Lipiec sponsorował głównie Szał Przedurlopowy, który objawiał się kończeniem projektów, które powinny być zrobione na miesiąc temu przez kogoś innego, bieganie po kantorach i szalone ilości ubrań na przemian wkładanych i wyjmowanych z walizki. Poza tym oczywiście - Tour de France. Wprawdzie oglądanie kolarstwa można pogodzić z pewnymi innymi pracami, ale i tak zajmuje sporo czasu, poza tym naprawdę potrzebuję od czasu do czasu nie łączyć wszystkiego ze wszystkim. Chociaż, wreszcie, zaczęłam w tym miesiącu siadać na rower spinningowy i pedałować razem z chłopakami na ekranie - wymagało to nie tylko mentalnej decyzji, ale też przemeblowania, więc to nie taka prosta sprawa. Ale się udało. Polecam.
W związku z tym wszystkim jednak czasu na czytanie nie było wiele.
Książki
Italczyk "Który jest synem kogo?"/10Coś mnie tknęło w bibliotece, żeby zobaczyć czy na półce jest może jedna z najlepiej zatytułowanych powieści na świecie no i była. Italczyk czyli Konfesjonał Czarnych Pokutników. Nie ukrywam że zarówno tytuł jak i wcześniejsze bardzo pozytywne doświadczenia z panią Radcliffe sprawiły, że moje oczekiwania były wysokie. Być może zbyt wysokie.
Pierwsza połowa książki to dość sentymentalna opowieść o zakazanej miłości. W Udolpho działo się więcej, a sentymentalizm był mocno kontrowany humorem. Tutaj nasi pozbawieni z grubsza cech charakterystycznych bohaterowie są właściwie bez skazy i my musimy na to patrzeć. W drugiej połowie do głosu dochodzi wreszcie antagonista, ojciec Schedoni i tenże Schedoni jest rewelacyjny. Jest to człowiek podły i samolubny, gnany wyłącznie swoimi namiętnościami, trochę nieogarnięty, bo wiecznie porażony w swoich (złowieszczych, a jakże) myślach, nerwowy, nie do końca sprawny kłamca, no naprawdę świetny. To wielowymiarowa postać, przebiegła i niezdarna jednocześnie, niesamowicie realistyczna, niecierpliwa, chciwa, niezwykle przekonująca. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że jest on poruszająco realistyczny, co w przypadku złoli wcale tak często się nie zdarza.
Mamy tu również (dość łatwe do przewidzenia, ale może wcale takie nie były, kiedy Radcliffe to pisała) ukryte tożsamości, strzelaninę, gadatliwych (a jakże) służących, dobre dialogi. Trochę zawiodły mnie opisy, które były tak wielką siłą Udolpho, ale może też po prostu okoliczności akcji są tu inne. Schedoni wart jest lektury, ale generalnie bez szału.
- absolutny brak stawek, nawet jak się pojawią jakieś nieporozumienie, konflikt to zwykle pół strony i już go rozwiązujemy (zdrowo, ale po co było o tym pisać). Poza tym ostatnim wielkim dramatem, który wydał mi się strasznie wymuszony, jakby go sobie zaplanowała, ale właściwie postacie za dobrze się dogadywały
- chłop taki zamknięty w sobie a pierdzielą o emocjach 24/7
- spodziewałam się że będzie znacznie gorzej, tymczasem czytało się bez bólu – poza końcówką. Od tzw. morenki (Jezusie, 30 stron o ruchaniu) szambo z cringe’em wybiło.
Gdyby nie końcówka wrażenia byłyby znacznie lepsze. (nie żebym jeszcze kiedykolwiek sięgnęła po coś podobnego, ale obyłoby się bez bólu). Totalnie kumam, że komuś może robić dobrze czytanie takich... pozytywnych treści, ale to zdecydowanie nie dla mnie.
Taka ogólna refleksja, to jak ta lektura nie wymagała żadnego, ale to żadnego wysiłku intelektualnego. Nie wydawało mi się nigdy, żeby czytanie jakiejkolwiek beletrystyki (poza może jakimiś bardzo artystycznymi lub starymi tekstami) wymagało jakiegoś wysiłku i "Miłość na linii" udowodniła mi, że się myliłam. Przeskok pomiędzy tą książką a nietrudnym przecież "Faraonem" mnie naprawdę, szczerze, zaskoczył. Trochę zrozumiałam, jak ludzie mogą czytać po trzy książki tygodniowo...


Brak komentarzy
Prześlij komentarz