W tym lipcu minął rok, odkąd postanowiłam wydać zbyt dużo pieniędzy na zbyt mały czytnik, myślę więc że wypada jakoś podsumować sytuację.
Przez te dwanaście miesięcy Palma zwiedziła ze mną Andorę oraz różne kolejki, sklepy, przejazdy autobusem i pociągami, czytałam na niej czekając aż podgrzeje się obiad albo zwolni toaleta w pracy. Piszę to jadąc autobusem i też mam ją w kieszeni. Po roku mogę spokojnie powiedzieć, że ten czytnik ujarzmiłam a nawet się z nim zaprzyjaźniłam chociaż początki były dość trudne. Więcej o tym napisałam w mojej długaśnej recenzji, ale sytuacja nieco się od tamtej pory zmieniła.
Ustawienia ekranu
Tu z pomocą przyszedł mi głównie internet, więc i ja z internetu pokazuję ewentualnym użytkownikom, jak się sprawy mają. Przede wszystkim nie bać się suwaczków. Wzmocnienie kolorów ustawcie tak na, powiedzmy, 70. Dzięki temu tekst będzie naprawdę czarny i wyraźny.
ReadEra
Początkowo nie mogłam sobie poradzić z poprawnym ustawieniem tej aplikacji, ostatecznie okazało się że mimo przestawiania odświeżania na "regal" czytnik tego z jakiegoś powodu nie rejestrował, ale po przeklikaniu się przez różne tryby w końcu zadziałało. Od tamtej pory ReadEra to jedyna aplikacja do czytania z jakiej korzystam (w wersji premium ale uważam że warto te 60zl zapłacić). Dlaczego? Intuicyjny interfejs to duży plus, łatwo jest znalezć odpowiednie opcje i ustawić wszystko jak się chce. Szybkość działania i poprawne wyświetlanie ebooków to dwa. A trzy - i to mnie przekonało do walki o to, żeby jednak ReadErę na Palmie skonfigurować - przypisy. Nie znam innej aplikacji, która wyświetlałaby przypisy jak przypisy dolne - spójrzcie na to cudo. Dla kogoś, kto czyta głównie beletrystykę to nie jest aż taki szał, ale spróbujcie poczytać w ebooku książkę naukową... Nawet jeśli przypisy są ładnie sformatowane i wyświetlają się w okienkach to wciąż mnóstwo klikania. A tu cyk, nie trzeba nic robić.
Jedyny minusem tej aplikacji jest wyłącznie ciemny motyw w bibliotece/menu, przez co mało co na einku widać (dałoby się to wyregulować ale wtedy ucierpiałby wygląd tekstu).
elegancko wyświetlony przypis
Niagara launcher
Z Onyxowego launchera zrezygnowałam zanim jeszcze urządzenie do mnie przyszło. Na telefonach używam od dawna Nova Launchera i jest mi bardzo trudno zrobić cokolwiek na innym. W początkach Bitwy o Palmę próbowałam polecanej Niagary ale to było zbyt wiele nowego na raz. Podczas pierwszego ustawiania czytnika, instalowania różnych aplikacji, czcionek, wybierania folderów do tego i owego - z launchera korzystałam dużo i szybko, w związku z czym intuicyjna obsługa była dla mnie najważniejsza i chociaż trochę minimalizowała frustrację. Po roku jednak, zmianie używanej aplikacji do czytania (neoreader ma statystyki i widgety), ogólnej pacyfikacji czytnika oraz w obliczu szybkiego upadku Nova Launchera (reklamy, serio, i to z dźwiękiem plus chyba już osiem różnych trackerów) uznałam, że pora na zmiany.
Przede wszystkim, mimo początkowego zamieszania, Palmę da się doprowadzić że stanu "telefon" do stanu "czytnik", tj. kiedy już wszystko ustawiłam tak jak chce, bardzo rzadko w ogóle opuszczam ReadErę. W związku z tym minimalistyczny launcher w rodzaju Niagary czy inkOS zaczyna być zupełnie praktycznym rozwiązaniem. Przetestowałam oba. Prawdopodobnie, gdybym nie zaczęła od Niagary, nie porzuciłabym testowanego chwilę później inkOSa, bo to solidny launcher, daje sporo możliwości jeśli chodzi o zmianę wyglądu i położenia elementów na ekranie głównym. Niagara jest po prostu... Estetyczniejsza. A zmiana launchera w tym momencie - poza problemami z Novą - była dla mnie głównie decyzją estetyczną. Na Novie i tak na ekranie głównym nie miałam nic poza tapetą.
Teraz wygląda to tak:
Odpowiada mi ten minimalizm, a kiedy nie muszę już właściwie robić poza kliknięciem w ReadEra to wystarcza zupełnie.
Bateria
Niech o tej kwestii przemówi fakt, że fragment ten dopisuję na końcu, bo wcześniej nawet nie pomyślałam o baterii. Powszechnie wiadomym jest, że czytniki z androidem nie mogą pochwalić się takimi osiągami jeśli chodzi o długość pracy na jednym ładowaniu jak ich nie-androidowe odpowiedniki. Ale jak to właściwie jest? Otóż, odpowiedź stara jak świat: to zależy. Jeśli będziemy używać Palmy jak smartfona (internet, bluetooth, audiobooki, komunikatory itp.), to bateria będzie trzymała jak w smartfonie, no, może troszkę lepiej. Ale pewnie mówimy o dwóch dniach. Jeśli jednak potraktujemy ją jak czytnik, tj. wyłączymy bluetooth, wifi, nie będziemy słuchać audiobooków, nic nie będzie działało w tle, wyłączymy podświetlenie lub będzie ono minimalne, to... to ja nawet nie myślę o ładowaniu. Ponieważ nie mierzę czasu czytania każdego dnia trudno jest mi podać konkretne dane, ale w czasie wyjazdu - osiemnaście dni - ładowałam czytnik raz, kiedy bateria zeszła poniżej 50%. Także myślę, że dwa tygodnie to jest minimum, a spokojnie bateria wytrzyma 3-4 tygodnie (zakładając, powiedzmy, godzinę czytania dziennie). Ponieważ jedno czytają więcej, inni mniej, to myślę, że dobrym sposobem myślenia o baterii Palmy będzie po prostu to, że trzyma ona mniej więcej tak jak w czytniku a nie tak jak w telefonie. Także bez paniki, można zabierać na camping albo w góry a w samolocie czy pociągu czytać bez obaw, że nie starczy.
Rok pod Palmą
Onyx Boox Palma 2 spełnił moje oczekiwania. Jedyny minus tego czytnika, który wciąż jest obecny i raczej nie zniknie to waga, ale wynika ona z dość pancernego etui (marka Tudia), sam czytnik ciężki nie jest. Rozmiar za to - absolutna rewelacja. Właściwie każda recenzja palmy zachwyca się tym, jak poręczne jest tu urządzenie, jak łatwo nie tylko je gdzieś że sobą zabrać ale też przede wszystkim wyciągnąć z kieszeni i poczytać parę akapitów. Oczywiście istnieją urządzenia jeszcze mniejsze (xteink) i bardzo możliwe że gdyby xtinki miały lepszą prasę (przede wszystkim ominęło mnie jakoś istnienie fanowskiego oprogramowania) zanim kupiłam Plamę, zdecydowałabym się na któryś z nich. Natomiast palmy nie żałuję.
Pewną obawę budzi (i we mnie też budziła) wygoda czytania na tak małym i wąskim ekranie. Ale tak naprawdę, przecież dużo czytamy na telefonach, prawda? Oczywiście to może być problem dla osób, które źle widzą (ja mam minusy i lekki astygmatyzm), które po prostu lubią większe litery itd. Ja akurat lubię maciupkie napisy, więc jestem zadowolona.
Aktualnie używam takich ustawień, chociaż od czasu do czasu zmieniam w zależności od tego, co mi w duszy gra:
Po roku stwierdzam więc, że jestem zadowolona z zakupu, czytnik sprawdził się zarówno na górskim szlaku jak i samolocie, autobusie miejskim czy w drodze do sklepu - skoro gapię się w ekran telefonu, to równie dobrze mogę gapić się w ekran czytnika. Tego ostatniego oczywiście nie polecam, bo to że czytacie Dostojewskiego zamiast patrzeć na memy nie zmienia faktu, że jesteście cyfrowym zombie.
"Voices of Hope" is the fifth installment of "Seafort Saga", series I fell in love last year. Nicky Seafort, character constructed around strict and inelastic righteousness soaked in depression that made him unreliable and fascinating narrator, became one of my all-time favorites very quickly. I loved how deeply religious and moral he was - he and a big chunk of the world - how many strict rules made the story and character's struggle so intense. Feintuch put no distance between the reader and narrator so those books were emotionally exhaustive and I don't think I'll ever forget the ending of part four. All of those qualities are present in "Voices of Hope", yet this installment differs from first four greatly. First of all we have different set of narrators, some characters we know from previous books (Mista Chang, Robbie Boland), some new. Second, also very important - action takes place in N'Yawk, in trannietown, not on a navy ship or in the academy. This radical change of setting changes the tone of whole story significantly. The plot revolves around two events: deteriorating water situation in trannietown which forces tribes to cooperation and Seafort son, PT, running away from home to find his runaway friend he's convinced fled because of his harsh words (he might be an autistic twelve-year-old, but he is a Seafort to the bone). Since it's Seafort Saga this couldn't end well. Seafort himself is a minor character for the most of the book but it is still interesting to look at him from different perspective, especially since his narration is so unreliable. Since two of the narrators are trannies (trannie boy Pook and traytaman Chang) and action takes place mainly in trannietown, we get a lot of trannietalk in here. Personally I love it. I don't think there's such thing as too much of trannietalk (though, as other reviews show, I might be in the minority; consider yourselves warned). I am always fascinated how well made this language is, how simple yet precise and how obvious it becomes after a while. A lot of made-up dialects in fiction is terrible from linguistic perspective, it's hard to talk and think in them because they complicate language while its evolution never goes that way. Not trannietalk. Trannies are not reduced to the language, they have a lot more space here than in previous books and Feintuch shows us that while very different from us or Uppies and primitive in many aspects of their lives and culture, they are still human beings capable of complicated thought and deep feelings. In some cases they're more natural and honest than Uppies. Uppies on the other hand think they own da worl' and approach trannies with contempt - and get burned badly in the result. This is book about racism and genocide, about mindless cruelty of people treating other human beings worse than the animals. Even though they're armed only in knives and spears, trannies give a good fight, cleverly using their resources, and rather die than surrender into slavery. In this respect "Voices of Hope" are far more deep and complex book than the previous four. (and what a delight after flat and unconvincing "The Traitor Baru Cormorant") It was almost a year since I've read first four books. I needed this time to cool down after the "Fisherman's Hope" ending. I think it was also good because "Voices..." are so different. If I've read them directly after previous one, expecting more Nicky, Navy and regulations I think I would be very disappointed because there’s only a tiny bit of it in the end of the novel (and Lord God, how perfectly Seaforty it is! even the hanging is mentioned, my favorite of inappropriate inside jokes). Instead I've got a big load of the familiar world, a lot about trannie culture, and this atmosphere I love. And a bunch of interesting characters (especially Halber). And, what I think might be important for some people because I saw it mentioned in reviews several times, construction of the book is different, we don't get the three-part scheme known from parts 1-4. I don't mind but I saw people do have a problem with it. I like this book very much and I think it is a worthy addition to the "Seafort Saga". It is different, though, so if read directly after previous ones it might disappoint - not because it's bad but because it is distinctly different.
Wrzesień chyba już zawsze będzie dla mnie początkiem roku, zbyt wcześnie się nim stał i zbyt długo nim był, żeby tak po prostu przestać być niezwykle ważną cezurą tylko dlatego, że skończyłam szkołę ponad (lepiej brzmi niż niemal dwie...) dekadę temu. Zresztą, chyba nie tylko ja tak mam, skoro wiele rzeczy wraca po przerwie wakacyjnej a niektórym w ogóle wydaje się że 1 września to początek jesieni (ale oni to może powinni jednak wrócić do tej podstawówki). No ale z drugiej strony Action już wystawił choinki i bombki... tak, mem stał się rzeczywistością.
Tak więc ja też przewracam stronę, zaczynam nowy eee... no, wiadomo. Wrzesień to powrót Klubu Książkowego PIW i Księgarni Bookowski, co oznacza powrót do pewnego reżimu jeśli chodzi o wybór lektur, szczególnie, że w środek tej zabawy, na listopad ,wjeżdżają na pełnej "Tajemnice Zamku Udolpho" - 864 strony i mam pewne podejrzenia, że nie będzie to lektura nadmiernie porywająca (nie że się nastawiam negatywnie, ale to chyba nie jest Abercrombie, jeśli rozumiecie, co mam na myśli). Rozplanowałam to Pacemakerem i niech mnie bogowie mają w opiece, bo mimo przeznaczenia na to 34 dni i tendencji malejącej, po to, by w listopadzie mieć już tylko po parę stron dziennie (realnie rzecz ujmując w listopadzie nie będę miała czasu na więcej) zapowiada się niezła walka. Zapisz się do klubu książkowego, mówili, będzie fajnie, mówili. Najgorsze w tej historii jest to, że ja sama na siebie sprowadziłam ten los bo tak rzuciłam pół żartem, że można by to właśnie... no to mam. Na listopad. No cóż. To problem przyszłej mnie. ( a właściwie to wcale nie, bo żeby się wyrobić na 14 listopada czytać zaczynam już 10 października)
Książki
Ogółem tak dla porządku zaznaczę, że tak naprawdę, to skończyłam we wrześniu tylko jedną książkę - Prawdziwą historię czekolady. Pozostałe mam rozgrzebane, ale zbliżam się ku końcowi i nie sądzę, żeby tu się coś zmieniło, a notatki do tych wpisów - wbrew temu, co mogłoby sugerować notoryczne spóźnianie się z nimi - robię na bieżąco i tylko ewentualnie modyfikuję/dopisuję podsumowania. Tak więc, skoro ten wpis już był napisany, no to go wrzucam jak jest i ewentualnie będę się tłumaczyła za miesiąc.
Prawdziwa historia czekolady
(w ramach Klubu Książki Państwowego Instytutu Naukowego i księgarni Bookowski)
To jedna z tych książek, które zostawiają po sobie więcej pytań niż odpowiedzi i to chyba nie w tym dobrym sensie. To znaczy, żeby była jasność - to nie jest zła książka. Ponieważ Mezoameryka fascynuje mnie od dziecka (dzięki, Tajemnicze Złote Miasta) część dotycząca najstarszej historii czekolady nie tylko mnie wciągnęła, ale jeszcze obudziła tę drzemiącą we mnie chorobliwą miłość do tego regionu i tych czasów. Trochę inaczej przedstawiają się kolejne rozdziały, te o podróży czekolady do Europy. Przede wszystkim ta Europa jest trochę jak z mema:
No tyle tylko, że jest na tej mapie Hiszpania, ale to tylko z musu. To właśnie jest źródłem moich pytań, szczególnie, że autor nie poświęca czasu ani Belgii ani Szwajcarii już nie wspominająco o wszystkich innych krajach na wschód od Francji. Chociaż historia czekolady sama w sobie prawdę mówiąc ani mnie ziębi ani grzeje, to jednocześnie nic o niej nie wiedziałam - nigdy się nad tym nie zastanawiałam - dlatego cieszę się, że tę książkę przeczytałam, natomiast będę musiała tę wiedzę uzupełnić z innych źródeł. Szkoda też że wydawca nie dodał jakieś posłowia o czekoladzie na ziemiach polskich (choć może nie mógł tego zrobić ze względu na umowę...).
Tę dwudzielną budowę książki i znaczącą różnicę w poziomie tłumaczy dość przykra okoliczność: autorka zmarła ledwo rozpocząwszy prace nad nią i współautor, jej mąż, dokończył dzieło jej życia. W efekcie mamy pierwsze rozdziały napisane przez osobą zafascynowaną tematem i znającą się na rzeczy oraz zbiór nieco uporządkowanych notatek, którym nie można może wiele zarzucić pod względem faktograficznym (nie oceniam, przyjmuję na wiarę) ale niespecjalnie dobrze się to czyta, ale co gorsza: brak "Prawdziwej historii czekolady" jakiejkolwiek myśli przewodniej. Dowiadujemy się wielu faktów, ale niespecjalnie dlaczego to istotne. Brak całościowej narracji, fakty rzucane są w nas bez polotu czy uporządkowania większego niż podział geograficzny. Szkoda, bo myślę, że szykowała się znacznie lepsza publikacja tylko zły los do niej nie dopuścił. Trudno też mieć pretensje do autora, że wyszło, jak wyszło: nie wątpię, że zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby spełnić marzenie zmarłej żony.
W tym co autorzy opisują, starają się być dokładni ale bez nadmiernej rozwlekłości, książka nie jest gruba, czyta się szybko. Jeśli kogoś interesuje czekolada albo Mezoameryka (ta część jest zdecydowanie ciekawsza od europejskiej) to warto zerknąć.
(zdecydowany minus dla wydawcy za zastosowanie przypisów oksfordzkich)
Meksyk przed Konkwistą
(w ramach wspinaczki na Himalaje Zażenowania)
Kupiłam tę książkę w roku pańskim 2010 na premierę na targach książki naukowej, które odbywały się na moim wydziale. I tak sobie stała przez ostatnie czternaście lat, czekając na swoją kolej. To nie jest tak, że ja o niej zapomniałam. Stała zawsze w dość prominentnym miejscu - na środku półki z nieprzeczytanym non-fiction (tak, mam półkę z nieprzeczytanym non-fiction i tak, to implikuje półki z nieprzeczytaną beletrystyką i tak, są osobne półki z podziałem na gatunki i język, odwalcie się) - i jakoś co po nią sięgnęłam to jednak się za nią nie zabrałam. Czekała na odpowiedni moment.
I to jest dobra rzecz, co mam wam powiedzieć? Trudno mi ocenić, jak spojrzałby na nią ktoś, kto nie jest zajarany mezoameryką od tak wczesnego dzieciństwa, że nie pamięta czasów przed tą fascynacją, ale jak dla mnie rewelacja. Jedyne czego tu brakuje, to ilustracji. Choć pozornie jest ich wiele, to w ostatecznym rozrachunku autorka opisuje bardzo wiele dzieł sztuki, które są przecież nie lada źródłami. Google są niezbędne, na szczęście dość łatwo znaleźć odpowiednie ilustracje. A potem wpaść w jakąś dziurę bez dna, przeklikując się przez kolejne zdjęcia, artykuły naukowe, dziwne filmiki z żółtymi napisami itd. itp. szczególnie, że - niestety - trochę pseudonaukowych bredni w związku z mezoameryką się w internecie znajdzie.
Drumindor
To jedna z tych książek na które czekałam tak długo, że zdążyłam trochę przestać. To nie jest jakaś specjalna wina Sullivana, po prostu poznałam Ryrię w 2016 roku, przypomniałam sobie jeszcze potem - nie pamiętam kiedy, ale już parę lat minęło - i prawdę mówiąc moje zaciekawienie historią Drumindoru (wspomnianą w podstawowych książkach) trochę przygasło. Nie bez wpływu na mój brak entuzjazmu pozostaje też seria Legendy pierwszego imperium, w której, mówiąc oglądnie, Sullivan się nie popisał (recka tutaj). Po tę serię kolejną już nie sięgnęłam. No ale Drumindor. Ale chłopaki. Do kickstartera dobiegłam chyba zanim jeszcze się ufundował (czyli pewnie parę sekund po uruchomieniu). Kiedy książka wjechała mi na maila, zaczęłam czytać natychmiast.
Początek był jak spotkanie z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Royce, Hadrian, humor, to ścierwo oraz inne postacie znane z poprzednich książek. Typowe Sullivanowanie, w którym autor radośnie odstawia victim blaming postaci, którą potem zdradzi i zamorduje. No wiecie - smaczniutko. Szybko jednak przechodzimy w stronę ficzka o Roysie i Gwen, co... no trochę trudno być o to złym, ale szybko robi się powtarzalne, bo Sullivan trochę tapla się w tym samym temacie niespecjalnie go pogłębiając. Do tego dostajemy jakąś kompletnie niewiarygodną historię romansową Hadriana, główna fabuła jest naciągnięta jak guma w gaciach Corneliusa DeLure i... i moje ogólne wrażenie jest takie, że Sullivan nie miał specjalnie pomysłu na tę książkę. Napisał ją, bo trochę wypadało, bo żona prosiła, bo lubi Hadriana i tak sobie myślę, że może to jednak powinno zostać takim niezbyt udanym opkiem napisanym dla żony.
Jest też jeszcze kwestia czasu poświęconego na tworzenie tego tekstu. Myślę, że to właśnie on odpowiada za znaczący spadek jakości pomiędzy podstawową serią a Legendami czy ostatnimi dwiema kronikami. Jakby to może poleżało, jakby on to przerobił jeszcze ze trzy razy, zredagował, wyczyścił, skomplikował, pogłębił... ale tego nie zrobił.
Najnowsze trylogie "Przybysza" też się trochę kręcą w kółko, ale mimo wszystko (tu trzeba wziąć pod uwagę stan zdrowia Cherryh, który nie pozwalał jej pisać) tam jednak wciąż mam ochotę czytać o tym, jak Bren pije herbatę. Patrzenie na jakieś nastoletnie dramy trochę za bardzo spłyca Roysia. Chłop jest po trzydziestce i ma nasrane a nie czternaście lat i jest postacią z ya. W ogóle strasznie dużo tu jest takiego... uczłowieczania Roysia, że mu filsy na łeb wchodzą i mu głupio, że naraża życia Hadriana i po prostu, no ja nie mogę tego zaakceptować.
Zresztą, co ja się tu będę, jak siedzicie w temacie to i tak to przeczytacie.
Komiksy
Requiem
Po raz kolejny okazuje się, że jestem tak stara, że doczekałam się czegoś, czego miałam niedożyć. Najpierw była filmowa Alita (i to jaka!) a teraz polskie wydanie Requiem. Pisałam już o tym na okoliczność targów książki w Poznaniu, kiedy to odkryłam, że Scream Comics wydaje Requiem w Polsce, ale dopiero teraz, kiedy wyszły kolejne dwa (4) tomy znalazłam chwilę na czytanie. Problem tu jest przede wszystkim z formatem, bo komiksy są gigantyczne, ale co jak co, ale ta grafika zasługuje na wielkość średniego lotniska.
Przyznam, że obawiałam się trochę tego powrotu po latach. Zapamiętałam ten komiks bardzo dobrze, ale też jako wyjątkowo durny (w najlepszym tego słowa znaczeniu) i trochę się bałam, że może jednak jestem już za stara na ten gimnazjalny satanizm. Ale nie, jest w pytę. Chyba najbardziej - poza oczywiście grafiką, która nie ma sobie równych - zachwyca mnie konsekwencja tego świata.
Piekło to świat na opak. Więc wszystko jest na opak łącznie z czasem. Czyli bohaterowie młodnieją, zamiast się starzeć. I jak się umawiają na spotkanie, to umawiają się na wczoraj. Do tego przysięgają uroczyście walczyć z obrzydliwościami światła a technologię też zapominają, więc wszystko jest hardkorowym gotykiem. Mówcie, co chcecie, ja jestem zachwycona.
Filmy
Hrabia Monte Christo
Co do zasady nie jestem fanką ekranizacji. Prawdę mówiąc w ogóle jakoś nie odczuwam potrzeby ich oglądania, jeśli już się za jakąś zabieram, to wcześniej czytam pierwowzór. I czy poszłabym na Hrabiego Monte Christo, gdyby nie świetna ekranizacja Trzech Muszkieterów? Nie. Może obejrzałabym po tym, jakby wjechał na jakiegoś Netflixa, ale serio, nawet by mi się nie chciało go na torrentach szukać. No ale Muszkieterowie... wlali w me serce nadzieję. Przycisnęłam, przeczytałam książkę, rzutem na taśmę udało mi się znaleźć seans - podejrzewam, że to już ostatni tydzień Hrabiego w naszych kinach. No i czy warto było szaleć tak?
No nie było warto.
Nawet gdyby chciało się być bardzo miłym, nie można nazwać Hrabiego... filmem dobrym. Nie broni się ani sam, ani tym bardziej jako ekranizacja. I wiadomo, autorzy wzięli na siebie trudne zadanie, bo powieść to właściwie materiał na serial i to długi serial. Mimo to, uważam jednak, że ekranizacja Hrabiego Monte Christo nie jest skazana na porażkę (choć jak na razie z tego co wiem, nikomu się nie udało). A więc co poszło nie tak?
Zmiany Konieczność dokonania zmian jest oczywista. Ta powieść ma półtora tysiąca stron, mnóstwo wątków i bohaterów. Absolutnie nie jest więc moim zarzutem to, że zmian w ogóle dokonano. Natomiast są fatalne. To jest właśnie ten moment, w którym na myśl co i rusz przychodzili mi Trzej Muszkieterowie: D'Artagnan (drugiej części jeszcze nie widziałam, ale jest na prime za 15zł, więc pewnie kupię). W Muszkieterach dokonano sporo zmian, zmieniono trochę akcenty, dodano sceny, dopisano sceny, które w powieści były tylko implikowane. I wyszło świetnie. Wszystko to odbyło się w duchu powieści i patrząc na to miałam wrażenie, że Dumasowi by się spodobało. Nigdzie te zmiany nie szły za daleko, nigdy nie wyglądały jak kwiatek u kożucha a poza tym były przeplatane scenami jeden do jednego z powieści. Tam właściwie wyłącznie Aramis był beznadziejny.
W przypadku Hrabiego niestety jest zupełnie inaczej. Twórcy Muszkieterów starali się oddać ducha powieści, dokonując zmian koniecznych do przeniesienia materiału na ekran, dostosowując nieco dzieło do współczesnej wrażliwości, rozwijając wątki, które Dumas z różnych względów potraktował skrótowo, a które w filmie grają świetnie. Twórcy Hrabiego ewidentnie starają się poprawić Dumasa. No chyba sami rozumiecie, jak to się musiało skończyć.
Przede wszystkim dodano tu mnóstwo bardzotaniego dramatyzmu i to w dodatku nie bardzo licząc się z zachowaniem jakiegokolwiek sensu. Sam początek chociażby. W powieści Edmund wraca do Marsylii na pokładzie Faraona. Po drodze wszedł w posiadanie listu, który umierający kapitan prosił dostarczyć do pana Nortiera w Paryżu. Dostajemy też informacje o tym, że intendent, Danglars, pasjami nie znosi Edmunda, który jest taki ładny i mądry i wszyscy go lubią. Edmund jakoś Danglarsa nie lubi, ale nie widzi problemów we współpracy z nim o czym dowiadujemy się, kiedy Edmund zostaje mianowany kapitanem Faraona. Edmund chce się ożenić (z piękną wieśniaczką Mercedes) a potem jeszcze musi dostarczyć ten list, co to za bardzo nie kuma, czemu jest ważny, bo się nie interesuje polityką. Danglars za to wietrzy w tym doskonały sposób na wrobienie Edmunda w zdradę i wraz z sąsiadem Edmunda, krawcem Carderoussem oraz rybakiem Fernandem (zakochanym w Mercedes, która go trzyma we friendzonie) piszą donos na Edka, który zostaje aresztowany w czasie swoich zaręczyn. Prokurator Villefort to by go nawet wypuścił, ale orientuje się, że list jest przeznaczony dla jego ojca, a na wydanie spisku rodziciela nie może pozwolić (nawet mimo radykalnie odmiennych poglądów), dlatego wysyła Edmunda do lochu i robi wszystko, żeby świat o nim zapomniał. Tymczasemw filmie zaczynamy sztormem, rozbitym statkiem i Edmundem bohatersko ratującym z całego tego wraku... jedną osobę, kobietę. Bo nie wiem, sama se płynęła czy coś. Dostaje za to w mordę od kapitana Danglarsa, który przy okazji przejmuje list, który kobieta wiezie. Na miejscu w Marsylii nasza piękna nieznajoma przedstawia się Edmundowi i znika jak sen jaki złoty, żeby dwie sceny później okazało się że to jest... siostra Villeforta (?!?!?!). Którą on dusi w tej samej scenie (potem się dowiadujemy, że jej na śmierć nie udusił, tylko sprzedał do burdelu. serio). No i ponieważ Villefort orientuje się, że jedyną osobą, która wie, że jego siostra jest bonapartystką jest Edmund, to go wsadza do lochu. Co ważne, nasz milusiński zostaje aresztowany sprzed ołtarza, a nie w czasie zaręczyn. O takim właśnie tanim dramatyzmie mówię. Swoją drogą, ojciec Edmunda pracuje jako służący u państwa de Morcerf, którzy są tutaj... rodzicami Mercedes. Albo Fernanda, cholera wie, w każdym razie tych dwoje to tutaj kuzynostwo i arystokraci. A Carderousse dostaje robotę intendenta na Faraonie (czyli pozycję Danglarsa) i właściwie nie ma go za bardzo w tym filmie, poza tym, że robi pod koniec jakąś małą robótkę dla Edmunda.
I po co to wszystko było? Czemu nie można było naprawić jedynej bolączki powieści i zacząć od momentu, w którym Hrabia poznaje Alberta? Nawet gdyby miało się to odbyć tak jak filmie (rozumiem potrzebę ograniczenia tak treści jak i miejsc akcji). Zbudować nam tajemniczego Hrabiego i powoli odrywać jego cele, motywacje i przeszłość? Ale nieeeee, po co.
Jeszcze na koniec dodam, że ten skarb, co to w książce ma dość długie i dość skomplikowane pochodzenie, to tutaj jest... skarbem templariuszy. A ksiądz Faria jest ostatnim kurwa templariuszem, I kid you not. Już jak zobaczyłam tę pierwszą scenę to wiedziałam, że nie będzie dobrze, ale jak wjechali templariusze to było pewne, że czeka nas syf.
Zemstą Edmunda rządzi w tym filmie przypadek. Nie ma tego poczucia rozbudowanego, drobiazgowego planu, którego kolejne elementy powoli wpadają na swoje miejsce. On jedzie znaleźć Angelę, bo właściwie sobie przypomniał, że ona istnieje i ona zupełnie przypadkiem opowiada mu o dziecku Villeforta i Danglarsowej (która tu jest jakąś przypadkową babą, brak w ogóle wątku mezaliansu), które to dziecko Edmund odbiera z jakiegoś lokalnego Hogwartu i razem będą się mścili. A właściwie to we trójkę, bo Hayde też jest tu bardzo aktywną postacią i ogółem Edmund sobie tu montuje niezłą ekipę, ekipę kompletnych pojebów. Nie jestem fanką wątku Hayde (połącznie braku osobowości z leceniem na gościa, który ją wychował mnie nie jara), ale jest on o niebo lepszy niż tutaj.
Zmieniono motywację bohaterów w efekcie bardzo spłycając, zmieniając ich intencje i perfidię, zmieniając w coś wręcz śmiesznego. Podobnie ma się rzecz z finałem zemsty Hrabiego, ostatecznie nam wyszło, że właściwie to się pokłócili o babę i jak Edmund spojrzał, że jeden chłopina kocha taką jedną babę, to trochę mu przeszło to wszystko (przypominam, w powieści otrzeźwia go nieco dopiero śmierć dziecka). Ruinie Danglarsa nie poświęcamy wiele uwagi, a jedyna kara jaka spotyka Ferdynanda to że go żona opuszcza (ale bez syna, bo ten ucieka z... Hayde). Villefort za to zostaje zamordowany przez Andreę, bo chyba autorzy scenariusza wyznają szkołę pisarską Diany z Ani z Zielonego Wzgórza.
Ach i jeszcze jedno: w powieści Edmund uważa się za wcielenie Opatrzności, podczas gdy w filmie odrzuca Boga jako leniwego sukinsyna, co nic nie zrobił, jak trzeba było.
A w ogóle to najbardziej oberwała Eugenia, chociaż to postać, która wydaje się wręcz stworzona do współczesnego kina. A nie, przepraszam, najgorzej to wyszła na tym ta jej dziewczyna bo naprawdę znaleźli jakąś koszmarnie szpetną babę, w dodatku wyższą od Eugenii o głowę.
Casting Pierre Niney jako Edmund daje radę. Nie powiem, żeby mnie porwał, ale też chłop robi co może w takich okolicznościach przyrody. Laurent Lafitte jako Villefort całkiem się sprawdza, a Patrick Mille dobrze gra to co mu kazali zagrać, problem w tym, że to nie jest absolutnie Danglars. Bastien Bouillon ma do zagrania wyjątkowo odrażającą wersję Fernanda i... właściwie też nie wiem co powiedzieć. Bo mi się strasznie taki Fernand nie podoba, ale chłop dobrze gra, to co mu zagrać kazali. Najlepiej pod względem Castingu wypada... Vasili Schneider jako Albert. Jest to ponownie nieco zbyt dziecinna wersja postaci, a nieźle oddaje pewną niewinność i naiwność książkowego oryginału.
Najgorzej oberwała chyba jednak Eugenia. (no i Zuzanna, ale to już kompletna pomyłka).
Plusy, poza Albertem - cała służba Edmunda została zredukowana do chłopiny, co się pojawia w 2 czy 3 scenach, ale ma absolutnie wspaniałą mordę.
Z ciekawostek, to Andrea wygląda jak ten bóg zła i wszeteczności z Dishonored, jak mu tam... Outsider? Bez sensu, ale umilało mi co bardziej durne elementy filmu.
Kamerzysta forsę wziął, potem zaczął pić Matko boża, jakie słabe są zdjęcia w tym filmie. Mimo napracowanka w scenografii ujęcia są w najlepszym wypadku nudne, generalnie nakręcone jest to bez pomysłu plus operator dostał drona na urodziny i mamy masę kompletnie zbędnych, brzydkich, bezsensownych ujęć z lotu ptaka. Ten wchodzący do portu Faraon z trailera to prawdopodobnie jedyne dobre ujęcie w całym filmie.
Muzyka Jeśli wam się wydawało, że ten tani dramatyzm ze scenariusza to wiele, to poczekajcie na muzykę... Jest nie tylko słaba i zupełnie bez pomysłu. Ona na dodatek została tu ewidentnie pomyślana jako główny środek budowania nastroju. Nie ma go w scenariuszu, nie ma go w ujęciach i... właściwie nie ma go też w muzyce, ale twórcom wydaje się inaczej. Muzyka jest za głośna, kompletnie oderwana od tego, co dzieje się na ekranie, tania. Naprawdę mam wrażenie, że jakby jej nie było, to moje wrażenia byłby ociupinkę lepsze, bo jest jak wielka wiśnia na całym torcie tanizny i braku polotu.
Plusy? Jedna rzecz, którą muszę temu filmowi oddać to że mimo potężnego czasu trwania absolutnie się nie dłuży. Jest napakowany treścią, akcja posuwa się wartko, uważam, że jest to osiągnięcie, które należy docenić, bo mówimy o filmie trwającym trzy godziny.
Serio, przeczytajcie książkę.
Na rauszu
To nie jest film o ponurych alkoholikach, to jest film o wesołych pijakach. Jest taki słodko-gorzki, o przyjaźni, o złym życiu. Niesamowicie podoba mi się to, że nie ma tu taniego demonizowania alkoholu, jak to jest ostatnio modne na threadsach (abstynenckie wysrywy tam to jest jakaś jakość sama w sobie) czy w ogóle jak przyjęte w popkulturze, że alkoholik to zawsze jakiś ponury patus, który chleje, bo mu się nie chce iść do roboty. Bohaterowie Na rauszu to czterech nauczycieli, którzy zaczynają pić, bo muszą iść do pracy. Są wypaleni zawodowo i życiowo, nic im nie idzie, nie widzą żadnych perspektyw na przyszłość. I tu z pomocą przychodzi im teoria, jakby człowiek rodził się z niedoborem promili we krwi i takie 0.5 to jest to, czego potrzeba, żeby żyć pełnią życia. Testy szybko pokazują, że coś w tej teorii jest, chociaż jak łatwo się domyślić są też pewne wady...
Z ciekawostek mogę dodać, że film oglądałam w czasie pokazu na dziedzińcu zamkowym (CK Zamek w Poznaniu) a tam raz, że są leżaczki, dwa, że sprzedawane jest piwo w butelkach. Brzękające od czasu do czasu szkło sprawiło, że atmosfera była jedyna w swoim rodzaju. Pasowało to idealnie.
Seriale
Bolivar
Dalej naparzam Bolivara i muszę niestety stonować moje pozytywne wrażenia z początku. Zeszło to bardzo w stronę telenoweli, ze dwa-trzy odcinki były naprawdę nie do oglądania a i potem jest średnio. Liczę na to, że jak się weźmiemy bardziej za historię/politykę, to poziom wzrośnie, ale wielkich nadziei nie mam.
Plany?
Plany są proste: Najpierw Fajerwerki nad otuliną na Klub i potem na ten sam Klub będę czytała Tajemnice Zamku Udolpho i mam nadzieję w międzyczasie skończyć jeszcze Meksyk przed Konkwistą.
No dobrze. To będzie moja pierwsza
od lat próba napisania faktycznej recenzji a nie tylko krótkiej notki-impresji,
więc nie ręczę za wynik i pewnie zostaną mi zakwasy. Nie takie jednak, mam
nadzieję, jak zgaga której nabawiłam się czytając „Czerwony Mars”.
(po czasie stwierdzam, że sposób w
jaki ten tekst stacza się z poziomu poważnej rozmowy do obrzucania swojego
podmiotu inwektywami dość dobrze oddaje popadnie w szaleństwo jakie towarzyszy
lekturze)
Kim Stanley Robinson opublikował
pierwszy tom swojej Trylogii Marsjańskiej w roku 1992 i zgarnął za nią nagrody
Locusa i BSFA. Kolejne tomy cyklu dostały jeszcze Hugo i Nebulę. Przed
otrzymaniem przez „Czerwonego Marsa” Hugo chronił nas zresztą wyłącznie drobny
fakt, że w tym samym roku nominowany był także „Ogień nad otchłanią” (remis z
„Doomsday Book”). Sam fakt jednak ze te dwie powieści – czy może raczej,
wspaniała powieść Vernona Vinge’a (właściwie jak nie czytaliście to rzućcie w cholerę
te moje wypociny i czytajcie „Ogień nad otchłanią”) oraz szkolny referat
Robinsona - znalazły się na tej samej liście jest obrazą dla rozumu i godności
człowieka.
(przyznajcie, długo wytrzymałam
zanim zaczęły się inwektywy)
Oczywiście mówimy tu o nagrodach,
którym daleko od wyznaczania jakichś czysto krytycznoliterackich standardów
niemniej są one jakimś tam rankingiem popularności oraz, co myślę jest znacznie
ważniejsze, są pewnym wyznacznikiem dla czytelników, których gros mało się
interesuje nawet tym jak te nagrody są przyznawane, wie tylko że są ważne i
jest to jakiś tam rodzaj znaczka jakości. To nie jest tak, że żadna dobra
książka nigdy Hugo nie dostała (spoglądam z miłością na C.J. Cherryh – swoją
drogą, jak ktoś jest zainteresowany jak to dokładnie się stało że space opera
przestała być fantastycznym odpowiednikiem disco polo a stała pełnoprawnym SF,
to Hugo 1982 „Downbelow Station” - po polsku jako „Ludzie z gwiazdy Pella” lub
„Stacja Podspodzie” - oraz wspomniany już „Ogień nad otchłanią” są tymi
punktami zwrotnymi), ale też nie jest to jakiś gwarant literackich rozkoszy.
Spojrzymy chociażby na „Czerwonego Marsa”.
„Powieść” Robinsona powszechnie
uznawana jest za dzieło wybitne, „najbardziej realistyczny opis terraformacji
Marsa” i takie tam farmazony. Zacznijmy może od tego rzekomego realizmu. Nie
idzie mi tu teraz o rozprawianie się z warstwą faktograficzno-naukową omawianego
dzieła, szczególne, że czytałam je w wersji polskiej (polskawej, o tym zaraz) i
tam nawet w kwestiach na których – zakładam – autor-geolog się zna
tłumaczka/redakcja nieco popłynęła. Skupmy się na tym jak autorzy tego
stwierdzenia (a i pewnie sam Robinson, bo nic nie wskazuje by było sprzeczne z
jego intencją) rozumieją realizm. Otóż rozumieją go jako przejmującą, pozbawioną
najmniejszego polotu nudę rodem z referatu pisanego na biologię w klasie piątej
poprzez przepisanie słowo w słowo paru haseł z tego czy owego słownika/albumu/encyklopedii.
Słyszeliście o takiej zasadzie jak
„show don’t tell”? Chodzi o to, żeby pokazywać rzeczy zamiast o nich opowiadać
w narracji. No, Kim Stanley Robinson nie słyszał.
Wydawało mi się, że większej obelgi
niż „czytam to dla fabuły” (pozdrawiam twórców serii Expanse) nie mogę
pod adresem żadnej książki rzucić a jednak da się. Otóż, proszę się skupić, oto
ja, orędowniczka literatury spod znaku no plot just vibes, wychodzę na
scenę i mówię książce, że nie ma w niej fabuły. I nie chodzi mi to jakiś
prostacki ciąg wydarzeń, trójaktową strukturę, hurr durr, kto zabił, tylko o
prosty fakt, że w tej książce nie ma żadnej opowieści. Żadnej. A może przede
wszystkim – niczyjej.
Powiedzieć, że w „Czerwonym Marsie”
są słabe postacie, to jest nic nie powiedzieć, to spuścić zasłonę milczenia na
to, co się tu odjaniepawla. Otóż mamy tutaj parę kukieł zbudowanych na
solidnych fundamentach obraźliwych stereotypów: Rosjanie są odporni na mrozy i
przy -60 gołymi rękoma śruby odkręcają, Arabowie to „szlachetni dzikusi” (no i
są oczywiście tańczący derwisze, serio), Francuz jest wiecznie napalony i
rozwalony jak gnój po polu – nawet Amerykanie nie unikają zastania ofiarami tej
obrzydliwiej wizji świata, bo brunet knuje, a blondyn jest kretynem, co
przedstawia nam się chyba jako taka pozytywna cechę, że John to taki trochę everyman:
głupi jak but i zadowolony z siebie (jest też fragment w którym John zostaje
Jezusem, serio). Ach, jest jeszcze maksymalnie sfetyszyzowana Azjatka i trochę
pieprzenia o kulturze Japonii na poziomie od którego gnije mózg. A to jeszcze
nic, bo ta realistyczna wizja kolonizacji zawiera wiele innych realistycznych
treści, wszystkie jak rodem z domowej encyklopedii i to takiej trochę z namiotu
„Wszystko za 5zł” w Niechorzu. Plus bardzo luźno rozumiane koncepcje takie jak hermetyczność,
ciśnienie, temperatura, odmrożenia, powieść... Co tu jest realistyczne?
To że chłop od czasu do czasu przepisze swoimi słowami hasło z encyklopedii i
po prostu wstawi to w narracje? Że napisze taki rozdział o psychologii, że
jego jedyną zaletą jest to, że można go pokazywać znajomym psychologom i
patrzeć jak im z kolei mózg gnije? Mój Boże, nie myślałam że dożyje dnia w
którym to powiem, ale „Marsjanjin” nie tylko jest lepszym tekstem o Marsie, ale
nawet jest lepszą powieścią, choć to tekst w którym bohater futruje bez
mrugnięcia przemrożone pyry, a poetyce całego dzieła bliżej jest do
przydługiego posta na reddicie niż jakiejkolwiek tradycyjnej formy literackiej.
Na Boga, „Księżniczka Marsa” (która skądinąd jest zajebista) to jest bardziej
realistyczna powieść o Marsie bo przynajmniej jest spójna w swojej wizji
(łącznie z tym że ona mu znosi jajko, deal with it). I zawiera marsjańskich
kosmo-rzymian dekady przed Romulanami (w kolejnych tomach).
A, i ta cała międzynarodowa misja leci sobie na Marsa nie
znając ani jednego wspólnego języka, bo przecież to żaden problem mieć w
wyprawie grupę, z którą nie można się w ogóle dogadać. REALIZM.
„Czerwony Mars” zawodzi na każdym polu. Postacie – żałosne
(jedynie Nadia trochę przypomina człowieka, pomijając rosyjską odporność na
odmrożenia), fabuły – brak.Wizji – nie
stwierdzono. Wygląda to tak, że tekturowe imitacje ludzi włóczą się po okolicy
po to, żeby autor mógł ekscytować się kamieniami (i ostatecznie opisy kamulców
to jest chyba najlepszy element tej, ha tfu, powieści) oraz, co gorsza, zaszczycać
nas przemyśleniami (bohaterów? miejscami trudno tu znaleźć dystans między
autorem a wygłaszanymi poglądami) na temat obcych kultur lub jakichś zagadnień
z zakresu psychologii czy innej rzeczy o której nie mają pojęcia. Ten rozdział
o psychologii będzie mnie prześladował do końca życia. I jeśli myślicie, że on
chociaż był w tym tekście w jakimś konkretnym celu, to nie.
Są tu zarysowane pewne problemy (a i z tych opisów kamieni
lepszy pisarz zrobiłby coś ciekawego), jednak nigdy nie stają się prawdziwym
tematem tej powieści. Wynikają jakoś przypadkiem i rozmywają się w zalewie
innych, równie niedokończonych treści, polewanie od czasu do czasu jakimś
zjawiskiem spod znaku imperatywu fabularnego. Ot w pewnym momencie bohaterowie
stają się właściwie nieśmiertelni, bo tak wygodniej.
Motywy, które dałoby się
rozwinąć w coś poważniejszego, ale Robinson nawet nie próbuje to:
- konflikt między Zielonymi a Czerwonymi (zwolennikami i przeciwnikami
terraformacji); sam ten wątek mógłby być głównym tematem tej powieści ale nie
jest, żadna że stron nie jest przekonująca (autor ewidentnie nie wierzy, że to
jest naprawdę jakiś problem) i mam wrażenie że znalazł się w książce wyłącznie
po to, żeby nawiązać do wspomnianej już „Księżniczki Marsa” (nawiązań do
wcześniejszych tekstów o Marsie jest tu sporo i zrobione są akurat sprawnie)
- życie w małej odizolowanej społeczności – o tym też
mogłaby być ta powieść, ale nie jest, bo wątek ten sprowadza się do tego że
Maja sypia z kim popadnie bo ma dwie szare komórki i potężną chcicę
- kolonizacja/imigracja (i cała właściwie kwestia
kolonialna) – można by, ale po co, mamy tu tylko sygnały w mdłych argumentach
Czerwonych i pozbawiony polotu wątek rewolucji, co to właściwie nie wiadomo kto
ją rozpętał i po co.
- zły kapitalis – mało oryginalnie ale zupełnie do
zrobienia
- eksperymenty społeczne i ich konsekwencje (w „Czerwonym
Marsie sprowadza się to do gromadki potomstwa fetyszyzowanej Azjatki)
- Herezje i sekty zrodzone z nieludzkiego otoczenia – mamy
jedna scenę wpieprzania ziemi do kwiatów przez kosmo-hipisów w seks-kulcie
- bunt kolonii przeciw macierzy (rozumiany bardziej
sensacyjne niż w szerszym kontekście)
- napięcia społeczne spowodowane trudnymi warunkami,
ucieczka z oficjalnych osad, walka o uniezależnienie się od Ziemi (bardziej
partyzantka niż „oficjalny” bunt całej kolonii) – nic z tego nie wynika
- sensacyjny wątek pasażera na gapę – zasygnalizowany i
olany, chłop jest tu tylko po to, żeby się w wygodnych momentach pojawiać i
przeprowadzać bohaterów z punktu A do punktu B
- nieudane próby terraformowania które prowadzą do
katastrofy klimatycznej. Tutaj czasem im coś nie wyjdzie więc próbują nowej
rzeczy. (a serio, wyobraźcie sobie tę degenerującą się kolonię, która własnymi
działaniami doprowadziła do katastrofy i teraz już nic im nie pomoże. Taki
Shackelton spotyka „Ostatni Brzeg” z domieszką „Vatran Auraio” but kinda in
space) (hmm... Czyżbym miała pipo 2025?)
- trójkąt miłosny. Serio, nawet z tego dałoby się zrobić
powieść. Może ona by mi się nie podobała, ale byłaby o czymś.
- rozwój typowo Marsjańskiej kultury i jej konflikt z
ziemianami – sprowadza się to chyba wyłącznie do kompletnie bezsensownych 37 pozaczasowych
minut różnicy między dobą ziemską a marsjańską, które są wprowadzone po nic i
nie mają sensu – a mimo wszystko to wciąż jest właściwie jedyna próba
stworzenia jakiegoś, no nie wiem, unikalnego klimatu, czy coś. Pod koniec jest
też jakieś mamrotanie o tym, że najstarsi mieszkańcy Marsa mają inne, bardziej
utopijne podejście do świata, ale też nie jest to dobrze zarysowane ani nic z
tego nie wynika.
Wszystkie te motywy są tu jakoś zasygnalizowane, czasem
mają szansę nieco się rozwinąć, ale żaden nie staje się tematem tego tekstu,
żaden nie jest rozbudowany, mam wrażenie, że autorowi przyszło do głowy, że
można by o takim czymś napisać, po czym ograniczył się do wstawienia w tekst
ogólnej notatki do późniejszego rozwinięcia. W efekcie zamiast tego wszystkiego
(albo chociaż jednej z tych rzeczy) dostajemy bohaterów którzy jeżdżą po pustkowiu
i mają obraźliwe przemyślenia o różnych kulturach a serwowane to jest w formie
– właściwie – nie powieści ale streszczenia, jakichś notatek. Nazbyt
szczegółowego planu (słabej) powieści, gdzie zamiast szeregu rozmów w wyniku których
bohater coś osiąga dostajemy „Frank wykonał kilka telefonów i sprawę udało się
rozwiązać”.
„Czerwony Mars” nie broni się na żadnym poziomie. To nie
jest tak, że jakiś aspekt kuleje ale nadrabia to inny. Tu nic nie
działa. 2/10
PS tłumaczeniowe: czytałam „Czerwonego Marsa” w najnowszym
wydaniu (Vesper). U tego wydawcy piękna okładka to standard, ale tutaj jest
rewelacyjnie nawet jak na nich. Były momenty, kiedy ta ilustracja jako jedyna
trzymała mnie przy życiu. Z tłumaczeniami w Vesper że bywa różnie. Są świetne
(Lovecraft, Silverberg) ale są i takie sobie. A tu jest jeszcze gorzej,
ponieważ kupiono prawa do starego tłumaczenia (Ewy Wojtczak z roku 1998) a ono
nie jest dobre. Więcej – ociera się o humor z zeszytów. „klucze allena” (allen
keys) zamiast imbusów, „szwajcarski nóż wojskowy” (swiss army knife)
zamiast szwajcarskiego scyzoryka. Jest też Środkowy Wschód, ponieważ tłumaczka
i/lub redakcja nie mieli zamiaru myśleć ani przez 5 sekund przy pracy nad tą
książką i ja się naprawdę im w gruncie rzeczy nie dziwię. Redakcji
merytorycznej pod względem geologii też tu raczej nie było.
PS blurbowe: z tyłu okładki możemy przeczytać, że „Czerwony
Mars” to:
- jedna z najważniejszych powieści w historii gatunku
science fiction – jak?Mnie nie
pytajcie. Nie wiem. Nie widzę (na szczęście) żadnego wpływu tego tekstu na sf.
Nie neguje tego stwierdzenia, jeśli ktoś jest w stajnie pokazać mi co jest tak
ważnego w tej powieści (porównując na przykład do wpływu „Stacji Podspodzie” na
postrzeganie space opery) to proszę, bo jestem szczerze zaciekawiona.
To nawet nie jest tak, że on jest jakoś wyjątkowo źle
skonstruowany (jak na przykład „Mexican Gothic”), on nawet nie dociera do
poziomu w którym można mówić o jakiejkolwiek konstrukcji. Tu rzeczy się dzieją
(i jest to bardzo hojne określenie) monotonnie i bez żadnego znaczenia dla
całości. Tu nawet nie ma czego konstruować.
- pod względem rozmachu zapierająca dech w piersi.
Jakiego rozmachu? Poziom jakiejkolwiek wizji w tym tekście oscyluje gdzieś w
okolicach minus czterdziestu. Nawet będąc wyjątkowo uprzejmym dla pisaniny
Robinsona można co najwyżej powiedzieć, że jest to książka o przyziemnych
(nomen omen) problemach małych ludzi, którzy szamoczą się z nie do końca
określoną sytuacją w nie do końca określony sposób. Tu nic nie ma szansy wybrzmieć
na tyle wyraźnie, żeby w ogóle było co z tym rozmachem opisywać. Ta nudna przyziemność,
którą Robinson i jego fani rozumieją jako realizm nie ma nic wspólnego z
rozmachem, niezależnie od tego czy się komuś podoba czy nie.
Co to jest za rozmach, to że chłop opisał wiele dekad
funkcjonowania tej kolonii? Tak je zajebiście z rozmachem opisał, że jakby
wyciąć opisy kamulców (a one są i tam najlepszym, co w tej książce jest) to
pewnie by 200 stron z tych 914 zostało. A jakby z tego zostawić fragmenty,
gdzie mamy normalną narrację a nie streszczenie, to nie wiem czy uzbierałoby
się 100. (tak, wyciągam te liczby z dupy, dość już czasu zmarnowałam na te
brednie, ale ebook śmiga po wiadomych stronach, jak ktoś ma czas może mnie
zweryfikować).
Ps o tym, co się tu odzenkomartyniukowiło: w tej
książce są kompletnie zbędne mapki i grafy, które mają chyba podkreślać rzekomo
naukowy charakter tych wypocin. Najwięcej jest ich, o ironio, w tym rozdziale
psychologicznym. Mózg gnije.
Ps podsmowujące: Co do zasady wychodzę z założenia,
że recenzje/opinie w internecie to jedno i dobry punkt wyjścia do dyskusji, ale
tak naprawdę najlepiej samemu się przekonać, o co chodzi. Ale nie po raz
pierwszy zła literatura zweryfikowała moje naiwne przekonania. Nie czytajcie
tego, nie traćcie na to czasu. Jak chcecie realistycznych książek, to sobie
poczytajcie Cherryh.
To był taki rok, co to były w nim rzeczy absolutnie
wspaniałe i tragicznie beznadziejne. Trudno mi więc jednoznacznie powiedzieć,
czy jako całość był na plus czy na minus. Długofalowo zdecydowanie przeważają
minusy, bo to co było pozytywne znajdowało się raczej w kategorii pozytywnych
przeżyć, po których zostają tylko wspomnienia, a te rzeczy negatywne są, mają i
będą miały konsekwencje. Waha się to od spraw przykrych po absolutnie
przytłaczające. No ale jest jak jest, nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem.
Jest chujowo, będzie jeszcze gorzej, więc zajmijmy się kwestiami najważniejszymi,
czyli skonsumowaną przeze mnie popkulturą, bo w końcu na tym polegają te
rachunki.
W momencie, w którym piszę te słowa czytam 52 książkę w tym
roku. I jestem trochę w szoku, że jednak – faktycznie, czy nieomal – się to
udało, bo wpadłam w kryzys, w listopadzie nie miałam czasu na czytanie i
generalnie się poddałam. A tu jakoś, boczkiem, boczkiem… cyk, dojechałam.
Faktycznie niektóre z tych ostatnich lektur były bardzo cienkie, ale nie
dobierałam ich pod tym kątem (nie moja wina, że Dwukropek postanowił z każdego
opowiadania o Elli zrobić osobną książeczkę).
Podsumowanie wyzwań będzie więc wyglądało mniej więcej tak:
52/52
Sukces lub prawie sukces. Niezależnie od tego, czy doczytam
tę 52 książkę to jestem równocześnie zadowolona i świadoma, że nie ma z czego
się cieszyć – w tych 51-52 książkach jest aż 10 audiobooków, więc tak naprawdę
mam 41-42 książki.
Wyzwanie excellowe
Czyli moja tabelka mająca nieco zrównoważyć twardy fakt iż
książka książce nierówna. Tutaj sytuacja jest o wiele lepsza. Fakt, że pomaga
mi decyzja o odgruzowaniu półki (regału...) wstydu oraz mocne postanowienie
czytania tego, co kupiłam wcześniej niż po dziesięciu latach. Aktualnie (29
grudnia) mam tam wbite 59,25 punkta, jak dokończę Finneya wyjdzie 61 pkt.
W tym roku ten wynik to wypadkowa, jak pisałam, głównie statystyk
własnościowych, które zdecydowanie przeważają nad punktami ujemnymi (audiobooki
i książki po angielsku, których starałam się w tym roku unikać, a kilka mnie
zaatakowało. Albo ja je zaatakowałam, jak w przypadku Yoona Ha Lee).
Choć z powyższych powodów wynik jest nieco skrzywiony, to jestem
zadowolona i uważam, że lepiej oddaje mój czytelniczy rok, nawet jeśli nie
można tego w żadnym wypadku traktować jako ekwiwalentu przeczytania 60 książek
– nie taki zresztą jest cel tej excellowej zabawy. Pierwotnie tabela miała mnie
zachęcać do czytania grubszych książek, bo 52/52 skłania może nie tyle do
skupiania się na broszurkach, co jednak nieco zniechęca do ogromnych cegieł,
które będzie się czytało miesiąc albo dwa. W tym roku tę presję odczuwałam
mniej niż w zeszłym i myślę, że w pewnym stopniu to może być niebezpośrednia
zasługa takiego patrzenia na czytane książki. Myślę, że dało mi to luz
poświęcenia całego czerwca na przeczytanie jednej krótkiej książki – ale za to
po rosyjsku.
Największym plusem jest jednak to, że ruszyłam w końcu te
Himalaje Wstydu, jakie zalegają na moich półkach od dekady (wpadłam w poważny
kryzys na studiach i tak naprawdę nie odzyskałam sił aż do teraz).
Chaotyczne bingo
Tak, ono wciąż się toczy, choć z ledwością, bo odhaczyłam w
tym roku tylko jedno pole: Dumas lub Hugo – padło na „Trzech Muszkieterów”. Byłam
blisko dodania „Serii Ceramowskiej”, ale jak autorowi „Pokażcie mi testament
Adama” ulał się rasizm wymieszany z teorią pustego księżyca (czy co to tam
było… to na podstawie czego Emmerich nakręcił film) to się poddałam. Może w
przyszłym roku się zepnę i dokończę, bo to jest dobrze napisane, acz treści
które przekazuje są… szokujące. Generalnie, jak gdzieś się rozwinęła
cywilizacja, to jakimś cudem – choćby z księżyca – musieli tam dotrzeć biali. Z
początku nic na to nie wskazywało, ale ostatecznie wiem już dlaczego ta książka
nie ma wznowień.
30 stron dziennie
Kiedyś miałam ambitniejsze plany, ale życie zweryfikowało.
Wiadomo, że statystyki stronowe są jeszcze mniej wiarygodne niż te książkowe,
ale jest to zawsze jakiś dzienny cel, który może nie zawsze ma taką samą wagę,
ale zmusza by usiąść na zadzie i jednak poczytać. Planem minimum jest tu
przeczytanie co najmniej strony dziennie – poległam, chociaż nie na tyle
często, żeby to był problem (plus na wakacjach nie uzupełniałam statystyk, więc
mam tam dziurę). Średnio jednak czytałam 35 stron dziennie, więc udało się!
Cały ten czytelniczy rok muszę zapisać na plus. Poczytałam
aż 28 nowych autorów (10 w antologii), z których tylko 2 z pewnością nie
zagości na dłużej na mojej półce, a z paroma zdecydowanie będę chciała się
zapoznać bliżej. Były zawody, były odkrycia – postaram się to jakoś
usystematyzować w formie nagród podzielonych na kategorie w zależności od tego,
co mi akurat pasowało.
Joseph Conrad
Nie do końca tu pasuje, bo był to autor mi znany, ale po raz
pierwszy czytałam go po angielsku i to jest właściwa droga, moi kochani. Więcej
będzie poniżej, jak przejdziemy do konkretów.
Yoon Ha Lee
Nie umiem wyrazić jak bardzo i jak długo czekałam na
książkę, która mnie tak zachwyci. Na takie – prawdziwe, kurwa – sf, które
wrzuca nas w środek akcji a potem rzuca w nas kamieniami. Tak. Proszę dać. W
drugim i trzecim tomie jest tego trochę mniej (jakby autorowi ktoś uparcie
powtarzał, ze nie zrozumiał i on by wolał takie, gdzie nie trzeba myśleć),
niemniej całość jest przezajedwakurwabista. W „Revenant Gun” jeden chłop jest
jednocześnie ćmą, która jest statkiem kosmicznym, trupem, upiorem i w dwóch
miejscach jednocześnie działając przeciwko samemu sobie.
Carson McCullers
Bawi mnie, jak wyraźnie w moich literackich
zainteresowaniach rysuje się pewien rodzaj kompletnego – i może pozornego -
rozdźwięku między tym, co czytam. Normalnie catholic in the morning, satanist at night, cytując klasyka. Ponieważ
moje drugi tegoroczne odkrycie to przedstawicielka literatury pięknej.
Przeczytałam maleńki zbiorek opowiadań „The Haunted Boy” i wsiąkłam. Jest w tej
prozie jakaś niepokojąca atmosfera, ciężka jak popołudniowy skwar, ale
jednocześnie lodowata, przezroczysta, chłodnie milcząca. Będzie czytana.
Octavia E. Butler
Nie powiem, żeby to nazwisko było mim zupełnie obce, ale nie
słyszałam go nigdy wcześniej w kontekście, który jakoś wiódłby bezpośrednio do
przeczytania jakiejś jej książki. Opowiadanie „Więzy krwi” zmieniło moje
podejście do tej autorki o 180 stopni. Ono jest niesamowite. Obrzydliwe,
dziwaczne, ohydne i niepokojące. Przypomniało mi nieco „Region węża” Cherryh,
jednak u Cherryh zawsze (tak samo w „40000 z Gehenny” czy nawet w „Przybyszu”)
te interakcje z Obcym i ich niepokojące konsekwencje pozostają w sferze
psychiki, a tutaj mamy ohydę pełną gębą. Mam szczerą nadzieję, ze to nie jest
jedyna tak dobra rzecz, jaką Butler napisała.
Z tej samej antologii zainteresowali mnie też Connie Willis
(od dawna na liście do przeczytania, ale nic nie tknęłam), Gary W. Shockley (tylko
on zdaje się prawie nic nie napisał) oraz Tanith Lee (też nazwisko mi znane,
ale nigdy się nie zabrałam za nią)
Wasilij Szukszyn
Jakie piękne i dobre są te teksty! Nakupiłam sobie jego
powieści i opowiadań w oryginale i wierzę, że się zmuszę i przeczytam. Bo
opowiadania były rewelacyjne. Jest w nich pewna ironia wobec bohaterów, ale
jest też tak wiele zrozumienia i sympatii dla ich przywar i zalet. No a „Chce
się żyć” to chyba nigdy nie zapomnę…
Erin Morgenstern
To jest dla mnie największe zaskoczenie. Po Yoonie Ha Lee
spodziewałam się, że będzie zacny (porównanie do Cordwainera Smitha… którego
poznałam właśnie na okoliczność tej polecanki na okładce „Gambitu lisa”), co do
Carson McCullers nie miałam żadnej opinii i oczekiwań, tak Morgenstern raczej
unikałam, bo popularne książki rzadko kiedy nie zawodzą. Dlaczego nikt mi
wcześniej nie powiedział, że to jest NO PLOT JUST VIBES?!
W tym roku było zdecydowanie więcej dobrych niż złych
książek i te słabsze pozostawiały mnie raczej obojętną. Najsłabsze książki – w
kolejności czytania:
„The Cat Who Saved Books”
Nie jest to może jakaś najgorsza literatura na świecie, ale
było to straszliwie proste i niesubtelnie dydaktyczne. Mojej siostrze się
podobało i wciąż nie rozumiem czemu.
Niektóre opowiadania z „Don Wollheim proponuje. 1985”
– całą antologię zaliczam na plus, bo były tam świetne teksty albo takiego
zupełnie ok, natomiast sporo było słabizny.
„Arsene
Lupin vs Herlock Sholmes”
Bardzo na siłę. Tak jak pierwsze pojawienie się Herlocka mi
się podobało, tak te opowiadania były pisane naprawdę bardziej pod tezę niż pod
pomysł.
„Mała syberia”
To zdecydowanie najgorsza książka tego roku i podwójny
zawód, bo po Tuomainenie jednak spodziewałam się więcej. Nie żadnej wybitnej
literatury, ale solidnego czytadła z dobrym pomysłem (jak chociażby „Człowiek,
który umarł”, które choć zamordowane przez nieudolną tłumaczkę wciąż się
broni). Nie dostałam tutaj żadnej z tych rzeczy. Bezsensowny pomysł, cały humor
oparty na jednym nieudanym tricku – rozmowach, w których każda strona mówi o
czymś innym. To było naprawdę straszliwie słabe.
„Orkiestra bezdomnych”
Pochwała stalkingu. Nie jest to książka zła literacko
(chociaż oralna tradycja mi nie leży), natomiast to co się w niej odpierdala
przechodzi ludzkie pojęcie. Absolutnie okropny bohater, którego bierność,
niezaradność, błędy i złe uczynki są nieustannie usprawiedliwiane przez
narratora. Ja rozumiem, że to taka konwencja, że taka jest rola tego ducha –
ale jaka jest tu rola autora? Co dokładnie Chigozie Obioma chciał nam tą
książką przekazać? Że to w porządku zamordować byłą, jak sam sobie na łeb
sprowadziłeś nieszczęście?
„Miasto Jadeitu”
Pisałam to wcześniej i napiszę raz jeszcze: Fonda Lee nie
umie pisać. Podejrzewam, że ten drobny fakt nie utkwiłby mi
tak w pamięci (chociaż scena seksu w tej książce jest wstrząsająco potwornie
zła), gdyby nie hajp. Tam jest fabuła w tej książce i nawet wynika jakoś z
konstrukcji świata (chociaż jakby się działa po prostu w naszym świecie a
zamiast jadeitu było opium czy inna kokaina, to niewiele by trzeba było
zmienić…), ale sposób opisania tego woła o pomstę do nieba (albo do Scotta
Lyncha). Ja nawet nie wątpię, że Lee tam sobie ten świat wymyśliła, natomiast
sposób w jaki go opisuje (jeślimożna
się posunąć aż tak daleko) jest tragiczny. Mamy nawet wtręty w czasie
teraźniejszym jak rodem z Janloońskiej Wikipedii. Czego nie mamy to
jakichkolwiek informacji o rozwoju technologicznym tego świata. Albo sensownych
postaci (z tego miejsca zdecydowanie nie pozdrawiam Hilo). Konstrukcyjnie też
to leży, bo bohater co powinien zginąć jakoś zaraz na początku męczy się z nami
zdecydowanie za długo.
Słowem – ktoś inny zrobiłby z tego niezły tekst. Poczytam
sobie tę serię dalej, bo jak wspominałam jakaś tam jest fabuła a lubię
gangusów, ale sukcesem bym tego nie nazwała.
„Omnifagus”
Gdyby nie niechlubne dokonania pana Tuomainena, to
byłaby najsłabsza książka tego roku. Pisarstwo rodem z kursów kreatywnego
pisania, poprawne i bez duszy, teksty wyraźnie obliczone na klimat i niezdolne
do zbudowania go. Z tym panem to już się raczej nie spotkamy.
Średnia ocena czytanych przeze mnie w tym roku książek to
7,4. Złożyło się na nie wiele solidnych średniaków – książek może nie wybitnych
ale przyjemnych i zupełnie poprawnych (dominująca oceną było 7). Nawet więc bez
zachwytów, które wyleję z siebie za moment, mogłabym powiedzieć, że tak
zupełnie tego roku nie zmarnowałam.
Wygrywa oczywiście Lord Jim. Pozostali
nominowani, chociaż są tam mocni zawodnicy jak „Endurance” czy trylogia Yoona
Ha Lee jednak nie mogą się równać z Conradem. Mój boże, jak wiele można powiedzieć… nie mówiąc nic. Jak wspaniale
można pisać po angielsku, jak ciężką, poruszającą, mroczną scenę wyznania można
napisać..
"Cyrk nocy" odstaje mocno od pozostałych nominacji, ale cholera podobała mi się ta książka, chociaż nie była ani mądra, ani głęboka.
Nagroda „Ale faza ja pierdolę”
Tutaj nominowany mógł być tylko jeden – Piotr Milczarek „Donikąd”.
Wspaniała, poryta książka o tym, czego nie ma, o pustce, o końcu. Gdyby Dukaj i
Hemingway mieli dziecko i to dziecko postanowiło napisać książkę podróżniczą to
właśnie byłoby „Donikąd”.
Najważniejsza książka
Nominowani: „Łowcy skór”, „Podziemie pamięci”
Wybór był prosty – „Łowcy skór” to historia bliższa i
znacznie mniej abstrakcyjna jak przejmująca diagnoza społeczna Yoko Ogawy. Napisałam
o „Łowcach” dość długi tekst w rachunku za kwiecień, więc odsyłam tam: https://silvahevsum.blogspot.com/2023/05/rachunek-za-kwiecien-2023.html
Największa przyjemność
Nominacje: "Donikąd","Revnant Gun", "Cyrk nocy"
Są różne rodzaje przyjemności i tu jednak chodziło mi przede
wszystkim o pozbawioną głębi frajdę z czytania. Dlatego wybrałam "Cyrk Nocy" Erin Morgenstern,
chociaż nie jest to najlepsza książka jaką w tym roku przeczytałam ani nawet
najlepsza z nominowanych. Po prostu przyjemnie było poczytać coś z kategorii no
plot just vibes.
Najlepsza non-fiction
Nominacje: "Ogień wyszedł z lasu", "Donikąd", "Lepsi od pana Boga", "Endurance"
To nie był łatwy wybór. Wszystkie nominowane teksty są klasą same dla siebie. Pierwsze z wyścigu odpadło "Donikąd", bo chocaż uważam tę książkę za wybitną, to jednak nie do końca jest tym, czego sama oczekiwałabym po zwycięzcy w tej kategorii, o czym świadczy zresztą specjalna nagroda stworzona wyłącznie dla tej jednej pozycji. "Ogień wyszedł z lasu" i "Lepsi od pana Boga" to książki bardzo dobre (ta druga dodatkowo redakcyjnie na najwyższym poziomie), jednak zwyczajnie... przegrały chyba tematem. Heroiczna walka strażaków w innym kontekście wygrałąby z cuglach, ale czy cokolwiek i ktokolwiek może się równać z Ernestem Shackeltonem? "Endurance" czyta się jak coś pomiędzy powieścią przygodową z thrillerem, napięcie nie odpuszcza, nawet jeśli się zna zakończenie. Jest w tym duża zasługa autora, posiłkującego się pamiętnikami uczestników wyprawy i pięknie opisującego antarktyczne warunki, ale nie ukrywajmy - gdyby tę historię ktoś po prostu wymyślił, wyśmialibyśmy ją za przesadny dramatyzm, nadmierne okrucieństwo i cukierkowy happy end.
Podczas tworzenia tego podsumowania sekcja filmowa zaskoczyła mnie najbardziej. Przeczytane książki śledzę na bieżąco i to bardzo dokładnie (co do strony), a tymczasem filmy wpadają jakoś to tu to tam. Ogółem jestem jednak przekonana, że oglądam mało. A tymczasem... samych filmów o Montalbano obejrzałam 32, łącznie 42.
Z racji samej ilości Montalbano zdecydowanie zdominował ten rok. Jak mi się skończy, to nie wiem, co będę robiła, serio, haha. Bardzo przyjemna seria. Nie zmienia świata, nie mówi nic wiekopomnego, ale jest to sprawnie napisane, zagrane i nakręcone (dosłownie jeden film był słaby). Koniecznie chcę wrócić na Sycylię i zrobić sobie wycieczkę śladami Komisarza.
Wybór nie był prosty, głównie dlatego, że te filmy są
tak od siebie różne. Najnowsza ekranizacja klasycznej powieści Dumasa to superprodukcja
pełną gębą. Z jednym wyjątkiem (Aramis) świetny casting, dobry scenariusz,
całość, mimo zmian, wierna jest książkowemu oryginałowi. Wygrywa jednak "Gangubai Kathiawadi",
najnowszy film Sanjaya Leeli Bhansaliego. "Muszkieterzy", mimo
rozmachu, mają jedną scenę takiego kalibru jak każdy najmniejszy fragment
"Gangubai".
Najgorszy film
Nominowani: Hobbit, Stargate, Rebel Moon
"Stargate" to nie jest dobry film, ale jak
to u Emericha jest solidnie no a pomysły rozpoczęte tutaj dały nam całe
uniwersum. Tak naprawdę to jest porządny film i tylko Kurt Russel ciągnie go w
dół. "Hobbit" (część 1) to większa chała niż zapamiętałam. Serio,
przy kolejnym oglądaniu kompletnie się nie broni. Nawet jednak
"Hobbit" wypada... Może nie przyzwoicie ale ma lepsze momenty, w
porównaniu do "Rebel Moon".
Lubię Snydera. "Armia Umarłych" podobała mi
się szalenie. Podobnie jak "Sucker Punch", "Watchmen" czy
"300". Nawet ten jego "Człowiek ze stali" był całkiem ok.
Przywykłam do tego, że filmy Snydera się ludziom nie podobają, więc nie
zrażałam się negatywnymi opiniami. I po obejrzeniu mam pytanie do piszących je
- czy wyście oszaleli?? Ten film jest ZNACZNIE GORSZY. Cały ten film to takie
"w poprzednim odcinku". Rzeczy dzieją się błyskawicznie, jedna po
drugiej, chociaż powinny zająć miesiące, może lata. Bohaterka zbiera drużynę z
grubsza nie wiadomo kogo i nie wiadomo po co, a ta drużyna to też jakaś banda
przypadkowych kretonów z jakimś ujeżdżającym gryfy indiańskim księciem z
paździerza na czele. Pomijając już nawet kretynizm i zbędność masy elementów
(ten gryf...) to wszystko sprawia wrażenie na szybko sklejone go streszczenia
jakiegoś serialu i sprowadza się do "Ej, chodź z nami bronić wioski w 4
chłopa przeciwko imperialnemu krążownikowi" "No dobra".
Jest tam jakaś wojna, co to nie wiadomo po co, o co i
z kim, jest magiczna księżniczka co wskrzesza ptaszki, jest chłop przez którego
wszyscy mają kłopoty, ale najwyraźniej nie wypada wyciągać z tego
konsekwencji... Tylko rebelianckie rodzeństwo jest spoko, Ed Skrien, wiadomo,
piękny jak ludobójstwo, jest w końcu jeden jedyny zwrot akcji taki z kategorii
"DZIĘKUJĘ, NARESZCIE", ale bezsensowna akcja prowadząca do niego jest
zbyt bezsensowna żeby ktokolwiek dał się na nią nabrać (poza oczywiście
bohaterami tego filmu).
Snyder próbuje budować klient ale kompletnie mu to nie
wychodzi, przede wszystkim dlatego że ten film jest tak żałośnie na serio,
jednocześnie mając postacie i wydarzenia rodem z bardzo taniej kreskówki. Albo
co gorsza sesji RPG. W dodatku ktoś tam ewidentnie miał pomysł żeby zrobić taki
nieoczywisty casting w efekcie czego jest jeszcze gorzej bo albo mamy
kompletnie przerysowanego Skriena (którego ubóstwiam ale nawet on przebrany za
kosmo-naziste tego nie uratował, szczególnie że jak wspominałam ten film stara
się być na serio) albo bandę jakichś patałachów z innej bajki (budżetowy Hugh
Jackman w roli naiwnego wsiura, co to sprowokował te wszystkie kłopoty ale
udajemy ze nikt tego nie widział).
Wiele elementów tego filmu dałoby się uratować, gdyby
zrobiono go w lżejszej, jawnie przerysowanej konwencji (a wątki skrócono lub
rozwinięto) . A zamiast tego dostajemy ocean krindżu. Jak to ktoś ładnie
powiedział (o czymś zupełnie innym) "Wydaje ci się że to Szekspir a tak
naprawdę to pietnastoletni angst". Ten film jest jak blogowe opko, które
traktuje się tak straszliwie serio, oni się wszyscy zachowują, jakby to było na
serio, jakby to miało sens i było mroczne a tak naprawdę są grupą kolegów w
ciuchach ukradzionych siostrze i makijażu zrobionym kosmetykami wyciągniętymi z
kosmetyczki mamy.
To nie jest tylko najgorszy film zeszłego roku. To
jeden z najgorszych filmów jakie w ogóle w życiu widziałam. On nie jest nawet
tak zły, że aż śmieszny on jest tak zły, że aż żenujący i człowiek nie wie,
gdzie wzrok podziać. Scenariusz jest tu tak potwornie zły, że można nawet
powiedzieć, że było do dupy, ale. Tu nie ma żadnych ale, ten film nie ma
żadnych zalet, jednego dobrego elementu w nim nie ma.
Seriali nie oglądałam w tym roku prawie wcale, wjechały
zaledwie 2 nowe tytuły, jeden nowy sezon i 3 niepełne powtórki. W kategorii
nowych zdecydowanie wygrywa "Mask Girl". Fakt, że serial
nie do końca broni się przy drugim oglądaniu (nie że coś tam jest nie tak, ale
jego fajność polega na tym, że zawsze robi to czego chcesz, ale na co zwykle
nikt nie ma odwagi, więc pozbawiony tego elementu zaskoczenia nie jest aż tak
fajny). Drugi nowy serial to "Trom", rzecz działa się na
Wyspach Owczych i była ok.
Drugi sezon "Palpito" ("Ukradzionego
serca") był znacznie głupszy od pierwszego - a to jest osiągnięcie - co
się jednak pośmiałam to moje i pewne rozwiązania (chociażby, że skorumpowany
polityk, taki śliniący się na sekretarki pan Janusz okazuje się
najporządniejszym moralnie bohaterem) mi się podobały.
Powtórki to "Lepsi niż my", "Chłopaki z
baraków", "SG-1". Trzy świetne i bardzo od siebie różne tytuły,
do których można wraca wielokrotnie i zawsze cieszą.
Myślę że grałam więcej niż oglądałam seriali, ale jak pokazuje kwestia filmowa, mogą to być wrażenia kompletnie oderwane od rzeczywistości. Na plus na pewno klasyki - Hades i Vampire Survivors. Poza tym, nowy tytuł - Frostpunk. Święta gra. Klimat, ta nieustanna pogoń za warunkami pogodowymi, konieczność podejmowania drastycznych decyzji. Świetne dodatki. Najsłabiej wypadł chyba Hollow Knight, ale z czasem się do niego przekonałam, więc myślę że jak kiedyś nagle znajdę czas na granie to go skończę.
W 2023 roku wyszła nowa płyta Thy Catafalque i.. I mi nie podeszła. To wciąż rewelacyjny album, bo prostu za blisko blackmetalowych korzeni zespołu. Za to ten sam zespół (jednoosobowy) zaczął jakiś czas temu koncertować i chociaż nie udało mi się pojechać na żaden koncert, to wytwórnia Season of Mist (Która wydaje niesamowita muzykę) udostępniła koncert z Budapesztu na yt. O tutaj:
Skoro o koncertach mowa, to byłam na całych dwóch: Little Big i Villagers of Ioannina City, oba w tym samym tygodniu. Na Little Big zdecydowanie zawiodło nagłośnienie, wokalistów zwyczajnie nie było słychać. Skakało się fajnie, ale to był bardzo słaby koncert (nie z winy zespołu). Wsiury z Joanniny za to dali czadu. Mam nadzieję, że jeszcze wrócą do Polski, bo czekam!
Odbyła się też Eurowizja pozostawiająca - jak zawsze - niesmak, w tym roku chyba wyjątkowo duży. Niemniej prawdziwy zwycięzca - Käärijä - rozpoczął porządną karierę. Koncertuje nieustannie od maja, współpracuje z licznymi uznanymi artystami i dał wiele radości Finom, bo promuje ich język. Cza-cza-cza, szwedzkie sukinsyny.
Najlepszy album? "As Above" Northern Lights.
Podsumowanie
I to by było na tyle, jak sądzę. Rok długi to i podsumowania się zebrało sporo. Z rzeczy poza-popkulturalnych, to obyłam dwie podróże zagraniczne - na Sycylię oraz w Pireneje (Andora i Francja). Oba wyjazdy były wspaniałe, we wszystkie te miejsca chcę wrócić i bardzo polecam. Nazwiedzałam się, widziałam starożytności (katedra w Syrakuzach!), nowożytności (BICI Lab! Muzeum Airbusa!), wspaniałą przyrodę, poznałam wspaniałych ludzi.
A bardzo skrócony wybór fotek z Andory i Francji zamieszczam poniżej.
Vall del Madriu (Andora)
Mirador de la Grau de Llosa (2036m) - punkt widokowy nieopodal schroniska Sorteny (Andora)
Refugi de l'Angonella, które uratowało nas w czasie załamania pogody (Andora)
Lago del Mig (?) (Andora)
Kawusia w naszym hotelu (Hotel Sirakusa, Andora)
Camping w Gavarnie z widokiem na cyrk lodowcowy (lodowca już nie było) (Francja)
Znowu cyrk lodowcowy w Gavarnie (Francja)
manga o św. Bernadecie, ponieważ Lourdes to stan umysłu (Fronacja)
pomnik kolarza na Col du Tourmalet (Francja)
Widok z naszego tarasu w Tuluzie (Francja)
Zabrałam się w końcu za niemiecki i nawet napisałam całą notkę na ten temat i jakoś nigdy jej nie opublikowałam. W każdym razie nauka języka we własnym zakresie, we własnym... nie, nie chodzi nawet o tempo (to sobie narzucam zawsze dość mordercze), ale o styl - nauka we własnym stylu pokazała mi, że nawet notatki z języków mają sens (nigdy nie miałam zeszytu do żadnego z języków, których się uczyłam poza rosyjskim, bo był wymagany skoro uczyliśmy się alfabetu). Polecam.
Obecnie (styczeń 2024) zaczęłam przerabiać książkę z serii "Niemiecki 365 na każdy dzień" - za rok dam znać, jak to wyszło ;)
Przeczytałam jedną książkę po rosyjsku - niezbyt grubą i zajęło mi to miesiąc, ale za to bez przerywania, ciągiem, jak na czytanie jednej książki zupełnie na serio przystało. Jestem więc zadowolona. Mimo wszystko idzie mi to czytanie po rosyjsku nadal bardzo wolno i zastanawiam się, co dalej. Druga książka po rosyjsku za która się zabrałam utknęła na dość wczesnym etapie, myślę, że częściowo dlatego, że opowiadania Jefremowa niespecjalnie mnie wciągnęły. Zastanawiam się, czy nie rzucić wszystkiego i nie zabrać się za "Kłamstwa Locke'a Lamory". Niemniej wiem, że zajmie mi to sporo czasu i dlatego się waham. Tak czy owak - nauka języków na plus.
Sportowo był to też dobry rok. Nie tylko absolutnie rewelacyjne Tour de France (odsyłam do rachunku z lipiec), ale też odkryłam nowy sport - rugby. I wkręciłam się na maksa, od zakończenia mistrzostw nosi mnie, żeby obejrzeć więcej tego szaleństwa.
I już, tyle, koniec, ile można. Jeśli dotarłeś do końca tej epopei, to szczerze gratuluję i podziwiam. Pędzę pisać zaległy rachunek za grudzień i może skreślę parę słów o planach. (a i zdjęcia z wyjazdów przydałoby się obrobić, wywołać, zrobić albumy...).