Na luty miałam ambitne plany, głównie dlatego, że zapomniałam, że będzie olimpiada i Puchar Sześciu Narodów. Wyszło z tego bardzo niewiele, przeczytałam jakaś żenującą ilość stron i mam nadzieję że to się więcej nie powtórzy. Ten kryzys jest o tyle zaskakujący, że w lutym od lat czytałam bardzo dużo. No ale jest, już nic z tym nie zrobię, pozostaje poprawić się w marcu.
Książki
To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem oko w oko, jakoś nigdy wcześniej się nie złożyło go poczytać (chyba że jakieś opowiadanie, ale nie wydaje mi się), trochę dlatego, że zawsze unosił się wokół niego jakiś swąd chłopomańskiego pierdolenia. Nie powiem, żebym się jakoś do jego filozofii przekonała. Chłop, który nosił medalik z portretem Rosseau bo tak go kochał to nie jest materiał na mojego znajomego (i zresztą na pewno z wzajemnością). No ale, "Anna Karenina".
Mimo mojej odruchowej i nie do końca uzasadnionej niechęci do Tołstoja chciałam się z jego twórczością zapoznać od dawna tylko jej opasłe rozmiary sprawiały, że zawsze czekał na lepsze czasy. No i się doczekał. Dołączyłam pod koniec zeszłego roku do świetnego klubu czytelniczego i Karenina wypadała akurat na książkę pierwszego kwartału 2026. Nie ma przypadków, są tylko znaki!
Zaskoczyła mnie lekkość stylu, ale też przede wszystkim to jak zwyczajne są postacie, jak aktualne ich problemy. Jest tu wiele fragmentów, które bez żadnych zmian można by napisać wczoraj. I te o biurokracji i te o wojnie i te o prasie. Oczywiście że ludzie nie zmienili się przez ostatnie 150 lat aż tak bardzo, niemniej przywykłam chyba po prostu do lektur o jednostkach... Może nie wybitnych ale niezwykłych. Neurotykach, ideologach, świrach, mordercach, outsiderach (i nie mam na myśli wyłącznie literatury popularnej, klasyka również pełna jest postaci odbiegających od normy). Anna Karenina pełna jest osób zwyczajnych i prawdę mówiąc niewiele sobą reprezentujących (poza bardzo trafną diagnozą swojej warstwy społecznej oczywiście). Narcystyczna Anna, również mistrzowsko opisana, mocno wyróżnia się na tym tle. Bardzo pomaga mocno spersonalizowana narracja, wypadająca niekiedy w strumień świadomości (ostatnia przejażdżka Anny). Pozwala też na sporo humoru, kiedy możemy obserwować przemyślenia Obłońskiego na swój własny temat albo to jak emocje totalnie przesłaniają Lewinowi rzeczywistość.
Przepiękne są tu opisy życia na wsi, przyrody - mamy nawet opis polowania z perspektywy psa.
Duch "Pani Bovary" unosi się nad całością, choć tam gdzie Emma jest durna jak stołowa noga, w Annie wrze narcystyczne tornado, które wraz z upływem czasu postępuje aż do osiągnięcia szczytu absurdu spod znaku "na złość babci stanę boso w śniegu". To jak kończy się ta historia pasuje do odmalowanej osobowości idealnie.
Anna jest uwikłana w społeczne zależności, które krępują jej ekspresję i stoją na przeszkodzie jej szczęściu... Przynajmniej tak się wydaje póki nie okazuje się że to jednak Anna jest problemem i nie ma i nie będzie sytuacji, w której będzie zadowolona.
Niezwykłe ciekawą postacią jest również Drański Wroński, którego percepcja przez czytelnika i rola w tekście zmienia się o 180 stopni. Dobrze obrazuje to postać niespecjalnie dobrego człowieka, ale mimo wszystko osoby zdrowej psychicznie.
Nie przekonałam się za to do poglądów autora. Wszystko to jest mętne, emocjonalne i dobrze by było jakby było dobrze. Ta końcówka o odnajdywaniu boga to naprawdę odpowiednik gimnazjalnego ateizmu, tylko w drugą stronę (skojarzyła mi się poza tym z zakończeniem "Metro 2033", choć jest nieco mniej z dupy). Jak mówiłam - ateizm wypocisz, kurestwa nie da rady. Niemniej jest to rewelacyjna powieść i polecam. Doświadczenie wspólnego czytania i komentowania na bieżąco również było wspaniałe.
To długa książka, jednak końcówka zajęła mi stanowczo za dużo czasu, powinnam była skończyć ją w styczniu a szamotałam się do 19 lutego (!!!). I chociaż ósma cześć to w większości gimnazjalne przemyślenia autora na temat odnajdywania Boga to jednak nie było to aż takie trudne w lekturze. Kryzys jakiś miałam i nie był on związany z Tołstojem.
Kolejna pozycja w Wielkim Ponownym Czytaniu Unii/Sojuszu (I kolejna marginalnie związana z tematem, lol). Plan był taki, że łykniemy całą trylogię w lutym, wydawał się rozsądny, no a potem się okazało, że przez dwa tygodnie męczyłam 200 stron Kareniny. Niemniej.
Pierwszy tom trylogii, ten jedyny wydany po Polsku (z niezapomnianą i niezwiązaną z treścią okładką) czytałam już kiedyś, dawno temu i wspominałam bardzo dobrze. Ponowna lektura, tym razem w oryginale, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jest cholernie dobra powieść. Jedna z najlepszych autorstwa Cherryh.
To powolna, potwornie smutna opowieść o wymieraniu, o końcu, o pustce. Mri są piękni ale to co czyni ich tak pięknymi jednocześnie jest ich zgubą. Nie potrafią się zaadoptować do zmieniających się warunków, nie chcą tego robić, ich styl życia jest dla nich ważniejszy od biologicznego przetrwania. Cherryh kontrastuje to ludzką umiejętnością do adaptacji do każdych warunków i bezwzględnością reguli.
I to by było niestety na tyle jeśli chodzi o czytanie.





















Brak komentarzy
Prześlij komentarz