Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2026

[Rachunek za] Czerwiec 2026

Czerwiec zaczęłam od tygodniowego L4, które niestety spędziłam na zmaganiach z bólem i wizytach w szpitalu a nie leżeniu z książką w dłoni. Nie polecam. Potem na szczęście zrobiło się nieco lepiej, ale wciąż był to miesiąc słaby jeśli chodzi o czytelnicze dokonania. Mam nadzieję, że w lipcu będzie lepiej, ale nie czarujmy się, co innego będzie zaprzątało moje myśli. 


Książki

Wygnanie i królestwo Albert Camus "udało się"/10

Króciutki zbiorek opowiadań. Nie porwał, ale i nie zawiódł. Najbardziej podobało mi się opowiadanie drugie ("Renegat czyli umysł zmącony"), bo było najodważniejsze formalnie. Teksty - poza ostatnim - są dość krótkie, zwięzłe, jasne w przekazie, forma dobrze współgra z treścią, doskonale zbudowany jest klimat. Jedynie ostatnie opowiadanie ("Kamień, który rośnie") jest zbyt długie, nudne, niejasne i psuje odbiór całości. 






Angel Down Daniel Kraus "...and I consider myself lucky"/10

W zeszłym miesiącu mieliśmy przykład typowej książki gatunkowej docenionej przez mainstream - "Włóczęgów" Hao Jinfang, którzy zatruli mi maj. Ale w tym samym maju wydarzyła się rzecz niesłychana - powieść gatunkowa dostała Pulitzera. I - szok - to jest naprawdę dobra książka. Rewelacyjna. Czapki z głów. Czytałam "Angel Down" bardzo długo, z przerwą na chorobę i klubowego Camusa i nie odzwierciedla to tego, jak bardzo mi się ta lektura podobała. Choć faktycznie, jest to jeden z tych tekstów, gdzie co kawałek można książkę odłożyć i zadumać się nad tym, jak wspaniałą rzecz się właśnie przeczytało. 

Nietrudno zauważyć, co niewątpliwie przyciągnęło uwagę jury nagrody - "Angel Down" to jedno zaczęte od środka zdanie, gdzie każdy akapit zaczyna się od "...and". W przeciwieństwie jednak do "Bram raju" Andrzejewskiego, forma jest tu kluczowa dla treści, tego nie można by napisać inaczej i jednocześnie nie sprawia wrażenia wymuszonej, po dwóch akapitach płynie się już przez ten pierwszowojenny chaos razem z Baggerem.

Akcja toczy się w okopach I Wojny Światowej, wśród błota, chaosu, śmierci, chorób, bezrozumnego okrucieństwa i celowej przemocy. W obliczu spotkania z nadprzyrodzonym bohaterowie muszą zrewidować swoje poglądy na świat i siebie samych. O co naprawdę poprosisz, jeśli możesz poprosić o wszystko? Czego tak naprawdę pragniesz? Co się w tych pragnieniach ogranicza? 

To jest przepiękna, obrzydliwa, brutalna, poetycka książka, która w mistrzowski sposób miesza brud ze świętością i ohydę z pięknem, stawia przed swoim pełnym wad bohaterem pytania, odpowiedzi na które pokazują, kim naprawdę jest i które każdy z nas powinien sobie zadać. Kraus opisuje zło, ale tak naprawdę jest to książka o dobru. 

A do tego - nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam książkę z tak satysfakcjonującym zakończeniem. W trakcie "Angel Down" dzieje się bardzo wiele, od rzeczy ohydnie przyziemnych po metafizycznie wzniosłe a jednak Krausowi udaje się zawiązać z tego przepiękną kokardę. 


W ogóle jak się chyba lubię z nagrodą Pulitzera. Nie czytałam wielu laureatów, ale chyba wszyscy mi się podobali. Muszę zgłębić temat. 


Poranek dnia zagłady C.L. Moore "nie wiem o co chodzi, ale buja"/10

To sprawnie napisana powieść, do której trudno się przyczepić, ale która nie porywa. Niewątpliwie największym jej plusem jest jej warstwa techniczna - niemal do samego końca utrzymana jest tajemnica, o co tu właściwie chodzi, kto czego dokładnie chce i w czym bohater bierze udział. Rohan to osobnik dość ciekawy, zapijaczony oportunista od czasu do czasu na haju dawnej sławy, wplątany wbrew swej woli w polityczną intrygę próbuje ugrać coś dla siebie, chociaż nie jest pewien zasad i stawek tej zabawy. 

W czym więc problem? Chyba właśnie w tym, że nie ma tej powieści nic konkretnego. Jest bardzo sprawnie napisana ale nic we mnie nie poruszyła. Bardzo możliwe, że w czasach zimnej wojny, dla amerykanów, był to tekst znacznie ważniejszy. Ze mną, w roku 2026, nie rezonował w ogóle. Niemniej czytało się to bardzo przyjemnie i bujało właśnie ze względu na techniczną sprawność autorki. 

Szkoda, że dostaliśmy od C.L. Moore tę powieść a nie opowiadania o Jirel of Joiry, znacznie, znacznie lepsze.  


Plany

Więcej czerwcowych grzechów nie pamiętam, choroba i upały dość mnie sponiewierały. Plan jest więc taki, żeby w lipcu a przed urlopem ogarnąć zaległości. Nie mam wielkich nadziei w tej kwestii, bo przecież zaraz zaczyna się Tour de France, ale liczę na to, że chociaż niektóre kwestie będę mogła ogarniać słuchając transmisji. 
Przed wyjazdem chciałabym koniecznie skończyć i oddać książki z biblioteki - "Turn of the Screw" Henry'ego Jamesa oraz "Italczyka, czyli konfesjonał czarnych spowiedników" - oba te teksty jak na razie bardzo mi się podobają. Poza tym stoję przed trudnym wyborem lektury na urlop. Wprawdzie czytniki ebooków mocno ułatwiają sprawę, ale i tak coś wymyślić trzeba. Może będzie to "Wojna makowa", może coś z klasyków a może w ogóle wpadnę na jakiś inny pomysł. Czas pokaże.  










Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 czerwca 2026

[Rachunek za] Maj 2026

Był to miesiąc dość nierówny, zakończony mieszanką wybuchową: z jednej strony zachwytem tegorocznym Pulizerem (o czym więcej będzie w rachunku za czerwiec), z drugiej kryzysem zdrowotnym zwieńczonym posiadówką na SOR. W związku z tym ostatnim, zachwyt trochę został przerwany a mnie dopadł kryzys czytelniczy. Mam nadzieję, że z czasem poczuję się na tyle dobrze, żeby w ramach L4 jeszcze coś poczytać. 


Książki

Włóczędzy Hao Jinfang "kurwa ale gówno"/10 

Jeśli jakaś powieść gatunkowa zostaje doceniona przez mainstream, szczególnie taki bardziej nadęty, to opcje są dwie. Może być to powieść na tyle wybitna, że nie da się jej zignorować (a potem marudzić jaka to szkoda, że dotychczas autor miał łatkę pisarza fantastyki), ale nie oszukujmy się, takie przypadki są bardzo rzadkie. Dużo częściej jakimś cudem człowiek, który nigdy nie przeczytał książki fantastycznej czyta jakieś żałosne gówno i doszukuje się w nim wzniosłych treści (których tam nie ma) i potem ja muszę czytać takie ścierwo jak "Włóczędzy" Hao Jingfang. Żeby jeszcze to było słabe sf ale miało w sobie coś ciekawego - formę, treść, przesłanie. Ale nie, wcale tak nie jest. Ta "powieść" ma dosłownie zero zalet. A do tego jeszcze PIW dorzuca tak daremne tłumaczenie, że aż trudno uwierzyć, że jakikolwiek redaktor to przeczytał. Gdyby nie to że była to książka na klub PIWu (a na jaki inny...) to rzuciłabym ja w cholerę po 


od kącików jej ust odchodziły dwie zmarszczki w kształcie księżyca w nowiu. ("Statek") 

co oszczędziłoby mi tych wszystkich scen w blasku księżyca. Na Marsie. I całej reszty bredni, które są szczególnie uderzające, gdy wziąć pod uwagę że autorka skończyła ponoć fizykę... 

Pomijając jednak jak beznadziejne to jest SF, pod innymi względami nie jest lepiej. Jeśli chodzi o styl to daję autorce taryfę ulgową, aczkolwiek ani wersja polska, od której zaczęłam ani marginalnie lepsza angielska, na którą dość szybko się przerzuciłam nie dają zbyt wielu podstaw by wierzyć, że tam się dzieją jakieś językowe akrobacje usprawiedliwiające wydanie tego kupska. Pozostają nam jednak postacie - papierowe, niedojrzałe, mdłe i nudne. Pozostaje "fabuła", którą trudno właściwie określić oraz przede wszystkim pozostaje przesłanie. No więc co nam chce powiedzieć Hao Jingfang? Otóż, że buntować się jest pięknym przywilejem młodości, bo młodzi są szlachetni i głupi, ale kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa tę rękę utnie. Obrzydliwe propagandowe gówno i nawet nie będę słyszała waszych protestów, tak mocno mam owinięta głowę folią aluminiową - jestem przekonana, że to jest powód dla którego tak słaby tekst jest promowany nie tylko w Chinach, ale i na świecie. 

Ta książka nie ma zalet. Żadnych, bo jeszcze w dodatku jest gruba. 

(przeczytałam 10% po polsku, do 40% po angielsku a resztę przesłuchałam po angielsku w audiobooku x1.7 a i tak żałuję zmarnowanego czasu) 


Blackwater I: Powódź Michael McDowell "potwór z bagien do wzięcia"/10

Na książki z tej serii natknęłam się już kilka lat temu we Włoszech. Zwracają uwagę wydaniem - kieszonkowym, ale na bogato, w bardzo charakterystycznym stylu. Rzecz jest w dodatku nie tylko estetyczna ale jeszcze do tego niesamowicie praktyczna. Czytało się to niezwykle przyjemnie. Co do samej powieści - to dopiero pierwszy tom serii, poznajemy bohaterów i pewien zarys problemu. Zaciekawiło mnie to na tyle, że chętnie sięgnęłabym po kolejne tomy, ale zwyczajnie... Żal mi pieniędzy, nawet uwzględniając ładne wydanie. Ta seria to takie czytadło, które się łyka na plaży w Łebie i zapomina na wsze czasy. To 40 zł, które już wydałam to i tak za dużo. 





Milczenie owiec Thomas Harris 7/10

Z racji przynależności klubowej miałam pretekst do zapoznania się z tym klasykiem. Początek mnie nie zachwycił, Lecter wręcz karykaturalny. Potem Buffalo Bill zlepiony z dobrze mi znanych seryjnych morderców (to nie jest może zarzut sam w sobie, po prostu, no, trochę za bardzo widoczne dla mnie było z czego autor klei tego typa). Ale w drugiej części powieści całkiem sprawnie zbudowane napięcie. Ogółem z jednej strony utwierdziła mnie ta książka w przekonaniu, że thrillery i kryminały nie są dla mnie, z drugiej pokazała, że thriller to jednak coś bardziej pode mnie - jak już muszę - niż kryminał. 

Z ciekawostek, to uderzyło mnie tłumaczenie. Nie jest niby stare - z 1990 roku - a jednak jest takie... archaiczne. Nie jest to język dla mnie obcy - wręcz przeciwnie, to język mojego dzieciństwa i chyba dlatego wywarł na mnie takie wrażenie. Uświadomiłam sobie, że on zniknął, że od dawna już tak wcale nie mówimy. Na swój sposób ta książka pachniała gazetami, które czytali moi dziadkowie. 


Przyszłość prawdy "WERNEEEEEEEEEEER"/10


Kocham Wernera Herzoga i się tego nie wstydzę. "Przyszłość prawdy" to krótki esej dający dobry wgląd w to jak Werner Herzog postrzega prawdę i jak konstruuje ją w swoich filmach. Warto się zapoznać. Z drugiej strony będzie też łyżka dziegciu - kto to kurwa składał. Już sama okładka wieje jakąś bardzo nieudaną próbą elegancji a w środku jest jeszcze gorzej. Jakby ktoś kiedyś widział dobrze zrobioną książkę, ale nie miał pojęcia, dlaczego ona była dobra i spróbował odtworzyć efekt nie znając zasad. Odległości zbyt duże, proporcje nie takie, paginacja bez sensu, Dobry Jeżu Anaszpanie, skład aktywnie przeszkadzał w czytaniu. A tu obawiam się, cała seria będzie takim kupskiem. 




Komiksy 

Requiem. Rycerz wampir. Tom 4: Klasztor Sióstr Krwi. Królowa dusz zmarłych 

Jak pisałam już wcześniej - ta seria zaczyna się lepiej niż się kończy, więc im dalej w las tym większe znaczenie mają przepiękne ilustracje Ledroita, bo fabuła... To od samego początku nie jest żadne arcydzieło, ale po prostu cały ten motyw reinkarnacji i podwójnej tożsamości jest słaby jak barszcz, a w każdym razie słabo zrealizowany. Niemniej oczywiście, że kupię wszystko i wszystko przeczytam. Piękny jest to komiks i durny rozkosznie.    


Pulizer 2026 

Końcówkę miesiąca spędziłam - na ile mi to pozwoliło zdrowie - czytając powieść Angel Down Daniela Krausa, która zdobyła Pulizera. I nie byłoby w tym nic godnego nadmiernej uwagi, gdyby nie to, że "Angel Down" to pierwszy w historii laureat tej nagrody będący tzw. powieścią gatunkową (konkretnie horrorem). Co? Jak? Jakim cudem? 

Już pierwsze otwarcie książki pokazuje pewne... znaki. A właściwie jeden znak: powieść napisana jest jednym zdaniem, zaczętym od środka i każdy akapit zaczyna się od "and". Pozdrawiam polskiego tłumacza i mam nadzieję, że będzie to ktoś w rodzaju Tarczyńskiego. 

Więcej napiszę, kiedy skończę, bo niestety choroba mnie dość mocno wyłączyła z życia, ale napisane jest to pięknie i autorowi udaje się doskonale oddać potworność ale i swoisty absurd sytuacji ekstremalnych. Akcja toczy się w czasie IWŚ a nasi bohaterowie muszą dobić... anioła. 


Plany 

Przede wszystkim - odżyć. Potem dokończyć "Angel Down" i dwie lektury na kluby - "Wygnanie i królestwo" Camusa oraz "Poranek dnia zagłady" C.L. Moore. Na koniec miesiąca - "Region Węża" C.J. Cherryh. Gdzieś pomiędzy powinna znaleźć swoje miejsce "Tajemna historia", ale nie jestem pewna, czy dam radę (zaczęłam, ale nie wciągnęła mnie). 












Czytaj dalej »

wtorek, 31 marca 2026

[Rachunek za] Marzec 2026

 Po dość żałosnym lutym przyszedł czas na całkiem znośny marzec. Czy to kwestia wiosny, czy doboru lektur czy może Palmy - nie wiem, ale się domyślam, że wszystkie te czynniki plus nadchodząca z oporami wiosna. Grunt, że wskoczyłam jakoś w normalny tryb czytania, tj. czytania dużo, zawsze i bez tracenia czasu na inne rozrywki. Wprawdzie ucierpiało to czy inne hobby, ale ja jestem bardzo zadowolona, przeczytałam grubo ponad 1000 stron, nadrabiając straty z lutego i jak tak dalej pójdzie to w ogóle wyjdę na prostą względem celu 15000 stron rocznie. Jeśli chodzi o 52 książki to wciąż jestem nieco w plecy, ale nadrabiam. Pozostaje mieć nadzieję, że książki na klub PIWu mnie nie dobiją (a są dwie z czarnej serii, więc może być różne). 


Książki

Ser i Robaki "żółte napisy ale to 1599"/10

Po raz kolejny sprawdziła się wypracowana przez kilka lat klubowania mądrość - starsze książki nadają się do czytania, nowe niekoniecznie. Rozprawa naukowa Carlo Ginzburga z 1976 roku to lektura niezwykle ciekawa. Na przykładzie jednego człowieka oraz akt z jego procesu w inkwizycji włoski historyk pokazuje nam, że wbrew pozorom możemy coś powiedzieć o klasach niższych oraz że ich życie intelektualne było naprawdę ciekawe. Menocchio, zwyczajny, zdawałoby się młynarz, naczytał się różnych publikacji i sam sobie usiadł i tak sobie pokombinował... aż wykombinował herezję. I to jaką!
Menocchio to cesarz chłopskiego rozumu, człowiek niezwykle dociekliwy, ale pozbawiony wyższego wykształcenia. Daje mu to wolność wnioskowania, którą prawdopodobnie zniszczyłaby w nim edukacja. Menocchio nie wie, jak świat został stworzony i jak funkcjonuje, więc tak sobie usiadł i tak sobie kombinował... jest to człowiek wręcz owładnięty obsesją zrozumienia, to tego stopnia, że nawet na przesłuchaniu w Świętym Oficjum nie potrafi zbyt długo powstrzymywać się przed głoszeniem wniosków, jakie wyciągnął. O tym, że świat na początku był chaosem, trochę jak ser, w którym samoistnie rodzą się robaki, że te robaki to aniołowie a największym z nich jest Bóg... Zaczynacie chyba rozumieć, że to nie mogło się spodobał Kościołowi, prawda? Jednocześnie jednak nie jest to historia o szybkim pojmaniu, torturach i egzekucji. Inkwizytorzy, którzy zainteresowali się sprawą na podstawie donosu osoby skonfliktowanej z Menocchiem, próbują dociec o co mu chodzi i ewidentnie widzą, że chłop jest zaburzony a nie że jest jakimś fałszywym prorokiem.

Ginzburg we wstępie mówi o tym, że chce przedstawić historię z perspektywy zwykłego człowieka, członka klasy podporządkowanej, co w ówczesnych (lata 70) realiach historiograficznych było uznane za niemożliwe i nieistotne. To mu się niewątpliwie udaje, odmalowuje przed nami (przy pomocy rozległych cytatów z akt) ciekawy i wieloaspektowy obraz nie tylko Menocchia, ale również jego otoczenia. Druga teza Ginzburga, jakoby wymiana intelektualna zachodziła w dwie strony przekonuje mnie znacznie mniej. Moim zdaniem autor nie daje na to żadnego dowodu. Menocchio niewątpliwie czyta modne książki, jest zaznajomiony z ogólnymi trendami epoki, ale nie widzę żadnego momentu, w którym realnie na nie wpływa. 

"Ser i robaki" to lektura interesująca, ale dość męcząca z powodu absurdalnej ilości absurdalnych przypisów, w tym długich cytatów w językach obcych, które nie zostały przetłumaczone. A to są takie filologiczne przypisy, gdzie autor dyskutuje nad znaczeniem użytego przez francuskiego autora słowa. W dodatku przypisy te są na końcu (co jednak nie dziwi biorąc pod uwagę, ze niektóre mają po kilka stron a jest ich więcej niż kartek w książce...), a w ebooku to w ogóle jakaś porażka. Tyle że mnie to zachęciło do ogarnięcia ReadEry na Palmie (to chyba jedyna aplikacja do czytania, która pokazuje przypisy na dole ekranu!) z czego jestem bardzo zadowolona. 

Zainteresowanym mentalnością szesnastowiecznych foliarzy polecam i nie zraźcie się bardzo gęstym wstępem, potem jest znacznie znośniej napisane. 



Wichrowe Wzgórza Heathcliff did plenty wrong but you deserved it/10


Premiera filmu (na który się nie wybrałam i którego raczej nie mam zamiaru oglądać) była dobrym pretekstem, żeby przeczytać tego klasyka. Zaskoczyła mnie ta książka - klasyki, chyba w ogóle tak mają. Przede wszystkim tym, jak rozkosznie okropni są wszyscy ci ludzie. Pierwsze pojawienie się Heathcliffa to scena naprawdę godna najwyższych pochwał. Jest wspaniale... niezręcznie, nieprzyjemnie, jakoś po gotyckiemu dziwnie i niepokojąco. Cała ta patologia odmalowana jest świetnie.

To książka krótka, szybka i właściwie dość przyjemna, bo chociaż porusza ciężkie tematy to jest jednak trochę na krawędzi śmieszności, jak to z romansami gotyckimi bywa. To nie wada, to po prostu jest tego typu literatura. Możemy oczywiście rozmawiać o tym, że Wichrowe poruszają kwestie rasizmu i jego konsekwencji, bo tak jest... ale wydaje mi się, że w tej materii napisano znacznie lepsze książki (porównanie ze "Światłością w sierpniu" nasuwa się samo). 

Jestem więc na etapie 2/6 z wyzwaniem "klasykowym", jak na razie idzie świetnie. Zobaczymy, jak mi się uda wcisnąć kolejne do planów czytelniczych. 


Psia Kalevala 10/10

Kalevala to fiński epos narodowy, ten sam, który tak mocno wpłynął na Tolkiena. Akseli Gallen Kallela to fiński malarz z przełomu XIX i XX wieku, który Kalevalę zilustrował w serii słynnych (i pięknych) obrazów. A pan Mauri Kunnas miał psa i postanowił połączyć to wszystko we wspaniałą książeczkę dla dzieci i dorosłych. Mamy tu więc historię z Kalevali przepisaną na psy, wilki a nawet jednego kota, wspaniale zilustrowaną. Wiele z obrazów Gallen Kalleli znalazło tu swoje odwzorowanie, a orka na żmijowym polu to jest wręcz lepsza niż oryginał. Jeśli macie pod ręką jakieś dziecko, któremu przyda się ładna i ciekawa książka, to biegnijcie kupić. Zresztą dla siebie też możecie, bo Kalevala jest zajebista a ta ma jeszcze na dodatek pieski.  



Faded Sun: Son'jir "if he dies he dies"/10

Drugi tom "Gasnącego słońca", 4 książka w wielkim rereadzie Unii/Sojuszu, straszliwie opóźniona. "Kesrith" czytałam już wcześniej, lata temu, z dalszą częścią tej historii zapoznałam się dopiero teraz. I jakież to było wspaniałe. Ciężar opowieści przenosi się na Duncana, ciężar opowieści i ciężar odpowiedzialności za wydarzenia, które rozpoczął i których w swojej naiwności nie przewidział. Ponownie, mri są mri, ludzie są ludźmi a regule to regule. Z jednej strony mamy małą skalę relacji między jednostkami, gdzie ponownie upór mri ściera się z ludzką elastycznością i nie do końca potrafi docenić jej poświęcenia. Z drugiej - skala wielkiej polityki obnaża cynizm i okrucieństwo nieznane szlachetnym wojownikom, których bezwzględność okazuje się tylko pozorna. 

Świetna to książka - choć inne niż "Kesrith" - i teraz, kiedy uporałam się z innymi zobowiązaniami, pędzę do "Shon'jir". 



Семьдесят два градуса ниже нуля (72 stopnie poniżej zera) 9/10

Władymir Sanin urodził się w roku 1928 i myślę sam ten fakt mówi wiele o tym, co w życiu przeżył. Był uczestnikiem kilku antarktycznych ekspedycji i to właśnie tej tematyce poświęcił większość swoich tekstów. Ponieważ czytałam już tę powieść w 2021 roku, dokonam bezczelnego autoplagiatu:

"72° poniżej zera" Władimir Sanin 9/10

Dzielni polarnicy, twardzi jak skała i mięciusi w środku jak małe pingwinki bohatersko zmagają się z przeciwnościami antarktycznej zimy. Paliwo gęstnieje na galaretę, ciągniki zawodzą, odmrożenia, głód i brak papierosów dręczą naszych bohaterów, ale kto jak kto, ale oni nie poddadzą się bez walki. I to wszystko w dodatku oparte na faktach, napisane przez najprawdziwszego polarnika. 

Powieść składa się w równym stopniu z akcji współczesnej co i retrospekcji przybliżających nam bohaterów. I jacy to są bohaterowie! Dzielny czołgista, co to go Niemcy zastrzelili a on uciekł, nieśmiały kucharz-sierota w szponach strasznej "cioteczki", były bokser, lekarz, kierowca, traktorzyści i mrukliwy obrońca sierot, słowem POLARNICY. Ach, uwielbiam. Natrafiłam na te książkę przypadkiem ale niewątpliwie jeszcze do niej wielokrotnie wrócę. 

Niestety to jedyny tekst Sanina wydany po polsku (za to na allegro chodzi po 2zł). Ale właśnie wychodzą dzieła zebrane po rosyjsku, więc trzeba znaleźć jakiś piniondz i zakupić... 

Moje zdanie się nie zmieniło, chociaż w związku z polityką niestety tych dzieł zebranych nie kupiłam, a ponieważ Sanin nie jest specjalnie znany w Polsce, to w księgarniach sprowadzających książki nie ma żadnych wydań. Na szczęście da się paypalem płacić w litres na stronie (w aplikacji jakoś nie, ale nie wiem, czy to sankcje, czy jakieś moje problemy techniczne)  - pomijając oczywiście nieskończone zasoby rosyjskiego Internetu, który zachował wiele cech starych dobrych czasów. 

To nie było moje pierwsze czytanie tej książki, tak samo, jak nie była to pierwsza książka po rosyjsku, którą przeczytałam, ale myślę, ze to był swego rodzaju kamień milowy w mojej nauce języka - czy może bardziej konkretnie: w czytaniu cyrylicy w tempie, które nie doprowadza mnie do szału. Jeszcze daleko jestem od perfekcji, ale pod koniec czytania złapałam się kilka razy na tym, że ten alfabet jest już dla mnie kompletnie przezroczysty, że myśli nie uciekają mi na boki, bo są znacznie szybsze od oczu. Żeby była jasność, jak pisałam na początku, to nawet nie jest pierwsza - ani podejrzewam najgrubsza - książka po rosyjsku, jaką przeczytałam, ale coś się zmieniło w moim mózgu. Alleluja. Podejrzewam, że pomogły dwa czynniki: termin, który wymuszał na mnie czytanie więcej niż pewnie bym zrobiła w innym wypadku oraz to, że od pewnego momentu czytałam wyłącznie tę książkę. Brak porównania do tego, jak szybko czytam po polsku czy po angielsku pomógł z pewnością trochę oswoić wolniejsze tempo. Chociaż, wydaje mi się, przyspieszyłam znacznie w ciągu trwania tej zabawy. 
Co jednak istotne: cieszę się, że to nie było moje pierwsze czytanie. Nie dlatego, że jakoś bardzo mocno mi to pomogło (od maja 2021 minęło jednak dużo czasu...), ale dlatego, że ta lektura przypominała mi mocno moje pierwsze książki czytane po angielsku. Coś mi tam jednak umykało a powolne tempo lektury też nieco przeszkadzało w poczuciu napięcia w jakim bohaterowie próbują przetrwać w ekstremalnych warunkach. Ale mnie to cieszy, bo to oznacza, że materia już mi nie przeszkadza i jesteśmy na etapie, gdzie wyłącznie muszę podszkolić się ze słownictwa. 





Targi Książki 

W marcu, jak co roku, odbyły się Poznańskie Targi Książki. Jak zwykle tłum straszliwy, na szczęcie znowu zrobiono osobną strefę autografow, więc przynajmniej częściowo rozładowano sytuację. Właściwie kupiłam niedużo książek, jakoś nie wpadłam w szał, zaraz na początku były niedaleko od siebie Znak i Vesper, więc plecak miałam ciężki od godziny 0. Chciałam się obkupić w PIWie, ale nie wzięli nic z tego, co sobie zaplanowałam kupić... może trochę żałuję, że nie wzięłam Kauri, ale jakoś nie było we mnie takiego szału zakupowego jak zwykle. Niestety nie zdążyłam wejść na strefę książek dla dzieci. 
Co do kwestii organizacyjnych - musiałam przejść przez pawilon targów edukacyjnych i co tam się działo to jakieś nieporozumienie. Panował tam potworny hałas (jakaś scena?), nie wyobrażam sobie wypytywania ludzi o swoją przyszłość w takich warunkach. Na samych targach książki niestety okropny chaos w ustawieniu stoisk. Ominęłam stoisko, które chciałam zobaczyć, bo się po prostu nie dało go znaleźć. Do innego trudno było trafić, bo z jednego miejsca było je widać, ale potem już w tym labiryncie trudno się było zorientować. W czym komu przeszkadzają równe rządki? Ja tam chcę obejść wszystko. Po to tam idę, chcę odkryć coś nowego, porozmawiać z jakimiś obcymi ludźmi. 




6 Nations 2026

Ach, co to był za turniej. Oglądałam głównie na telewizji francuskiej, więc z komentarza rozumiałam niewiele, ale pod koniec meczu już się darłam po francusku razem z komentatorami, no bo tak każe obyczaj. Do samego końca ważyły się losy turnieju, do tego Walia grała znacznie lepiej niż latach ubiegłych, a Włochy... ach, Włochy... Zacny to był turniej i szkoda mi, że pewnie z rok poczekam na następne rozgrywki rugby, które będę mogła śledzić z taką uwagą. 



Plany

Plany na kwiecień są zwięzłe: dokończyć rozgrzebane wątki i ogarnąć kluby czytelnicze. A więc:
- There Is No Antimemetics Division (jestem w połowie)
- Faded Sun: Kutath - ten reread miał się skończyć w lutym...
- Grzeszni chłopcy - na klub PIW
- Wędrowcy - na klub PIW w maju, książka gruba a czasu będzie mało (do tego, kto wie, jak się to będzie czytać...)

Czytaj dalej »

środa, 31 grudnia 2025

[Rachunek za] Grudzień 2025

Wchodząc w grudzień byłam optymistycznie nastawiona do realizacji moich tegorocznych postanowień i życie mnie zrewidowało dość okrutnie. Przeczytanie 52 książek nie wchodziło w grę, ale zupełnie sensownie wyglądało dobicie do 15k przeczytanych stron. A potem mnie dobił jakiś kosmiczny kryzys czytelniczo-zdrowotny i wyszło jak zawsze (mija 6 rocznica odwalenia 15 książek w grudniu żeby dobić do 52 tak swoją drogą i przypominam, że żadna nie miała poniżej 200 stron). Dopiero po wigilii coś we mnie pękło i wróciłam do czytania w jakichś normalnych ilościach (a nie że po 5 stronach miałam wrażenie, że wyczerpałam wszelkie siły witalne i umysłowe). Także było bez szału. 


Książki

Hunter of Worlds "Piękna katastrofa"/10

WPCUS część 2 

Nadejszła wiekopomna chwila - na ruszt wjechała druga powieść z Unii/Sojuszu. I co to była za powieść.

 

C.J. Cherryh przyzwyczaiła mnie (wg statystyk na Storygraphie przeczytałam pomiędzy 52 a 59 książkami jej autorstwa... rozbieżność wynika zapewne z re-rereadów) do pewnej niezachwianej solidności. Solidności tak doskonałej, że aż łatwo jej nie zauważyć, przyjąć za pewnik i coś zupełnie normalnego, że wszystko w tych książkach się zgadza, że wszystko pasuje, że ci kosmici i te wszystkie światy są po prostu z natury rzeczy tak doskonałe. W Hunter of Worlds tego nie ma. I jest to wspaniałe. 

Powieść zaczyna się mocnym rozdziałem, pełnym akcji i niezwykłych wydarzeń. Na stację kosmiczną przybywają wysłannicy śmiertelnie niebezpiecznych iduve, przybywają by wezwać na służbę niejakiego Aielę, dość przypadkowego kallię. Nikt przy zdrowych zmysłach - a nawet większość wariatów - nie odmówiłby wykonania jakiegokolwiek rozkazu iduvich, Aiela pakuje więc manatki i trafia na pokład gigantycznego statku Ashanome. Tam, z rozkazu przywódczyni klanu, pięknej Chimele, zostaje połączony za pomocą implantu nie z jedną, a dwiema osobami - co jest niespotykane. Co jeszcze bardziej niespotykane, to że jedną z tych osób jest przedstawiciel innego gatunku. Nie, nie iduve. To jest człowiek. Ludzie to prymitywne istoty, których inteligencja jest poddawana w wątpliwość przez inne rasy, ale Daniel ma informacje, których potrzebuje Chimele. I tak zaczyna się historia o zemście, która może pochłonąć cały klan Ashanome, nie tylko jakichś przypadkowych kallia czy złapanego w niewolę człowieka, którzy mają posłużyć jako tej zemsty narzędzia. 

Jak zawsze u Cherryh dostajemy bardzo ciekawe rasy obcych. Prym wiodą tu iduve, drapieżniki, które dorobiły się cywilizacji kosmicznej, ale nie stępiło to ich krwiożerczych instynktów. Funkcjonują w stanie nieustanego szczerzenia kłów i walki o honor i pozycję w stadzie. Łatwo ich sprowokować, a odruchy mają śmiercionośne. To oczywiście czyni ich cool as fuck, ale też nie jest to dobre czy spokojne życie, na co nieco światła rzuca nam narracja Tejefa.

Cherryh pokazuje nam wszystkie strony konfliktu, nie szczędząc każdej z nich solidnej motywacji i argumentów za swoją sprawą. W efekcie każdy z wątków i każdą z narracji czyta się z dużym zainteresowaniem, a kiedy konflikt zbliża się do kulminacji naprawdę trudno wytrzymać napięcie, bo kibicuje się obydwu stronom. Świetne to jest. 

Co zatem nie zagrało?

Cherryh nie bierze jeńców. Obce słówka - w trzech językach... - atakują od pierwszych stron. I to początkowo jest naprawdę świetne. Problemy zaczynają się im dalej w las wchodzimy. Nie chodzi o to, ile tych nowych słów tu jest, natomiast niestety ich znaczenie nie jest dobrze wyjaśniane w kontekście, a co gorsza - one wszystkie wyglądają praktycznie tak samo. I jak rozumiem, że to kwestia słowotwórcza, że pokrewieństwo, seks, ciąża, że te wszystkie słowa mogą w jakimś języku pochodzić od wspólnego korzenia. Ale miejmy litość dla czytelnika, to jest naprawdę trudne do ogarnięcia,  jest tego mnóstwo, miejscami wpadamy w jakiś kompletny bełkot, bo nawet jeśli znamy koncepcje, to niekoniecznie ogarniemy, że właśnie to słowo ją oznacza. Przez to ta powieść jest jakaś... kanciasta, niespasowana, surowa, chropawa... i to jest w niej wspaniałe. Koresponduje na pewnym poziomie z dzikością iduve

Należy sobie powiedzieć wprost: ta książka C.J. Cherryh nie wyszła. Młoda autorka wzięła sobie na warsztat bardzo ambitny pomysł i na nim poległa. Gdybym ją znała pisząc moją pracę magisterską, to podałabym Hunter... jako przykład negatywny. Ale mimo to, jest w tym jakiś surowy, pokraczny geniusz, którego, prawdę mówiąc, nieco brakuje mi w reszcie twórczości Cherryh. Precyzyjna doskonałość jej pozostałych tekstów odziera nieco fantastykę z tego zachwytu nad czymś wariackim. A to, co się odwala na poziomie językowym w tej powieści jest po prostu wariackie.

Czy polecam? Jeszcze jak! Ale nie nowym fanom, to jest ciekawostka, literacki cukierek w dziwnym smaku.


To-morrow "Nienawidzę witamin i ludzi szczęśliwych"/10

Joseph Conrad widział kiedyś szczęśliwego człowieka, ale nie skumał o co temu wariatowi chodzi. Niezbyt mądrze sobie wybrałam to ponure opowiadanie na lekturę na święta. Rzecz jest o ojcu, który czeka na powrót syna-marynarza. Ani w powrót potomka ani we wszystkie jego szlachetne cechy nie wierzy nikt poza popadającym w obłęd ojcem. Poruszająca rzecz, jak to zwykle u Conrada, nieco duszna, niedopowiedziana a postacie niejednoznaczne. Jest tu bohater, o którym trudno powiedzieć coś dobrego, a który mówi rzeczy piękne. Ludzie to cholernie skomplikowane istoty i Conrad jak nikt potrafił to uchwycić. Piękny tekst i spina pewną klamrą ten rok, bo w styczniu przeczytałam inne doskonałe opowiadanie - Brooksmith Henry'ego Jamesa. Zaczęłam ten rok opowiadaniem doskonałym i skończyłam równie dobrym. 

To-morrow jest wydane w małej czarnej serii Pingwina i nawet abstrahując od mojego uwielbienia dla tych małych książeczek, to po prostu to opowiadanie doskonale sprawdza się solo. Zamknięcie go w okładki, oddzielenie od innych utworów chociażby w ten symboliczny sposób sprawia, że czytelnik ma czas na refleksję, że można tę książeczkę zamknąć, podnieść wzrok i odetchnąć głęboko. 

Polski tytuł tego opowiadania to "Jutro", acz nie wiem nic o tłumaczeniach ani w jakich zbiorach się ukazało; nie ma go w "Opowiadaniach" z Czarnego. Oryginał jest dostępny w Projekcie Gutenberg. Generalnie polecam czytać Conrada w oryginale, bo on po prostu lubił używać tych konstrukcji gramatycznych, których w polskim zwyczajnie nie ma plus był bardzo wnikliwym obserwatorem różnych językowych ciekawostek (w Lordzie Jimie dzieję się rzeczy niesłychane jak Niemcy albo Francuzi mówią po angielsku!). 


Stalowy Szczur idzie w kamasze 

Siódmy tom przygód Jima DiGriz rusza z kopyta tam, gdzie zakończył się tom szósty, a Jim marzy o zemście na człowieku odpowiedzialnym za nieszczęścia, jakie go niedawno spotkały. Znowu dostajemy mnóstwo humoru i mnóstwo akcji, tym razem wyśmiewając zarówno wojsko jak i utopijne społeczeństwo pacyfistów. W tej jednej cienkiej książce dzieje się więcej niż w niejednej wielotomowej sadze. Okoliczności zmieniają się szybko i Jim musi się do nich dostosowywać. Jak tom poprzedni jest to przygodówka akcji w nieco absurdalnym świecie. Te książki nie mają wielkich ambicji. Mają bawić i robią to wyśmienicie.   


Planszówki

Na okoliczność świąt byłą wreszcie okazja nieco pograć. Z racji towarzystwa wjechały lżejsze tytuły, ale każdy kto trochę obcuje z planszówkami wie, że tytuł bardziej skomplikowany niekoniecznie jest tytułem lepszym.  


Wszystkie państwa świata "nienazwana groza Oceanii"/10

Tactic przyzwyczaił mnie do gier o prostych zasadach i wciągającej rozgrywce. "Wszystkie państwa świata" to nie tylko quiz w rozpoznawanie flag - mamy dodatkowo możliwości odpowiedzenia na pytania dotyczące danego kraju. Punktuje się nie tylko za nazywanie krajów oraz odpowiadanie na pytania, ale również za każdy "zdobyty" kontynent, co wprowadza do gry prosty ale skuteczny mechanizm strategiczny. Iść w pewniaka, czy może zaryzykować z państwem w regionie, gdzie jeszcze nasze pionki nie postały? Zasady można wytłumaczyć błyskawicznie, poziom trudności generalnie zależy zaś po prostu od naszej wiedzy plus losowego doboru flag w danej turze. Za jedyny minus uznałabym to, że pytania mają bardzo różny poziom trudności. Czasem mamy podać stolicę i podpowiedzi są dość oczywiste, czasem chodzi o wybranie nieprawdziwego zdania o danym państwie i to ponownie, czasem odpowiedzi do wyboru nie pozostawiają wątpliwości, która jest prawidłowa a czasem chodzi o coś bardzo szczegółowego. Niemniej jest to świetna gra dla dowolnie dobranych graczy, możecie zaangażować ojca, babcię i młodszego brata a na dodatek dorzuć córkę, co jest wciąż w podstawówce i każdy właściwie powinien bawić się równie dobrze. 


Niepożądani goście "Czyli właściwie mu się należało"/10

Królowa regrywalności znowu zagościła na moim stole. Punkt wyjścia jest zawsze taki sam: znaleziono trupa w gabinecie, należy odkryć, kto zabił. Podejrzanych oraz plan domu, na którym będziemy notować mamy zawsze tych samych, ale każda sprawa wymaga od nas dobrania innego zestawu kart z informacjami. Kartami tymi będziemy się wymieniać z innymi graczami, próbując jako pierwsi odkryć, kto i dlaczego zabił. Spraw jest nieco w pudełku plus jakiś 1000 w aplikacji. 

Nie jest to mózgotrzep w rodzaju "Detektywa", informacje dostajemy tu w większości na talerzu (np. karta wprost mówi nam "narzędziem zbrodni nie była broń biała"), ale podejrzani mogą kłamać a z tych danych niekoniecznie wprost wyjdzie nam, kto zabił - bardziej, co jest lub nie jest prawdopodobne. 


Senet "Kek"/10

Gra ze Starożytnego Egiptu. Tak, serio. Była tak popularna, że plansze znajdowane są w grobowcach i wiele jest też przedstawień na malowidłach. Haczyk jest taki, że nie znamy zasad. Współczesne reguły odtworzono na podstawie fragmentów zapisków. No i mamy dość prostą, ale wcale nie tak oczywistą grę, która polega na przeprowadzeniu swoich pionów do końca planszy - zanim zrobi to przeciwnik. Można sobie blokować drogę, czekają też na nas pułapki i utrudnienia. To również gra, w którą można zagrać nawet z kimś, kogo nowoczesne planszówki nie bawią, szczególnie jak upoluje się eleganckie wydanie. 


Plany

O planach na przyszły rok napiszę osobnego posta, więc tutaj będzie o planach blogowych. Mianowicie w najbliższych dniach pojawi się Rachunek za rok 2025. Raczej jednoczęściowy, bo konsumowałam głownie książki. Będzie trochę statystyk będą nagrody i to tyle. Poza tym wspomniany już post z planami na 2025 rok. A potem to już wiadomo, zaraz święta, majówka i znów będą wakacje ;) 

Czytaj dalej »

piątek, 5 grudnia 2025

[Rachunek za] Listopad 2025

Listopad to miesiąc intensywny, aczkolwiek nie czytelniczo. Biorąc pod uwagę, że zajmowałam się głownie pisaniem, to jestem bardzo zadowolona z tego, że udało mi się wyrobić moją normę ponad 1000 stron w miesiącu - mnie samą mocno to zaskoczyło. 

Książki 

Dzieci jesionu dzieci wiązu

Dziwna to była książka. W sensie... nie była zła jako taka, natomiast podjęto w jej przypadku szerego bardzo dziwnych - i moim zdaniem błędnych - decyzji. Autor przybliża nam wikingów niejako od środka, próbuje opisać ich z ich własnej perspektywy, nie z perspektywy najeżdżanych przez nich ludów. Skupia się na różnych aspektach życia codziennego i polityki, opierając w dużej mierze na źródłach archeologicznych. Tu wszystko gra i nie mam podstaw, żeby wątpić w jego wiedzę w tym zakresie. Natomiast:

- w książce nie ma przypisów (poza durnymi przypisami tłumacza, o czym za moment)

- nie padają żadne nazwiska. Gość powołuje się na "znanych badaczy" albo "specjalistów w tym zakresie". Kogo dokładnie? Nie wiadomo, chociaż polemizuje z nimi albo przytacza ich poglądy. 

Wydaje mi się, że to dziwaczna decyzja wydawcy oryginalnego, który chciał chyba stworzyć książkę, która nie przestraszy potencjalnego czytelnika, który ściągnie ją z półki w księgarni. Wyszło bardzo słabo. 

(na końcu dostajemy kilkadziesiąt stron bibliografii, więc to nie jest tak, że autor te różne kwestie bierze z zadu, rzeczy w tym że przypis końcowy to słaby pomysł nawet jeśli jest numerowany a tu nie mamy numeracji tylko bibliografię do rozdziałów opatrzoną krótkim omówieniem)

Co gorsza, tłumaczenie jest z kategorii daremnych. Miejscami ewidentnie tłumacz nie zrozumiał zdania, ale się tym nie przejął, miejscami nie chciało mu się sprawdzić chociażby na wikipedii czym jest wrzeciono i czym się różni przęślica od przęślika. Autor często używa argumentów językowych, bo w języku angielskim faktycznie sporo jest pozostałości po wikińskim podboju. Można by to bez problemu przełożyć na polski, dodając po prostu "angielskie słowo" oraz znacznie w nawiasie, ale po co, jak można dosłownie przełożyć całość i się nie przejmować, że nie ma to sensu? Plus mamy przypisy tlumacza w rodzaju wesołego stwierdzenia, że w Polskim wydaniu będziemy używali innego zapisu nazw niż autor - ale zostawilismy przed owe autora dotyczącą tych kwestii, bo nie chciało nam się myśleć. 

Nie jest to książka jakoś fundamentalnie zła, ale mogła by być lepsza, a polskie wydanie ciągnie na dno słabe tłumaczenie. Niemniej uważam że można zerknąć, szczególnie, że na Storytelu jest angielski audiobook ("Children of Ash and Elm"). 


Ostre cięcia 

Rewelacyjny zbiór opowiadań ze świata Pierwszego Prawa. Nie ma sensu czytać bez znajomości wcześniejszych książek, bo sporo tu tekstów, których się po prostu nie zrozumie, ale kiedy się zna bohaterów i cały kontekst to jest to masa świetnej zabawy. Absolutnie rewelacyjne jest opowiadanie o Glokcie, ot scenka rodzajowa, która nabiera zupełnie innego wydźwięku, kiedy uświadomimy sobie, w którym momencie jego życia dokładnie się znajdujemy. Każde pojawianie się Whirruna z Bligh to z kolei taka dawka humoru, że można się popłakać ze śmiechu. Abercrombie w ogóle ma niesamowity talent do pisania świrów i w tym zbiorku to udowadnia. Świetne to było i dało mi wiele radości.  


Słońce dziesięciu linii

Trawiona kryzysem czytelniczym - winię "Dzikich detektywów" - sięgnęłam po niedługiego pewniaka i się nie zawiodłam. Romanowiczowa duszna, piękna językowo, szamocząca się z myślami, uwikłana tak w przeszłość jak i w teraźniejsze wydarzenia. Świetna. Do tego, co się PIWowi raczej  nie zdarza, sensowne posłowie. 


O bestiach i ptakach 

Książka na klub PIWu. I będę wnioskowała o całkowity ban prozy hiszpańskojezycznej w przyszłości. Ja rozumiem, że można czasem wyjść ze strefy komfortu. Nawet warto. Ale my tu jesteśmy tak od niej daleko jak ta książka od rozumu i godności człowieka. Po co to było, po co zmarnowano cenne godziny mojego czasu, na cholerę ja to czytałam i po chuja wafla ona to napisała? Że co, że bohaterka w depresji, że uwikłana, że się nawet nie miota, tylko poddaje bezwolnie osobom, które nie tyle jej nie słuchają - mamy dowody na to, że doskonale ją słyszą - co ich po prostu jej zdanie nie obchodzi. Są tu elementy horroru i... i tyle właściwie. Słabe to było. 


Narodziny Stalowego Szczura

Ponieważ bezlitosne algorytmy Zdjęć Google czy innego OneDrive przypomniały mi, że minął ROK odkąd zakupiłam tę książkę - z zamiarem natychmiastowego przeczytania, oczywiście - uznałam, że dość wymówek, pora się zabrać za Stalowego Szczura, szczególnie, że potrzeba mi było czegoś lekkiego i rozrywkowego na odtrutkę po tej cholernej Pilar Adón. 

Jakież było moje rozczarowanie, kiedy zorientowałam się, że Vesper z jakichś nieznanych powodów (znaczy, zakładam, że to kwestia licencji) postanowił zacząć wydawanie serii o Śliskim Jimie DiGriz od tomów... 6, 7 i 8. Rozumiem, że nie wszyscy wyznają (jedynie słuszną) zasadę, że czytać należy w kolejności wydawania, a nie chronologii wydarzeń, ale to już jest trochę absurd, bo jaka jest zabawa czytać napisany w latach 80. prequel do serii zapoczątkowanej w roku 1961? 

No dobrze, może zabawa sama w sobie nie jest taka zła, bo powieść o początkach naszego przyjaciela jest rewelacyjna. To przepełniona akcją i humorem powieść przygodowa. Na niecałych 300 stronach dzieje się tu więcej niż w niejednej wielotomowej sadze - napady na banki, ucieczki z więzienia, wpadanie w niewolę, szantaże, bitwy, ucieczki, pościgi i cała masa kradzieży. 

Wyczytałam gdzieś, że wizja przyszłości zaprezentowana przez Harrisona się zdezaktualizowała i nie wiem, ja tego tak nie widzę. Może jestem po prostu starsza od węgla i nie razi mnie świat bez telefonów komórkowych, bo go po prostu pamiętam? Harrison w ogóle nie wydaje się skupiać na przewidywaniu przyszłości. On pisze książkowy odpowiednik komedii akcji z lat 80. (choć jest to stwierdzenie anachroniczne, przypominam, że ta seria narodziła się na samiuśkim początku lat 60.!), pełen przyszłościowych gadżetów, opisanych zgodnie z (ponownie anachronizm) najlepszymi zasadami cyberpunka: żadnych konkretów; jak to działa? doskonale działa, dziękuję. Tak, to świat bez komórek i mediów społecznościowych, ale jest to też świat lotów międzygwiezdnych, sztucznej grawitacji, latających samochodów, dziwacznej broni i niesamowitych gadżetów. Czy sześćdziesiąt (w przypadku tej powieści 40) lat później możemy (anachronicznie) powiedzieć, że to już retrofuturyzm? A jeśli tak, to co w tym złego? 

Uwielbiam Stalowego Szczura. Nowe wydanie Vesper ma taką cool okładkę:


Podoba mi się ona i moim zdaniem młody Jim całkiem fajnie na niej wygląda. Generalnie pasuje ona do treści, chociaż wyraźnie pokazuje jak dużą skłonność do rozmaitego mroku mamy w dzisiejszych czasach (tutaj najwyraźniej pokazuje to przypadek "Księżniczki Marsa" i jej ekranizacji "John Carter") - bo świat Stalowego Szczura jawi mi się raczej jako taki dość słoneczny. Niemniej, ta okładka generalnie pasuje do treści. A jednak nie oddaje klimatu tych książek tak doskonale jak okładki pierwszych polskich wydań:



Audiobooki

Jak nakarmić dyktatora?

Sięgnęłam po tę pozycję trochę dla śmiechu, spodziewając się durnej książczyny z kategorii "Kochanki nazistów" albo inna "Prawdziwa historia królewskich gaci", a tymczasem dostałam naprawdę świetną rzecz. Autor zjechał pół świata, by odnaleźć i porozmawiać z kucharzami dyktatorów. No i można było do tego podejść po łebkach, napisać, że ten lubił placki a tamten bułkę z dżemem, ale nie tak to wygląda. Dostajemy obraz - od kuchni - niejako codziennego życia dyktatorów, organizacji pracy na ich dworach, wiele o ich charakterze. Autor dodaje kontekst historyczny i polityczny, przeplata to z przepisami, a cała narracja jest dość lekka, miejscami humorystyczna, miejscami popada w groteskę czy makabrę, szczególnie w wątku Pol Pota, bo opowiadająca o nim kobieta ma po prostu - nie bójmy się słów - nasrane. Chciałabym wyróżnić któryś z rozdziałów, ale wszystkie są ciekawe a każdy inny. Odwiedzamy: Saddama Hussajna (rewelacyjny jest ten rozdział), Idiego Amina (czy szerzej Ugandę w czasach dekolonizacji), Envera Hodźę (ten rozdział relatywnie najsłabszy), Pol Pota (tu się dzieją rzeczy nie do opisania) i Fidela Castro (wiedzieliście, że miał swoją ulubioną krowę?). Intrygujący jest nie tylko obraz tych ludzi, ale też to, jak podchodzą do nich ich kucharze, jak ich widzą, jak ich opisują. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. 


MiToPiPo 2025

Kolejny rok, kolejna powieść... ;) Tym razem pisało mi się bardzo źle, czego może nie obrazuje wykres moich dziennych postępów, ale nie byłam zadowolona z tego, co się dzieje. Z jednej strony trochę sobie olałam przygotowania (wrzesień i październik miałam zabiegany, jakiś chaotyczny), a drugiej niemal cały rok poświęciłam na redakcję "Zwycięzcy" i to też miało znaczenie. Co więcej ciąg dość okropnych lektur (nie polecam "Dzikich detektywów"...) też nie pomógł. W drugiej połowie miesiąca jednak się odblokowałam, coś kliknęło, rzecz zaczęła się toczyć. Pomogły lepsze lektury, to niewątpliwie. 
Nie udało mi się skończyć tekstu, ale jestem blisko i mam nadzieję zamknąć "Podłogi i powietrza" do końca roku. Niewątpliwie czeka je WIELE poprawek, ale to problem przyszłej mnie. 
Co do samego MiToPiPo - udało nam się bez pomocy bota zrobić ponad 100h sztachety, czy trzeba mówić więcej? Plus, tegoroczna naklejka jest łogiń: 

Plany

Grudzień to czas na drugą odsłonę Wielkiego Ponownego Czytania Unii/Sojuszu -> buddy reading na Storygraphie znajduje się TUTAJ. Bierzemy na tapet "Huner of Worlds" i spodziewam się, że będzie zajebiście, bo raz, że to Cherryh a dwa patrzcie tę okładkę: 


Poza tym czeka mnie książka na klub PIWu (styczniowa) - "Pierwsze słowo", ceramka - liczę na ciekawą lekturę. Dalej czytam "Początki Stalowego Szczura" i... nie wiem, czy coś jeszcze zmieszczę. Został mi też do dokończenia rewelacyjny audiobook "Weavers, Scribes and Kings" Amandy Podany (jest na Storytelu, czyta autorka) o Mezopotamii z takiej... ludzkiej perspektywy (na bazie źródeł oczywiście) - więcej o nim będzie w grudniowym rachunku, ale już teraz mogę powiedzieć, że to mój TOP 3 najlepszych non-fiction. 

A potem to już tylko podsumowanie roku, Wielkanoc i znowu będą wakacje ;) 


Czytaj dalej »

środa, 1 października 2025

[Rachunek za] Wrzesień 2025

Wrzesień to był miesiąc powrotu do ponurej rzeczywistości (chodzenie do pracy, kto to wymyślił), ale miał też mnóstwo zalet, przede wszystkim był pierwszym miesiącem Wielkiego Ponownego Czytania Unii/Sojuszu (WPCUS, hm.... brzmi jak jakaś prywatna szkoła mydła i powidła). Yay! 


Książki

Dzicy detektywi

W zeszłym miesiącu byłam jeszcze dość optymistycznie nastawiona do tej pozycji, niestety trochę się od tamtej pory pozmieniało. Przede wszystkim po pierwszej części książka totalnie zmienia formę i ton - zamiast pamiętniczka młodego poety dostajemy jakiś rodzaj wywiadów z przeróżnymi ludźmi, z którymi nie do końca wiadomo, kto rozmawia (i ostatecznie wychodzi na to, że nikt konkretny, nie ma w tym logiki) i z ich opowieści mamy sobie powoli budować losy poetów, którzy w części pierwszej sami poszukiwali pewnej poetki. I ta część nie zaczyna się źle, jednak z czasem robi się bardzo monotonnie, postacie nic mnie nie obchodziły, stylistycznie było bardzo mało różnorodnie (nie wiem, czy to kwestia autora czy tłumaczenia) i ogółem miałam naprawdę wrażenie, że z połowę tego można byłoby wywalić i nikt by nie zbiedniał, choć oczywiście wtedy byłaby to zupełnie inna książka. Nie wątpię, że ona wygląda jak wygląda, bo autor tego właśnie chciał, że uzyskał efekt o jaki mu chodziło i myślę też, że nie znając dobrze meksykańskiej, czy szerzej latynoamerykańskiej sceny literackiej sporo tracę. Niemniej... czy polecam? Nie. 


Brothers of Earth

Oto on, początek mojego wielkiego ponownego czytania Unii/Sojuszu! Więc może od początku: o co chodzi z tym WPCUSem? Z zamiarem zapoznania się z całą Unią/Sojuszem C.J. Cherryh nosiłam się od bardzo dawna, ze zrobieniem tego systematycznie i w kolejności chronologicznej też raczej długo, ale to jest obecnie 34 książki (ok, ze dwa są chyba w tym opowiadania) i jakoś tak nigdy nie było czasu, nie było pomysłu, jak to ogarnąć - bo ja absolutnie nie chcę czytać tego ciągiem przez rok, czy coś. W końcu jednak się zmobilizowałam, zrobiłam listę, poszukałam chętnych do współpracy, zgadaliśmy się, ogarnęliśmy i jest, zaczęło się! 

"Brothers of Earth" to jeden z debiutów C.J. Cherryh. Jeden z? Ano tak, bo wprawdzie "Brama Ivrel" została wydana wcześniej, ale podobno autorka pracowała nad tymi powieściami jednocześnie a nawet pojawiają się informacje, że "Brothers..." skończyła jako pierwszą. Dla naszej zabawy ma to znacznie marginalne, bo chociaż Morgaine bywa wliczana do Unii/Sojuszu, ja tego nie robię. 

Akcja "Brothers..." toczy się w czasach rebelii Hannan, długo, długo po wydarzeniach znanych chociażby z "Stacji Podspodzie". Nasz główny bohater, Kurt Morgan jest nawigatorem na statku kosmicznym Sojuszu... a raczej był, bo statek został zniszczony w potyczce ze statkiem Hannan (również uległ zniszczeniu) i ewakuuje się, jako jedyny ocalały, na pobliską planetę, na której - alleluja -  panują warunki przyjazne dla życia. Ta sytuacja ma jednak pewne konsekwencje: to życie tam jest. Co więcej ma rozwiniętą cywilizację, kulturę, spory religijne, kolonializm i całą kupę różnego rodzaju uprzedzeń na tle etnicznym. Kurt zostaje wplątany w całą tę skomplikowaną aferę, różne strony konfliktu ciągną go w swoją stronę a w dodatku on sam nie potrafi porzucić swoich przekonań na temat tego, jak powinno się postępować. nie zgadniecie: robi się z tego straszny burdel. 

Choć "Brothers..." to krótka książka (250 stron, jak na książkę sf prawdziwa kruszynka) Cherryh porusza tu bardzo dużo poważnych kwestii, przede wszystkim związanych z kolonializmem oraz wielowiekowymi zaszłościami i ich konsekwencjami. Kurt - a zatem i czytelnik - karmiony jest poglądami jednej tylko strony, którym nie mamy powodu nie ufać... aż do czasu, kiedy okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta. Centralny konflikt ma wiele stron i, jak to u Cherryh, każda z nich ma rację a co gorsza okoliczności sprawiają, że nie zawsze może postąpić zgodnie z osobistymi przekonaniami. Ot chociażby władczyni jednego z krajów musi brać pod uwagę kwestie teologiczne i długofalowe następstwa czegoś, co jest z samej swej natury heretyckie. Osobiście może ma wątpliwości, ale nie może na te wątpliwości narazić swoich poddanych, bo konsekwencje dla cywilizacji będą katastrofalne. I tak dalej i tym podobne. Uwikłani w historię, kulturę, religię, cywilizację i konwenans bohaterowie nie mogą się wyrwać z matni i można wręcz powiedzieć, że Fatum ciągnie ich ku katastrofie. 

Analogie do sytuacji Indian Północnoamerykańskich są oczywiste, ale to nie sprawia, że poruszane tematy są mniej uniwersalne. Jest tu dużo bardzo mocnych scen, które na pewno pozostaną na długo w mojej pamięci. 

Opis z tyłu okładki zapewnia nas, że ło panie, takich kosmitów, toście jeszcze nie widzieli... no dobrze, żeby oddać sprawiedliwość, dosłownie napisane tam jest, że "takiego obrazu obcego społeczeństwa nie widzieliśmy od czasów Diuny" i to "alien society" można różnie odczytywać. Niewątpliwie społeczeństwo nemetów jest bardzo złożone i tkwi w centrum powieści. Tu absolutnie nie mogę powiedzieć złego słowa, to jest cudownie wielowarstwowe i te wszystkie zaszłości, uprzedzenia, polityka i historia sprawiają, że naprawdę wiele sytuacji jest bez wyjścia dla żadnej ze stron. Wspaniałe. Natomiast czy takie obce? Gdyby nie pewne elementy historii Kurta (nie wdając się w spoilery) to równie dobrze mogłaby być powieść fantasy a nemet - ludźmi. Ich kultura różni się od znanych nam na ziemi ale oni sami od ludzi nie różnią się wcale. I nie chodzi mi o ich wygląd, który opisany jest dość mgliście, ale wszystko inne. Przyznam, że trochę zgrzytałam zębami za każdym razem, kiedy postacie mówiły sobie, że się kochają. Od kiedy to kosmici muszą znać pojęcie miłości? I pewnie u innego autora nie czepiałabym się tego, bo to naprawdę nie jest jakieś specjalnie istotne dla całości, ale to jest, cholera, C.J. Cherryh. Dosłownie osoba, które przyzwyczaiła mnie do oczekiwania znacznie więcej obcości w obcych. No nic, to jej debiut. 

Ten debiut czuć też w takim motywie insta-love, który - myślę - jest jaki jest dlatego, że chciała by ta książka była krótka a nie wymyśliła dobrego sposobu na opisanie jakoś upływu czasu albo zrobienie z tego małżeństwa politycznego i może nawet wbrew woli postaci. Myślę, że w ten sposób byłoby to znacznie ciekawsze, ale i książka musiałaby być grubsza. Czy 10 lat później C.J. Cherryh napisałaby to lepiej? Z pewnością. Czy teraz jest złe? Absolutnie nie. 

Nie sposób podkreślić jak świetnie zrobiona jest sytuacja społeczno-polityczne, jak skomplikowane, wielowarstwowe i nierozwiązywalne są problemy tego społeczeństwa. Tu widać w całej okazałości, że to jest może jeszcze nieopierzona ale autorka, która zdobędzie potem bodaj 4 Hugo. To jest naprawdę bardzo dobra książka. Polecam. 


Dziecko płomienia

Czwarty tom "Korony gwiazd". Tak dla pełnej przejrzystości, to skończyłam go 2 października, ale chcę to mieć już z głowy, zaczęłam to czytać 4 sierpnia, jeszcze w Andorze. Potem, jak pisałam, nawet zapomniałam, że to czytam, tak mnie wciągnęło, no ale już, koniec, doczytałam. I pewnie, wbrew deklaracjom, jednak przeczytam resztę, chociaż mam wiele zastrzeżeń i to nie tylko do pani Elliott. Zacznijmy jednak on niej. 

Jak pisałam, nie ma powodu, dla którego ta książka jest tak długa. Szczególnie niemożliwie nudny i irytujący wątek Adiki można by mocno okroić, odpuścić sobie te długaśne rozdziały, w których oni idą z miejsca w miejsce, gdzie nie dzieje się nic istotnego, tylko możemy sobie popatrzeć na to, że kiedyś były na tym świecie sfinksy (a może i nadal są), krasnoludy i co tam jeszcze. To było nudne, to było po nic, mózg sobie chciałam wydrapać. To właśnie ta wędrówka tak mnie pokonała w połowie powieści, że już naprawdę chciałam się poddać. 

Na szczęście w końcu wracamy do polityki i wojen i robi się ciekawej - a i czyta się szybciej. 

Wkurzyło mnie też przedstawienie Polaków, generalnie żenujące. 

Co jeszcze jest żenujące? A no "tłumaczenie". Pierwsze trzy tomy przetłumaczone były solidnie i przede wszystkim konsekwentnie, z dbałością o językowe detale będące sercem herezji stanowiącej ważny element fabuły. W tomie 4 zmieniła się tłumaczka, co więcej nie chciało jej się przeczytać poprzednich tomów a nawet mam poważne podejrzenia, czy pod tym nazwiskiem nie ukrywa się więcej osób, bo są tutaj duże fragmenty, gdzie tłumacze ewidentnie nie ma pojęcia, co się dzieje a miałby, gdyby chociaż przeczytał ten właśnie tom. I żeby była jasność, to nie są dobre wpadki, to jest poziom opek obśmiewanych na analizatorniach. Z tekstów, których absurd widoczny jest bez kontekstu mój faworyt to:

Przyjrzała się Alainowi pionowo osadzonymi oczami. 

Zostawiam was z tą wizją. 


No to będę czytała dalej czy nie? No, cholera, ciekawi mnie co dalej z Henrykiem, Rosvitą, nawet Alainem. Niestety kolejny tom (bo ostatnie dwa chyba się w Polsce nie ukazały w ogóle) tez tłumaczyła ta sama osoba, co tom 4, więc entuzjazm u mnie znikomy. Może więc sięgnę po oryginał, bo chociaż nazwy własne i pewne wybory stylistyczne pierwszej tłumaczki mogą trochę mi stać na zdradzie, to ostatecznie ta druga i tak miała w dupie nie tylko to, co było przed nią, ale to co sama napisała pięć stron wcześniej (North Mark, czyli Północna Marchia, bo to "mark" to to samo "mark" co w "Denmark" bywało czasem Północnym Znakiem, bo ktoś tu jest debilem), że nie wspomnę o tym, że język polski jest również dla tej osoby językiem obcym i np. przez całe te prawie 1000 stron nie dowiedziała się, jakiego rodzaju i liczby jest piękne polskie słowo "drzewce". 


Audiobooki

Nie oświadczam się

Dosłuchałam po dłuższej przerwie zebranych reportaży prasowych Wiesława Łuki o zbrodni połanieckiej. To nie była dobra książka na audiobook. Mnóstwo nazwisk, sprzecznych zeznań, kłamstw, nazwisk, powiązań rodzinnych, nazwisk. Nawet to, że znam ten temat niewiele mi pomogło. Myślę, że głównym powodem tej sytuacji jest to, że to są reportaże z prasy, z epoki - co ma oczywiście ogromną wartość, ale jednocześnie niejako zakłada, że czytelnik jest na bieżąco. Myślę, że w formie książkowej to byłaby ciekawa lektura, jako audiobook się nie sprawdza. 


Palma

Co, znowu? Ano znowu, no bo używam dziada, wciąż testuję - ciekawostka przyrodnicza jest takiej natury, że chyba naprawdę skutecznie udało mi się zacząć przerzucać nałóg smartfonowy na to urządzenie i wczoraj, pakując do plecaka papierową książkę odruchowo chciałam spakować palmę... i to zrobiłam, no bo w autobusie w południe, spoko, można na papierze, ale wieczorem pewnie będzie za ciemno a do tego w tych kolejkach na ekspresu do kawy itp. coś tam się zawsze przeczyta. Szał. 

Druga rzecz, to że zaczęłam testować automatyczne światło i automatyczny kolor podświetlenia i o dziwo jestem zadowolona. W Voyage z tej funkcji właściwie nie korzystam, ona zawsze jakoś nie tak to podświetla jak bym chciała, a tymczasem Palma zwykle przy włączonej tej funkcji oba suwaki ustawia na 0, podbijając odrobinkę tylko kiedy robi się naprawdę ciemno. Alleluja! A bez światełka, w mocnym słońcu szczególnie, można w pełni docenić e-ink. 

Zaczęłam też czytać coś na Legimi (a nie tylko sprawdzać, czy aplikacja się odpala) i: da się czytać (trzeba tylko pamiętać o wyłączeniu animacji przewracania strony; co to w ogóle za durny wynalazek to ja nawet nie), przewracanie stron guzikami nie działa (ustawiłam w systemie, więc działać powinno). Niestety numeracja stron jest z dupy, więc trzeba używać procentów. 

Plany?

Cóż, teraz "Lucky Day" Chucka Tingle, "Kobieta z Wydm" Kobo Abe (na klub PIWu) i jakoś mi wpadł na Palmę "Dobry den". Potem z pewników mam tylko książki na klub czytelniczy ("Dzieci jesionu, dzieci wiązu" oraz "O bestiach i ptakach") i w grudniu 2 odsłona WPCUSa, czyli "Hunter of Worlds". No a potem, Grażynko, zaraz Wielkanoc i znowu wakacje. 

Niemniej, chciałabym przeczytać coś z książek kupionych w marcu na targach książki (bo chyba nie przeczytałam nic..) albo z Vesperowych nowości, szczególnie, że oni znowu naszykowali, cholera, pełno dobrego. I gdzie ja mam to trzymać?!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 czerwca 2025

[Rachunek za] Maj 2025

Majówkę spędziłam w Lizbonie, co bardzo wszystkim polecam. Wspaniale wyczilowane miasto, pięknie tam jest a muzea to mi z ręki jadły. Mimo wyjazdu miesiąc rozpoczęłam z przytupem, żeby ostatecznie niewiele z tego wynikło. Przeczytałam zresztą więcej niż tu widać, tylko czytałam rzeczy nieopublikowane...


Książki 

Sztuka pisania i czytania w Babilonie 

Mam mieszane odczucia co do tej książki. Temat jest ciekawy, w kompetencje autora nie wątpię. Problem jednak w tym, że jest to książka z natury swojej polemiczna i ja nie do końca wiem, z czym ten chłop polemizuje. Konkretne informacje pojawiają się tu mimochodem, argumenty są sygnalizowane i szybko zbijane. To nie jest książka o czytaniu i pisaniu w Babilonie tylko o tym, gdzie naukowe status quo się w kwestii pisania i czytania myli. 

Temat jest bardzo ciekawy, ale nie wiem, czy polecam. 


Precursor

Czwarty tom przybysza i jednocześnie początek mojej ulubionej trylogii. Tutaj naprawdę się dzieje. Matka Brena odwala numery, Barb odwala numery, Tobiemu rozpada się życie, Bren ma power tripa, bo od tego, o co się wykłuci z kapitanami zależą losy świata, pojawia się kapitan Sabin... to jest ten moment, w którym seria "Przybysz" naprawdę wskakuje na swoje tory. Są kosmosy, negocjacje, polityka, handel, doskonałe postacie i herbata. Jednocześnie przypominam, że jest to też moment, w którym MAG postanowił przerwać wydawanie serii*, za co jestem mu ostatecznie wdzięczna, bo inaczej pewnie nigdy nie zabrałabym się porządnie za czytanie po angielsku xD "Defender" (tom 5) nie był może pierwszą książką po angielsku jaką przeczytałam, ale pierwszą, która mnie tak wciągnęła, że już nie było odwrotu. 

*tam ogółem chyba były jakieś problemy z prawami autorskimi, w sensie każdy tom miał ktoś inny i jakoś się nie udało dogadać, czy coś, nie pamiętam dokładnie, mogę się kompletnie mylić


Хитрости Локка Ламоры

To jest rzecz, której nie skończyłam i myślę, że dużo jeszcze wody upłynie zanim skończę, ale zabrałam się wreszcie za czytanie "Kłamstw Locke'a Lamory" po rosyjsku. Czytam w tym języku zaledwie 3 razy wolniej niż po polsku, więc to jeden z powodów, dla których moje czytelnicze osiągnięcia w tym miesiącu wołają o pomstę do nieba. Niemniej jestem zadowolona, bo chyba wreszcie znalazłam coś, co wciągnie mnie na tyle, żeby to żółwie tempo mnie nie zniechęciło. 

A sama Camorra, jak to Camorra, zachwycająca od samego początku. Kocham tę książkę teraz, jak kochałam ją dobre 15 lat temu, kiedy czytałam ją po raz pierwszy i wszystkie te razy w międzyczasie, kiedy czytałam ją ponownie. To trzeci język w jakim ją czytam, nic więcej nie powiem. 



Plany

W czerwcu mam dwa spotkania klubu czytelniczego (będzie ten majowy Babilon  i "Koła zębate" Akutagawy), poza tym chciałabym cisnąć Lamorę, dokończyć 2 trylogię Przybysza (i może na tym zakończyć) oraz podokańczać różne rozgrzebane rzeczy, bo mimo czystek mam w aktualnie czytanych dziesięć tytułów. Spadłam trochę pod kreskę jeśli chodzi o moje różne czytelnicze plany (maj był pierwszym w tym roku miesiącem poniżej 1000 stron), więc chciałabym to nadrobić, żeby na koniec miesiąca wyjść na zero. 
Czytaj dalej »

wtorek, 31 grudnia 2024

[Rachunek za] Grudzień 2024

Jakoś tak wyszło, że grudzień upłynął mi pod znakiem... Filmów dla dzieci. 


Książki

Człowiek do wszystkiego 

Przedostatnia w tym sezonie pozycja na klub czytelniczy PIWu przekonała mnie, że jednak nie lubię się z modernizmem. Nie jest to jakaś wielka niechęć z mojej strony, ale po postu mi to nie podchodzi. Książka zła nie jest, ale mi się nie podobała, ot i tyle. Śledzimy losy młodego człowieka, który zostaje zatrudniony właśnie w charakterze "człowieka do wszystkiego" przez pewnego niezbyt udanego wynalazcę. Joseph trochę pomaga w biurze, trochę w domu, czasem jest domownikiem, czasem służącym... sytuacja jego jest niejasna i nie pomagają temu postacie gospodarzy - mamy tu bardzo typowych mieszczan tonących w długach niczym jakaś stara arystokracja, wyparcie miesza się z zadufaniem i zwyczajnym kretynizmem. 


Statek widmo

Ech. No przeczytałam. I jakbym nie przeczytała,to by moje życie nie było uboższe. Nie jest to jakiś dramat, da się to czytać, jest ogółem ok, chociaż jakaś specjalnie dobra literatura to to nie jest. 

To jest ten statek widmo, ten z Latającym Holendrem. Rzecz w tym, że Marryat sam na ten pomysł nie wpadł, oparł się na starszych marynarskich przesądach. I to jest taki trochę nieudany fanfik, bo tak właściwie to ten statek widmo jest autorowi potrzebny tylko do tego, żeby bohater miał jakiś pretekst to bycia tam gdzie jest. I pojawia się ze 3 czy 4 razy. Serio. 

A zakończenie, konkretnie ostatni akapit, jest straszliwie złe. 

Vesper, jak to ma w zwyczaju, uraczył nas posłowiem. I jak boga kocham autor tego posłowia chyba nie czytał książki, bo czego jak czego ale jakichś wspaniałych morskich przygód to tutaj nie ma za grosz. Plus, że jest trochę o autorze, który poza napisaniem tej marnej książki dokonał w życiu paru ciekawych rzeczy. 


Filmy

Kina i Yuk

Wygrałam wejściówki w rozdaniu na FB, no to co miałam nie pójść? Film reklamowany jako fabularyzowany dokument, ale to zdecydowanie film fabularny tylko bardziej w konwencji filmu przyrodniczego. Sympatyczny, zwierzątka ładne. Bardzo dla dzieci. 


Paddington

Paddingtona kojarzę bardzo ogólnie. Jakoś ominął mnie w dzieciństwie, chociaż musiałam o nim słyszeć. Film więc nigdy mnie nie interesował. Niedawno, przy okazji premiery trzeciej części, usłyszałam jednak mnóstwo pochwal na temat tej serii, więc postanowiłam się skusić (oba filmy dostępne na prime). 

Ludzie, jakie to było fajne. 

Zaskoczyło mnie jak wiele poważnych i dramatycznych elementów jest w tym filmie. Od pierwszego strzała dostajemy śmierć, katastrofę naturalną a główna intryga dotyczy tego, że ktoś chce naszego głównego bohatera wypchać. 

Bardzo podobał mi się zabieg (wykorzystany także w 2 filmie) używania modeli, domków dla lalek, przechodzenia bohaterów ze świata realnego do wspomnień/wyobraźni. Rewelacyjnie to działa. 

Najsłabiej wypada chyba Nicole Kidman w roli antagonistki - jakoś nie pasuje, wydaje się z zupełnie innej bajki. Poza tym obsada łogiń. 

Ach i jeszcze napisy były dziwne. Patrzyłam na nie tylko czasami, ale zwykle mocno odbiegały od tego, co było w oryginale, szczególnie dużo żartów padało na ryjek albo było pomijanych. 


Paddington 2 

To chyba rzadki przypadek, kiedy druga część jest lepsza od pierwszej i duża w tym zasług zmiany antagonisty - Hugh Grant musiał się doskonale bawić grając narcystycznego upadłego gwiazdora filmowego. Więźniowie (Paddington trafia do mamra) są też wspaniali. Do tego mamy znowu wykorzystanie modeli i animacji na świetnym poziomie. Polecam! 


Seriale 

Briganti

Włoski serial przygodowy w konwencji westernowo-komiksowej. A nawet trochę z zacięciem pirackim, bo jest mapa skarbów. Rozrywkowe i głupie, ogląda się świetnie, kostiumy komiczne ale rozrywkowe, operator bawił się doskonale, więc mamy sporo ciekawych ujęć. Naprawdę zdziwiło mnie, że to nie jest na podstawie komiksu. 

Obawiam się, że nie dostanie drugiego sezonu, bo chyba nie był za dobrze przyjęty (i się nie dziwię, bo jako głupoty w internecie sprawdza się świetnie, ale to ma być podobno serial historyczny no i tutaj pozostaje tylko śmiech przez łzy).


Pozorna miłość 

Ooo, to jest dopiero dzieło... Odpalone jakoś dla beki i dla beki obejrzane do końca, chyba jako serial muszę nazwać największym rozczarowaniem roku. Nie dlatego, że się wiele spodziewałam, bo się niczego nie spodziewałam, nie mając pojęcia że ten serial w ogóle istnieje, ale dlatego, że twórcy bardzo uparcie sugerują, że ten serial jest o czymś. 

Głupi jest od samego początku, natomiast zrobiony na tyle dobrze, że się to ze śmiechem, ale jednak ogląda. Fabuła: głupia bogata stara baba daje się owinąć wokół palca najgorszego oszusta świata, kolesia, który w pierwszym odcinku rozbiera się kilka razy zupełnie od czapy. Zupełnie serio sprawdzone sztuczki w rodzaju "było tylko jedno łóżko" to jest stanowczo zbyt wiele sensu jak na rozwój tego związku. Ach, poza tym Elia to człowiek-amfibia, kto wie, ten wie. 

I w gruncie rzeczy, gdyby to była tylko telenowela, to nie byłabym na nią zła. Natomiast "Pozorna miłość" uparcie stara się sprawiać wrażenie czegoś innego. Twórcy z uporem maniaka budują atmosferę zagrożenia. Piękny kochaś starej baby okazuje się uciekać przed długami oraz jakimiś złymi ludźmi, szuka go jakaś dziwna kobieta, on sam zaraz na wstępie przeszukuje mieszkanie bohaterki a potem namawia ją na bardzo głupie decyzję finansowe, do tego związane z kupowaniem luksusowego jachtu, więc jest duże prawdopodobieństwo że typ chce uciec... Co więcej córka bohaterki ma stalkera, syn ma romans, nasz najgorszy oszust świata zaczyna podrywać jej drugiego syna... 

Wiecie ile z tych wątków zostaje zakończonych...? Na upartego jeden. 

Ot, chociażby, bohaterka ma schizę, że w hotelu, którego jest właścicielką, są szczury. Wszyscy jej mówią że była przecież ekipa, nie ma szczurów. A ona, że przecież słyszała, szczury są! Trochę z dupy wątek, ale do czasu - jak amfibia się do niej wprowadza to ukrywa pistolet za drewnianą osłoną kaloryfera. A więc może w poszukiwaniu szczurów ktoś się tam zapuści i go znajdzie... Otóż nie. Generalnie pistolet nie ma żadnej funkcji w tym serialu, tak samo jak szczury. Albo stalker córki. Albo dziwni groźni ludzie, przed którymi bohater ucieka i którzy zabili jego fumfla - jak przychodzi do finału to chyba mocą miłości ich bohaterowie pokonują. Sugeruje się też możliwość wypadku samochodowego... I nic z tego nie wynika. A ten synalek ci ma romans to jest taki sprytny że robi to, co ma do zrobienia przy wielkim odsłoniętym oknie albo zgoła na tarasie. 

Plus bohaterowie (szczególnie Stara Baba i Amfibia) są rozhisteryzowanymi kretynami, którzy robią sobie awantury tylko po to, żeby zaraz się pogodzić. 

Poziom rozczarowania zakończeniem jest nie do opisania. 


Tulsa King sezon 2

Nie miałam w tym roku jakoś czasu na oglądanie seriali (chyba wszystko inne, co oglądałam poza jakimiś dokumentami robiłam w towarzystwie), więc drugi sezon Tulsa King musiał swoje odczekać. Ale w końcu się udało... przynajmniej zacząć. Jestem w połowie. Niby fajno, chociaż mam wrażenie, że jakoś to siadło trochę na ryjek, nie umiem powiedzieć o co chodzi, chyba humor jest trochę za bardzo przesadny. Bawi, ale brak w tym jakiejś płynności. Rzeczy dzieją się szybko, nie mają czasu nabrać znaczenia. Chyba o czymś świadczy też to, ze pierwszy sezon obejrzałam w całości a tutaj nie miałam problemu z tym, żeby sobie zrobić przerwę. 



Plany?

Są niezmienne, chociaż biorąc pod uwagę jak mi się średnio je udaje realizować, to może jednak pora spotkać się z rzeczywistością... Niemniej, na razie, odważnie: więcej czytać, tyle samo pisać, podobnie dużo redagować i jeszcze zabrać się za naukę języków. 

A teraz lecę robić podsumowanie roku, bo trochę tego będzie. 


Czytaj dalej »

niedziela, 18 sierpnia 2024

[Rachunek za] Lipiec 2024

Lipiec to jest zawsze trudny miesiąc, bo Tour de France zjada mi cały wolny czas (i ten niewolny zresztą też) plus zajmuję się alfa testem Writing Quests i to też jest trochę więcej roboty niż zazwyczaj... a w połączeniu z przygotowaniami do urlopu to już w ogóle dosłownie dwa razy więcej roboty w o połowę mniejszej ilości czasu. I jak mi się wydawało, że to już, że koniec, chwila oddechu, to się zaczęła olimpiada (i sporty, które mnie interesują), tu grill, tu spotkanie, tu imieniny a jeszcze wypada zrobić całe pranie świata i się spakować... Ale udało się! 

Książki:

Jakoś w połowie miesiąca nabrałam poczucia, że wreszcie się odblokowałam i coś zaczęłam czytać w normalnym tempie... a potem spojrzałam na Storygrapha i wyszło, że przeczytałam... jedną książkę xD No, potem faktycznie trochę to podskoczyło i chyba z ostrożnym optymizmem patrzę w przyszłość. Wynik sierpniowy jest trudny do przewidzenia, bo w pierwszej połowie miesiąca jestem na urlopie i trudno stwierdzić, czy będzie czytane, czy jednak zabraknie na to czasu i sił. 

Żelazny Wilk 8/10
Powtórka przed lekturą drugiego tomu, który ukazał się niedawno. Przemyślenia mam podobne. Za dużo jakoś niezręcznie wciśniętego seksu. Z jednej strony ma to sens, motywuje bohaterów, nie są to wątki zbędne, ale odniosłam wrażenie, że Pettersen za bardzo stara się, że to była książka "dla dorosłych" i żeby było tak wulgarnie... z drugiej strony to może być kwestia tłumaczenia, bo jest zdecydowanie słabsze niż w Kruczych pierścieniach (na ile pamiętam). Niemniej wciągnęłam się, cisnę drugi tom. 

Srebrne Gardło 8/10
Pettersen w swojej dobrze znanej formie. Na tym etapie znowu mamy więcej zmian stron i przewrotów niż w dwudziestoleciu międzywojennym, fakt, że nikt tu nie jest jednoznaczny i skomplikowane motywacje bohaterów wpychają ich w dość niespodziewane sojusze to znak rozpoznawczy tej autorki. I działa to dobrze, jedyne, co zgrzyta to dylematy Juvy, które są po prostu mało przekonujące... chyba nawet dla niej samej. Ona sobie od czasu do czasu przypomina, że napsuła sporo krwi (hehe) pewnym osobom i nagle jej z tego powodu przykro, chociaż nic z tego, co pchnęło ją do tego czynu nie uległa zmianie. Jest teraz w sojuszu z sukinsynami, ale w jaki niby sposób miało to magicznie zmazać ich grzechy? Druga rzecz, to że z racji mnogości wydarzeń trochę brakuje klimatu Naklavu. Poza tym jednak gituwa, polecam, a zakończenie, cholera jasna, takie, że chyba wybuchnę, jak mam znowu czekać trzy lata na następny tom... 

Głupie ptaki Polski 7/10
Książka autora profilu Zwierzęta są głupie i rośliny też. Utrzymana w tej samej konwencji, co wpisy na facebooku, z tym tylko, że tym razem wyłącznie na temat ptaków występujących w Polsce. I przyznam, że jest to największa wada tej pozycji. Wpisy na profilu dotyczą różnych stworzeń, które można obrażać na nowe sposoby. Jest jednak ograniczona ilość obelg, jakie można skierować pod adresem ptaków i monotonia tej lektury obnaża to bardzo wyraźnie. Niektóre wpisy są naprawdę na siłę, niektóre doskonałe (nie chciało mi się sprawdzać, które powstały przed podjęciem decyzji o napisaniu książki, ale mam pewne podejrzenia). Ogółem nie żałuję ani że kupiłam ani że przeczytałam, niemniej spodziewałam się więcej. Z racji samego pomysłu na książkę zabrakło różnorodności i świeżego oddechu. 
Ilustracje "inspirowane" SI też taki trochę słaby posmak zostawiają... 

Czarna Ambrozja 
Niesamowicie pozytywne zaskoczenie. Kupiłam tę książkę trochę przypadkiem na targach książki, bo była za jakieś kompletnie śmieszne pieniądze (10 czy 15 zł). Okładka klasyczna (na podstawie okładki oryginalnej z lat 80.) i prawdę mówiąc spodziewałam się jakiegoś campowego horrorku, na który głównie stracę czas. A tymczasem to jest naprawdę dobra książka i wampiryzm jest w niej super pokazany (kwestia trumny została rozwiązana wspaniale!). Nasza główna bohaterka, Angelina Watson, rusza w świat po śmierci matki i snuje się tak po USA, ulegając dziwnym ciągotom, nie do końca rozumiejąc ich naturę i przyczyny. Zmaga się z tym co robi, jednocześnie czerpiąc z zabijania niewysłowioną przyjemność. Narracja Angeliny przeplatana jest zeznaniami osób, które się z nią zetknęły, czasem uzupełniając, czasem wyprzedzając wydarzenia. Czapki z głów przed kompletną amoralnością bohaterki. To jest naprawdę wspaniałe i jestem bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczona. Polecam!
Również na plus tłumaczenie, bo jest to zrobione całkiem sprawnie. 

Teoretycznie czytam jeszcze "Howling Dark" Ruocchio (drugi tom serii "Suneater"), ale chyba jednak się poddam. To po prostu jest za długie bez wyraźnej przyczyny. Drugi tom jest lepszy od pierwszego, przede wszystkim dlatego, że zaczął się już jakoś w połowie akcji, problem w tym, że nigdzie się z tego miejsca przez pierwsze 17% nie ruszył. Chyba ostatecznie zabiła mnie scena w której bohaterowie rozmawiają o tym, dlaczego muszą się rozstać, żeby potem - w tej samej scenie - była scena seksu, która nie jest nawet jakoś dokładnie opisana, bo większość to właściwie przemyślenia bohatera, które są o tym, dlaczego muszą się rozstać. Albo-albo, można było tę informację przekazać w 1/3 tego tekstu albo w ogóle sobie to odpuścić, bo już o tym było mówione wcześniej co najmniej dwa razy. I tak jest ze wszystkim.
Podobieństwa do Feintucha są wyraźne, ale to jest taki Feintuch, którego mamy w domu (a ja mam Feintucha w domu prawdziwego, więc po co mi Ruocchio?) - nic nie wybrzmiewa do końca (bo nic się nie kończy, drepczemy w miejscu), a to, że bohater jest okropnym kretynem wydaje się jakąś kokieterią ze strony narracji, a nie wyraźną, sensowną decyzją autora. W "Seafort Saga" mamy niewiarygodnego narratora, chłopa, który ma tak niską samoocenę, że nie jest w stanie dostrzec swojej wielkości - i bardzo długo czytelnik też jej nie widzi, bo nie jest w stanie zrozumieć, że Seafortowi nie można ufać w ocenie własnych dokonań; Roddy (z serii "Rodrigo of Caledon") z kolei jest absolutnie okropnym idiotą, rozpuszczonym bachorem, który - w przeciwieństwie do Seaforta - kompletnie nie dorasta do sytuacji i w dodatku raczej tego nie zauważa, a kiedy zauważa to i tak nie potrafi tego zmienić. I o tym są te książki. Bohater Ruocchio jest po prostu naiwnym dzieckiem we mgle, kretynem, któremu wszystko właściwie wychodzi, marysujem z gwiazdką, żebyśmy się nie zorientowali. Podejrzewam, że to ten zabieg dobija Suneatera. Gdyby Hadrianek wziął w ręce rule of cool być może coś wreszcie by się w tym tekście wydarzyło. A tymczasem autor boi się chyba posądzenia o to, że jego zajebisty, genetycznie zmodyfikowany do absolutnej zajebistości bohater zostanie uznany za mary sue, więc pomniejsza jego zasługi i umiejętności na każdym kroku, tak skutecznie, że mnie się po prostu nie chce o tym debilu czytać. Szczególnie, że jest tu tak dużo słów a tak mało treści. Ain't nobody got time for that.
Szczerze? Moja intuicja, żeby rzucać książki natychmiast jak pojawi się informacja, że jakakolwiek postać ma "fiołkowe oczy" ponownie okazała się słuszna i źle zrobiłam, że jej nie posłuchałam.

Tour de France 

No nie będę wciskać kitu, że mi się ten wyścig w tym roku bardzo podobał. Mój faworyt w kiepskim stanie, z jednej strony wyniki kosmiczne, ale Pogacar mu odjeżdża, ale najgorsze to jak wymizerowany i zmęczony Vingegaard jest w tym roku, plus musi właściwie walczyć sam, bo z drużyny ma strzępy... a w pojedynkę się Touru nie wygra. No szkoda. Spodziewałam się wyrównanej walki czterech zawodników, dostałam właściwie monodram. W dodatku... już od paru edycji wyścig zaczął przypominać stare dobre czasy, które się zakończyły wielką aferą dopingową i w tym roku już trochę powiało mocną przeginką. Myślę, że gdyby więcej zawodników prezentowało podobny poziom wrażenie byłoby nieco inne. W sensie, nadal byłabym przekonana, że im się koks uszami wysypuje (oni wszyscy są naćpani, nie rzucam oskarżeń tylko w stronę Pogacara), ale show byłoby lepsze.  

Seriale:

Farma Clarksona sezon 3
Jeszcze nie skończyłam, ale wchodzi jak złoto. Jak pisałam wcześniej, jest to doskonały miks rozrywki z poważnym programem dotyczącym spraw ekonomicznych i społecznych. 

Planszówki 

Doszło do rzeczy niesłychanej: dotarła do mnie Księga Przygód do Robinsona Crusoe. Po ponad 3 latach, ale dotarła. Zrobione to jest ładnie i nawet zebrałam się w sobie i rozegrałam jedną partyjkę z nowym scenariuszem, przy pomocy aplikacji. Uczucia co do aplikacji mam mieszane. Właściwie wolałabym chyba żeby ona tylko podpowiadała tury, bo to losowanie przygód i wydarzeń... no nie wiem, jakoś nie widzę żeby to specjalnie ułatwiało rozgrywkę, bardziej wytrąca z rytmu, chociaż dostrzegam zaletę w możliwości wyboru klimatu. 


Plany, plany...

Główny plan na sierpień to jest wreszcie URLOP. Na razie mam zaplanowany jeden długi wyjazd, na koniec zostaje mi jeszcze parę dni, ale nie wiem, czym się wtedy będę zajmowała. Może sobie pojadę na jakieś wycieczki rowerowe a może będę leżała do góry brzuchem i czytała książki. A może nawet pogodzę ze sobą te dwie pasje, hehe. 
Wybór lektury na urlop nigdy nie jest prosty. To wprawdzie już nie te czasy, kiedy na camping zabierałam całą kostkę książek (a potem musiałam i tak pożyczać książki od ludzi...) no ale coś zabrać ze sobą trzeba. Czasem jest tak, że tytuł wypadnie z naturalnej kolei rzeczy (np. kolejny tom cyklu) ale w tym moim kryzysie to wyszło tak, że nie, nie czytam obecnie niczego, co mogłabym tak potraktować. Rozważałam nieco Abecrombiego, który tak wspaniale sprawdził się w czasie wyjazdu do Finlandii dwa lata temu, ale ostatecznie padło na... Hrabiego Monte Christo. Kiedy jak nie teraz? A w razie co mam też sporo rzeczy na kindlu (w tym Murakamiego po rosyjsku, bo czemu nie) oraz wezmę na papierze kieszonkowego Pingwina z Conradem - z serii Little Clothbound Classics, tytuł zbioru to "The Lagoon", ale zawiera on trzy teksty: poza tytułowym jeszcze "The Typhoon" i "The Secret Sharer". Nie wiem, czy w ogóle do niego zajrzę i ile będzie czasu na czytanie - aczkolwiek są w planach dwa dość długie (3-4 godziny) transfery, więc może znowu pobiję jakieś rekordy.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia