka 2077, ale od Sullivana wymagam pewnego poziomu, poziomu, do któego nie udało się doskoczyć. Bardzo widać, że to książka napisana niejako na kolanie, szybko wypchnięta w świet (kickstarter) i że zabrakło jej porządnego leżakowania w szufladzie i redakcji. W wielu miejscach to jest dziadowski fanficzek, który spłyca i ośmiesza związek Roysia i Gwen i budzi to mój gniew. 

Największe zaskoczenie 2024
I na koniec kategoria pozytywna, odwrotność poprzedniej: coś, po czym nie spodziewałam się nic, albo zgoła rzeczy strasznych a okazało się super. Nominowani:

Czarna Ambrozja, Dzikowy skarb, Tajemnice Zamku Udolpho

Nie są to wszystkie książki, które podobały mi się bardziej niż zakładałam, ale taka Światłość w sierpniu to raczej był zachwyt roku 2024 a nie zaskoczenie. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czego się spodziewać po Dzikowym skarbie, ale jest we mnie jakaś obawa przed powieściami historycznymi, chociaż chyba wszystkie, które czytałam mi się podobały. Winię Historię żółtej ciżemki. Niemniej nie spodziewałam się, że to będzie aż tak dobra powieść przygodowa, w dodatku historia Polski jest tu przedstawiona w sposób należycie fascynujący. Ujmujący bohaterowie (Zbrozło, coś między Batmanem a Gandalfem FTW xD), wartka akcja, ważne postacie wydarzenia historyczne przeplecione z osobistymi przygodami postaci fikcyjnych. Klasa. Jara mnie, że ten cykl jest dłuuuugi. Tajemnice zamku Udolpho próbowałam kiedyś przeczytać i nic z tego nie wyszło, dlatego podchodziłam trochę jak pies do jeża, ale okazało się, ze zupełnie niepotrzebnie. Książka choć długa czyta się świetnie. Co zaskoczyło mnie najbardziej? To że sentymentalizm nie jest tu egzaltowany i w ogóle nie przeszkadza, przepiękne opisy przyrody oraz to, że... nie ma tu żadnych elementów nadprzyrodzonych. Ann Radcliffe była cholernie racjonalną osobą, jak się okazuje. Te dwie świetne książki muszą jednak ustąpić Czarnej Ambrozji. Horror z rozkosznie paskudną okładką, zgarnięty na targach książki za, bodaj, 15 zł, niemal dosłownie książka z kosza a tu... szok. To jest absolutnie rewelacyjna książka o wampiryzmie. Oryginalna, fascynująca, z nieświadomie zmieniającą się w wampira bohaterką. Rewelacja i zdecydowanie największe zaskoczenie 2024. 

Brukselka w czekoladzie dla najgorzej wydanej książki 
Szeroka kategoria, do której można trafić za bardzo różne grzeszki. Nominowani:

Vesper, za Czerwony Mars, Rebis za Imperium ciszy, PIW za Tajemnice zamku Udolpho

Z tłumaczeniami u Vespera jest bardzo różnie. Czasem mamy coś świetnego (Pan ciemności) czasem trafia nam się Czerwony Mars. Książka gruba i nudna, trochę mnie nie dziwi, że nie chciało się nikomu robić nowego tłumaczenia, natomiast wypadałoby, żeby to tłumaczenie przeczytać. Błędy są tu tak ko(s)miczne, że nie trzeba nawet porównywać z oryginałem, żeby widzieć że dzieją się tu rzeczy, które nie śniły się nawet google translate. Geologicznej redakcji też najwyraźniej zabrakło. PIW w Tajemnicach zamku Udolpho popełnił inny wydawniczy grzech: błyszczący papier, na którym druk wydaje się szary i jest tylko jeden dość dziwny kąt pod którym można to jako-tako przeczytać a do tego waży tonę. Inne książki w tej serii mają normalny papier, nie wiem, co tu się odjaniepawliło, ale naprawdę fizyczna forma tej książki uparcie utrudniała czytanie. 
Zwycięzca może być tylko jeden i jest to Imperium ciszy, które łączy w sobie wady pozostałych nominowanych. Fizyczna forma Imperium... sprawiła, ze dołożyłam je na miejsce zanim jeszcze na dobre wzięłam je go ręki. Już tam chrzanić paskudną oładkę, ale format lotniskowca i niewiele mniejsza waga sprawiają wrażenie jakiegoś mało śmiesznego żartu. A to zupełnie nic w porównaniu z "tłumaczeniem", gdzie autorowi się pomyliła porcelana z chinami, gdzie tłumacz zapomniał o istnieniu rodzaju nijakiego i pomijał sobie akapity, które mu nie pasowały do błędów, które popełnił wcześniej. Poziom wydania tej książki jest skandaliczny. 

No i na koniec łapcie jeszcze rozpiskę wszystkich przeczytanych w tym roku:
za: Storygraph

2025?

Nie mam żadnych ambitnych czy nawet konkretnych planów na ten rok. Chciałabym na pewno czytać więcej, w tym więcej fantastyki, bo tej było w 2024 zdecydowanie za mało. Poza tym klub PIWu, Wojny wikingów, Cykl Piastowski... no i znowu mi się fantastyka nie zmieści, ech. No ale działam, mam nadzieję, że uda się więcej czytać i tyle. Czego i Wam życzę. 




Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 grudnia 2024

[Rachunek za] Listopad 2024

Listopad, jak zawsze, był czasem pracy twórczej a nie konsumowania cudzych twórczych dokonań, więc szału nie będzie, ale za to jakościowo wypadł doskonale. 


Książki

Tajemnice Zamku Udolpho 8/10

To była zaskakująca lektura. Przede wszystkim nie spodziewałam się, że nie będzie w niej w ogóle elementów fantastycznych. Po drugie - jak na powieść z końca XVIII (!) wieku jest zaskakująco nowoczesna pod względem konstrukcji. I chociaż jest w niej dużo sentymentalizmu (głównie w przepięknych opisach przyrody), to nie jest egzaltowana. Do tego plejada świetnych postaci - cioteczka, Anette wreszcie Montoni (którego knowania są nieznane acz straszliwe) - to jest świetna książka. Znajdując się miedzy oświeceniowym szkiełkiem i okiem a romantycznym uwielbieniem dla wszystkiego co dzikie i niezwykłe znajduje doskonałą równowagę. Wprawdzie potrzeba autorki zamknięcia i powiązania wszystkich wątków prowadzi do pewnych elementów zakończenia, które wieją trochę Harlanem Cobenem (to nie jest komplement), ponieważ różne osoby znajdują się tam gdzie fabule najwygodniej bez żadnej przyczyny innej niż imperatyw fabularny, ale generalnie nie mam większych zarzutów. No może poza tym, że pewne postaci jednak kończą ze sobą, bo miałam dużą nadzieję, że jednak się tak nie stanie (i to wynikającą z fabuły, nie pobożnych życzeń).

I całkiem szybko się to czyta! Wiem, że może to brzmieć jak jakiś nieśmieszny żart, biorąc pod uwagę, że spędziłam z Radcliffe miesiąc, ale musicie wziąć pod uwagę, że to jest naprawdę długa książka i to niespecjalnie obfitująca w dialogi. Ale za to ile tu jest wątków, ile akcji. Na pierwszych 50 stronach zdarzyło się więcej niż u Nicpana przez całe te jego dziadoskie Fajerwerki. Mamy - już na samym początku - śmierci, stalkera-poetę, strzelaninę, zbójców i dramatyczne krajobrazy górskie. 

Cholernie dobra to była książka, nie dziwię się, że Radcliffe była tak popularna za życia. Na pewno sięgnę też po inne jej powieści.  


Dzikowy skarb (tomy 1 i 2) 8,5/10

Miałam tę powieść czytać w roku... 2021 w ramach wyzwania, które zawalimy do maja, a które to zostało tak dokumentnie zawalone, że nawet zapomniałam o jego istnieniu. Niemniej w końcu nadejszła ta wiekopomna chwila i... zakochałam się w Karolu Bunschu. Ludzie, rzućcie w cholerę Wojny Wikingów Cornwella i czytajcie Cykl Piastowski. Dzikowy skarb to świetna historyczna powieść przygodowa dziejąca się w czasach Mieszka I, od śmierci Ziemomysła do Bitwy pod Cedynią. Mamy świetnych bohaterów, delikatne wątki fantastyczne (świetne!), klimacik no i historię Polski. Tutaj uwaga: fabuła opiera się o stan wiedzy z roku 1945, więc nie do końca zgadza się z tym, co wiemy dziś, ale nie są to żadne wielkie przekłamania czy coś, czego czytelnik po prostu nie wie ze szkoły (np. miejsce Chrztu Polski, najprawdopodobniej był to Poznań, nie Ostrów Lednicki jak przyjmuje Bunsch) plus jest trochę interpretacji naszej skąpej wiedzy, która działa dobrze na fabułę, ale nie do końca się broni (Bunsch przyjmuje, że Dobrawka miała wcześniej męża i jeszcze, że się z nim... rozwiodła, czy jakoś go tam porzuciła, nie, myślę, że jednak nie, panie Bunsch, nie to musiał mieć Tietmar na myśli nazywając Guncelina bratem Chrobrego xD). Natomiast jest to bardziej kategoria zabawy intelektualnej niż jakikolwiek problem. 

Był czas, że ta powieść była lekturą szkolną i to skandal, że nadal nią nie jest. Czemu mnie w szkole kazali czytać Krzyżaków a nie to?! Mam ogromną ochotę na więcej i bardzo mnie cieszy, że to więcej istnieje aczkolwiek nieobecność Bunscha w bibliotece to też jest jakaś porażka wyższego rzędu. 

Co mnie bardzo ucieszyło, to że powieść ta (i inne) ma nie tylko pozytywne recenzje, ale jest też tych recenzji sporo. Czyli jednak ludzie czytają wartościowe książki. 

To tam porównanie do Wojen Wikingów nie jest wcale przypadkowe, jeśli podobają wam się przygody Utreda z Bebbanburga, to myślę, że to również was zachwyci, bo to ta sama tradycja przygodowej powieści historycznej, gdzie przewijają się zarówno postacie historyczne jak i wesoła twórczość autora. 

Serio, GITUWA, Zbrozło krul, dejcie mi więcej tych powieści. 


Seriale

Briganti 

Jeszcze nie dokończyłam, więc wstrzymuję się z oceną, ale jest to zaskakująco ambitny formalnie historyczny serial przygodowy produkcji włoskiej. Utrzymany jest w estetyce komiksowo-westernowej (jestem w szoku że to nie jest na podstawie komiksu) zarówno jeśli chodzi o postacie, fabułę jak i warstwę wizualną - operator musiał się świetnie bawić, bo tu się naprawdę dzieje. Poza tym jest to serial z gatunku głupkowatych acz rozrywkowych (jako serial historyczny spadł z rowerka, nie wnikajcie bo aż strach jakie to brednie), dobry do oglądania w towarzystwie (osób i promili). Ma też tę zaletę, że jest krótki. 


Muzyka

XII: A gyönyörű álmok ezután jönnek Thy Catafalque

Nowy album Thy Cataflaque dostarcza. to powrót do wcześniejszego stylu (Rengeteg, Naiv, Vadak) po cięższym Aföld i mnie osobiście to cieszy. Aföld nic nie brakowało (Tomasz Katai nie potrafi robić złej muzyki), ale to po prostu nie były do końca moje klimaty. Natomiast XII jest dokładnie tym, czego chciałam. to jedna z tych płyt, kiedy co piosenka człowiek myśli "ta jest najlepsza". A do tego z AMA z Tomaszem wynika, że jest szansa na koncert w Polsce!
Cały album do odsłuchania na oficjalnym kanale wytwórni: 



MiToPiPo

Jak listopad to pisanie powieści w miesiąc. NaNoWriMo spadło z rowerka i sobie głupi ryj rozwaliło, ale nie ma powodu, żeby upadek jednej organizacji zabijał ideę, która tę organizację przerosła już dawno temu. Różne alternatywy powstają już od zeszłego listopada, kiedy sprawa ostatecznie się rypła, więc powołaliśmy w naszej polskiej grupie nową inicjatywę: Miesiąc Towarzyskiego Pisania Powieści. W skrócie MiToPiPo. O co chodzi? Ano dokładnie o to samo, z tym tylko, że dopuszczamy większą elastyczność jeśli chodzi o wyznaczane cele a ci, którzy chcą jakoś porównywać swoje dokonania porównują procent ukończenia swoich celów, a nie bezwzględną ilość słów. 
I poszło rewelacyjnie. Wprawdzie NaNo zawsze dopuszczało najpierw nieoficjalnie, potem oficjalnie ideę "buntowników", którzy np. za miast powieści pisali zbiór opowiadań czy coś w ten deseń, ale nie dostarczało odpowiednich narzędzi do śledzenia tego, a na co odpowiadał nasz prosty arkusz. Mam wrażenie, że większość uczestników była na koniec miesiąca zadowolona z tego, co udało się zrobić. 
Dla mnie osobiście to był jakiś absolutnie wyjątkowy rok, bo... udało mi się skończyć mój tekst w ciągu miesiąca. Od bardzo dawna napisania pięćdziesięciu tysięcy słów w miesiąc nie było dla mnie wielkim problemem, natomiast schody zaczynały się kiedy trzeba było faktycznie skończyć tekst, a te po pierwsze wychodziły zawsze dłuższe a po drugie... dużo dłuższe. Tymczasem w listopadzie 2025 wydarzyło się coś magicznego: 71046 słowo O skonaniu dnia to wyraz "KONIEC". W dodatku nie mam w tym tekście specjalnie dziur, tj. scen, o których wiem, że być powinny a ich nie napisałam z różnych powodów. Oczywiście w trakcie redakcji na pewno wiele zostanie dopisane i pewnie zmienione, ale faktycznie ten tekst jest na etapie, na którym potrzebuje redakcji a nie dalszego pisania. Jest to przedziwna sytuacja, z którą nie do końca umiem sobie poradzić, bo nigdy wcześniej się to nie wydarzyło. Zabiorę się za te powieść pewnie w marcu, kiedy organizujemy sobie MiToEdiTo, czyli analogiczną imprezę, tylko opartą na redagowaniu tekstu. 


Plany

Koniec roku, to i wypada zacząć snuć ambitne plany, no nie? Moje głównie tyczą się nauki języków, więc nie będę się o nich rozpisywała (w regularnej pracy konieczna jest regularność a nie rozbudowane opisy tejże). Czytelniczo ten rok zawaliłam jeśli chodzi o ilość, ale raczej nie jestem niezadowolona. Były miesiące słabsze, ale były tez bardzo dobre i przede wszystkim przestałam się bać grubych książek. Na porządne podsumowanie przyjdzie czas na koniec grudnia, ale nie mam zamiaru jakoś przeć przez najbliższy miesiąc do wypełniania statystyk. Niczego wybitnego już i tak nie osiągnę, mogę dla odmiany trochę odpocząć. Czytam teraz Człowieka do wszystkiego Walsera na klub PIW i nie będę ukrywała, dupy nie urywa. Poza tym wzięłam na tapet Statek widmo - tak, ten Statek widmo i jak na razie jest fajnie. Poza tym chciałabym chyba jeszcze w tym roku rzucić się na Początki Stalowego Szczura, żeby kontynuować zwyczaj czytania książek w tej samej dekadzie, w której się je kupiło. I tak, a propos, jeszcze nie skończyłam Meksyku przed Konkwistą, chociaż mi się podoba. Planuję skończyć do końca roku. 
Poza tym źli ludzie w Internecie mnie namówili na zakup ultrakrótkich drutów i okazało się, że jednak robienie skarpet jest spoko, więc nawalam skarpety, jak mam tylko ręce wolne. Plus muszę skończyć jak najszybciej pewien "tajny projekt" i chcę sobie zrobić rękawiczki bez palców, więc to są moje robótkowe ambicje na najbliższe tygodnie. Ten płacz z kąta to sweter, który robię już pewnie dwa jak nie trzy lata. nie zwracajcie uwagi. 


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia