Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lipca 2026

[Rachunek za] Pierwsze sześć miesięcy roku 2026

Na początku tego roku podjęłam decyzję o kilku wyzwaniach opartych na liczbie 6. Sądzę więc, że powinnam coś o nich napisać po 6 miesiącach roku. 

1. C.J. Cherryh - 3/6

  1. "Faded Sun: Kesrith"
  2. "Faded Sun: Shon'jir"
  3. "Faded Sun: Kutath"
  4. "Serpents Reach"
  5. "Downbelow Station"
  6. "Wave Without a Shore"

Ponieważ pierwsze trzy powieści z tej listy stanowią całość, to jestem całkiem zaawansowana w tym akurat wyzwaniu. Na "Serpent's Reach" umówiona jestem na drugą połowę sierpnia, co sprawia, że zupełnie realne jest przeczytanie "Downbelow Station" na jesieni. "Wave Without a Shore" jest jednak mniej prawdopodobne. Tutaj opóźnienie wynika głównie ze strony moje partnera (ale nie mam najmniejszych pretensji, po prostu tak się ułożyło żyćko). Generalnie - jestem zadowolona. 
 

2. Klasyki - 2/6

  1. "Anna Karenina" Lew Tołstoj
  2. "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte
  3. "Faraon" Bolesław Prus
  4. "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltari
  5. "Ojciec i syn" Karol Bunsch
  6. "Droga donikąd" Józef Mackiewicz



Wyzwanie klasykowe zaczęło się z grubej rury od Anny Kareniny, która choć szybkoczytająca się to jednak zajęła mi duuużo czasu. Do tego zaraz potem połknęłam "Wichrowe wzgórza", potem jednak inne zobowiązania i lektury odciągnęły mnie od tej listy. Ale powracam! Któraś z egipskich powieści pojedzie ze mną na urlop (jeszcze nie wiem, która), kolejną chciałabym przeczytać w październiku. Być może zmieszczę gdzieś w międzyczasie Bunscha. Jeśli chodzi o Mackiewicza to nie bardzo widzę szanse, ale jeszcze go nie skreślam. 

3. Książki ze Styrty Zażenowania 

  1. "Faded Sun"
  2. "Wave Without a Shore"
  3. "Guns, Germs and Steel"
  4. "Zew nocnego ptaka"
  5. "Dzieci Czasu"
  6. "Gdy leżę konając"


Tutaj zażenowanie jednak się utrzymuje. Przeczytałam na razie jedną książkę ("Faded Sun"), kuszą mnie okazjonalnie to Faulkner, to Diamond (Cherryh jest czytana wspólnie, więc tutaj nie bardzo mam opcje) ale zawsze coś mnie odciągnie. Rozważam Dimonda na drugą połowę urlopu. Najgorzej ma się sprawa z cegłami od Vespera, trochę czuję presję z ich strony. Te książki oczywiście nie są tak długie, na jakie wyglądają, bo Vesper nie ma szacunku do miejsca na naszych półkach, ale to z kolei oznacza, że mamy do czynienia z dość nieporęcznymi tomiszczami. Realnie przewiduję lekturę raczej na jesień, już po zakończeniu sezonu rowerowego (nawet mimo rozmiarów tych tomiszcz). 

4. 15000 stron - 6989/15000

Jestem na górce, nawet jeśli w dwóch miesiącach (lutym i czerwcu) nie udało mi się doczytać do 1000 stron. Jest więc ok, ale nie można osiadać na laurach. Mam nadzieję, że wpadka lutowa już się nie powtórzy, chociaż wtedy odciągał mnie od książek sport i to samo totalnie wydarzy się w lipcu. O czerwiec obwiniam chorobę, bo chociaż i tak czytałam niewiele to w dwa tygodnie najgorszego samopoczucia przeczytałam poniżej 90 stron. 

5. 52 książki punkty 

Jeśli chodzi o przeczytane książki, to na koniec czerwca było ich 23 sztuki, ale to wlicza komiksy i audiobooki. Bez szału, ale też nie mam zamiaru się biczować. Poczytałam w tym roku trochę cegieł i to doceniam znacznie bardziej niż jakieś ilościowe rekordy, chociaż wolałabym zdecydowanie po prostu więcej czasu dziennie przeznaczać na czytanie. 
Punktowo wychodzi za to bardzo obiecująco! Uzbierałam już 32 punkty, głównie za sprawą objętości (książki powyżej 500 stron dostają 2 pkt) oraz własności (wciąż staram się czyścić półki). Swoje dołożyła też książka po rosyjsku. Na minus poszły audiobooki i komiksy. Generalnie jestem zadowolona i kolejny raz uważam, że ta punktacja dość dobrze odzwierciedla moje wrażenia z dotychczasowych lektur. 

6. Czytać po rosyjsku

  1. Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́
Może ta lista nie wygląda imponująco, ale jestem z siebie bardzo zadowolona. Poczyniłam wyraźne postępy i nauczyłam się sporo o samej nauce języka. Zdecydowanie dobrze podziałało to, że "Се́мьдесят два гра́дуса ни́же нуля́" były jedyną książką, którą w tym czasie czytałam. Nie było, ze boli, że się nie chce - to się czytało, więc się czytało. To bardzo pomogło moim oczom przyzwyczaić się do cyrylicy. Ponieważ po rosyjsku wciąż czytam dość wolno - ale dużo lepiej, niż kiedy zaczynałam powieść Sanina! - to nie wiem, czy w tym roku jeszcze coś przeczytam po rosyjsku, ale tę część wyzwania zaliczam na duży plus! 

Pozostałe

Anime

Jak na razie to obejrzałam "Ruchomy zamek Hauru", ale nie zaliczam go do tego wyzwania, bo chodziło o zapoznanie się z jakąś nową serią a nie odświeżeniem klasyka. Ogółem o tym planie przypomniałam sobie pisząc tego posta, więc sami widzicie, jak się sprawy mają. 

Filmy

  1. Avatar III
  2. Ruchomy zamek Hauru
  3. Salvatore Giuliano
Szału nie ma. Moja niemoc filmowa trwa. Z drugiej strony nie widzę sensu w zmuszaniu się do oglądania czegoś. Zobaczymy jak się sprawy potoczą. 


Seriale

Nie jestem pewna, czy oglądałam w tym roku cokolwiek, może jakiś jeden odcinek "Z Archiwum X". 



Tyle raportu, ale co z podsumowaniem? Chociaż generalnie jestem dość zadowolona z tego roku, to z wyzwaniami idzie już tak sobie. Z wymienionych z tytułu książek przeczytałam 6/18, czyli 1/3 a nie połowę. Oczywiście są też plusy - ilość przeczytanych stron, książka po rosyjsku czy wynik punktowy. Jest nieźle. 

Czytaj dalej »

środa, 1 lipca 2026

[Rachunek za] Czerwiec 2026

Czerwiec zaczęłam od tygodniowego L4, które niestety spędziłam na zmaganiach z bólem i wizytach w szpitalu a nie leżeniu z książką w dłoni. Nie polecam. Potem na szczęście zrobiło się nieco lepiej, ale wciąż był to miesiąc słaby jeśli chodzi o czytelnicze dokonania. Mam nadzieję, że w lipcu będzie lepiej, ale nie czarujmy się, co innego będzie zaprzątało moje myśli. 


Książki

Wygnanie i królestwo Albert Camus "udało się"/10

Króciutki zbiorek opowiadań. Nie porwał, ale i nie zawiódł. Najbardziej podobało mi się opowiadanie drugie ("Renegat czyli umysł zmącony"), bo było najodważniejsze formalnie. Teksty - poza ostatnim - są dość krótkie, zwięzłe, jasne w przekazie, forma dobrze współgra z treścią, doskonale zbudowany jest klimat. Jedynie ostatnie opowiadanie ("Kamień, który rośnie") jest zbyt długie, nudne, niejasne i psuje odbiór całości. 






Angel Down Daniel Kraus "...and I consider myself lucky"/10

W zeszłym miesiącu mieliśmy przykład typowej książki gatunkowej docenionej przez mainstream - "Włóczęgów" Hao Jinfang, którzy zatruli mi maj. Ale w tym samym maju wydarzyła się rzecz niesłychana - powieść gatunkowa dostała Pulitzera. I - szok - to jest naprawdę dobra książka. Rewelacyjna. Czapki z głów. Czytałam "Angel Down" bardzo długo, z przerwą na chorobę i klubowego Camusa i nie odzwierciedla to tego, jak bardzo mi się ta lektura podobała. Choć faktycznie, jest to jeden z tych tekstów, gdzie co kawałek można książkę odłożyć i zadumać się nad tym, jak wspaniałą rzecz się właśnie przeczytało. 

Nietrudno zauważyć, co niewątpliwie przyciągnęło uwagę jury nagrody - "Angel Down" to jedno zaczęte od środka zdanie, gdzie każdy akapit zaczyna się od "...and". W przeciwieństwie jednak do "Bram raju" Andrzejewskiego, forma jest tu kluczowa dla treści, tego nie można by napisać inaczej i jednocześnie nie sprawia wrażenia wymuszonej, po dwóch akapitach płynie się już przez ten pierwszowojenny chaos razem z Baggerem.

Akcja toczy się w okopach I Wojny Światowej, wśród błota, chaosu, śmierci, chorób, bezrozumnego okrucieństwa i celowej przemocy. W obliczu spotkania z nadprzyrodzonym bohaterowie muszą zrewidować swoje poglądy na świat i siebie samych. O co naprawdę poprosisz, jeśli możesz poprosić o wszystko? Czego tak naprawdę pragniesz? Co się w tych pragnieniach ogranicza? 

To jest przepiękna, obrzydliwa, brutalna, poetycka książka, która w mistrzowski sposób miesza brud ze świętością i ohydę z pięknem, stawia przed swoim pełnym wad bohaterem pytania, odpowiedzi na które pokazują, kim naprawdę jest i które każdy z nas powinien sobie zadać. Kraus opisuje zło, ale tak naprawdę jest to książka o dobru. 

A do tego - nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam książkę z tak satysfakcjonującym zakończeniem. W trakcie "Angel Down" dzieje się bardzo wiele, od rzeczy ohydnie przyziemnych po metafizycznie wzniosłe a jednak Krausowi udaje się zawiązać z tego przepiękną kokardę. 


W ogóle jak się chyba lubię z nagrodą Pulitzera. Nie czytałam wielu laureatów, ale chyba wszyscy mi się podobali. Muszę zgłębić temat. 


Poranek dnia zagłady C.L. Moore "nie wiem o co chodzi, ale buja"/10

To sprawnie napisana powieść, do której trudno się przyczepić, ale która nie porywa. Niewątpliwie największym jej plusem jest jej warstwa techniczna - niemal do samego końca utrzymana jest tajemnica, o co tu właściwie chodzi, kto czego dokładnie chce i w czym bohater bierze udział. Rohan to osobnik dość ciekawy, zapijaczony oportunista od czasu do czasu na haju dawnej sławy, wplątany wbrew swej woli w polityczną intrygę próbuje ugrać coś dla siebie, chociaż nie jest pewien zasad i stawek tej zabawy. 

W czym więc problem? Chyba właśnie w tym, że nie ma tej powieści nic konkretnego. Jest bardzo sprawnie napisana ale nic we mnie nie poruszyła. Bardzo możliwe, że w czasach zimnej wojny, dla amerykanów, był to tekst znacznie ważniejszy. Ze mną, w roku 2026, nie rezonował w ogóle. Niemniej czytało się to bardzo przyjemnie i bujało właśnie ze względu na techniczną sprawność autorki. 

Szkoda, że dostaliśmy od C.L. Moore tę powieść a nie opowiadania o Jirel of Joiry, znacznie, znacznie lepsze.  


Plany

Więcej czerwcowych grzechów nie pamiętam, choroba i upały dość mnie sponiewierały. Plan jest więc taki, żeby w lipcu a przed urlopem ogarnąć zaległości. Nie mam wielkich nadziei w tej kwestii, bo przecież zaraz zaczyna się Tour de France, ale liczę na to, że chociaż niektóre kwestie będę mogła ogarniać słuchając transmisji. 
Przed wyjazdem chciałabym koniecznie skończyć i oddać książki z biblioteki - "Turn of the Screw" Henry'ego Jamesa oraz "Italczyka, czyli konfesjonał czarnych spowiedników" - oba te teksty jak na razie bardzo mi się podobają. Poza tym stoję przed trudnym wyborem lektury na urlop. Wprawdzie czytniki ebooków mocno ułatwiają sprawę, ale i tak coś wymyślić trzeba. Może będzie to "Wojna makowa", może coś z klasyków a może w ogóle wpadnę na jakiś inny pomysł. Czas pokaże.  










Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 czerwca 2026

[Rachunek za] Maj 2026

Był to miesiąc dość nierówny, zakończony mieszanką wybuchową: z jednej strony zachwytem tegorocznym Pulizerem (o czym więcej będzie w rachunku za czerwiec), z drugiej kryzysem zdrowotnym zwieńczonym posiadówką na SOR. W związku z tym ostatnim, zachwyt trochę został przerwany a mnie dopadł kryzys czytelniczy. Mam nadzieję, że z czasem poczuję się na tyle dobrze, żeby w ramach L4 jeszcze coś poczytać. 


Książki

Włóczędzy Hao Jinfang "kurwa ale gówno"/10 

Jeśli jakaś powieść gatunkowa zostaje doceniona przez mainstream, szczególnie taki bardziej nadęty, to opcje są dwie. Może być to powieść na tyle wybitna, że nie da się jej zignorować (a potem marudzić jaka to szkoda, że dotychczas autor miał łatkę pisarza fantastyki), ale nie oszukujmy się, takie przypadki są bardzo rzadkie. Dużo częściej jakimś cudem człowiek, który nigdy nie przeczytał książki fantastycznej czyta jakieś żałosne gówno i doszukuje się w nim wzniosłych treści (których tam nie ma) i potem ja muszę czytać takie ścierwo jak "Włóczędzy" Hao Jingfang. Żeby jeszcze to było słabe sf ale miało w sobie coś ciekawego - formę, treść, przesłanie. Ale nie, wcale tak nie jest. Ta "powieść" ma dosłownie zero zalet. A do tego jeszcze PIW dorzuca tak daremne tłumaczenie, że aż trudno uwierzyć, że jakikolwiek redaktor to przeczytał. Gdyby nie to że była to książka na klub PIWu (a na jaki inny...) to rzuciłabym ja w cholerę po 


od kącików jej ust odchodziły dwie zmarszczki w kształcie księżyca w nowiu. ("Statek") 

co oszczędziłoby mi tych wszystkich scen w blasku księżyca. Na Marsie. I całej reszty bredni, które są szczególnie uderzające, gdy wziąć pod uwagę że autorka skończyła ponoć fizykę... 

Pomijając jednak jak beznadziejne to jest SF, pod innymi względami nie jest lepiej. Jeśli chodzi o styl to daję autorce taryfę ulgową, aczkolwiek ani wersja polska, od której zaczęłam ani marginalnie lepsza angielska, na którą dość szybko się przerzuciłam nie dają zbyt wielu podstaw by wierzyć, że tam się dzieją jakieś językowe akrobacje usprawiedliwiające wydanie tego kupska. Pozostają nam jednak postacie - papierowe, niedojrzałe, mdłe i nudne. Pozostaje "fabuła", którą trudno właściwie określić oraz przede wszystkim pozostaje przesłanie. No więc co nam chce powiedzieć Hao Jingfang? Otóż, że buntować się jest pięknym przywilejem młodości, bo młodzi są szlachetni i głupi, ale kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa tę rękę utnie. Obrzydliwe propagandowe gówno i nawet nie będę słyszała waszych protestów, tak mocno mam owinięta głowę folią aluminiową - jestem przekonana, że to jest powód dla którego tak słaby tekst jest promowany nie tylko w Chinach, ale i na świecie. 

Ta książka nie ma zalet. Żadnych, bo jeszcze w dodatku jest gruba. 

(przeczytałam 10% po polsku, do 40% po angielsku a resztę przesłuchałam po angielsku w audiobooku x1.7 a i tak żałuję zmarnowanego czasu) 


Blackwater I: Powódź Michael McDowell "potwór z bagien do wzięcia"/10

Na książki z tej serii natknęłam się już kilka lat temu we Włoszech. Zwracają uwagę wydaniem - kieszonkowym, ale na bogato, w bardzo charakterystycznym stylu. Rzecz jest w dodatku nie tylko estetyczna ale jeszcze do tego niesamowicie praktyczna. Czytało się to niezwykle przyjemnie. Co do samej powieści - to dopiero pierwszy tom serii, poznajemy bohaterów i pewien zarys problemu. Zaciekawiło mnie to na tyle, że chętnie sięgnęłabym po kolejne tomy, ale zwyczajnie... Żal mi pieniędzy, nawet uwzględniając ładne wydanie. Ta seria to takie czytadło, które się łyka na plaży w Łebie i zapomina na wsze czasy. To 40 zł, które już wydałam to i tak za dużo. 





Milczenie owiec Thomas Harris 7/10

Z racji przynależności klubowej miałam pretekst do zapoznania się z tym klasykiem. Początek mnie nie zachwycił, Lecter wręcz karykaturalny. Potem Buffalo Bill zlepiony z dobrze mi znanych seryjnych morderców (to nie jest może zarzut sam w sobie, po prostu, no, trochę za bardzo widoczne dla mnie było z czego autor klei tego typa). Ale w drugiej części powieści całkiem sprawnie zbudowane napięcie. Ogółem z jednej strony utwierdziła mnie ta książka w przekonaniu, że thrillery i kryminały nie są dla mnie, z drugiej pokazała, że thriller to jednak coś bardziej pode mnie - jak już muszę - niż kryminał. 

Z ciekawostek, to uderzyło mnie tłumaczenie. Nie jest niby stare - z 1990 roku - a jednak jest takie... archaiczne. Nie jest to język dla mnie obcy - wręcz przeciwnie, to język mojego dzieciństwa i chyba dlatego wywarł na mnie takie wrażenie. Uświadomiłam sobie, że on zniknął, że od dawna już tak wcale nie mówimy. Na swój sposób ta książka pachniała gazetami, które czytali moi dziadkowie. 


Przyszłość prawdy "WERNEEEEEEEEEEER"/10


Kocham Wernera Herzoga i się tego nie wstydzę. "Przyszłość prawdy" to krótki esej dający dobry wgląd w to jak Werner Herzog postrzega prawdę i jak konstruuje ją w swoich filmach. Warto się zapoznać. Z drugiej strony będzie też łyżka dziegciu - kto to kurwa składał. Już sama okładka wieje jakąś bardzo nieudaną próbą elegancji a w środku jest jeszcze gorzej. Jakby ktoś kiedyś widział dobrze zrobioną książkę, ale nie miał pojęcia, dlaczego ona była dobra i spróbował odtworzyć efekt nie znając zasad. Odległości zbyt duże, proporcje nie takie, paginacja bez sensu, Dobry Jeżu Anaszpanie, skład aktywnie przeszkadzał w czytaniu. A tu obawiam się, cała seria będzie takim kupskiem. 




Komiksy 

Requiem. Rycerz wampir. Tom 4: Klasztor Sióstr Krwi. Królowa dusz zmarłych 

Jak pisałam już wcześniej - ta seria zaczyna się lepiej niż się kończy, więc im dalej w las tym większe znaczenie mają przepiękne ilustracje Ledroita, bo fabuła... To od samego początku nie jest żadne arcydzieło, ale po prostu cały ten motyw reinkarnacji i podwójnej tożsamości jest słaby jak barszcz, a w każdym razie słabo zrealizowany. Niemniej oczywiście, że kupię wszystko i wszystko przeczytam. Piękny jest to komiks i durny rozkosznie.    


Pulizer 2026 

Końcówkę miesiąca spędziłam - na ile mi to pozwoliło zdrowie - czytając powieść Angel Down Daniela Krausa, która zdobyła Pulizera. I nie byłoby w tym nic godnego nadmiernej uwagi, gdyby nie to, że "Angel Down" to pierwszy w historii laureat tej nagrody będący tzw. powieścią gatunkową (konkretnie horrorem). Co? Jak? Jakim cudem? 

Już pierwsze otwarcie książki pokazuje pewne... znaki. A właściwie jeden znak: powieść napisana jest jednym zdaniem, zaczętym od środka i każdy akapit zaczyna się od "and". Pozdrawiam polskiego tłumacza i mam nadzieję, że będzie to ktoś w rodzaju Tarczyńskiego. 

Więcej napiszę, kiedy skończę, bo niestety choroba mnie dość mocno wyłączyła z życia, ale napisane jest to pięknie i autorowi udaje się doskonale oddać potworność ale i swoisty absurd sytuacji ekstremalnych. Akcja toczy się w czasie IWŚ a nasi bohaterowie muszą dobić... anioła. 


Plany 

Przede wszystkim - odżyć. Potem dokończyć "Angel Down" i dwie lektury na kluby - "Wygnanie i królestwo" Camusa oraz "Poranek dnia zagłady" C.L. Moore. Na koniec miesiąca - "Region Węża" C.J. Cherryh. Gdzieś pomiędzy powinna znaleźć swoje miejsce "Tajemna historia", ale nie jestem pewna, czy dam radę (zaczęłam, ale nie wciągnęła mnie). 












Czytaj dalej »

sobota, 3 stycznia 2026

[Rachunek za] Rok 2025 - książki



2025 to był rok tak długi, że bardzo się zdziwiłam, kiedy spojrzałam na listę przeczytanych na Storygraphie. Był to rok odkryć i zachwytów, powrotów, początków i słabych lektur. Działo się i cieszę się, że pisanie tego podsumowania pozwoli mi uzyskać bardziej całościowy ogląd sytuacji. 

Z czego jestem zadowolona? 

Z wielu rzeczy. Przede wszystkim we wrześniu w końcu rozpoczęłam planowane chyba od dekady Wielkie Ponowne Czytanie Unii/Sojuszu, czyli systematyczną lekturę wszystkich książek z cyklu - jest ich obecnie 34 sztuki. Co więcej, znalazłam sobie towarzysza tej podróży i jest naprawdę super tak sobie razem po rozmawiać o Cherryh. Działamy w publicznych Buddy Readach na Storygraphie, więc kto chętny do dołączenia, niech daje znać. Czytamy powoli, tj. robimy sobie odstępy między kolejnymi książkami, żeby nie zmęczyć materiału. Chodzi o zapoznanie się z tematem a nie jakiś maraton, więc potrwa to parę lat. Jak pisałam w poście o planach może w roku 2026 uda się przeczytać aż 6 książek, ale to wersja maksimum. 
Po drugie, czytałam sporo cegieł, mniej czułam presji jeśli chodzi o ilość. Bardzo dobrze zrobiło mi skupienie się na ilości przeczytanych stron a nie książek. Oczywiście, książka książce nierówna, tak samo jak strona stronie, rzecz w tym jednak, że mi takie proste statystyczne/ilościowe wyzwania generalnie pomagają. A tu przycisnę jeszcze, a tu po coś sięgnę, dziś jeszcze poczytam, a film obejrzę jutro. Najbardziej pozytywnie oceniam cel czytania co najmniej 1000 stron miesięcznie. To nie jest bardzo dużo, to nie kumuluje się nawet w docelowe 15k, które ustawiłam sobie zbiorczo, a jest to ładna okrągła liczba, do której można dążyć. Jest to około 3 książek miesięcznie więc też bez wielkiej spiny (co nie zmienia faktu, że mi się nie udało w każdym miesiącu 2025 roku, ale o tym będzie poniżej). 

Z czego jestem niezadowolona? 

Doboru książek na klubie czytelniczym PIWu. To był naprawdę słaby rok. Sam klub jest super, ekipa na nim jest rewelacyjna, spotkania generalnie są satysfakcjonujące. Niestety tak jak w roku 2024 przeczytałam na ten klub najlepszą książkę roku, odkrywał nowych autorów i nawet książka zła była tak zła, że przeszła do historii tego bloga, tak ten rok był bardzo marny. Jeszcze pierwszy semestr nie był aż taki zły, natomiast to, co się działo po wakacjach to jakaś masakra.
Łącznie na klub PIW przeczytałam 10 książek:

„Taipi” Herman Melville - zdecydowanie najlepsza, Melville świetny jak zawsze. Do tego, to bardzo przystepna lektura, więc dobra na początek znajomości z tym autorem. 
„Wojna” Ferinand Celine - nie był to mój faworyt z wielu względów, najniżej oceniona książka 2025 roku, ale tak naprawdę to jest wielka literatura w porównaniu z tym, co mnie czekało potem...
„Pan Prezydent” Miguel Angel Asturias - chlubny wyjątek. Nie do końca moje klimaty, ale to była ciekawa i dobra książka. 
„Wyspa snów” Heikki Kännö - miejscami była naprawdę fajna, miejscami niekoniecznie. 
„Sztuka czytania i pisania w Babilonie” Dominique Charpin - nie czytało się tego jakoś źle, ale chłopina napisał polemiczną książkę i ja nie wiem, z czym on dokładnie polemizuje. 
„Kola Zębate” Ryunsuke Akutagawa - nierówny, nie za dobrze złożony zbiór opowiadań. Niektóre całkiem niezłe.  
„Dzicy detektywi” Robarto Bolano - UGH, ależ to był szajs, w dodatku długi. Zaczyna się całkiem zabawnie i byłam pozytywnie nastawiona, niestety szybko popadamy w chaotyczny zlepek dowolnie wybranych bredni. Mam też pewne wątpliwości co do jakości tłumaczenia, chociaż może w oryginale te poszczególne głosy też się od siebie nie różnią. Są tu naprawdę fajne fragmenty, ale nie składają się w sensowną całość, a sama powieść jest potwornie długa i potwornie męcząca. 
„Kobieta z wydm” Kobo Abe - niby się zaczyna nieco horrorowato, ale idzie ostatecznie w stronę bardzo oczywistego zakończenia i moim zdaniem nie jest zbyt przekonująca. Plus jest obrzydliwie naturalistyczna.  
„Dzieci jesionu, dzieci wiązu” Neil Price - Książka, która może byłaby nienajgorsza, gdyby nie dziwaczna decyzja o wycięciu z niej wszystkich nazwisk i przypisów. Sprawie nie pomógł też tłumacz, który w dupie był i gówno widział oraz nie umie posłużyć się nawet tak wyrafinowanym narzędziem translatorskim jak google i wikipedia, że o skonsultowaniu się z dowolną grupką dziewiarek na facebooku nie wspomnę. 
„O bestiach i ptakach” Pilar Adón - jak chcecie się przekonać, jak zła jest współczesna literatura piękna, to zapraszam do ogródka pani Adón. Jest to tekst pozbawiony treści, klimatu i sensu.

Kiedy tak sobie podsumowałam je wszystkie razem, to muszę stwierdzić, że cały rok nie był aż taki zły. Powieści z pierwszego semestru to nie jest może do końca moja bajka, ale ja siedzę w tym klubie właśnie po to, żeby wychodzić ze strefy komfortu i czytać rzeczy, których normalnie bym nie przeczytała. "Taipi" zresztą jest świetne, "Pan Prezydent" interesujący - jak nie lubię ibero-literatury, tak tutaj jestem w stanie docenić, "Wyspa snów" też była dość ciekawa a miejscami przekomiczna (lubię fińskie poczucie humoru). Charpin głównie polemizuje, ale i tak można się tego i owego dowiedzieć. Akutagawa też miał lepsze fragmenty no i jest to dla Japończyków dość ważny autor, więc warto było się z nim zapoznać. "Wojna" to wulgarne gówno, w dodatku skompilowane z notatek autora lata po jego śmierci i poprawione przez wydawców, ale jest to książka, która próbuje powiedzieć coś ważnego i myślę, że jej się to udaje. Natomiast Bolano i spółka to jakaś masakra. Zarówno on, jak i Adón to pierdzielenie bez ładu i składu, w przypadku "Dziki detektywów" to jeszcze potwornie grube. Kobieta z wydm jest ostatecznie dość banalna (choć może to anachroniczne stwierdzenie), "Dzieci jesionu..." nie mają ani przypisów ani nawet nazwisk
Mam szczerą nadzieję, że w tym roku uda nam się wybrać lepsze książki, chociaż PIW nie ułatwia. Nie bez znaczenia pozostaje też to, że jak to zwykle bywa w klubach, ci, którzy głosują, wcale nie przychodzą na spotkania. 
 

Garść statystyk

Pora na cyferki. W 2025 roku przeczytałam 37 książek, łącznie 14036* stron, oraz przesłuchałam 5 audiobooków. Zaledwie 2 książki pochodziły z legimi, co myślę dobitnie pokazuje w jakim stanie jest ta platforma. Żegnamy się. Wśród przeczytanych książek było 21 ebooków, a więc stanowiły on 56%. 31 książek było po polsku (w tym 8 nie było tłumaczeniami), 11 sztuk było po angielsku. 15 książek ściągnęłam z własnej półki

*jest tu drobna rozbieżność względem Storygrapha, ale w tym momencie nie jestem w stanie stwierdzić, skąd się wzięła, możliwe, że ze zmieniania wydań, żeby się zgadzały pozostałe dane.


Najwięcej przeczytałam w czerwcu - 1657 stron, najmniej w grudniu - 804. Grudzień był to też jeden z trzech miesięcy - obok maja i sierpnia - kiedy nie dobiłam do wyznaczonego 1000 stron. Przy czym w sierpniu przeczytałam sporo tekstów, które nie zostały nigdzie opublikowane, więc tam spokojnie ponad 1000 stron jednak było. W maju czytałam po rosyjsku, to niestety idzie mi powoli i tyle. Grudzień natomiast to była jakaś kulminacja, przez dobre dwa tygodnie męczył mnie ból głowy i ogólne osłabienie, powrót do domu i padnięcie do wyra to był maks moich możliwości. 





Ciekawie wypada porównanie z rokiem ubiegłym. Łącznie przeczytałam 1000 stron więcej i jest to efekt systematycznej pacy. Mniej było miesięcy słabych, chociaż mnij też wybitnych. Systematyczność kluczem do sukcesu :) 


Czas sądu

Najlepsza książka 

Nominowani: 

  • Taipi
  • Przybysz 
  • Królewski smok
  • Ostre cięcia
  • Jak nakarmić dyktatora?
  • Hunter of Worlds
  • To-morrow

Przyznam, że trudno było mi nawet wybrać nominowanych do tej kategorii. To nie do końca tak, że nie przeczytałam dobrych książek, bardziej że poziom był dość wyrównany, że najwybitniejsze tytuły mocno się od siebie różniły. Taipi to świetna rzecz i źle bym się czuła pomijając ją, skoro nominuję tytuły obiektywnie słabsze. Przybysz to Przybysz, scena na balkonie łapie mnie za każdym razem, ten świat, w którym czuję się jak w domu, to wszystko tworzy powieść wybitną. Królewski smok to chyba pierwsza (jeśli pominiemy "Gwiazdę Wenus/Gwiazdę Lucyfer") powieść fantasy, w której średniowiecze jest średniowieczem. Jak nakarmić dyktatora? niesamowicie solidny i pełen informacji reportaż. Ostre cięcia to świetny zbiór świetnych opowiadań, szczególnie te nawiązujące do pierwszej trylogii robią wrażenie. Jeśli jednak nie oni, to na placu boju zostaje dwoje zawodników. Hunter of Worlds, mimo że jest to książka nieudana to jednocześnie ma w sobie jakiś geniusz nieoszlifowanego diamentu. Prawdopodobnie zdobyłaby statuetkę (właściwie to jaką statuetkę, muszę to ogarnąć na przyszły rok...), gdyby nie to, że wszedł na scenę cały na czarno Joseph Conrad z "To-morrow".  Tekst krótki a bardzo poruszający. 

Najgorsza książka (Nicpan 2025)

Nominowani: 

  • Czekanie na smoka
  • Wojna 
  • Dzicy Detektywi
  • Kobieta z wydm
  • O bestiach i ptakach. 

Tutaj też niestety klęska urodzaju, chociaż nic tak spektakularnego, jak Nicpan mi się nie przydarzyło, alleluja. Niestety, na pięciu nominowanych, aż cztery książki czytałam na klub PIWu. Wybór nie jest prosty. Czekanie na smoka ma świetne 3 rozdziały, żeby potem stracić wszelki sens. To jest chyba jakiś fanserwis do "Ryszarda III", ale nie wiem, nawet tego trudno się było domyślić. Wojna to patusiarska opowieść o patusach, w dodatku skompilowana z notatek, przerobiona i w tłumaczeniu (gdzie ponoć cała sztuka jest w mieszaniu rejestrów języka francuskiego i jakichś jeszcze bardziej gramatycznych zawiłościach). Ponadto autor ewidentnie ma coś do powiedzenia. Kobieta z wydm mnie nie zachwyciła. Jest nudna, naturalistycznie obrzydliwa i przewidywalna. Mimo wszystko nie jest to jednak najgorsza rzecz na świecie. Po odsianiu amatorów, pora na profesjonalistów, czyli pisarzy hiszpańskojęzycznych (żeby nie było, Asturias mi się podobał): O bestiach i ptakach to książka, której największą zaletą jest to, że jest krótka, no i ma ładną okładkę. Wydaje mi się, że autorka osiągnęła to, co chciała: stworzyła opowieść o rozpadającej się psychice, bierności i bezsilności wobec świata. Rzecz w tym, że gówno mnie to obchodziło. Dzicy detektywi mają lepsze fragmenty (czego nie można powiedzieć o "O bestiach..."), ale większość tego tekstu - szczególnie im dalej w las - to chaotyczne pierdolenie nie na temat. Niektóre epizody są naprawdę fajne (początek, wątek Skóry Boskiej), jednak większość nosi znamiona "płacą mi od słowa". Co najmniej połowę, jak nie dwie trzecie tej powieści można by spokojnie wywalić. I właśnie ze względu na objętość - a co za tym idzie długość mąk na jakie mnie skazała ta lektura - to właśnie Bolano zostaje laureatem niezwykle prestiżowej nagrody Nicpana 2025. Gratuluję. 

Odkrycie

Nominowani: 

  • Kate Elliott
  • Witold Szabłowski
Dwoje nominowanych i dwie nagrody, nie będę wybierała, bo zarówno Elliot jak i Szabłowski mnie zachwycili. Poznałam ich też w dwa bardzo odienne sposoby. Elliott polecono w grupie na FB, do której należę jako autorkę, u której średniowiecze jest średniowieczem - i to prawda! Worldbuilding w "Koronie gwiazd" jest rewelacyjny. Szabłowskiego odpaliłam dla beki spodziewając się bardzo złej książki z kategorii "Kochanki cezarów robią pierogi w Auschwitz", a dostałam bardzo solidny, bardzo interesujący reportaż. Elliot miała tendencję spadkową (kolejne tomy "Korony gwiazd" są zbyt długie) za to Szabłowkiego znam tylko z jednego audiobooka. Niemniej z obojgiem jeszcze będę się spotykała. 

Rozczarowanie

Nominowani: 

  • Przypowieść o siewcy 
Staram się podchodzić do książek z czystą głową, więc rozczarowania spotykają mnie rzadko. Pani Butler niestety jednak mocno sobie nagrabiła rewelacyjnym opowiadaniem "Blood Child". A tymczasem "Przypowieść o siewcy" nie jest jakaś specjalnie dobra nawet bez bagażu oczekiwań. 
 

Zaskoczenie 

Nominowani: 

  • Jak nakarmić dyktatora?
  • Hunter of Worlds
"Hunter of Worlds" zrobił na mnie duże wrażenie, bo to wspaniały miks rewelacyjnych pomysłów i nie do końca działającego wykonania i to właśnie ta niedoskonałość i chropawość tak mnie zaskoczyła. Mimo wszystko jednak to Cherryh, spodziewałam się po niej czegoś dobrego a że dostałam coś lepszego i gorszego jednocześnie to było ciekawe doświadczenie. Nie może się jednak równać z tym, że książka, po której spodziewałam się chłamu okazała się jedną z najlepszych z jakimi miałam do czynienia w tym roku. Nic mnie od dawna nie zaskoczyło tak bardzo jak Jak nakarmić dyktatora?

Najgorzej wydana (Brukselka w czekoladzie)

Nominowani: 

  • Czekanie na smoka
  • Początki Stalowego szczura 
Nominuję "Czekanie..." nieco zaocznie, ponieważ wydaje mi się, że jest w tej bezbożnej serii złożonej bezszeryfem. Natomiast ja to czytałam w ebooku, bo ebook jest. Nie ma za to ebooka "Początków Stalowego Szczura" co skazało mnie na targanie tomiszcza wielkości solidnej cegły, chociaż w środku są 3 krótkie powieści przygodowe. Stare wydania (te najstarsze) były idealną formą dla tego typu literatury. Vesper, ogarnij dupę i zacznij wydawać te książki ze świadomością, jaką mają objętość i że my mamy zamiar to czytać. 

Powrót

Nominowani: 

  • Harry Harrison
  • C.J. Cherryh 
  • Jacek Dukaj
Królowa jest tylko jedna. Po kilku latach wróciłam do czytania Dukaja - pretekstem było nowe wydanie "Katedry", takie na wypasie. Wydanie piękne, opowiadanie chyba mi się bardziej podobała teraz niż poprzednio, ale tak naprawdę to nie rozumiem fenomenu tego tekstu (a filmu to już w ogóle). Marzy mi się takie wypasione wydanie "Innych pieśni", ale wiadomo, marzenie ściętej głowy. Lubię Harrisona i cieszy mnie, że po latach Stalowy Szczur bawi mnie tak samo jak kiedyś, niemniej to nie jest ten poziom, zarówno literacki jak i mojego uwielbienia, jak w przypadku C.J. Cherryh. Wzięłam się za re-read Przybysza, wzięłam się za Unię/Sojusz i przypomniałam sobie zarówno dlaczego tak kocham tę autorkę jak i że mam jeszcze wiele do odkrycia. 

Wydarzenie/doświadczenie 

  • Re-read Unii/Sojuszu
  • Targi książki w Poznaniu
  • Klub PIW
Kontynuowałam uczestnictwo w klubie PIWu. Jak pisałam powyżej - ludzie świetni, tylko książki kurwy. Niemniej zamierzam dalej się w to bawić, bo fajna sprawa taki stacjonarny klub. Liczę tylko że nowa selekcja będzie lepsza niż tegoroczna. Targi Książki w Poznaniu to już od dawna stały punkt programu. A wręcz jest to cały mocno wypchany atrakcjami dzień - od rana targi, potem wizyta u Gruzina po coś do zjedzenia i biegiem na mecz (w tv, Turniej Sześciu Narodów). Nakupiłam książek, dostałam autograf, chyba przeczytałam jedną książkę z tych kupionych no i tego... było miło. Więcej o tym w rachunku za marzec 2025. Natomiast oba te fakty bledną w obliczu rozpoczęcia projektu, do którego latami się zbierałam i który kilka lat potrwa: wreszcie zabrałam się za czytanie całego cyklu Unii/Sojuszu w kolejności wydawania. Najbardziej mnie cieszy, że znalazłam sobie wariata, który robi to ze mną. Na razie za nami 2 książki, ponad 30 przed nami. 

Najlepsze opowiadanie 

Nominowani: 

  • To-morrow
  • Broooksmith 
"To-morrow" zgarnęło najlepszą ksiazkę roku a jednak przegrywa z "Brooksmithem" Henry'ego Jamesa. Co to było za opowiadanie, głowa mała. Nie jest to najlepsze opowiadanie, jakie w życiu przeczytałam (tu wygrywa jednak Szukszyn i jego "Ochota żyć", w ogóle opowiadania Szukszyna są wspaniałe), ale zdecydowanie w pierwszej trójce. 

Najbrzydsza okładka 

Nominowani: 

  • Królewski smok


Chociaż kolejne tomy "Korony gwiazd" też są paskudne, nic nie może się równać z tym retro gównem. To jedna z tych ilustracji, które im dłużej na nie patrzysz, tym więcej debilizmu przed tobą odkrywają. Penie to wiecie, ale dodam dla jasności, że w tej książce nie ma żadnych smoków, gołych bab ani nawet (S)He-mena. Niestety nie mam lepszej jakości obrazka. 


Najładniejsza okładka 

Nominowani: 

  • Lucky Day
  • Brothers of Earth
  • O bestiach i ptakach 
  • Słońce dziesięciu linii
  • Przypowieść o siewcy

Czy sięgnęłabym z takim entuzjazmem (to prawdopodobnie pierwsza od prawie dwudziestu lat książka, którą przeczytałam od razu po wyjęciu z paczkomatu) po nową powieść Chucka Tingle, gdyby nie ta okładka? Zapewne nie, chociaż opis brzmiał interesująco a sam Chuck, no to Chuck. Okładki "Bestii" i "Słońca" są bardzo estetyczne, "Przypowieść" to ładna, mocna grafika (chociaż nie bardzo ma się do treści), ale żadna z nich nie może się równać z tą wspaniałą retro-okładką "Brothers of Earth". Czy wiedzieliście kiedyś coś, co bardziej wrzeszczałoby "lata 70." a nie było brązowe? Nacieszcie oczy:



Tl;dr 



Pełna lista winowajców

  1. „Taipi” Herman Melville
  2. „Czekanie na smoka” John M. Ford
  3. „50 short stories” 
  4. „Diaspora” Greg Egan
  5. „Invitations” C.J. Cherryh
  6. „Deliberations” C.J. Cherryh
  7. „Wojna” Ferinand Celine
  8. „Foreigner” C.J. Cherryh
  9. „Invader” C.J. Cherryh
  10. „Czerwona Kraina” Joe Abercrombie
  11. „Pan Prezydent” Miguel Angel Asturias
  12. „Wyspa snów” Heikki Kännö
  13. „Inheritor” C.J. Cherryh
  14. „Przypowieść o siewcy” Octavia Butler
  15. „Astronomia i księgi” Piotr Pokora
  16. „Głębia oceanu” Susan Casey
  17. „Umierając, żyjemy” Robert Silverberg
  18. „Taki dobry chłopak” Hanna Dobrowolska 
  19. „Katedra” Jacek Dukaj
  20. „Sztuka czytania i pisania w Babilonie” Dominique Charpin
  21. „Precursor” C.J. Cherryh
  22. „La Bestia” Przemysław Piotrowski
  23. „Defender” C.J. Cherryh
  24. „Krolewski smok” Kate Elliott
  25. „Kola Zębate” Ryunsuke Akutagawa
  26. „Glupie zwierzeta Polski i jak je znaleźć” Marek Maruszczak
  27. „Książę psów” Kate Elliott
  28. „Głaz gorejący” Kate Elliott
  29. „Dzicy detektywi” Robarto Bolano
  30. „Brothers of Earth” C.J. Cherryh
  31. „Nie oświadczam się” Wiesław Łuka
  32. „Dziecko Płomienia” Kate Elliott
  33. „Lucky Day” Chuck Tingle
  34. „Kobieta z wydm” Kobo Abe
  35. „Dzieci jesionu, dzieci wiązu” Neil Price
  36. „Ostre ciecia” Joe Abercrombie
  37. „Słońce dziesięciu linii” Zofia Romanowiczowa
  38. „Jak nakarmic dyktatora” Witold Szabłowski
  39. „O bestiach i ptakach” Pilar Adon
  40. „Narodziny Stalowego Szczura” Harry Harrison
  41. „Hunter of Worlds” C.J. Cherryh
  42. „To-morrow” Joseph Conrad
  43. „Stalowy Szczur idzie w kamasze” Harry Harrison

Czytaj dalej »

wtorek, 1 kwietnia 2025

[Rachunek za] Marzec 2025

 Marzec to miesiąc intensywny. Finałowe mecze Pucharu Sześciu Narodów, Targi Książki w Poznaniu, praca, MiToEdiTo, wizyty znajomych... działo się. 


Książki 

Z czytaniem nie było aż tak źle, wyszło 1160 stron, więc ponad minimum, ale z drugiej strony skończyłam... jedną książkę. Dwie, jeśli liczyć opisywaną w zeszłym miesiącu "Czerwoną Krainę". Poza "Panem prezydentem" (o którym poniżej) czas zajęła mi głównie kolejna książka na klub PIWu - "Wyspa snów" Heikkiego Kanno. O niej będzie w rachunku za kwiecień. Czytałam też i nie skończyłam (przez względ na "Wyspę...", której spora objętość - 520 stron - wymogła na mnie porzucenie innych zainteresowań) "Przypowieść o siewcy" Octavii Butler, o niej też będzie w podsumowaniu kwietnia. Trwam też wciąż w lekturze "Przybysza", ale tom trzeci ("Inheritor") również poszedł w odstawkę na rzecz Kanno. 


"Pan Prezydent" "a piękny był i niecny jak sam Szatan"/10

Wypada powiedzieć na wstępie, że nie wajbuję z literaturą latynoamerykańską i "Pan Prezydent" mojego zdania w tej kwestii nie zmienił radykalnie, ale nie mogę powiedzieć, by nie miał elementów, które mi się podobały. Przede wszystkim to skarbnica po prostu przepięknych zdań. Mam tu pozaznaczanych mnóstwo cytatów, których główną cechę jest nie celność ale po prostu językowe piękno. Tutaj zdecydowanie brawa dla tłumacza, Kacpra Szpyrki. 
A o czym jest ta powieść? O bezsilności. O bezsilności jednostki wobec absurdu machiny dyktatury. Zanurzeni w surrealistycznym, absurdalnym świecie Gwatemali pod rządami tytułowego "Pana Prezydenta" bohaterowie, dobrzy, źli, bogaci, ustawieni i bezdomni, nie są w stanie nic zdziałać. Asturias doskonale pokazuje - znany nam zresztą, jeśli nie z autopsji, to z literatury, szczególnie Rosjanie celują w jego opisie - tragikomizm i wszechmoc totalitarnej dyktatury.  


Gry

Age of Empires II: The Age of Kings Definitive Edition

Naszło mnie tak jakoś na tę grę i ona, cholera, jest tak samo dobra, jak w dzieciństwie, chociaż oczywiście szkoda, że Definitive Edition nie ma wersji z jedynym w swoim rodzaju bazarowym dubbingiem. Mimo to gierka sztos, a w dodatku ta edycja zawiera kampanie o których jako dziecko mogłam sobie tylko pomarzyć. Polecam, zawsze i na wieki wieków amen. 


Targi Książki w Poznaniu 

Jedyna właściwie impreza książkowa, w której regularnie uczestniczę, więc nie mogło mnie zabraknąć i na tej edycji. Zachowano segregację, był osobny wielki pawilon na wydawnictwo niezwykłe i strefę autografów, co myślę było z dużą korzyścią dla wszystkich. Gorzej, że ta segregacja nie była jakaś stuprocentowa (w tym osobnym pawilonie było chyba właśnie tylko Niezwykłe, a nie wszystkie wydawnictwa romansów dla nastolatek) ale myślę że i tak było lepiej niż gorzej. 

Rozmiar tych targów to jednocześnie plus i minus. Plus wiadomo, fajnie, że jest dużo wydawnictw, duża różnorodność, liczę, że odbywa się to z korzyścią tak dla czytelników, jak i dla wydawców. Z pewnością plusem jest to, że - święto lasu - przyjechały znowu wydawnictwa z Krakowa oraz Warszawy, był PIW! Szkoda tylko, ze nie wzięli tych książek, po które do nich poszłam :P W każdym razie, fajnie że było dużo wystawców. Mniej fajnie, że było również bardzo, ale to bardzo dużo ludzi. Strefa spotkań i autografów była tylko dla wybranych, więc tu i ówdzie i tak tworzyły się kolejki. Wentylacja na MTP też się nie wyrabiała, nie było bardzo źle, ale mimo wszystko dość duszno. 

Za największy minus uważam fatalne ustawienie stoisk. Parę lat temu wszystko było ładnie w rzędach, można było obejść wszystkie stoiska wężykiem. W tym roku był jakiś kompletny chaos, tu stoiska w prawo, tam w lewo, jakieś przejścia między nimi, masakra. Jestem przekonana, że coś pominęłam a i tak nadrobiłam drogi. 

Najwięcej wydałam oczywiście na stoisku Vespera - wjechali Silverberg, Tchaikovsky (Czajkowski chłop ma w dowodzie, no ale tak żyjemy) i McCammon. Od PIWu Sterne, od Rebisu inny Silverberg (tzn. ten sam, ale powieść inna), od ArtRage "Król w żółci", a od Media Rodzina "Rowery" Andrzeja Komendzińskiego, z autografem autora. Cztery i pół kilo towaru, z pięć godzin przepychania się w tłumie i na koniec nie dotarłyśmy do strefy komiksu, bo była w innym pawilonie i musiałyśmy biec na finał Turnieju Sześciu Narodów, więc ostatecznie zakup najnowszego tomu Requiem w przedsprzedaży okazał się dobrą decyzją (może nie finansową, ale logistyczną na pewno). 


MiToEdiTo 2025

Chyba pierwsza moja udana tego rodzaju impreza (konkretnie pod redakcję, pierwszy udany "camp" miałam zeszłego lipca z "Nudesami") - zrobiłam naprawdę sporo i systematycznie. Gorzej, że to co sobie wziełam na tapetę jest straszliwie opasłe. Już po pierwszych czystkach wyszło 730 stron, a pewnie coś trzeba będzie dopisać - na szczęście nie zanosi się na duże dopiski. Pewną pracę wykonałam już wcześniej, tj. spisanie konspektu z uwagami. W marcu przyszło mi wyczyścić literówki i opisać sceny. Wahałam się trochę, czy ten drugi element jest konieczny, ale ostatecznie uznałam, że lepiej to zrobić wcześniej niż później (tj. w trakcie prowadzania redakcji albo może wcale) - konspekt w wordzie daje pewien pogląd na to, jak ten tekst naprawdę wygląda, co się gdzie znajduje itd. Po tych wstępnych działaniach i wydrukowaniu tego potwora przyszło do redagowania. Początek tego tekstu już raz był przeze mnie ogarniany i tak się złożyło, że do końca marca nie natrafiłam na żadne duże poprawki. To kwiecień zapowiada się na poważną orkę. No ale co zrobić'? Sama sobie zgotowałam ten los. 



Czytaj dalej »

czwartek, 2 stycznia 2025

[Rachunek za] Rok 2024 - książki

Ponieważ zawsze wychodzą mi te podsumowania bardzo długie, postaram się zrobić kilka krótszych postów bardziej tematycznych. 



Patrząc na listę przeczytanych w tym roku trochę trudno mi uwierzyć, ze niektóre z nich czytałam zaledwie w styczniu tak dawno mi się to wydaje... a jednocześnie oczywiście, jakim cudem znowu trzeba zmieniać numerek w dacie? 

Co to był za rok? 
Poznałam nowych autorów, upewniłam się, że uwielbiam starych, brałam udział w klubie czytelniczym (konsekwentnie wszystkie spotkania!). Przeczytałam też parę gniotów, trochę książek mało ciekawych, nieco się zawiodłam i całkiem przyjemnie zaskoczyłam. 

Z czego jestem zadowolona? 
Przede wszystkim z odczarowania cegieł. Wciąż mnie boli męczenie jednego tekstu miesiąc, ale już nie jest tak, że w ogóle się za opasłe tomiszcza nie zabieram, że konsekwentna walka o 52 książki rocznie trochę mnie do nich na pewien czas zraziła. Nie uważam tej, eee, kultury czytelniczego zapierdolu za główny powód mojej niechęci do grubych książek, ale jest to jakiś tam czynnik. Właściwie od dawna bolą mnie książki, nie długie, ale takie, które mi zajmują dużo czasu. Bo ja tego czasu nie mam za wiele i jednak mi ciąży, że zamiast czterech książek czytam w tym samym czasie jedną. To jest głupie, ale podświadome, więc co poradzić? No, coś poradziłam. 

Z czego jestem niezadowolona? 
Oczywiście z ilości. Wiadomo, od paru lat walczę z ilościówką moją wspaniałą tabelą i systemem punktowym, jednak w tym roku mi się do tych upragnionych puntów nie udało dociągnąć. Wyszło 47,75 punktów z 33 książek (+4 komiksy +1 audiobook). Stanowczo za mało i miesięczne statystyki dobrze pokazują dlaczego: 

Wykres ze Storygrapha


dane z aplikacji Loop (Nawyki), wykres w excelu 

Paradoksalnie, w porównaniu z rokiem ubiegłym jest lepiej, ale wydaje mi się, że ta statystyka uwzględnia komiksy (październikowe szaleństwo to tak naprawdę 3x120 stron Requiem), jednak są tu miesiące straszliwej posuchy - kwiecień i maj to jakaś kompletna tragedia a czerwiec i wrzesień nie są wcale lepsze. Listopad wypada nieźle, biorąc pod uwagę, że nie czytaniem się w tym miesiącu tradycyjnie zajmuję. W sierpniu wydarzył się Hrabia Monte Christo, stąd ten rekord.

Poza tym po raz kolejny nie wyszło mi z dziennikiem czytelniczym i tym razem naprawdę ekstremalnie, bo mam w nim stronę tytułową i wklejone okładki na jednej stronie zbiorczego podsumowania. Podobnie rzecz się ma z publikowaniem czegoś w social mediach. Plany mam rzecz jasna bardzo ambitne ale biorąc pod uwagę, że regularnie zapominam nawet o istnieniu tego bloga to nie mam wielkich nadziei. 

Jeszcze garść statystyk 
Najgrubsza książka tego roku, bez zaskoczenia, Hrabia Monte Christo i jego 1420 stron. Ale jest to książka, której objętości zdecydowanie nie trzeba się bać (no chyba, że macie któreś z tych wydań wielkości lotniskowca), bo czyta się szybko. Nie była to jednak jedyna opasła pozycja w moim menu w tym roku - po piętach depczą jej Czerwony Mars (916 stron cierpienia) oraz Tajemnice zamku Udolpho (864). 

Najkrótsza książka (nie licząc Imprezy neispodzianki, która ma 28 stron ;) ) to The Missing Girl Shirley Jackson. Ogółem książek poniżej 200 stron było 8 (+1 komiks) a tych powyżej 500 stron - 7. Średnio wypada 372 strony na książkę, męczone przez 15 dni. No czyli właśnie bez szału. 

CZAS SĄDU

Kategorie nagród wybieram zgodnie z tym, co przeczytałam, a więc bardziej wymyślam kategorię do książki niż odwrotnie. Wzięłam się do roboty i oceniłam wszystkie książki przeczytane, więc mam ładne statystyki ze Storygrapha:
Rozkład nienormalny, chyba widać, że jednak było więcej dobrego niż złego ;)


Statystycznie rzecz biorąc najgorzej było w czerwcu (Dziennik roku zarazy i Imperium ciszy) a najlepiej w kwietniu (Przejście przez Morze Czerwone), natomiast ten kwietniowy wynik to raczej żart, bo to po prostu jedyna książka skończona w kwietniu a akurat była doskonała. Podchodząc do spraw mniej liczbowo, z pewnością dobrze wypadł początek roku (aż dwa Faulknery) potem sierpień spędzony z Dumasem i październik z Sullivanem (choć słabym) i Requiem (doskonałym). 


Najlepsza książka roku 2024
Przeczytałam w tym roku sporo dobrych książek. Ten wykres powyżej dość dobrze obrazuje znaczącą przewagę tekstów naprawdę bardzo dobrych. Ta grupa wysoko ocenionych jest jednak dość różnorodna i trudno nominować do tytułu najlepszej książki roku Requiem jakkolwiek bym gonie lubiła. Pierwszy album to naprawdę lektura na 5, ale w kategorii rozrywki bardzo głupiej. Dlatego po chwili zastanowienia przedstawiam państwu nominowanych: 

Światłość w sierpniu, Flagi pokrył kurz, Zmierzchanie świata, Przejście przez Morze Czerwone

Z nominacjami było jeszcze dość łatwo ale potem to już kompletnie nie mam pojęcia, co zrobić. Wszystkie nominowane książki są świetne i chociaż z jednej strony różnią się od siebie znacznei, to wszystkie poruszają podobne tematy. Wojnę, traumę, choroby psychiczne, rodzaj... izolacji od społeczeństwa. Z nich wszystkich najlżejsze są Flagi..., jest w nich dużo humoru, zabawnych postaci i epizodów, chociaż nie brakuje tam też poważnych przemyśleń. Zarówno Zmierzchanie świata Przejście przez Morze Czerwone to historie ludzi, którzy nie mogą uciec od wojny, tak samo jak bohater Światłości w sierpniu jest osaczony przez społeczną percepcję swojej osoby (lub to jak sam siebie w kontekście tego społeczeństwa postrzega) i można to porównać do tego, jak bohaterka Przejścia... nie może wydostać się z obozu koncentracyjnego. I ostatecznie to właśnie powieść Zofii Romanowiczowej zdobywa tytuł najlepszej książki przeczytanej przeze mnie w roku 2024! Choć nie ukrywam, że absolutnie wspaniałe Zmierzchanie... depcze jej po piętach, a zaraz za nim postępuje dusza atmosfera Światłości... W porównaniu dość lekka atmosfera Flag... wydaje się niemal nie na miejscu, ale to jest naprawdę, naprawdę doskonała powieść. 

Najgorsza książka roku 2024 (Nicpan 2024)
Żeby było zabawnie to tutaj już w lutym wiedziałam, kto tę nagrodę dostanie a potem pojawił się on, Łukasz Nicpan, którego imię od tego roku ta nagroda będzie nosiła. A więc, nominowani do nagrody im. Łukasza Nicpana dla najgorszej książki roku za rok 2024: 

Czerwony Mars, Zapiski z Hiroszimy, Fajerwerki nad otuliną

Czerwony Mars to własnie ten ancymon, co do którego byłam pewna, że nie zostanie zdetronizowany. A jednak myliłam się. Pierwszym pretendentem do tytułu okazał się Kenzaburo Oe (noblista!) ze swoimi Zapiskami z Hiroshimy, pozbawioną z grubsza sensu opowiastką o tym, że całe szczęście, że bomby atomowe spadły na Japonię a nie Kinszasę, bo tamci by sobie nie poradzili ani trochę. Mesjanizm narodu japońskiego, biednych ofiar II WŚ, podlany sosem z rasizmu. Nie polecam. Ale potem nadszedł on, Łukasz Nicpan i jego Fajerwerki nad otuliną
Chwilę wahałam się, jak tę nagrodę rozdysponować, aż zrozumiałam jedną bardzo ważną rzecz. Czerwony Mars to jest bardzo słaba powieść. A jednak jest to powieść. Jak bardzo mi się nie podobała to napisałam całą długaśną recenzję z memami, więc nie będę się powtarzała. Niemniej to zupełnie inna kategoria niż Zapiski, które są zbiorem tekstów prasowych - nieudanych, rasistowskich, niezbornych - brak w nich konkretnej przewodniej myśli, autor sam się gubi w swoim pierdolamento. Mimo wszystko jednak stanowią zapis jakiejś sytuacji, jakiegoś stanu mentalnego, są próbą pogodzenia się z wydarzeniem na skalę apokaliptyczną. Próbą nieudaną, z gruntu skazaną na porażkę, ale sama ta próba a może nawet i jej niepowodzenie wynikają ze zderzenia z niepojmowalnym. Fajerwerki... za to są po prostu gównem. Spermiarskim wysrywem starego dziada, który nie ma nic do powiedzenia, ale wydaje mu się, że każda banalna myśl, jaka przychodzi mu do głowy jest głęboka i poruszająca. 
Tak więc, nagroda dla najgorszej książki roku od tego momentu nazwana będzie nazwiskiem swojego najwybitniejszego laureata - Łukasza Nicpana. Gratulacje, nie pisz więcej. 


Największe odkrycie 2024
W 2024 roku przeczytałam aż 20 nowych autorów! To wypada 65%, nieźle nie? Wybranie jednak nominowanych do tytułu największego odkrycia roku nie było aż tak trudne. Chociaż jest paru autorów, którzy mnie nie zachwycili, to większość nie wywarła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Wyjątek stanowią: 
William Faulkner, Zofia Romanowiczowa

Ponownie, nie było łatwo wybrać. Faulkner mnie zachwycił, Romanowiczowa rozjechała. Z racji tego, że wcześniej o tej autorce nie słyszałam (na filologii polskiej nie wspomniano o niej ani słowem!) wydaje się, że to ona powinna zgarnąć tę statuetkę, ale chyba nie do końca o takie dosłowne odkrycie tutaj chodzi. Bardziej o znalezienie autora, którego będę wciągała jak pewien biały proszek. I tu jednak wychodzi Faulkner, szczególnie, że jego książki przeczytałam dwie, kolejne czekają w kolejce, a jeśli chodzi o Romanowiczową... trochę się boję jej kolejnych książek.Bardzo możliwe, że po dalszych lekturach zmienię zdanie, ale na razie, 1 stycznia 2025 roku, odkryciem 2024 zostaje William Faulkner


Największe rozczarowanie 2024
Staram się trzymać swoje oczekiwania na uwięzi, więc chociaż wiele książek może mi się nie podobać, to rozczarowana jestem rzadko, dlatego sama jestem zaskoczona ilu nominowanych udało mi się zebrać: 

Invictus, Problemski Hotel, Zapiski z Hiroshimy, Prawdziwa historia czekolady, Drumindor

Invictus jest książką bardziej o Mandeli niż o rugby i tutaj rozczarowanie to raczej moja wina, nie autora. Sama książka jest zresztą dobra, może nie tak porywająca, jak mogłaby być, ale godna uwagi (i zdecydowanie lepsza niż ekranizacja). Problemski Hotel to próba napisania edgy reportażu przez kogoś, kto nie tylko nie jest edgy, ale w ogóle czarny humor go oburza. Left can't meme/10 Rozczarowanie przede wszystkim dlatego, że jest tu doży potencjał, który wywala się na ryjek. Nie załapał się na nominację do Nicpana 2024 bo nawet na to jest zbyt... nijaki. Prawdziwej historii czekolady odpuszczam ze względu na historię powstania tej książki - autorka zmarła w czasie pracy nad nią i dokończył to jej mąż. Też znawca tematu, ale ewidentnie mniej nim zajarany, no i biorąc pod uwagę okoliczności trudno wymagać od niego entuzjazmu. Zapiski z Hiroszimy opisałam przy Nicpanach. Ten temat zasługuje na o wiele lepszą książkę. I w ten sposób przechodzimy do zwycięzcy - Drumindoru Michaela J. Sullivana. Ten autor niestety ostatnimi czasu zawodzi częściej niż nie. I nie, nie nastawiałam się na tę książkę jak gracze na Cyberpunka 2077, ale od Sullivana wymagam pewnego poziomu, poziomu, do któego nie udało się doskoczyć. Bardzo widać, że to książka napisana niejako na kolanie, szybko wypchnięta w świet (kickstarter) i że zabrakło jej porządnego leżakowania w szufladzie i redakcji. W wielu miejscach to jest dziadowski fanficzek, który spłyca i ośmiesza związek Roysia i Gwen i budzi to mój gniew. 

Największe zaskoczenie 2024
I na koniec kategoria pozytywna, odwrotność poprzedniej: coś, po czym nie spodziewałam się nic, albo zgoła rzeczy strasznych a okazało się super. Nominowani:

Czarna Ambrozja, Dzikowy skarb, Tajemnice Zamku Udolpho

Nie są to wszystkie książki, które podobały mi się bardziej niż zakładałam, ale taka Światłość w sierpniu to raczej był zachwyt roku 2024 a nie zaskoczenie. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czego się spodziewać po Dzikowym skarbie, ale jest we mnie jakaś obawa przed powieściami historycznymi, chociaż chyba wszystkie, które czytałam mi się podobały. Winię Historię żółtej ciżemki. Niemniej nie spodziewałam się, że to będzie aż tak dobra powieść przygodowa, w dodatku historia Polski jest tu przedstawiona w sposób należycie fascynujący. Ujmujący bohaterowie (Zbrozło, coś między Batmanem a Gandalfem FTW xD), wartka akcja, ważne postacie wydarzenia historyczne przeplecione z osobistymi przygodami postaci fikcyjnych. Klasa. Jara mnie, że ten cykl jest dłuuuugi. Tajemnice zamku Udolpho próbowałam kiedyś przeczytać i nic z tego nie wyszło, dlatego podchodziłam trochę jak pies do jeża, ale okazało się, ze zupełnie niepotrzebnie. Książka choć długa czyta się świetnie. Co zaskoczyło mnie najbardziej? To że sentymentalizm nie jest tu egzaltowany i w ogóle nie przeszkadza, przepiękne opisy przyrody oraz to, że... nie ma tu żadnych elementów nadprzyrodzonych. Ann Radcliffe była cholernie racjonalną osobą, jak się okazuje. Te dwie świetne książki muszą jednak ustąpić Czarnej Ambrozji. Horror z rozkosznie paskudną okładką, zgarnięty na targach książki za, bodaj, 15 zł, niemal dosłownie książka z kosza a tu... szok. To jest absolutnie rewelacyjna książka o wampiryzmie. Oryginalna, fascynująca, z nieświadomie zmieniającą się w wampira bohaterką. Rewelacja i zdecydowanie największe zaskoczenie 2024. 

Brukselka w czekoladzie dla najgorzej wydanej książki 
Szeroka kategoria, do której można trafić za bardzo różne grzeszki. Nominowani:

Vesper, za Czerwony Mars, Rebis za Imperium ciszy, PIW za Tajemnice zamku Udolpho

Z tłumaczeniami u Vespera jest bardzo różnie. Czasem mamy coś świetnego (Pan ciemności) czasem trafia nam się Czerwony Mars. Książka gruba i nudna, trochę mnie nie dziwi, że nie chciało się nikomu robić nowego tłumaczenia, natomiast wypadałoby, żeby to tłumaczenie przeczytać. Błędy są tu tak ko(s)miczne, że nie trzeba nawet porównywać z oryginałem, żeby widzieć że dzieją się tu rzeczy, które nie śniły się nawet google translate. Geologicznej redakcji też najwyraźniej zabrakło. PIW w Tajemnicach zamku Udolpho popełnił inny wydawniczy grzech: błyszczący papier, na którym druk wydaje się szary i jest tylko jeden dość dziwny kąt pod którym można to jako-tako przeczytać a do tego waży tonę. Inne książki w tej serii mają normalny papier, nie wiem, co tu się odjaniepawliło, ale naprawdę fizyczna forma tej książki uparcie utrudniała czytanie. 
Zwycięzca może być tylko jeden i jest to Imperium ciszy, które łączy w sobie wady pozostałych nominowanych. Fizyczna forma Imperium... sprawiła, ze dołożyłam je na miejsce zanim jeszcze na dobre wzięłam je go ręki. Już tam chrzanić paskudną oładkę, ale format lotniskowca i niewiele mniejsza waga sprawiają wrażenie jakiegoś mało śmiesznego żartu. A to zupełnie nic w porównaniu z "tłumaczeniem", gdzie autorowi się pomyliła porcelana z chinami, gdzie tłumacz zapomniał o istnieniu rodzaju nijakiego i pomijał sobie akapity, które mu nie pasowały do błędów, które popełnił wcześniej. Poziom wydania tej książki jest skandaliczny. 

No i na koniec łapcie jeszcze rozpiskę wszystkich przeczytanych w tym roku:
za: Storygraph

2025?

Nie mam żadnych ambitnych czy nawet konkretnych planów na ten rok. Chciałabym na pewno czytać więcej, w tym więcej fantastyki, bo tej było w 2024 zdecydowanie za mało. Poza tym klub PIWu, Wojny wikingów, Cykl Piastowski... no i znowu mi się fantastyka nie zmieści, ech. No ale działam, mam nadzieję, że uda się więcej czytać i tyle. Czego i Wam życzę. 




Czytaj dalej »

wtorek, 31 grudnia 2024

[Rachunek za] Grudzień 2024

Jakoś tak wyszło, że grudzień upłynął mi pod znakiem... Filmów dla dzieci. 


Książki

Człowiek do wszystkiego 

Przedostatnia w tym sezonie pozycja na klub czytelniczy PIWu przekonała mnie, że jednak nie lubię się z modernizmem. Nie jest to jakaś wielka niechęć z mojej strony, ale po postu mi to nie podchodzi. Książka zła nie jest, ale mi się nie podobała, ot i tyle. Śledzimy losy młodego człowieka, który zostaje zatrudniony właśnie w charakterze "człowieka do wszystkiego" przez pewnego niezbyt udanego wynalazcę. Joseph trochę pomaga w biurze, trochę w domu, czasem jest domownikiem, czasem służącym... sytuacja jego jest niejasna i nie pomagają temu postacie gospodarzy - mamy tu bardzo typowych mieszczan tonących w długach niczym jakaś stara arystokracja, wyparcie miesza się z zadufaniem i zwyczajnym kretynizmem. 


Statek widmo

Ech. No przeczytałam. I jakbym nie przeczytała,to by moje życie nie było uboższe. Nie jest to jakiś dramat, da się to czytać, jest ogółem ok, chociaż jakaś specjalnie dobra literatura to to nie jest. 

To jest ten statek widmo, ten z Latającym Holendrem. Rzecz w tym, że Marryat sam na ten pomysł nie wpadł, oparł się na starszych marynarskich przesądach. I to jest taki trochę nieudany fanfik, bo tak właściwie to ten statek widmo jest autorowi potrzebny tylko do tego, żeby bohater miał jakiś pretekst to bycia tam gdzie jest. I pojawia się ze 3 czy 4 razy. Serio. 

A zakończenie, konkretnie ostatni akapit, jest straszliwie złe. 

Vesper, jak to ma w zwyczaju, uraczył nas posłowiem. I jak boga kocham autor tego posłowia chyba nie czytał książki, bo czego jak czego ale jakichś wspaniałych morskich przygód to tutaj nie ma za grosz. Plus, że jest trochę o autorze, który poza napisaniem tej marnej książki dokonał w życiu paru ciekawych rzeczy. 


Filmy

Kina i Yuk

Wygrałam wejściówki w rozdaniu na FB, no to co miałam nie pójść? Film reklamowany jako fabularyzowany dokument, ale to zdecydowanie film fabularny tylko bardziej w konwencji filmu przyrodniczego. Sympatyczny, zwierzątka ładne. Bardzo dla dzieci. 


Paddington

Paddingtona kojarzę bardzo ogólnie. Jakoś ominął mnie w dzieciństwie, chociaż musiałam o nim słyszeć. Film więc nigdy mnie nie interesował. Niedawno, przy okazji premiery trzeciej części, usłyszałam jednak mnóstwo pochwal na temat tej serii, więc postanowiłam się skusić (oba filmy dostępne na prime). 

Ludzie, jakie to było fajne. 

Zaskoczyło mnie jak wiele poważnych i dramatycznych elementów jest w tym filmie. Od pierwszego strzała dostajemy śmierć, katastrofę naturalną a główna intryga dotyczy tego, że ktoś chce naszego głównego bohatera wypchać. 

Bardzo podobał mi się zabieg (wykorzystany także w 2 filmie) używania modeli, domków dla lalek, przechodzenia bohaterów ze świata realnego do wspomnień/wyobraźni. Rewelacyjnie to działa. 

Najsłabiej wypada chyba Nicole Kidman w roli antagonistki - jakoś nie pasuje, wydaje się z zupełnie innej bajki. Poza tym obsada łogiń. 

Ach i jeszcze napisy były dziwne. Patrzyłam na nie tylko czasami, ale zwykle mocno odbiegały od tego, co było w oryginale, szczególnie dużo żartów padało na ryjek albo było pomijanych. 


Paddington 2 

To chyba rzadki przypadek, kiedy druga część jest lepsza od pierwszej i duża w tym zasług zmiany antagonisty - Hugh Grant musiał się doskonale bawić grając narcystycznego upadłego gwiazdora filmowego. Więźniowie (Paddington trafia do mamra) są też wspaniali. Do tego mamy znowu wykorzystanie modeli i animacji na świetnym poziomie. Polecam! 


Seriale 

Briganti

Włoski serial przygodowy w konwencji westernowo-komiksowej. A nawet trochę z zacięciem pirackim, bo jest mapa skarbów. Rozrywkowe i głupie, ogląda się świetnie, kostiumy komiczne ale rozrywkowe, operator bawił się doskonale, więc mamy sporo ciekawych ujęć. Naprawdę zdziwiło mnie, że to nie jest na podstawie komiksu. 

Obawiam się, że nie dostanie drugiego sezonu, bo chyba nie był za dobrze przyjęty (i się nie dziwię, bo jako głupoty w internecie sprawdza się świetnie, ale to ma być podobno serial historyczny no i tutaj pozostaje tylko śmiech przez łzy).


Pozorna miłość 

Ooo, to jest dopiero dzieło... Odpalone jakoś dla beki i dla beki obejrzane do końca, chyba jako serial muszę nazwać największym rozczarowaniem roku. Nie dlatego, że się wiele spodziewałam, bo się niczego nie spodziewałam, nie mając pojęcia że ten serial w ogóle istnieje, ale dlatego, że twórcy bardzo uparcie sugerują, że ten serial jest o czymś. 

Głupi jest od samego początku, natomiast zrobiony na tyle dobrze, że się to ze śmiechem, ale jednak ogląda. Fabuła: głupia bogata stara baba daje się owinąć wokół palca najgorszego oszusta świata, kolesia, który w pierwszym odcinku rozbiera się kilka razy zupełnie od czapy. Zupełnie serio sprawdzone sztuczki w rodzaju "było tylko jedno łóżko" to jest stanowczo zbyt wiele sensu jak na rozwój tego związku. Ach, poza tym Elia to człowiek-amfibia, kto wie, ten wie. 

I w gruncie rzeczy, gdyby to była tylko telenowela, to nie byłabym na nią zła. Natomiast "Pozorna miłość" uparcie stara się sprawiać wrażenie czegoś innego. Twórcy z uporem maniaka budują atmosferę zagrożenia. Piękny kochaś starej baby okazuje się uciekać przed długami oraz jakimiś złymi ludźmi, szuka go jakaś dziwna kobieta, on sam zaraz na wstępie przeszukuje mieszkanie bohaterki a potem namawia ją na bardzo głupie decyzję finansowe, do tego związane z kupowaniem luksusowego jachtu, więc jest duże prawdopodobieństwo że typ chce uciec... Co więcej córka bohaterki ma stalkera, syn ma romans, nasz najgorszy oszust świata zaczyna podrywać jej drugiego syna... 

Wiecie ile z tych wątków zostaje zakończonych...? Na upartego jeden. 

Ot, chociażby, bohaterka ma schizę, że w hotelu, którego jest właścicielką, są szczury. Wszyscy jej mówią że była przecież ekipa, nie ma szczurów. A ona, że przecież słyszała, szczury są! Trochę z dupy wątek, ale do czasu - jak amfibia się do niej wprowadza to ukrywa pistolet za drewnianą osłoną kaloryfera. A więc może w poszukiwaniu szczurów ktoś się tam zapuści i go znajdzie... Otóż nie. Generalnie pistolet nie ma żadnej funkcji w tym serialu, tak samo jak szczury. Albo stalker córki. Albo dziwni groźni ludzie, przed którymi bohater ucieka i którzy zabili jego fumfla - jak przychodzi do finału to chyba mocą miłości ich bohaterowie pokonują. Sugeruje się też możliwość wypadku samochodowego... I nic z tego nie wynika. A ten synalek ci ma romans to jest taki sprytny że robi to, co ma do zrobienia przy wielkim odsłoniętym oknie albo zgoła na tarasie. 

Plus bohaterowie (szczególnie Stara Baba i Amfibia) są rozhisteryzowanymi kretynami, którzy robią sobie awantury tylko po to, żeby zaraz się pogodzić. 

Poziom rozczarowania zakończeniem jest nie do opisania. 


Tulsa King sezon 2

Nie miałam w tym roku jakoś czasu na oglądanie seriali (chyba wszystko inne, co oglądałam poza jakimiś dokumentami robiłam w towarzystwie), więc drugi sezon Tulsa King musiał swoje odczekać. Ale w końcu się udało... przynajmniej zacząć. Jestem w połowie. Niby fajno, chociaż mam wrażenie, że jakoś to siadło trochę na ryjek, nie umiem powiedzieć o co chodzi, chyba humor jest trochę za bardzo przesadny. Bawi, ale brak w tym jakiejś płynności. Rzeczy dzieją się szybko, nie mają czasu nabrać znaczenia. Chyba o czymś świadczy też to, ze pierwszy sezon obejrzałam w całości a tutaj nie miałam problemu z tym, żeby sobie zrobić przerwę. 



Plany?

Są niezmienne, chociaż biorąc pod uwagę jak mi się średnio je udaje realizować, to może jednak pora spotkać się z rzeczywistością... Niemniej, na razie, odważnie: więcej czytać, tyle samo pisać, podobnie dużo redagować i jeszcze zabrać się za naukę języków. 

A teraz lecę robić podsumowanie roku, bo trochę tego będzie. 


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia