Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rant. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2025

[Rachunek za] Wrzesień 2025

Wrzesień to był miesiąc powrotu do ponurej rzeczywistości (chodzenie do pracy, kto to wymyślił), ale miał też mnóstwo zalet, przede wszystkim był pierwszym miesiącem Wielkiego Ponownego Czytania Unii/Sojuszu (WPCUS, hm.... brzmi jak jakaś prywatna szkoła mydła i powidła). Yay! 


Książki

Dzicy detektywi

W zeszłym miesiącu byłam jeszcze dość optymistycznie nastawiona do tej pozycji, niestety trochę się od tamtej pory pozmieniało. Przede wszystkim po pierwszej części książka totalnie zmienia formę i ton - zamiast pamiętniczka młodego poety dostajemy jakiś rodzaj wywiadów z przeróżnymi ludźmi, z którymi nie do końca wiadomo, kto rozmawia (i ostatecznie wychodzi na to, że nikt konkretny, nie ma w tym logiki) i z ich opowieści mamy sobie powoli budować losy poetów, którzy w części pierwszej sami poszukiwali pewnej poetki. I ta część nie zaczyna się źle, jednak z czasem robi się bardzo monotonnie, postacie nic mnie nie obchodziły, stylistycznie było bardzo mało różnorodnie (nie wiem, czy to kwestia autora czy tłumaczenia) i ogółem miałam naprawdę wrażenie, że z połowę tego można byłoby wywalić i nikt by nie zbiedniał, choć oczywiście wtedy byłaby to zupełnie inna książka. Nie wątpię, że ona wygląda jak wygląda, bo autor tego właśnie chciał, że uzyskał efekt o jaki mu chodziło i myślę też, że nie znając dobrze meksykańskiej, czy szerzej latynoamerykańskiej sceny literackiej sporo tracę. Niemniej... czy polecam? Nie. 


Brothers of Earth

Oto on, początek mojego wielkiego ponownego czytania Unii/Sojuszu! Więc może od początku: o co chodzi z tym WPCUSem? Z zamiarem zapoznania się z całą Unią/Sojuszem C.J. Cherryh nosiłam się od bardzo dawna, ze zrobieniem tego systematycznie i w kolejności chronologicznej też raczej długo, ale to jest obecnie 34 książki (ok, ze dwa są chyba w tym opowiadania) i jakoś tak nigdy nie było czasu, nie było pomysłu, jak to ogarnąć - bo ja absolutnie nie chcę czytać tego ciągiem przez rok, czy coś. W końcu jednak się zmobilizowałam, zrobiłam listę, poszukałam chętnych do współpracy, zgadaliśmy się, ogarnęliśmy i jest, zaczęło się! 

"Brothers of Earth" to jeden z debiutów C.J. Cherryh. Jeden z? Ano tak, bo wprawdzie "Brama Ivrel" została wydana wcześniej, ale podobno autorka pracowała nad tymi powieściami jednocześnie a nawet pojawiają się informacje, że "Brothers..." skończyła jako pierwszą. Dla naszej zabawy ma to znacznie marginalne, bo chociaż Morgaine bywa wliczana do Unii/Sojuszu, ja tego nie robię. 

Akcja "Brothers..." toczy się w czasach rebelii Hannan, długo, długo po wydarzeniach znanych chociażby z "Stacji Podspodzie". Nasz główny bohater, Kurt Morgan jest nawigatorem na statku kosmicznym Sojuszu... a raczej był, bo statek został zniszczony w potyczce ze statkiem Hannan (również uległ zniszczeniu) i ewakuuje się, jako jedyny ocalały, na pobliską planetę, na której - alleluja -  panują warunki przyjazne dla życia. Ta sytuacja ma jednak pewne konsekwencje: to życie tam jest. Co więcej ma rozwiniętą cywilizację, kulturę, spory religijne, kolonializm i całą kupę różnego rodzaju uprzedzeń na tle etnicznym. Kurt zostaje wplątany w całą tę skomplikowaną aferę, różne strony konfliktu ciągną go w swoją stronę a w dodatku on sam nie potrafi porzucić swoich przekonań na temat tego, jak powinno się postępować. nie zgadniecie: robi się z tego straszny burdel. 

Choć "Brothers..." to krótka książka (250 stron, jak na książkę sf prawdziwa kruszynka) Cherryh porusza tu bardzo dużo poważnych kwestii, przede wszystkim związanych z kolonializmem oraz wielowiekowymi zaszłościami i ich konsekwencjami. Kurt - a zatem i czytelnik - karmiony jest poglądami jednej tylko strony, którym nie mamy powodu nie ufać... aż do czasu, kiedy okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta. Centralny konflikt ma wiele stron i, jak to u Cherryh, każda z nich ma rację a co gorsza okoliczności sprawiają, że nie zawsze może postąpić zgodnie z osobistymi przekonaniami. Ot chociażby władczyni jednego z krajów musi brać pod uwagę kwestie teologiczne i długofalowe następstwa czegoś, co jest z samej swej natury heretyckie. Osobiście może ma wątpliwości, ale nie może na te wątpliwości narazić swoich poddanych, bo konsekwencje dla cywilizacji będą katastrofalne. I tak dalej i tym podobne. Uwikłani w historię, kulturę, religię, cywilizację i konwenans bohaterowie nie mogą się wyrwać z matni i można wręcz powiedzieć, że Fatum ciągnie ich ku katastrofie. 

Analogie do sytuacji Indian Północnoamerykańskich są oczywiste, ale to nie sprawia, że poruszane tematy są mniej uniwersalne. Jest tu dużo bardzo mocnych scen, które na pewno pozostaną na długo w mojej pamięci. 

Opis z tyłu okładki zapewnia nas, że ło panie, takich kosmitów, toście jeszcze nie widzieli... no dobrze, żeby oddać sprawiedliwość, dosłownie napisane tam jest, że "takiego obrazu obcego społeczeństwa nie widzieliśmy od czasów Diuny" i to "alien society" można różnie odczytywać. Niewątpliwie społeczeństwo nemetów jest bardzo złożone i tkwi w centrum powieści. Tu absolutnie nie mogę powiedzieć złego słowa, to jest cudownie wielowarstwowe i te wszystkie zaszłości, uprzedzenia, polityka i historia sprawiają, że naprawdę wiele sytuacji jest bez wyjścia dla żadnej ze stron. Wspaniałe. Natomiast czy takie obce? Gdyby nie pewne elementy historii Kurta (nie wdając się w spoilery) to równie dobrze mogłaby być powieść fantasy a nemet - ludźmi. Ich kultura różni się od znanych nam na ziemi ale oni sami od ludzi nie różnią się wcale. I nie chodzi mi o ich wygląd, który opisany jest dość mgliście, ale wszystko inne. Przyznam, że trochę zgrzytałam zębami za każdym razem, kiedy postacie mówiły sobie, że się kochają. Od kiedy to kosmici muszą znać pojęcie miłości? I pewnie u innego autora nie czepiałabym się tego, bo to naprawdę nie jest jakieś specjalnie istotne dla całości, ale to jest, cholera, C.J. Cherryh. Dosłownie osoba, które przyzwyczaiła mnie do oczekiwania znacznie więcej obcości w obcych. No nic, to jej debiut. 

Ten debiut czuć też w takim motywie insta-love, który - myślę - jest jaki jest dlatego, że chciała by ta książka była krótka a nie wymyśliła dobrego sposobu na opisanie jakoś upływu czasu albo zrobienie z tego małżeństwa politycznego i może nawet wbrew woli postaci. Myślę, że w ten sposób byłoby to znacznie ciekawsze, ale i książka musiałaby być grubsza. Czy 10 lat później C.J. Cherryh napisałaby to lepiej? Z pewnością. Czy teraz jest złe? Absolutnie nie. 

Nie sposób podkreślić jak świetnie zrobiona jest sytuacja społeczno-polityczne, jak skomplikowane, wielowarstwowe i nierozwiązywalne są problemy tego społeczeństwa. Tu widać w całej okazałości, że to jest może jeszcze nieopierzona ale autorka, która zdobędzie potem bodaj 4 Hugo. To jest naprawdę bardzo dobra książka. Polecam. 


Dziecko płomienia

Czwarty tom "Korony gwiazd". Tak dla pełnej przejrzystości, to skończyłam go 2 października, ale chcę to mieć już z głowy, zaczęłam to czytać 4 sierpnia, jeszcze w Andorze. Potem, jak pisałam, nawet zapomniałam, że to czytam, tak mnie wciągnęło, no ale już, koniec, doczytałam. I pewnie, wbrew deklaracjom, jednak przeczytam resztę, chociaż mam wiele zastrzeżeń i to nie tylko do pani Elliott. Zacznijmy jednak on niej. 

Jak pisałam, nie ma powodu, dla którego ta książka jest tak długa. Szczególnie niemożliwie nudny i irytujący wątek Adiki można by mocno okroić, odpuścić sobie te długaśne rozdziały, w których oni idą z miejsca w miejsce, gdzie nie dzieje się nic istotnego, tylko możemy sobie popatrzeć na to, że kiedyś były na tym świecie sfinksy (a może i nadal są), krasnoludy i co tam jeszcze. To było nudne, to było po nic, mózg sobie chciałam wydrapać. To właśnie ta wędrówka tak mnie pokonała w połowie powieści, że już naprawdę chciałam się poddać. 

Na szczęście w końcu wracamy do polityki i wojen i robi się ciekawej - a i czyta się szybciej. 

Wkurzyło mnie też przedstawienie Polaków, generalnie żenujące. 

Co jeszcze jest żenujące? A no "tłumaczenie". Pierwsze trzy tomy przetłumaczone były solidnie i przede wszystkim konsekwentnie, z dbałością o językowe detale będące sercem herezji stanowiącej ważny element fabuły. W tomie 4 zmieniła się tłumaczka, co więcej nie chciało jej się przeczytać poprzednich tomów a nawet mam poważne podejrzenia, czy pod tym nazwiskiem nie ukrywa się więcej osób, bo są tutaj duże fragmenty, gdzie tłumacze ewidentnie nie ma pojęcia, co się dzieje a miałby, gdyby chociaż przeczytał ten właśnie tom. I żeby była jasność, to nie są dobre wpadki, to jest poziom opek obśmiewanych na analizatorniach. Z tekstów, których absurd widoczny jest bez kontekstu mój faworyt to:

Przyjrzała się Alainowi pionowo osadzonymi oczami. 

Zostawiam was z tą wizją. 


No to będę czytała dalej czy nie? No, cholera, ciekawi mnie co dalej z Henrykiem, Rosvitą, nawet Alainem. Niestety kolejny tom (bo ostatnie dwa chyba się w Polsce nie ukazały w ogóle) tez tłumaczyła ta sama osoba, co tom 4, więc entuzjazm u mnie znikomy. Może więc sięgnę po oryginał, bo chociaż nazwy własne i pewne wybory stylistyczne pierwszej tłumaczki mogą trochę mi stać na zdradzie, to ostatecznie ta druga i tak miała w dupie nie tylko to, co było przed nią, ale to co sama napisała pięć stron wcześniej (North Mark, czyli Północna Marchia, bo to "mark" to to samo "mark" co w "Denmark" bywało czasem Północnym Znakiem, bo ktoś tu jest debilem), że nie wspomnę o tym, że język polski jest również dla tej osoby językiem obcym i np. przez całe te prawie 1000 stron nie dowiedziała się, jakiego rodzaju i liczby jest piękne polskie słowo "drzewce". 


Audiobooki

Nie oświadczam się

Dosłuchałam po dłuższej przerwie zebranych reportaży prasowych Wiesława Łuki o zbrodni połanieckiej. To nie była dobra książka na audiobook. Mnóstwo nazwisk, sprzecznych zeznań, kłamstw, nazwisk, powiązań rodzinnych, nazwisk. Nawet to, że znam ten temat niewiele mi pomogło. Myślę, że głównym powodem tej sytuacji jest to, że to są reportaże z prasy, z epoki - co ma oczywiście ogromną wartość, ale jednocześnie niejako zakłada, że czytelnik jest na bieżąco. Myślę, że w formie książkowej to byłaby ciekawa lektura, jako audiobook się nie sprawdza. 


Palma

Co, znowu? Ano znowu, no bo używam dziada, wciąż testuję - ciekawostka przyrodnicza jest takiej natury, że chyba naprawdę skutecznie udało mi się zacząć przerzucać nałóg smartfonowy na to urządzenie i wczoraj, pakując do plecaka papierową książkę odruchowo chciałam spakować palmę... i to zrobiłam, no bo w autobusie w południe, spoko, można na papierze, ale wieczorem pewnie będzie za ciemno a do tego w tych kolejkach na ekspresu do kawy itp. coś tam się zawsze przeczyta. Szał. 

Druga rzecz, to że zaczęłam testować automatyczne światło i automatyczny kolor podświetlenia i o dziwo jestem zadowolona. W Voyage z tej funkcji właściwie nie korzystam, ona zawsze jakoś nie tak to podświetla jak bym chciała, a tymczasem Palma zwykle przy włączonej tej funkcji oba suwaki ustawia na 0, podbijając odrobinkę tylko kiedy robi się naprawdę ciemno. Alleluja! A bez światełka, w mocnym słońcu szczególnie, można w pełni docenić e-ink. 

Zaczęłam też czytać coś na Legimi (a nie tylko sprawdzać, czy aplikacja się odpala) i: da się czytać (trzeba tylko pamiętać o wyłączeniu animacji przewracania strony; co to w ogóle za durny wynalazek to ja nawet nie), przewracanie stron guzikami nie działa (ustawiłam w systemie, więc działać powinno). Niestety numeracja stron jest z dupy, więc trzeba używać procentów. 

Plany?

Cóż, teraz "Lucky Day" Chucka Tingle, "Kobieta z Wydm" Kobo Abe (na klub PIWu) i jakoś mi wpadł na Palmę "Dobry den". Potem z pewników mam tylko książki na klub czytelniczy ("Dzieci jesionu, dzieci wiązu" oraz "O bestiach i ptakach") i w grudniu 2 odsłona WPCUSa, czyli "Hunter of Worlds". No a potem, Grażynko, zaraz Wielkanoc i znowu wakacje. 

Niemniej, chciałabym przeczytać coś z książek kupionych w marcu na targach książki (bo chyba nie przeczytałam nic..) albo z Vesperowych nowości, szczególnie, że oni znowu naszykowali, cholera, pełno dobrego. I gdzie ja mam to trzymać?!
Czytaj dalej »

sobota, 10 lutego 2024

[Recenzja] "Czerwony Mars" Kim Stanley Robinson

 No dobrze. To będzie moja pierwsza od lat próba napisania faktycznej recenzji a nie tylko krótkiej notki-impresji, więc nie ręczę za wynik i pewnie zostaną mi zakwasy. Nie takie jednak, mam nadzieję, jak zgaga której nabawiłam się czytając „Czerwony Mars”.

(po czasie stwierdzam, że sposób w jaki ten tekst stacza się z poziomu poważnej rozmowy do obrzucania swojego podmiotu inwektywami dość dobrze oddaje popadnie w szaleństwo jakie towarzyszy lekturze)

 

Kim Stanley Robinson opublikował pierwszy tom swojej Trylogii Marsjańskiej w roku 1992 i zgarnął za nią nagrody Locusa i BSFA. Kolejne tomy cyklu dostały jeszcze Hugo i Nebulę. Przed otrzymaniem przez „Czerwonego Marsa” Hugo chronił nas zresztą wyłącznie drobny fakt, że w tym samym roku nominowany był także „Ogień nad otchłanią” (remis z „Doomsday Book”). Sam fakt jednak ze te dwie powieści – czy może raczej, wspaniała powieść Vernona Vinge’a (właściwie jak nie czytaliście to rzućcie w cholerę te moje wypociny i czytajcie „Ogień nad otchłanią”) oraz szkolny referat Robinsona - znalazły się na tej samej liście jest obrazą dla rozumu i godności człowieka.

(przyznajcie, długo wytrzymałam zanim zaczęły się inwektywy)

Oczywiście mówimy tu o nagrodach, którym daleko od wyznaczania jakichś czysto krytycznoliterackich standardów niemniej są one jakimś tam rankingiem popularności oraz, co myślę jest znacznie ważniejsze, są pewnym wyznacznikiem dla czytelników, których gros mało się interesuje nawet tym jak te nagrody są przyznawane, wie tylko że są ważne i jest to jakiś tam rodzaj znaczka jakości. To nie jest tak, że żadna dobra książka nigdy Hugo nie dostała (spoglądam z miłością na C.J. Cherryh – swoją drogą, jak ktoś jest zainteresowany jak to dokładnie się stało że space opera przestała być fantastycznym odpowiednikiem disco polo a stała pełnoprawnym SF, to Hugo 1982 „Downbelow Station” - po polsku jako „Ludzie z gwiazdy Pella” lub „Stacja Podspodzie” - oraz wspomniany już „Ogień nad otchłanią” są tymi punktami zwrotnymi), ale też nie jest to jakiś gwarant literackich rozkoszy. Spojrzymy chociażby na „Czerwonego Marsa”.

„Powieść” Robinsona powszechnie uznawana jest za dzieło wybitne, „najbardziej realistyczny opis terraformacji Marsa” i takie tam farmazony. Zacznijmy może od tego rzekomego realizmu. Nie idzie mi tu teraz o rozprawianie się z warstwą faktograficzno-naukową omawianego dzieła, szczególne, że czytałam je w wersji polskiej (polskawej, o tym zaraz) i tam nawet w kwestiach na których – zakładam – autor-geolog się zna tłumaczka/redakcja nieco popłynęła. Skupmy się na tym jak autorzy tego stwierdzenia (a i pewnie sam Robinson, bo nic nie wskazuje by było sprzeczne z jego intencją) rozumieją realizm. Otóż rozumieją go jako przejmującą, pozbawioną najmniejszego polotu nudę rodem z referatu pisanego na biologię w klasie piątej poprzez przepisanie słowo w słowo paru haseł z tego czy owego słownika/albumu/encyklopedii.

Słyszeliście o takiej zasadzie jak „show don’t tell”? Chodzi o to, żeby pokazywać rzeczy zamiast o nich opowiadać w narracji. No, Kim Stanley Robinson nie słyszał.

Wydawało mi się, że większej obelgi niż „czytam to dla fabuły” (pozdrawiam twórców serii Expanse) nie mogę pod adresem żadnej książki rzucić a jednak da się. Otóż, proszę się skupić, oto ja, orędowniczka literatury spod znaku no plot just vibes, wychodzę na scenę i mówię książce, że nie ma w niej fabuły. I nie chodzi mi to jakiś prostacki ciąg wydarzeń, trójaktową strukturę, hurr durr, kto zabił, tylko o prosty fakt, że w tej książce nie ma żadnej opowieści. Żadnej. A może przede wszystkim – niczyjej.

Powiedzieć, że w „Czerwonym Marsie” są słabe postacie, to jest nic nie powiedzieć, to spuścić zasłonę milczenia na to, co się tu odjaniepawla. Otóż mamy tutaj parę kukieł zbudowanych na solidnych fundamentach obraźliwych stereotypów: Rosjanie są odporni na mrozy i przy -60 gołymi rękoma śruby odkręcają, Arabowie to „szlachetni dzikusi” (no i są oczywiście tańczący derwisze, serio), Francuz jest wiecznie napalony i rozwalony jak gnój po polu – nawet Amerykanie nie unikają zastania ofiarami tej obrzydliwiej wizji świata, bo brunet knuje, a blondyn jest kretynem, co przedstawia nam się chyba jako taka pozytywna cechę, że John to taki trochę everyman: głupi jak but i zadowolony z siebie (jest też fragment w którym John zostaje Jezusem, serio). Ach, jest jeszcze maksymalnie sfetyszyzowana Azjatka i trochę pieprzenia o kulturze Japonii na poziomie od którego gnije mózg. A to jeszcze nic, bo ta realistyczna wizja kolonizacji zawiera wiele innych realistycznych treści, wszystkie jak rodem z domowej encyklopedii i to takiej trochę z namiotu „Wszystko za 5zł” w Niechorzu. Plus bardzo luźno rozumiane koncepcje takie jak hermetyczność, ciśnienie, temperatura, odmrożenia, powieść... Co tu jest realistyczne? To że chłop od czasu do czasu przepisze swoimi słowami hasło z encyklopedii i po prostu wstawi to w narracje? Że napisze taki rozdział o psychologii, że jego jedyną zaletą jest to, że można go pokazywać znajomym psychologom i patrzeć jak im z kolei mózg gnije? Mój Boże, nie myślałam że dożyje dnia w którym to powiem, ale „Marsjanjin” nie tylko jest lepszym tekstem o Marsie, ale nawet jest lepszą powieścią, choć to tekst w którym bohater futruje bez mrugnięcia przemrożone pyry, a poetyce całego dzieła bliżej jest do przydługiego posta na reddicie niż jakiejkolwiek tradycyjnej formy literackiej. Na Boga, „Księżniczka Marsa” (która skądinąd jest zajebista) to jest bardziej realistyczna powieść o Marsie bo przynajmniej jest spójna w swojej wizji (łącznie z tym że ona mu znosi jajko, deal with it). I zawiera marsjańskich kosmo-rzymian dekady przed Romulanami (w kolejnych tomach).

A, i ta cała międzynarodowa misja leci sobie na Marsa nie znając ani jednego wspólnego języka, bo przecież to żaden problem mieć w wyprawie grupę, z którą nie można się w ogóle dogadać. REALIZM.

„Czerwony Mars” zawodzi na każdym polu. Postacie – żałosne (jedynie Nadia trochę przypomina człowieka, pomijając rosyjską odporność na odmrożenia), fabuły – brak.  Wizji – nie stwierdzono. Wygląda to tak, że tekturowe imitacje ludzi włóczą się po okolicy po to, żeby autor mógł ekscytować się kamieniami (i ostatecznie opisy kamulców to jest chyba najlepszy element tej, ha tfu, powieści) oraz, co gorsza, zaszczycać nas przemyśleniami (bohaterów? miejscami trudno tu znaleźć dystans między autorem a wygłaszanymi poglądami) na temat obcych kultur lub jakichś zagadnień z zakresu psychologii czy innej rzeczy o której nie mają pojęcia. Ten rozdział o psychologii będzie mnie prześladował do końca życia. I jeśli myślicie, że on chociaż był w tym tekście w jakimś konkretnym celu, to nie.

Są tu zarysowane pewne problemy (a i z tych opisów kamieni lepszy pisarz zrobiłby coś ciekawego), jednak nigdy nie stają się prawdziwym tematem tej powieści. Wynikają jakoś przypadkiem i rozmywają się w zalewie innych, równie niedokończonych treści, polewanie od czasu do czasu jakimś zjawiskiem spod znaku imperatywu fabularnego. Ot w pewnym momencie bohaterowie stają się właściwie nieśmiertelni, bo tak wygodniej. 

Motywy, które dałoby się rozwinąć w coś poważniejszego, ale Robinson nawet nie próbuje to:

- konflikt między Zielonymi a Czerwonymi (zwolennikami i przeciwnikami terraformacji); sam ten wątek mógłby być głównym tematem tej powieści ale nie jest, żadna że stron nie jest przekonująca (autor ewidentnie nie wierzy, że to jest naprawdę jakiś problem) i mam wrażenie że znalazł się w książce wyłącznie po to, żeby nawiązać do wspomnianej już „Księżniczki Marsa” (nawiązań do wcześniejszych tekstów o Marsie jest tu sporo i zrobione są akurat sprawnie)

- życie w małej odizolowanej społeczności – o tym też mogłaby być ta powieść, ale nie jest, bo wątek ten sprowadza się do tego że Maja sypia z kim popadnie bo ma dwie szare komórki i potężną chcicę

- kolonizacja/imigracja (i cała właściwie kwestia kolonialna) – można by, ale po co, mamy tu tylko sygnały w mdłych argumentach Czerwonych i pozbawiony polotu wątek rewolucji, co to właściwie nie wiadomo kto ją rozpętał i po co.

- zły kapitalis – mało oryginalnie ale zupełnie do zrobienia

- eksperymenty społeczne i ich konsekwencje (w „Czerwonym Marsie sprowadza się to do gromadki potomstwa fetyszyzowanej Azjatki)

- Herezje i sekty zrodzone z nieludzkiego otoczenia – mamy jedna scenę wpieprzania ziemi do kwiatów przez kosmo-hipisów w seks-kulcie

- bunt kolonii przeciw macierzy (rozumiany bardziej sensacyjne niż w szerszym kontekście)

- napięcia społeczne spowodowane trudnymi warunkami, ucieczka z oficjalnych osad, walka o uniezależnienie się od Ziemi (bardziej partyzantka niż „oficjalny” bunt całej kolonii) – nic z tego nie wynika

- sensacyjny wątek pasażera na gapę – zasygnalizowany i olany, chłop jest tu tylko po to, żeby się w wygodnych momentach pojawiać i przeprowadzać bohaterów z punktu A do punktu B

- nieudane próby terraformowania które prowadzą do katastrofy klimatycznej. Tutaj czasem im coś nie wyjdzie więc próbują nowej rzeczy. (a serio, wyobraźcie sobie tę degenerującą się kolonię, która własnymi działaniami doprowadziła do katastrofy i teraz już nic im nie pomoże. Taki Shackelton spotyka „Ostatni Brzeg” z domieszką „Vatran Auraio” but kinda in space) (hmm... Czyżbym miała pipo 2025?)

- trójkąt miłosny. Serio, nawet z tego dałoby się zrobić powieść. Może ona by mi się nie podobała, ale byłaby o czymś.

- rozwój typowo Marsjańskiej kultury i jej konflikt z ziemianami – sprowadza się to chyba wyłącznie do kompletnie bezsensownych 37 pozaczasowych minut różnicy między dobą ziemską a marsjańską, które są wprowadzone po nic i nie mają sensu – a mimo wszystko to wciąż jest właściwie jedyna próba stworzenia jakiegoś, no nie wiem, unikalnego klimatu, czy coś. Pod koniec jest też jakieś mamrotanie o tym, że najstarsi mieszkańcy Marsa mają inne, bardziej utopijne podejście do świata, ale też nie jest to dobrze zarysowane ani nic z tego nie wynika.  

Wszystkie te motywy są tu jakoś zasygnalizowane, czasem mają szansę nieco się rozwinąć, ale żaden nie staje się tematem tego tekstu, żaden nie jest rozbudowany, mam wrażenie, że autorowi przyszło do głowy, że można by o takim czymś napisać, po czym ograniczył się do wstawienia w tekst ogólnej notatki do późniejszego rozwinięcia. W efekcie zamiast tego wszystkiego (albo chociaż jednej z tych rzeczy) dostajemy bohaterów którzy jeżdżą po pustkowiu i mają obraźliwe przemyślenia o różnych kulturach a serwowane to jest w formie – właściwie – nie powieści ale streszczenia, jakichś notatek. Nazbyt szczegółowego planu (słabej) powieści, gdzie zamiast szeregu rozmów w wyniku których bohater coś osiąga dostajemy „Frank wykonał kilka telefonów i sprawę udało się rozwiązać”.

 

„Czerwony Mars” nie broni się na żadnym poziomie. To nie jest tak, że jakiś aspekt kuleje ale nadrabia to inny. Tu nic nie działa. 2/10

 

PS tłumaczeniowe: czytałam „Czerwonego Marsa” w najnowszym wydaniu (Vesper). U tego wydawcy piękna okładka to standard, ale tutaj jest rewelacyjnie nawet jak na nich. Były momenty, kiedy ta ilustracja jako jedyna trzymała mnie przy życiu. Z tłumaczeniami w Vesper że bywa różnie. Są świetne (Lovecraft, Silverberg) ale są i takie sobie. A tu jest jeszcze gorzej, ponieważ kupiono prawa do starego tłumaczenia (Ewy Wojtczak z roku 1998) a ono nie jest dobre. Więcej – ociera się o humor z zeszytów. „klucze allena” (allen keys) zamiast imbusów, „szwajcarski nóż wojskowy” (swiss army knife) zamiast szwajcarskiego scyzoryka. Jest też Środkowy Wschód, ponieważ tłumaczka i/lub redakcja nie mieli zamiaru myśleć ani przez 5 sekund przy pracy nad tą książką i ja się naprawdę im w gruncie rzeczy nie dziwię. Redakcji merytorycznej pod względem geologii też tu raczej nie było.


PS blurbowe: z tyłu okładki możemy przeczytać, że „Czerwony Mars” to:

- jedna z najważniejszych powieści w historii gatunku science fiction – jak?  Mnie nie pytajcie. Nie wiem. Nie widzę (na szczęście) żadnego wpływu tego tekstu na sf. Nie neguje tego stwierdzenia, jeśli ktoś jest w stajnie pokazać mi co jest tak ważnego w tej powieści (porównując na przykład do wpływu „Stacji Podspodzie” na postrzeganie space opery) to proszę, bo jestem szczerze zaciekawiona.


- znakomicie skonstruowana UAHAHAHHAHAHHAHAAHHAHAHAHAHAHAHAHSHA

 

To nawet nie jest tak, że on jest jakoś wyjątkowo źle skonstruowany (jak na przykład „Mexican Gothic”), on nawet nie dociera do poziomu w którym można mówić o jakiejkolwiek konstrukcji. Tu rzeczy się dzieją (i jest to bardzo hojne określenie) monotonnie i bez żadnego znaczenia dla całości. Tu nawet nie ma czego konstruować.

- pod względem rozmachu zapierająca dech w piersi. Jakiego rozmachu? Poziom jakiejkolwiek wizji w tym tekście oscyluje gdzieś w okolicach minus czterdziestu. Nawet będąc wyjątkowo uprzejmym dla pisaniny Robinsona można co najwyżej powiedzieć, że jest to książka o przyziemnych (nomen omen) problemach małych ludzi, którzy szamoczą się z nie do końca określoną sytuacją w nie do końca określony sposób. Tu nic nie ma szansy wybrzmieć na tyle wyraźnie, żeby w ogóle było co z tym rozmachem opisywać. Ta nudna przyziemność, którą Robinson i jego fani rozumieją jako realizm nie ma nic wspólnego z rozmachem, niezależnie od tego czy się komuś podoba czy nie.

Co to jest za rozmach, to że chłop opisał wiele dekad funkcjonowania tej kolonii? Tak je zajebiście z rozmachem opisał, że jakby wyciąć opisy kamulców (a one są i tam najlepszym, co w tej książce jest) to pewnie by 200 stron z tych 914 zostało. A jakby z tego zostawić fragmenty, gdzie mamy normalną narrację a nie streszczenie, to nie wiem czy uzbierałoby się 100. (tak, wyciągam te liczby z dupy, dość już czasu zmarnowałam na te brednie, ale ebook śmiga po wiadomych stronach, jak ktoś ma czas może mnie zweryfikować).

 

Ps o tym, co się tu odzenkomartyniukowiło: w tej książce są kompletnie zbędne mapki i grafy, które mają chyba podkreślać rzekomo naukowy charakter tych wypocin. Najwięcej jest ich, o ironio, w tym rozdziale psychologicznym. Mózg gnije.

 

Ps podsmowujące: Co do zasady wychodzę z założenia, że recenzje/opinie w internecie to jedno i dobry punkt wyjścia do dyskusji, ale tak naprawdę najlepiej samemu się przekonać, o co chodzi. Ale nie po raz pierwszy zła literatura zweryfikowała moje naiwne przekonania. Nie czytajcie tego, nie traćcie na to czasu. Jak chcecie realistycznych książek, to sobie poczytajcie Cherryh.

Czytaj dalej »

wtorek, 5 grudnia 2023

[Rachunek za] Listopad 2023

Listopad, jak to listopad, przede wszystkim NaNo i mało czasu na cokolwiek innego. Tegoroczny był mniej intensywny niż zdążyłam przywyknąć bo niestety nie odbywały się kursy językowe w Krasjonarsku. Szkoda, ale co zrobić, podejrzewam, że Uniwersytet po prostu nie dostał w tym roku grantu. Z powodu wiadomych powodów. 

A NaNo, cóż... Jeszcze będzie o nim niżej. Dość powiedzieć, że w tym roku starałam się nie zginąć przy pisaniu powieści w miesiąc i nawet mi się to udało... chociaż cała organizacja jest jakoś nad przepaścią. 

W związku jednak z pisaniem powieści i ogólnym zmęczeniem materiału przeczytałam całą jedną książkę, obejrzałam parę filmów i spędziłam parę minut grając w grę.  


Książki

Przyczajona groza

Najnowszy ze zbiorów opowiadań Lovecrafta w tłumaczeniu Macieja Płazy, które publikuje Vesper. Kupiłam dość spontanicznie, bo te wydania są tanie (poniżej 30zł!) i przeczytałam z dużą przyjemnością. Pierwsze dwa opowiadania ("Przyczajona groza" i "Opuszczony dom") są takie sobie, szczególnie pierwsze można powiedzieć że trąci myszką, ale za to "Przypadek Charlesa Dextera Warda" jest absolutnie wspaniały. "Coś na progu" też świetne. 

Jedyne minusy to, cóż, rasistowskie i mizoginskie wysrywy są tu na naprawdę olimpijskim poziomie (ze 2-3, ale za to jakiego kalibru). A najlepsze jest to, że są kompletnie zbędne (w "Czymś na progu" można by je na upartego uznać za element fabuły ale też mogłoby tego nie być). Lovecraft albo czuł potrzebę powiedzenia tego, albo co gorsza (i pewnie tak było), nie widział w nich nic kontrowersyjnego. 

Tłumaczenia Płazy oczywiście świetne. 

Vesper lubi opatrywać książki posłowiami, mamy więc i tutaj posłowie. I ono jest znacznie dziwaczniejsze od tekstów, których dotyczy. Generalnie te Vesperowe dodatki są różnej jakości, ze wszystkich z którymi się zapoznałam jedno czy dwa były faktycznie interesujące (to w "Ruinach" jest lepsze od samych "Ruin", ale już to w "Terrorze" np. jest zbędne, bo poza potwierdzeniem, Simmons odrobił lekcje nic nie wnosi a jednak wypadałoby, biorąc pod uwagę że od czasu napisania powieści odnaleziono wrak Erebusa), ale to jest jakiś nowy poziom. Autor zaczyna od tego, że zebrane w zbiorze teksty opisują miejsca dobrze Lovecraftowi znane, by potem zacząć forsować rzekomo kontrowersyjną tezę jakoby Lovecraft bluznił przeciwko Bogu. I nie, nie przeszkadza mi, że ktoś zauważył takie oczywistości, że w tych zaklęciach i innym pieprzeniu znajdują się łacińskie, greckie, hebrajskie i Bóg (hehe) wie jakie jeszcze słowa na oznaczenie Boga, chociaż ich celowa bluźnierczość (w intencji autora a nie postaci opisanych w tekstach) może być przedmiotem debaty. Ja mam inne pytanie. KTO TO SĄ CI FANI LOVECRAFTA KTÓRYCH OBURZA PISANIE ŻE LOVECRAFT NIE CHODZIŁ DO SPOWIEDZI?! Bo nie, nie idzie o to, że ktoś religijny nie lubi Lovecrafta. Idzie o to, że fani Lovecrafta nie lubią jak mówić, że nie miał w portfelu zdjęcia JPII. Co? 


W kategorii książkowe wypada może wspomnieć o zakupach, bo nabyłam jesienne nowości Vespera (no bo czyje...) i PIWu (ponownie... Ci to już w ogóle, bo są przecież na legimi). Do kolekcji dołączyły 


Tajemnice Zamku Udolpho Ann Radcliffe  - Chyba próbowałam ją kiedyś czytać (lub inną książkę Radcliffe) i jakoś nie podeszło, ale to było chyba pod koniec liceum, a wiem, że gust mi się zmienił, więc... ŁADNE WYDANIE BYŁO PROSZĘ MNIE NIE OCENIAĆ

Flagi pokrył kurz William Faulkner - jakaś mam fazę na amerykańskich klasyków (trochę przez Melvilla pewnie ale głównie dlatego że sobie uświadomiłam że ich praktycznie nie znam), więc jak zobaczyłam, że tłumaczył Maciej Płaza, to nie mogłam się powstrzymać. Więc mam już dwóch Faulknerow w kolekcji, mam nadzieję że się polubimy xD


Czerwony Mars Kim Stanley Rombinson Tutaj też miałam zdaje się podejście, ale takie, które się skończyło po jednej czy dwóch stronach. Nie pamiętam dokładnie dlaczego, podejrzewam, że ledwo zaczęłam czytać, jakoś mnie nie porwało od pierwszego zdania a wpadło mi w ręce coś innego. Mam nadzieję, że okaże się chociaż w 1/3 tak niesamowita jak ta okładka (w realu wygląda jeszcze lepiej). 
To jest w ogóle przedstawicielka nowej serii wydawniczej Vespera, bo im nigdy nie jest dość ataków na mój portfel i teraz idą już nie tylko w horrory ale też w klasykę sf a nawet zupełnie nową fantastykę. >:(  

(swoją drogą to jakaś straszna kobyła, kiedy ja to przeczytam?) (tak, okładkę można zamówić jako plakat i jestem jełop, że tego nie zrobiłam, bo ta grafika jest wspaniała)

Inwazja porywaczy ciał Jack Finney Była w pakiecie jesiennych nowości, no to wzięłam (no i spójrzcie na tę okładkę). Klasyka, ale klasyka mi zupełnie nieznana, poza tytułem. Filmu też nie widziałam. 





Omnifagus Rafał Nawrocki Z tą książką wiązałam największe - choć kompletnie nieuzasadnione - nadzieje, bo to zbiorek opowiadań weird fiction o nie-Poznaniu. 
Już (piszę te słowa 5 grudnia) przeczytana, ale więcej na ten temat będzie w podsumowaniu grudnia. W każdym razie, no, ładna okładka i wyklejki. 






Filmy

Głos w nocy 

Promień światła

Delikatna sprawa 

Błotna piramida

Czyli kontynuuję przygodę z komisarzem Montalbano. Z wymienionych tytułów na konkretniejszy komentarz zasługują właściwie dwa. Promień światła, bo jest wyjątkowo marny oraz Delikatna sprawa, bo dla odmiany jest świetna. 

Nie wiem, co się stało scenariuszowi Promienia światła, ale nie było to nic dobrego. Rozpatrywane sprawy są absurdalne i rozumiem, że takie miały być, ale są zbyt idiotycznie poprowadzone. A do tego wchodzi jakaś nowa Livia (zmiana aktorki), która przez cały odcinek pokłada się tu i tam i marudzi, że ma depresję i złe przeczucia. I oczywiście na koniec dostajemy zwrot akcji taki że hej (ginie poboczna, ale emocjonalnie istotna postać) i to wszystko pada na ryjek tak spektakularnie, że zamiast dramatu dostajemy coś, na widok czego można się właściwie tylko z zażenowaniem roześmiać. Co więcej ta dramatyczna śmierć, którą dostajemy w ostatnich 3 minutach filmu ma dokładnie... zero konsekwencji. Po co o tym mówić, to niedobra jest. 

Delikatna sprawa to dla odmiany bardzo dobra rzecz. Mamy martwą kobietę i sytuację, w której wszyscy są podejrzani.  


Seriale:

Lepsi niż my

Czy ten serial daje radę? Otóż daje. Otóż jest fantastyczny, tak samo jak za pierwszym razem. No i Bars. 


Gry komputerowe 

Hollow Knight

Było na jakiejś promce, czy coś, to wzięłam. Nuży mnie ten klimat, ale jakoś się tam pyka. 


NaNoWriMo 2023

Można spokojnie uznać, że czasy pisarskiego święta są już za nami. W organizacji działo się źle już od paru lat (wiecie, że na nowej stronie wciąż nie ma maszynki do liczenia słów?), oficjalny polski region jak skisł w zeszłym roku, tak w tym jest równie toksycznie, HQ w kwestii żebractwa nie tylko nie zwalnia (choć wydawać by się mogło, że pod poradami, jak oddać im hajs, chociaż się żyje poniżej granicy ubóstwa to już nic nie ma) ale nawet nabiera rozpędu - w tym roku pośród nagród za napisanie 50000 słów w 30 dni znalazła się... możliwość kupienia jakiegoś szajsu z linków afiliacyjnych. Czy to wymaga komentarza? Może tylko powiem, że po tym, jak dostałam maila z życzeniami urodzinowymi, który zawierał propozycję, żebym w prezencie dla siebie oddała im pieniądze myślałam, że w tej kwestii już nic mnie nie zaskoczy. A tu proszę. 

Komentarza - choć może bardziej zasygnalizowania sytuacji - wymaga jednak to co się odjaniepawliło na forum. Tam już się źle działo od dwóch lat i wielkiej afery z MLami (wolontariuszami). Potem nastąpiła afera moderacyjna, która była tłuczona pałką użytkowniczej irytacji z pewną regularnością, ocierając się o różne poziomy absurdu - ogółem problemem był brak moderacji lub moderacja rażąco niekompetentna i użytkownicy na przemian skarżyli się na to co się dzieje i domagali się poprawy sytuacji ofiarując pomoc ze swojej strony; pomoc, która była odrzucana z obawy przed... wrogim przejęciem (I kid you not). Kałszkwał bulgotał aż się okazało, że problemem jest nie tylko zamykanie wątków, kasowanie wiadomości, wyrażanie takich czy innych poglądów (przez użytkowników) itd. itp. Otóż okazało się, że główna moderatorka forum dla nieletnich ma tak jakby... skłonności pedofilskie. I wchodzi w bardzo niestosowne interakcje z nieletnimi użytkownikami oraz przekierowuje ich na swoją stronę internetową pełną treści o charakterze seksualnym. Fajno nie? 

I wydawać by się mogło, że to już gorzej być nie może, że to jest potworna wtopa i problem o charakterze zwyczajnie kryminalnym (z tego co wiem FBI zajmuje się tą sprawą). ALE NIE. To byłoby za mało. Ponieważ HQ, powiadomione o sytuacji postanowiło ją zignorować (: Frustracja, irytacja i zwyczajna troska o coś, co stało się dla wielu osób stałym elementem życia sprawiły, że użytkownicy postanowili dać znać górze (nad HQ jest jeszcze rada nadzorcza). No i wyobraźcie sobie jak zareagowała sama góra jak zobaczyła ten syf i manianę. Rada zaczęła działać, ale siłą rzeczy na tym etapie musiała uciec się do środków drastycznych, tj. zamknięcia forum, potem uruchamiania tylko nielicznych jego elementów. 

Na tym etapie (5 grudnia) powstały już alternatywne forum i discord stworzone przez zbuntowanych użytkowników, ludzie się rozeszli a cała ta zabawa... nie wiem, wydaje mi się, że tu już nie ma co ratować (nie mam zbyt wielkich nadziei co do tego buntowniczego projektu, bo on jest trochę na zasadzie "socjalizm tak, wypaczenia nie", nie widzę, żeby miało tam dojść do jakichś bardzo drastycznych zmian w podejściu). Oczywiście sprawy o charakterze kryminalnym należy pociągnąć do końca, ale coś w trakcie tego całego zamieszania umarło. Pamiętam NaNo z roku 2010. Pisarskie święto, w którym najważniejsze było to, że jesteśmy pisarzami (nieważne skąd, jakimi, co piszemy i co myślimy o tym czy owym - nawet co myślimy o pisaniu) i razem robimy coś kompletnie kretyńskiego. To nie stało się z dnia na dzień, ale ostatecznie przeszliśmy od "Ludzie, pamiętajcie, żeby zjeść obiad, bo ja tak nawalam w klawiaturę, że nic nie jadłem o czwartku" do "DEJ MAM HORE NANO". I tam gdzieś w okolicach tego fiaska z nową stroną, z tymi próbami przerobienia NaNo na imprezę całoroczną (bo ludzie dają hajs tylko w listopadzie, a tak by mogli cały rok, prawda) - pisanie powieści w miesiąc bo to głupie i czemu nie upadło, zesrało się i zdechło. I teraz to truchło wybuchło jak martwy wieloryb, co za długo leżał na słońcu. 

Przez ostatnie parę lat liczyłam na to, że oni się opamiętają. Ale tu chyba już się nie da nic zrobić, trzeba to wszystko wysadzić w powietrze i zbudować na nowo. Nie za rok, myślę, za 3-4 lata. 


Plany na koniec roku

Klasycznie, rok się skończył zanim na dobre się zaczął. Na podsumowania jeszcze przyjdzie pora, tymczasem trzeba jak najlepiej wykorzystać ostatni miesiąc anno domini 2023 (niby to już długo tak, ale te daty wciąż wydają mi się jakieś kosmiczne). 

Chciałam ambitnie doczytać całe zbiory z Rozkopane Czyta, ale to raczej się nie uda. Nie mniej zaczęłam już "Biały zamek" Pamuka. Poza tym biorę udział we wspólnym czytaniu na Storygraphie - na inaugurację nowej funkcji czytamy "Cyrk nocy" Erin Morgenstern.

Poza tym jestem rozdarta co do tego, co robić potem. Z jednej strony kusi mnie cała ta nagromadzona klasyka, z drugiej mam pełno innych książek, mam fantastykę z Vespera, mam pełno rzeczy zassanych na legimi... no nie jest łatwo. Główny cel czytelniczy jest jednak taki, żeby przeczytać jak najwięcej. 

Poza tym muszę w końcu wrócić do niemieckiego i rosyjskiego, ale nie mogę się zmusić, za dobrze mi z tym, że wracam z pracy do domu i właściwie nie mam specjalnych obowiązków (750 słów tak zaraz po nano to się pisze błyskawicznie ;) ). 

Czytaj dalej »

wtorek, 2 lutego 2021

[Recenzja?] "Ekspansja"

Zacznijmy od tego, że to nie jest recenzja. Raczej luźne sfrustrowane impresje. Nad czym będziemy się pastwić? Ano nad cyklem "Ekspansja" dwójki autorów ukrywających się pod pseudonimem James S.A. Corey. 

To jedna z tych serii, które czytam dla fabuły i uwierzcie mi, to nie jest komplement.

Ekspansja ma wielu bohaterów. A wszyscy są koszmarni. I to nawet nie tak że są okropni jako osoby, są beznadziejnie napisani. Jeśli w ogóle można posunąć się tak daleko, by stwierdzić, że istnieją. Tak naprawdę nawet jako zestawy cech o funkcji w fabule wypadają słabo. Czasami można dostrzec, co autorzy chcieli osiągnąć, ale to tym bardziej obnaża ich porażkę. Avasarala chociażby ma być tak bardzo zaskakująca i nieoczywista i sprzeczna z oczekiwaniami, że jest seksistowskim wulgarnym babusem, który płacze w cyfrowe ramię swojego rozmemłamego mężusia-poety i bawi się z wnukami a do wszystkiego, co robi motywuje ją śmierć syna. W wypadku. Który nie ma nic wspólnego z tym co ona robi.

W ogóle największy mój problem z tymi postaciami leży w tym, że są motywowane emocjami – co samo w sobie nie jest jakąś specjalną zbrodnią. To się zdarza i w prawdziwym życiu. Tylko te emocje bohaterów się zdarzają i to są jakieś emocje i bohaterowie podejmują jakieś działania. Jedno z drugim wiąże się raczej teoretycznie, a rzeczone emocje pojawiają się w tekście wtedy, kiedy bohater ma coś zrobić i trzeba jakimś debilizmem uzasadnić że się za to zabierze. I nie chodzi o to, że emocje bohaterów są bez sensu. Emocje bez sensu. Tylko że one nie są opisane. Dostajemy tylko jakiś mętny i nielogiczny proces myślowy bohatera, jakby autorzy nie mieli pojęcia o ludzkiej emocjonalności, ale z jakiegoś powodu postanowili napisać powieść o ekstremalnych feelersach. Wyszło płasko, nijako i zupełnie bez rzeczonych emocji.

Po tym, jak ten sam schemat postaci złożonych ze sprzecznych cech powtórzył się kilka razy wreszcie do mnie dotarło w czym rzecz i co autorzy robią. Wykoncypowali sobie, że będą mieli Silne Postacie Kobiecie. Ale właściwie chcieliby, żeby to były kobiety, a nie faceci z cyckami. No więc zrobili masę jakichś aroganckich seksistowskich babusów, ale ponieważ nie są jak inne dziewczyny, to od czasu do czasu z dupy dostajemy scenę, w której nagrywają ckliwą wiadomość do męża/żony/dziecka, która jest kompletnie niezgodna ze wszystkim, co się działo do tej pory. Mam rozumieć, że ten seksistowski babus to tylko poza? Wtf? Nie chodzi mi o to, że nie można być nazistowskim zbrodniarzem i kochać swoje dzieci albo psa. Można. Tylko że robiąc jedno nie przestaje się być drugim.

Myślałam, że po Avasarali żadna postać mnie nie będzie już aż tak wkurzała, ale oh boi, jakże się myliłam. Bo w tomie trzecim dostajemy Annę. Anna jest pastorem-lesbijka z żoną i dzieckiem, ale w kontekście jej działań, ten drobny fakt pewnie nawet nie znajdzie się na jej liście polecającym do piekła (i nie chodzi tu o moje poglądy, chodzi mi o to jak to widzi jej własna religia. No ale wiecie, Expanse taki postępowy – mam tylko nadzieję, że dali znać Bogu xD). Bo Anna wierzy w Świętą Moc Przebaczenia, natomiast zupełnie nie po drodze jej ze sprawiedliwością. Jest to postawa tak ohydna, że niemal imponująca. Pamiętajcie drogie dzieci: zabicie setek jak nie tysięcy ludzi to nie jest jakiś wielki problem, jeśli sprawca obieca, że już więcej nie będzie.

  

Tłumaczenie tego tekstu jest DAREMNE. Zaprawdę powiadam wam jest straszliwie, pal sześć styl, ale jest tu masa miejsc, w których ewidentnie w oryginalne jest żart (zwykle niezbyt śmieszny, bo autorzy są przekonani o tym że są zabawni tak samo jak o tym, że ich postacie są takie badass, że Kid Rock wymięka), który można by bardzo prosto przetłumaczyć, ALE NIE. "Fuck" zawsze zmienia się w "pieprzony", niezależnie od tego, że po polsku nikt by tak nie powiedział nawet na torturach. Jakieś krótkie formy są tłumaczone dosłowne, choć w polszczyźnie funkcjonują inne sformułowania. No i jest jeszcze konsekwencja na poziomie tłumaczenia "Gry o tron", gdzie nazwy własne czasami są tłumaczone a czasami nie. I nie mówię o różnych nazwach, mówię o tej samej nazwie, która zmienia językową orientację.

Ahahaha, sprawdziłam tego wybitnego artystę-tłumacza (Marek Pawelec) i wcale się nie zdziwiłam, kiedy znalazłam na liście jego dokonań inną książkę którą pamiętam jako koszmarnie przetłumaczoną – "Modyfikowany Węgiel". Typ skrzywdził nawet C. J. Cherryh, acz tego nie czytałam.

O, wiecie jaka jest jakość tego tłumaczenia? Jak pierwsza okładka Węgla:

Do tego redakcja też dała ciała na całej linii. Już pomijam że takie tłumaczenie powinno być albo gruntownie zredagowane albo odesłane do tłumacza, żeby się ogarnął. Chodzi mi tu o kwiatki takie jak tłumaczenie nazw własnych, które czasem się zdarza a czasem nie (w związku z czym Kazimierz z czasem staje się Casimirem itd.) albo to że postaciom zdarza się zmieniać płeć na kilka zdań. Bo czemu nie, jest XXI wiek, goddammit.


Na 6 książek które przeczytałam, tak naprawdę podobały mi się wyłącznie "Gry Nemesis", bo tam wreszcie, jakimś cudem, pojawiły się znośne postacie (#teamamos). Dosłucham sobie pewnie pozostałe tomy, jak mi się skończą inne rzeczy do słuchania przy zmywaniu naczyń i robieniu na drutach czy w pracy, natomiast naprawdę poza fabułą ta seria nie ma praktycznie nic do zaoferowania. Czyta się szybko, oryginalny tekst jest lepszy literacko od tego koszmarka pióra Pawelca ale generalnie też bez szału i, no, tyle. 

Chciałam na podstawie tych notatek napisać jakąś porządną recenzję, ale prawdę mówiąc nie wydaje mi się, żeby ta seria na to zasługiwała. Dużo mnie w niej irytowało, acz jestem (wbrew pozorom) gotowa na wiele rzeczy przymknąć oko. Jak widać dość sprawnie przebrnęłam przez tych 6 cegieł. To że nie mam dla nich szacunku to jest inna kwestia. Fabuła wciąga, reszta jest ble. 

Czy komukolwiek bym to poleciła? Tylko komuś, kto lubi fabuły i nie zwraca uwagi na właściwie nic innego (łącznie z tym, że postacie zachowują się idiotycznie). 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia